Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 26 marca 2014

Moja pierwsza antyrecenzja




Resortowe dzieci. Media

Autorzy:

Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz

wydawnictwo: Fronda PL, Sp. z o.o. 2013







Kiedy znajomy dał mi do przeczytania książkę trójki autorów (Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz) o dziwnym tytule Resortowe dzieci. Media, miałem przeczucie, że będzie to droga przez mękę. Jak każdemu innemu dziełu, nawet najbardziej poronionemu, postanowiłem dać jednak szansę i Resortowym dzieciom, czyli przeczytać od deski do deski, nie zapoznając się wcześniej ze zdaniem innych, nie uprzedzając się w żaden sposób. Tym razem przeczucie mnie w pewnym sensie myliło, ale po kolei.

Już na wstępie rzuca się w oczy podpis pod wstępniakiem „OD WYDAWCY” - „Wydawca”. Dziwne, gdyż tekstu nie napisało przecież całe wydawnictwo łącznie z drukarzami, a w dodatku „Wydawca” napisane dużą literą, więc niby nazwisko albo pseudonim. Niestety Wikipedia na temat „Wydawcy” milczy, a szkoda, bo chętnie bym znał personę, gdyż miałbym kogo zjechać. Jakoś jednak przebrnąłem przez wspomniany wstęp, potem, choć już mną rzucało, przez wstęp właściwy, a nawet kawałek dalej. Później już nie dałem rady. Przeczytałem jeszcze tylko fragmenty odnalezione przy pomocy zamieszczonego na końcu skorowidzu nazwisk, a potem poległem. Pierwszy raz w życiu chyba, a na pewno odkąd zacząłem zapisywać me wrażenia z lektur. Strawiłem wszystko, od Pisma Świętego po Mein Kampf, ale tym razem mój literacki żołądek odmówił. To nie jest kwestia niestrawności, to po prostu trucizna. Taka w rodzaju alkoholu metylowego. Jednych zabija, innych oślepia. Uczuleni mają dobrze, nie mogą pić, i dziękuję Bogu, że na ten literacki specjał mam alergię, ale przerażają mnie ci, którzy go przyjmą w pełnej dawce. I los społeczeństwa, które takie rzeczy przyswaja, a że przyswaja, to podobno potwierdzają niezłe swego czasu wyniki sprzedażowe.

Czy można recenzować książkę, której się nie czytało? Dotąd myślałem, że nie, ale paradoksalnie, dzięki Resortowym dzieciom, wiem już, że można. Właściwie, jako umysł raczej ścisły niż humanistyczny, powinienem już dawno to przyznać, ale jakoś tak się wzdragałem.

Matematyk, fizyk czy chemik, analizując rozwiązanie problemu, nie musi go poznawać do końca, jeśli na samym początku zauważy kardynalny błąd, nie mówiąc o wielu błędach. Nie ma znaczenia, czy dalej rozumowanie będzie prawidłowe, obliczenia poprawne. Zadanie nie zostanie rozwiązanie. Dlatego właśnie, pomimo faktu, iż nie poznałem tej książki do końca, postanowiłem skreślić o niej kilka słów.

Całość kręci się wokół tezy, iż media w Polsce są we władaniu dzieci komuchów, co powoduje wiadome wszystkim konsekwencje, jak między innymi sprzeciwianie się dekomunizacji i lustracji. Od Okrągłego Stołu mija właśnie ćwierć wieku, więc wszystkie komuchy, z wyjątkiem tych, które w ostatnich dniach PRL-u dopiero zapisały się do Partii, już siedzą na rentach i emeryturach. Co więc dekomunizować i lustrować? Uniwersytety trzeciego wieku i Domy Opieki? Bo chyba nie prywatne firmy? Nikt rozsądny nie powinien na to tracić czasu, który można przeznaczyć na tworzenie przyszłości. Chyba, że u podstaw leży co innego. Na motywy powstania tej książki mogą rzucić światło następujące słowa z niej zaczerpnięte: „Przedstawienie przez nas relacji rodzinnych w żadnej mierze nie zmierza do obciążenia dzieci winami ojców, gdyż każdy sam ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Chodziło nam o ukazanie środowiska, w którym kształtowały się charaktery i które ułatwiało swoim dzieciom awans – choćby korzystający z tego nie miał świadomości otaczających go zależności.” I słowa te piszą Maciej Marosz – osoba szerszemu ogółowi praktycznie nieznana, a więc o tajemniczym politycznym rodowodzie, Dorota Kania, której macocha była członkiem PZPR i Jarzy Targalski, którego ojciec był w PZPR niezłą fiszą, m.in. redaktorem partyjnych pism i pracownikiem Zakładu Historii Partii przy KC PZPR*. Pięknie podsumował to jeden z recenzentów** słowami: „Dzieci działaczy PZPR, którym się nie udało (…) piszą o dzieciach działaczy PZPR, którym się udało (…). W dyskusji pominięte zostały dzieci działaczy PZPR, które nie pasowały do klucza (…).”

Zawiść jako motyw działania nie jest szczególnie godna pochwały, ale choć powoduje niesmak, nie byłaby w stanie odrzucić mnie od lektury. Gorszy jest fanatyzm i zakłamanie.

Nienawidzę nietolerancji i fanatyzmu, ale jeszcze bardziej nienawidzę zakłamania. Od pierwszych akapitów tej książki myślałem o Macieju Giertychu, przebrzmiałej już ikonie polskiej ortodoksyjnej, nacjonalistycznej kato-prawicy, który w 2005 roku, w wyborach prezydenckich, był oficjalnym kandydatem Ligi Polskich Rodzin z pełnym poparciem Młodzieży Wszechpolskiej, a którego syn również jest postacią i medialną, i polityczną. I nie przeszkadzało to tym środowiskom, utożsamianym z tendencjami nacjonalistycznymi, prawicowymi i dekomunizacyjnymi, iż tenże sam Maciej Giertych aż do 1989 roku (sic!) nawoływał do popierania Stanu Wojennego i Jaruzelskiego w ogóle. I oczywiście (sprawdziłem w skorowidzu) w książce nazwisko Giertych (Roman) występuje tylko raz, ale absolutnie nie w kontekście komunistycznego rodowodu. To samo, co u „innych” jest najcięższym grzechem, u „naszych” nie jest nawet warte zauważenia. Ta cecha jest charakterystyczna dla polskich ortodoksyjnych środowisk katolicko-prawicowych i była ona chyba jednym z powodów, dla których obóz skupiony wokół Kaczyńskich nie zdołał długo utrzymać się przy władzy. Nie można się zresztą dziwić, skoro łączy te środowiska nienawiść do Żydów i miłość do Jezusa oraz jego rodziny, mimo iż wszyscy tam byli Żydami z dziada pradziada.

Manipulacja. Totalna i perfidna manipulacja czy po prostu głupota? Sam nie wiem, co gorsze. Spójrzmy na takie zdanie: „Bo czy wypada, aby dziennikarka nowoczesnej telewizji była przeciwniczką aborcji albo zwolenniczką autonomii członków Unii Europejskiej?” Naprawdę przecież nie chodzi o aborcję, bo nikt tego nie popiera, to nie fason żakietów na najbliższy sezon, tylko o karalność aborcji. Nie chodzi o autonomię członków Unii Europejskiej, tylko o poziom tej autonomii. Zamienianie dyskusji o karalności aborcji na dyskusję o aborcji i rozważań o poziomie autonomii na pytanie o istnienie autonomii to ewidencja manipulacja. Najgroźniejsze jest to, że wśród szerokich mas, z definicji niezwyczajnych uważnej lektury, nienawykłych do krytycznego myślenia, a często po prostu ciemnych, manipulacja ta ma duże szanse na sukces.

Szukanie wszędzie agentów. Temat, który by mnie śmieszył, gdyby nie był naszą narodową tragedią, jedną z wielu zresztą. Nie zdziwiło Was nigdy, że prawica znajduje całe rzesze agentów, PRL-owskich agentów, w… szeregach dawnej i obecnej lewicy. Jakieś głupie musiały być te komunistyczne służby, skoro bezpieka większość agentów miała u siebie, zamiast u autentycznej opozycji. I jakoś nikt nie zapyta, gdzie agentura sowiecka. Biorąc pod uwagę jej rozmiary i specyfikę służb radzieckich, nastawionych raczej na osobowe niż techniczne źródła informacji, powinniśmy mieć obok agentów naszej rodzimej bezpieki również kupę agentów sowieckich. A w tym temacie cisza…

Wszystko to wielkie, przepotężne minusy przedmiotowej publikacji, ale nawet one nie zniechęciłyby mnie do niej ostatecznie. Do omówienia najgorszego niech posłuży Wałęsa, który się też w tej książce przewija od samego początku. Niechby sobie Wałęsa nawet był tym Bolkiem. Skoro zdążył już zrobić to, co zrobił, czyli stać się ikoną demokracji i upadku komunizmu, dyskusja o tym powinna już interesować tylko historyków. Polska zaś wciąż jest uwikłana w wojnę o Bolka, czego najlepszym przykładem i Resortowe Dzieci. Tak jakby Wałęsa już zakończył byt polityczny. W normalnym kraju, w którym nie panuje zaraza politycznej amnezji, ludzie pamiętaliby, jakie były postulaty Wałęsy oraz MKS z sierpnia 1980 roku i rozliczyli go z prawdziwej zdrady - zdrady ideałów. Zdrady, jaką są jego obecne wypowiedzi, jak choćby te o konieczności i akceptowalności wydłużenia wieku emerytalnego będące hańbą dla bojowników sierpnia. To zafiksowanie na przeszłości blokujące reakcję na teraźniejszość i rozliczanie nie za czyny, ale za przekonania, jest chyba jedną z najgorszych rzeczy, jaka mogła się nam przytrafić, tym bardziej, iż trapi wszystkie opcje polityczne. Kiedyś na zajęciach z prawa wykładowca kładł nam do głowy, iż do więzienia nie idzie się za to, że się jest psychopatą, tylko za zabójstwo, nie za nieakceptowalne upodobania seksualne, ale za zgwałcenie czy czyn pedofilski, nie za pożądanie cudzej własności, a za kradzież. Nie za etykietkę, a za popełnienie czynu zabronionego. Niestety, ta reguła absolutnie nie przystaje do naszej polityki i mechanizmów społecznych. Co gorsza, ostatnio i w prawie karnym pojawiają się dziwne rzeczy, gdyż gangrena osądzania na podstawie etykiet przenika z polityki i dziennikarstwa już nawet do tej dziedziny.

Nie lubię pisać o sobie. Moje doświadczenia są jednostkowe i trudno na ich przykładzie cokolwiek uogólniać. Muszę jednak wyjaśnić jedną sprawę. Moi rodzice nigdy w żaden sposób nie zbliżyli się do władz PRL-u, a o wstąpieniu do partii nawet nie było mowy. Zachowali pamięć o pochodzeniu z przedwojennej inteligencji, nie chcieli układać się z władzą, ale Polska była tylko jedna. Nie w Londynie, ale tutaj. Przez całe życie uczciwą pracą, bez żadnych układów, z mozołem dorabiali się mieszkania i renomy dobrych specjalistów. Nigdy nie szli na kompromis, nie łamali przepisów, nie ulegli korupcji ani nie korumpowali. Nie wojowali z systemem ani nie prowadzili krucjaty przeciwko złu i głupocie, ale gdy musieli dokonywać wyboru, zawsze wybierali dobro i prawość, a potem ponosili konsekwencje. Inni awansowali szybciej, szybciej się bogacili, ale przecież, gdy trzeba było naprawdę dobrych fachowców, i tak sobie o nich przypominano. Bywało ciężko. I tak to szło. Po gierkowskiej odwilży ojciec został nawet dyrektorem dużej państwowej firmy i mimo tego nikt nigdy nawet nie insynuował, iż mógł mieć jakiś układ z komuną. Dlatego, gdy rodziła się Solidarność, mamie zaproponowano wstąpienie do nowego ruchu, by podkreślić, że władzę przejmą fachowcy. Odmówiła, a gdy spytałem o przyczyny, odpowiedziała, iż zna zbyt wielu ludzi, którzy już się tam wkręcili, i w takim towarzystwie nie ma się zamiaru obracać. Ojcu nawet nie proponowali, gdyż wiedzieli, że jest jeszcze bardziej cięty na nierobów, nieudaczników i kombinatorów, czyli jest niepolityczny. Teraz, gdy rodzice widzą, co się dzieje, mówią, że w dzisiejszych realiach chyba wylądowaliby na bruku i pomarli z głodu, gdyż chyba żadna polska firma, ani państwowa, ani prywatna, nie potrzebuje ludzi, którzy wszystko robiliby zgodnie z prawem, zasadami sztuki i po prostu uczciwie. Wychowany w takich klimatach nie mogę patrzyć na obecną władzę i to, co się dzieje w Polsce, z sympatią. Najtragiczniejsze jest to, że opozycja wydaje mi się jeszcze bardziej odrażająca, podobnie jak PSL, który zawsze jest gotów związać się ze zwycięzcą. Wyniki wyborów wskazują na to, że nie tylko ja tak mam, a wyborcy w rozpaczy miotają się od skrajności do skrajności. Obalili socjalizm (komunizm to może był za Gomułki) tylko po to, by niedługo potem znów prawie jednogłośnie wybrać lewicę z PRL-owskim rodowodem. Potem rzut na drugą bandę i Kaczyńscy. Teraz znów liberalne centrum, które jak się okazało niczego nie zrobiło, by skierować kraj ku uczciwości i normalności. Co dalej? Czekać na faszystów? Jednym z głównych problemów jest to, że mechanizmy, które w „normalnych” krajach są podstawą działania kapitalizmu i demokracji, w ogóle w Polsce nie działają. Wśród nich niestety ocenianie ludzi i polityków po czynach, a nie po obietnicach, nazwach i programach. Wiara, iż etykieta „nasz” sprawi, że ktoś stanie się dobry, a etykietka „obcy” jest tożsama ze złem, zdaje się mieć coraz więcej wyznawców. Nie jest ważna inteligencja, fachowość czy uczciwość, tylko przynależność. I niestety Resortowe dzieci idealnie się w tę patologię wpisują od pierwszej strony. Interesującemu się historią i polityką nie przyniosą niczego nowego, ale wśród szerokich rzesz, którym za wiedzę wystarczy kazanie raz na tydzień, telewizja, plotki pod budką z piwem i może jakaś książka raz na rok, dadzą „prawdziwą wiedzę” prowadzącą do… nawet nie chcę o tym myśleć. Wolę na tym zakończyć. Jeśli chcecie się z tą publikacją zmierzyć, spróbujcie, choć to strata czasu i nerwów. Ale broń Boże nie polecajcie jej nikomu, kto jeszcze nie ma szerszej wiedzy o świecie, historii i polityce, albo wykazuje skłonności ku teoriom spiskowym i wierze w naród wybrany. W tym kraju coraz więcej jest ludzi uważających, iż wszystko co złe, to wina Żydów, komuchów i innych „Innych”. I coraz mniej tych, którzy zauważają, że ci inni są tacy sami jak my, jak te resortowe dzieci, które piszą o innych resortowych dzieciach, ale tylko o niektórych, nie o swojakach.

Nie ulega wątpliwości dla nikogo, kto interesuje się historią, polityką i mechanizmami społecznymi, iż część dawnej PRL-owskiej nomenklatury oraz jej spadkobierców ma spore udziały w dzisiejszym układzie władzy w Polsce, również, a może zwłaszcza, w tym bardziej nieformalnym. Nie można jednak z samego rodowodu człowieka wyciągać wniosku o jego moralności i pisać wywodów pod z góry założoną tezę. Tym bardziej, że autorzy sami przyznają, iż ta oś ich poglądów jest bez sensu, gdyż o samych sobie nie myślą tego, czego o resortowych dzieciach, choć przecież też się do nich zaliczają. Typowa moralność Kalego.

Przekonanie, iż udział we władzy, będący dla autorów synonimem granicy między dobrem i złem, przebiega między rodowodem komunistycznym i niekomunistyczny, jest tak infantylna lub tak perfidna, albo jedno i drugie jednocześnie, że tylko nienawiść wykluta z zawiści mogła być początkiem takich poglądów. O wiele bliższe prawdy spojrzenie ma na temat przyczyn tragicznej kondycji polskiej IV władzy choćby Mariusz Zielke w swych powieściach kryminalnych. To polski drapieżny kapitalizm okazał się największym wrogiem demokracji i dobrego dziennikarstwa. Przytaczając słowa Zielke, cenzura ekonomiczna okazała się dużo bardziej drapieżna i bezwzględna, niż ideologiczna z czasów PRL-u. Potwierdzenie słuszności tej tezy widać i w życiorysie Mariusza Zielke, i w dzisiejszych mediach. Wystarczy uważnie słuchać i patrzeć. Można snuć najbzdurniejsze nawet teorie, nawet o światowym spisku Żydów i komuchach rządzących Polską. Można nawet wydać książkę taką, jak Resortowe dzieci. Tak naprawdę nikomu to nie przeszkadza. Może nawet jest na rękę, gdyż odsuwa w cień sedno problemu. Jednak wszelkie próby dobrania się do rzeczywistego układu, którym rządzi, niczym w królestwie Gomorry, sieć doraźnych interesów nie dbających o korzenie polityczne, obecną orientację ani o nic innego poza pieniądzem, są torpedowane z całą bezwzględnością. Popatrzcie jak zamiatane pod dywan są przez wszystkie kolejne rządy wszelkie afery gospodarcze. Media rozdmuchują je tylko przez chwilę, a potem sprawy się wyciszają, gdyż to szkodzi interesom. Kuriozalnie, takie książki jak Resortowe dzieci są wodą na młyn prawdziwego układu władzy, gdyż czynią ludzi ślepymi na tę gangrenę, która toczy Polskę, na prawdziwą Gomorrę, która nie ogranicza się do Warszawy, ale coraz bardziej przenika cały kraj, od gmin i wiejskich probostw zaczynając. Chorobę, która przeżarła tkanki biznesu i społeczeństwa od najmniejszych zakładów pracy po największe firmy, od lokalnych gazetek wysławiających miejscowych włodarzy po wielkie koncerny medialne. Mam wrażenie, że gdyby ludzie więcej czytali o psychologii społecznej, zwłaszcza przystępnie napisane i pełne autentycznej wiedzy książki Zimbardo, takie rzeczy jak Resortowe dzieci miałyby mniej czytelników i niech to będzie zarazem oceną książki i przesłaniem dla tych, którzy chcą poznać naszą (i nie tylko naszą) rzeczywistość


Wasz Andrew


* http://www.fakt.pl/dorota-kania-zdemaskowana-jej-macocha-byla-w-pzpr,artykuly,438493,1.html
** Artur http://lubimyczytac.pl/profil/74066/artur

Resortowe dzieci. Media [Dorota Kania, Maciej Marosz, Jerzy Targalski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



poniedziałek, 24 marca 2014

Paserzy Hitlera




Sprawa Rembrandta

Daniel Silva

tytuł oryginału: The Rembrandt Affair

tłumaczenie: Wojciech Jędruszek

wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. 2012






Sięgając po Sprawę Rembrandta, dziesiątą powieść w cyklu* opowieści o Gabrielu Allonie, izraelskim szpiegu-zabójcy, który wycofał się z branży i zajął renowacją obrazów największych malarzy wszech czasów, w czym okazał się wirtuozem równie znakomitym, co wcześniej w eliminacji wrogów państwa żydowskiego, miałem nadzieję, iż znów czeka mnie klasyczna powieść szpiegowska z tłem historycznym, politycznym i społecznym, w specyficzny sposób przypominająca jeden z moich ulubionych gatunków beletrystyki – szwedzką szkołę kryminału społecznego.

Allon zwany Aniołem osiadł wraz z żoną w romantycznym, odludnym zakątku wybrzeża Kornwalii. Zamierzał zająć się przywracaniem pierwotnej świetności dziełom dawnych mistrzów pędzla. Zdążył już zdobyć w tej branży renomę nie mniejszą niż w trudnej sztuce zabijana. Przyjaciel Gabriela, ekscentryczny londyński marchand Julian Isherwood trafia na kolejną okazję życia. W jego ręce wpada sfatygowany, lecz wspaniały i niezwykle cenny obraz Rembrandta. Ponieważ Julian wie, iż Anioł nie jest jeszcze gotowy do pracy po ostatnich przygodach, zleca odnowienie arcydzieła innemu specjaliście. Niestety, nieznany sprawca kradnie Rembrandta zabijając przy okazji konserwatora, który stanął w obronie tego skarbu sztuki. Teraz Isherwood nie ma już innego wyjścia, jak zwrócić się o pomoc do swego żydowskiego przyjaciela. Oczywiście te fakty są tylko wierzchołkiem góry lodowej, z którą zderzy się nasz dotąd niezwyciężony Anioł. Fabuły nie będę zdradzał, jest wielkim atutem powieści. Główna intryga, pomysłowa, oryginalna i przekonująca, początkowo bardziej wyglądająca na kryminał niż opowieść o tajnych służbach, perfekcyjnie oparta jest w szerokim i głębokim tle utkanym z polityki i historii. Muszę stwierdzić, iż pod tym względem jest to rzecz dużo lepsza niż pozostałe dwie powieści cyklu, które już czytałem (druga i jedenasta), a ponieważ i one są bardzo dobre, więc nie pozostaje nic innego, jak użyć określenia, iż jest świetna.

Zwykle używa się haseł szybka akcja, pełna zwrotów, trzymająca w napięciu. I w tym wypadku nie byłyby to zwykłe zwroty reklamowe, ale szczera prawda. Byłyby, gdyby nie to, że tym razem Silva osiąga poziom wyższy – staje się wirtuozem gatunku. Nie katuje nas ciągłym pędem zdarzeń, bezustannym nużącym czytelnika napięciem. Wplata elementy życia i realiów świata cieni – momenty przestoju, oddechu, a nawet czekania. Gra emocjami czytelnika i gra na nich, prowadzi nas przez fabułę raz podnosząc nam adrenalinę, za chwilę dając moment na refleksję, to znów rzucając w niespodziewany wir gwałtownych wydarzeń. Całość nakreślona bardzo przejrzyście, przekonująco, ze znawstwem realiów pierwszoplanowych a przy tym wszystkim, co bardzo rzadko spotykane w tym gatunku, w tle serwując wiele informacji, które mogą być zaskoczeniem nawet dla interesujących się polityką i jej mechanizmami oraz historią. Ludziom znającym te dziedziny tylko z pobieżnej lektury szkolnych podręczników i propagandowych stereotypów upowszechnianych przez masmedia niektóre fakty mogą się wydać wręcz zmyślone, ale niestety nie są.

Haniebna rola banków szwajcarskich w zagrabieniu majątku Żydów wymordowanych przez III Rzeszę, równie niegodziwy udział Holandii w Ostatecznym Rozwiązaniu kwestii żydowskiej, godne najwyższej pogardy zachowanie Watykanu wobec Hitlera i jego siepaczy nie tylko w czasie wojny, ale przede wszystkim po niej, to tematy mocne i wciąż aktualne, gdyż ich następstwa są widoczne nawet dzisiaj. Nie brak i aspektów jak najbardziej na czasie, jak choćby agresywny islam, rola USA jako żandarma świata czy budząca poważne obawy potęga niektórych firm, a nawet osób prywatnych, które ze względu na środki, którymi dysponują, mogą być poważnym problemem, w razie konfliktu interesów, nawet dla bogatych i mocnych państw. Mniejsze nie mogą nawet podjąć z nimi równorzędnej walki, o ile w ogóle są na tyle niezależne, by zdołały wyartykułować jakąkolwiek sprzeczność dążeń.

Ze szczegółów dotyczących świata tajnych służb świetnie oddany jest problem, którego nie tylko Polska zdaje się w ogóle nie zauważać. Co się dzieje z odchodzącymi do cywila specjalistami? Jeśli nie da się im atrakcyjnej alternatywy, jeśli się ich nie będzie monitorować, poszukają sobie miejsca w prywatnych firmach, których cele niekoniecznie są zbieżne z dobrem państwa lub narodu, albo wręcz trafią do mafii czy wrogich struktur. Innym smaczkiem jest pozornie poroniony pomysł, by zawartość archiwum chronić przez… bałagan. W rzeczywistości pomysł równie genialny, co szalony. Utrudnia co prawda korzystanie z bazy danych również uprawnionym użytkownikom, ale za to skutecznie uniemożliwia nieupoważnionym, gdyż zawsze dla nieautoryzowanego dostępu czas jest ograniczony, w związku z czym znajomość struktury (możliwość poszukiwania interesujących danych) jest aspektem kluczowym. A gdy takiej struktury brak…

Zapewniam, że po przeczytaniu tej powieści Ci z was, którzy wciąż jeszcze nie widzą niczego złego w telefonii komórkowej i myślą o niej jako o zdecydowanie lepszym rozwiązaniu niż tradycyjna, całkiem inaczej zaczną postrzegać komórki, tablety, laptopy, internet i inne najnowsze technologie.

Chyba jedyną rzeczą, którą można autorowi zarzucić, za to bardzo poważną, choć to błąd spotykany powszechnie, jest przedstawianie zbrodniarzy nazistowskich jako bestie, jako ludzi bez sumienia czy psychopatów. Rzeczywistość jest dużo gorsza – byli to w zdecydowanej większości ludzie jak najbardziej normalni. I to jest właśnie tak przerażające, że prawdy nie chcemy przyjąć do świadomości, co z kolei sprawia, iż takie rzeczy wciąż się powtarzają i będą się powtarzać tak długo, jak długo nie będziemy mieli odwagi, by zrozumieć przyczyny takiego zła i im przeciwdziałać. Odbiegam jednak od tematu, więc zainteresowanych odsyłam do Efektu Lucyfera i innych dzieł Zimbardo.

Przy okazji Sprawy Rembrandta naszła mnie taka refleksja – dlaczego w zdecydowanej większości powieści i filmów „po fakcie” to mężczyzna idzie spać, a kobieta robi to, co ma zamiar zrobić, czyli na przykład grzebie mu w komputerze? Freud miałby pewnie na to jakieś wytłumaczenie.

Po poprzedniej mojej lekturze książki z tego cyklu (Portret szpiega) padła w komentarzach kwestia, iż ciekawą może być przyczyna, dla której Daniel Silva zmienił wyznanie z katolickiego na judaizm. Wydawało mi się, iż pewną odpowiedź na to można uzyskać już przez uważną lekturę tamtej powieści, ale Portret Rembrandta wykłada wręcz kawę na ławę.

Wszyscy tęsknimy za poczuciem przynależności i wspólnoty. To można zaspokoić poprzez podpięcie się pod piłkarski klub kibica lub jakąkolwiek inną wspólnotę, z religijnymi włącznie. Jednak dla ludzi, którzy pragną wyższego etapu, którzy pragną wiary spójnej z ich głębokimi, osobistymi przekonaniami, wiary dającej niezachwianą pewność w słuszność obranej drogi, siły by z uporem przez całe życie tą drogą podążać, katolicyzm raczej nie jest zbyt atrakcyjną opcją. Jest pełny dwulicowości, od podstaw doktryny poczynając**, na prowadzeniu się kościelnych hierarchów i polityce Watykanu kończąc. Nie mówię tutaj o ludziach, którzy wierzą w znaczeniu słownikowym, w naturze raczej nie spotykanym, czyli tych, którzy widzieli Boga albo słyszeli Głosy. Mam na myśli wszystkich tych, którzy jeśli się urodzili katolikami, to wierzą w Chrystusa, a jeśli rzut kostką losu wypadnie inaczej, i urodzą się gdzie indziej, to wierzą Allacha. I którym nie objawia się jakikolwiek Bóg, tylko zgodnie z wiarą deklarowaną ktoś z ich panteonu – Jezus albo Matko Boża objawia się chrześcijanom, ale nie muzułmanom, i odwrotnie. Ci ludzie, gdy sobie uzmysłowią, że ich wiara to tylko kaprys losu, który kazał im być katolikami, a nie kimkolwiek innym, mogą poczuć atrakcyjność judaizmu. Silne, bardzo silne poczucie wspólnoty, jakie on oferuje, wspólni wrogowie i, co chyba szczególnie ważne, pewnego rodzaju uczciwość, której brak choćby Watykanowi, a co szczególnie widać wobec narastającego konfliktu z islamem, i za co przyjdzie kiedyś Zachodowi zapłacić rachunek. Co jakiś czas wspomina się u nas o mordowaniu chrześcijan w krajach islamskich, ale obowiązuje hasło, że muzułmanie to dla katolików bracia w wierze. Ba! Kraje na wskroś katolickie, jak Polska, wysyłają swe wojska, by broniły rządów, które zakazują wyznawania chrześcijaństwa, a za propagowanie tej religii karzą śmiercią. Totalne zakłamanie. Judaizm zaś wyraźnie mówi – to są wrogowie Izraela i Zachodu. Może nie wszyscy muzułmanie są wrogami, ale znacząca większość na pewno. Islam to obcy świat, który jest sprzeczny z ideałami i kulturą Zachodu w sposób uniemożliwiający ich połączenie. To podejście, obrażające naszą poprawność polityczną, może być bardzo atrakcyjne dla ludzi lubiących uczciwość i ceniących prawdę. Poza tym, przyjmujący judaizm automatycznie staje się Żydem. To również znacząca, zdecydowanie jednocząca współwyznawców, różnica w porównaniu do innych religii, gdzie można być tego samego wyznania, ale nienawidzić się i mordować z powodu przynależności choćby do innych narodowości, czego w dziejach niezliczone przykłady, podobnie jak w dniu dzisiejszym. Oczywiście, faktyczne powody decyzji autora mogły być inne, ale taki jest wydźwięk jego powieści w tym zakresie. To była jednak tylko taka luźna refleksja, która nie powinna mieć znaczącego wpływu na ocenę książki, a jeśli ma , to tylko jako dodatkowy plusik, za subiektywne, ale odważne i wyraźne ujęcie tego akurat aspektu.

Czy jest to książka dla wszystkich? Nie wiem. Na pewno jednak mogę polecić ją tym, którzy nie odrzucają lektury tylko dlatego, iż ktoś ją zaszufladkował do takiego czy innego gatunku. Kawał dobrego literackiego rzemiosła. Fabuła i jej umocowanie w wyważonym połączeniu realiów oraz fikcji tak dobre, że na pewno wymagały prawdziwego natchnienia. Gratka dla miłośników dobrych książek bez aspiracji do wielkiej sztuki. A dla lubiących te klimaty spod znaku walki wywiadów – prawdziwa perełka. Im szczególnie tą akurat powieść polecam, choć i wszystkich Was do jej poznania zachęcam


Wasz Andrew


* seria a Gabrielem Allonem:

1. The Kill Artist (2000)
2. The English Assassin (2002)
3. The Confessor (2003)
4. A Death in Vienna (2004)
5. Prince of Fire (2005)
6. The Messenger (2006)
7. The Secret Servant (2007)
8. Moscow Rules (2008)
9. The Defector (2009)
10. The Rembrandt Affair (2010)
11. Portrait of a Spy (2011)
12. The Fallen Angel (2012)
13. The English Girl (2013)

** Stary Testament to nakaz zemsty totalnej i bez przebaczenia. Nowy Testament to absolutny zakaz wyrównywania krzywd, a nawet obrony, nakaz kompletnego przebaczenia i miłosierdzia. I podobno można wierzyć w oba te przekazy od Boga jednocześnie.

sobota, 22 marca 2014

Rossiya-Matushka

Maszeńka

Vladimir Nabokov


Tytuł oryginału: Машенька
Tłumaczenie: Eugenia Siemaszkiewicz
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 144
 
 
 
 
 




Jakże zaskakujące, a zarazem fascynujące są bodźce, które oddziałując na skomplikowaną maszynerię umysłu artysty mogą stać się asumptem do powołania z otchłani niebytu literackiego dzieła. Osobiście nie mam wątpliwości, że pisarz to swoisty demiurg i kreator, tyle, że jest on w pewien sposób ograniczony dostępnym tworzywem, które można przekształcić w literacką materię. Wydaje się, że im dzieło bardziej wybitne, doskonałe, wieloaspektowe, możliwe do rozpatrzenia na ogromnej liczbie płaszczyzn, tym bardziej natrętnie atakują czytelnika pytania o to, skąd autor czerpał swoje pomysły, idee, w jaki sposób życie podsunęło mu użyte w danej powieści scenariusze. Twórcą, którego można zaliczyć w poczet mistrzów pióra, który z niezwykłą wręcz wprawą wciskał otaczającą go rzeczywistość w ramy literatury był z pewnością Vladimir Nabokov.

Vladimira Nabokova śmiało można określać mianem obywatela świata – urodzony w Rosji w 1899 roku, tułający się po kontynencie europejskim oraz amerykańskim, mieszkający m.in. w Niemczech, Stanach Zjednoczonych, zmarł w 1977 roku w Szwajcarii. Od 1919 roku Nabokov przebywał na emigracji – pochodził on z zamożnej rosyjskiej rodziny szlacheckiej, która w efekcie rewolucji październikowej utraciła majątek. Vladimir wraz z rodziną opuścił rodzimy kraj i wyjechał do Europy Zachodniej. Na początku lat dwudziestych Nabokov uczęszczał na Uniwersytet w Cambridge, studiując romanistykę i slawistykę. Po ukończeniu nauki w 1923 roku, autor zamieszkał w Berlinie. W stolicy Niemiec doszło do wydarzenia, które w pewien sposób stało się natchnieniem do napisania debiutanckiej powieści autora. Do Berlina zawitała dawna służąca rodziny, która podróżując z Estonii przywiozła ze sobą pozostawionego w Rosji psa, jamnika Boksa, niewidzianego od kilku lat. To właśnie młody Nabokov odbierał ulubionego czworonoga swojej matki na berlińskim dworcu, który za sprawą literackiej magii zamienił się w ukochaną, wytęsknioną i długo oczekiwaną kobietę, tytułową bohaterkę debiutanckiego utworu pt. Maszeńka.

Akcja Maszeńki rozgrywa się w dobrze znanym Nabokovowi rosyjskim środowisku emigracyjnych w Berlinie. Zaniedbany, brudny pensjonat ze ścianami grubości pudełka od zapałek, położony gdzieś na obrzeżach miasta, w hałaśliwej okolicy, tuż obok ruchliwego torowiska zamieszkuje szóstka przypadkowych rosyjskich lokatorów, rzuconych tutaj przez wichry codzienności. Nabokov prezentuje doprawdy osobliwą galerię postaci – znajdziemy wśród nich podstarzałego poetę, który zaczyna szczerze wątpić w sens swojej twórczości, rozmamłanego matematyka, oczekującego na przyjazd drogiej małżonki, pannę o obfitym biuście, która coraz szybciej zdąża ku staropanieństwu, dwójkę tancerzy baletowych o podejrzanych preferencjach seksualnych oraz młodego mężczyznę, pozostającego bez określonego zajęcia, którego poprzednie, tj. prowadzone w Rosji, życie owiane jest mgiełką tajemnicy. Ostatni osobnik, to Lew Glebowicz Ganin, główny bohater utworu. Kolejne dni jego emigracyjnego życia wypełnione są egzystencjalną nudą. Ganin zdaje się być porażony swoistą niemocą uwagę zwraca jego bierność, pasywność, nieróbstwo. Sprawia on wrażenie osobnika pogrążonego w głębokim letargu, ogarniętego bezwładem, dla którego perspektywa śmierci jest równie przytłaczająca, co widmo dalszego życia.

Ganin zostaje wytrącony ze swojego stanu bezsilności za sprawą przypadku, zrządzenia losu, który igrając sobie z ludzi oraz ich problemów sprawia, że na ganinowym horyzoncie ponownie pojawia się Maszeńka, czy raczej istnieje spora szansa na to, że miłość z lat młodzieńczych przybierze wkrótce realne szaty i zjawi się na berlińskim dworcu. Perspektywa spotkania z kobietą, do której w sercu Ganina nadal tlą się miłosne węgliki, staje się pretekstem do odbycia cudownej wędrówki po sielankowej przeszłości.
Powieść przeplata ze sobą wątki pochodzące z emigracyjnej rzeczywistości oraz reminiscencje Ganina. Wspomnienia głównego bohatera nie są przy tym w pełni klarowne. Zdają się przyjmować one formę rozmytej mgiełki, której kontury w ogromnej mierze zostają dopowiedziane, uściślone, zarysowane za sprawą własnej wyobraźni. Można rzec, że co prawda nic nie ginie, ale trudno to zespolić w całość – pamięć okazuje się kulawa, a przywołane obrazy dziurawe. Z tego powodu trudno jednoznacznie ocenić, czy uczucia Ganina to metafizyczny ból powodowany rozłąką z rzeczywistą osobą, połączony z radością, wynikającą z perspektywy rychłego spotkania czy raczej jest to żal, smutek, tęsknota za sennym majakiem, marzeniem spragnionego serca. Maszeńka zdaje się pełnić rolę klucza, który otwiera wrota przeszłości, przy czym tak jak w przypadku wielu ludzi, zdarzenia odległe, dawne, stroją się w szaty sielanki, utraconego raju. Ganin na swój sposób odtwarza nieobecny już świat, w którym dane było mu zaznać prawdziwego szczęścia. Czyni to z ogromnym kunsztem oraz starannością, a jego zaangażowanie w misterium snucia wspomnień sprawia, że bohater popada w kolejny trans. Tym razem jego życie zdaje się być zawieszone pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Momentami można wręcz dojść do przekonania, że to nieskazitelna egzystencja zatopiona w przeszłości jest bardziej rzeczywista, bardziej realna niż mglisty i tajemniczy byt teraźniejszy. Nabokov mistrzowsko przedstawia mechanizmy ludzkiej psychiki, charakterystyczne dla emigranta, a więc człowieka, który w tym konkretnym przypadku został zmuszony do opuszczenia rodzinnej ziemi. Znamienne są tendencje do gloryfikowania dawnych wydarzeń, dodawania im wyjątkowości, uroku, niepowtarzalności, swego rodzaju niewinności, która jednak została zbrukana, i której z pewnością nie da się przywrócić na emigracyjnej tułaczce. Warto przy tym zauważyć, że przeszłość ulega mimowolnej filtracji, tak, że w mózgu jawią się jedynie obrazy przyjemne, miłe, a wszelkie zgrzyty, niepowodzenia, małe klęski, których przecież nie mogło zabraknąć w żadnym człowieczym żywocie, są skrzętnie usuwane poza nawias świadomości. Ganin przebywa zatem w świecie platonowskich idei, a w związku z tym nasuwa się naturalne w tych okolicznościach pytanie – czy w niemal doskonałym tworze, do budowy którego użyto plastycznego materiału wspomnień jest jeszcze miejsce dla materialnego surowca?

Utwór jest zatem diabelnie interesujący, jeśli rozpatrywać go na polu symboliki. Biorąc pod uwagę okres, w którym powstało dziełko, nietrudno o skojarzenie tytułowej Maszeński z Rosją. Ojczyzna, szczególnie przez emigrantów, a więc osoby za nią szczególnie stęsknione, często jest personifikowana poprzez nadanie jej cechy ukochanej, powabnej kobiety, czy troskliwej matki. I może nawet szczególnie wtedy, gdy człowiek zmuszony jest żyć poza jej granicami, przywiązanie do rodzinnego kraju objawia się w pełnej krasie. Nie bez znaczenia pozostają także tory, tuż obok których położony jest hotelik z rosyjskimi pensjonariuszami – kojarzą się one z drogą, ruchem, horyzontem, który można próbować dognać (ale na ogół bez powodzenia). W takim właśnie nieskończonym, ale jednak często daremnym ruchu pogrążonych jest wielu emigrantów, próbując odnaleźć swoje prywatne szczęście na obcej ziemi. Wymowny pozostaje również szkielet nowopowstającego domu, którego wznoszenie obserwuje Ganin. Zrąb konstrukcji można utożsamiać z możliwościami, które otwierają się przed człowiekiem, opuszczającym rodzinne strony. W końcu to, czy osiągnie on sukces, ułoży, czy też na nowo zbuduje swoje prywatne życie, w ogromnej mierze zależy od niego samego. Ciekawe jest także kino, które w pewien sposób uświadamia Ganinowi, że człowiek często jest tylko podrzędnym statystą w życiu, które stanowi swoistą grę, spektakl. Wreszcie bardzo znamienne są cienie, które nie raz, nie dwa, przewijają się na kartach powieści. W skomplikowanej wędrówce przez labirynt pamięci, stopniowe wskrzeszanie wspomnień, odtwarzanie świata, w którym nastąpiłoby ponowne ziszczenie cudu, Ganin zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością, którą zdają się zamieszkiwać cienie. Właśnie owe cienie wzmacniają formułujące się pytanie o to, który świat jest bardziej realny – otaczająca głównego bohatera nudnawa codzienność, czy skrząca się od miłych wydarzeń przeszłość z dziecięcymi latami?

Widać wyraźnie, że debiut Nabokova znamionuje kwestie, które artysta będzie rozważać w swojej dalszej twórczości. W Maszeńce pojawia się choćby dosyć krótkie, ale niezwykle ciekawe studium nad materią fizyczną, a konkretnie przedmiotami, rozpatrywanymi przez pryzmat ludzi z nimi związanych. Nabokov silnie koncentruje się na rzeczach materialnych, które jednak dopiero w zestawieniu z właścicielem tworzą harmoniczną całość. Wraz z jego śmiercią matowieją, szarzeją, pokrywają się patyną zapomnienia, tracą swój pierwotny blask, czyli na swój sposób również umierają. Jednocześnie wszystkie te drobne, z jakiegoś powodu miłe przedmioty, do których tak przyzwyczajają się oczy i palce i które potrzebne są tylko po to, żeby człowiek, wiecznie skazany na obmieszkiwanie nowych kątów, wypakowując z walizki po raz setny lekką, serdeczną graciarnię, czuł się choć trochę w domu. Zatem materia fizyczna, mimo, że znacznie bardziej poślednia od duchowego tworzywa, wciąż pełni istotną rolę, stanowiąc swoisty nośnik przeszłości.

Reasumując, Maszeńka to kolejna wyjątkowa powieść Nabokova, którą dane było mi przeczytać. Ponadto powieść, którą posiadam opublikowana na łamach wydawnictwa MUZA S.A. opatrzona została interesującym posłowiem profesora Leszka Engelkinga, wybitnego tłumacza oraz znawcę nabokovskiej prozy. Polski uczony przybliża okoliczności powstania utworu oraz zwraca uwagę m.in. na bogatą symbolikę liczb, jaką skrywają w sobie karty powieści. Tekst pana Engelkinga stanowi wyborne uzupełnienie lektury, pozwalając dostrzec ją w szerszej perspektywie. W moim skromnym odczuciu Maszeńka to bardzo udany debiut Nabokova. Być może razi nieco przyciężkawy, mocno nostalgiczny styl, w jakim utrzymany jest utwór, ale znakomitą rekompensatę stanowią plastyczny język, którym Nabokov operuje z godną podziwu wprawą oraz bogactwo treści, która mimo skromnej objętości skrywa w sobie wiele literackich skarbów. Piękna powieść o ludzkiej tęsknocie, gdzie pobrzmiewają już echa nabokovskiej zaświatowości, którą zainteresowanie wybucha pełnym żarem w późniejszych utworach.

Wasz Ambrose

piątek, 21 marca 2014

O Finach

W Stanach w telewizji reklamują viagrę, chirurgię kosmetyczną, antydepresanty. Pytają: „Jesteś rano zmęczony, zestresowany pracą, a wieczorami nie możesz zasnąć?” Jak przedstawiają listę objawów, każdy sobie coś na niej znajdzie. Ludzie wierzą, że mają depresję, i biegną do lekarza, żeby błagać o leki. A tutaj żyje sobie facet, który od lat rozmawia (przez telefon przyp. A.V.) z wymyślonymi przyjaciółmi, i nie tylko go nie leczą, ale jeszcze zostawiają mu budkę telefoniczną, chociaż rozłączają linię... tak żeby był szczęśliwy. To jest prawdziwa lokalna społeczność i to mi się podoba.

James Thompson Anioły śniegu

czwartek, 20 marca 2014

O pięknie islamu


…jedna z najbogatszych kobiet na świecie, będzie miała mniej więcej takie same prawa jak wielbłąd. Raczej mniej niż więcej, (…), bo nawet wielbłąd mógł pokazywać publicznie swe oblicze.

Portret szpiega Daniel Silva

wtorek, 18 marca 2014

Druga odsłona Gabriela Allona

Portret szpiega

Daniel Silva



Tytuł oryginału: Portrait of a Spy

Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska

Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza 2012








Daniel Silva jest znanym, ba!, nawet bardzo znanym, gdyż jego powieści zawsze lądują wysoko na listach bestsellerów, pisarzem amerykańskim. Pracował jako dziennikarz dla największych gigantów medialnych świata, ale sławę przyniosła mu beletrystyka, a głównie powieści szpiegowskie. Kiedyś czytałem jego powieść Angielski zabójca i wrażenia z tej lektury miałem bardzo pozytywne, więc gdy naszła mnie ochota na te właśnie, czyli walki tajnych służb klimaty, a na bibliotecznej półce akurat zauważyłem wśród świeżych zwrotów dwie powieści Silvy, od razu je zabrałem. Jedną z nich był Portret szpiega.

Od razu zacznę od krytycznej uwagi pod adresem wydawcy. Nie chodzi mi o błędy, które owszem, zdarzają się tu i ówdzie, ale nie denerwują aż tak bardzo. Tym razem zniesmaczyła mnie notka na tylnej okładce. Dobrze, że zerknąłem na nią dopiero po przeczytaniu książki – nie jest to ewidentny spojler*, ale moim zdaniem zdradza za dużo. Teraz przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych.

Jak w Angielskim zabójcy, tak i w Portrecie szpiega, postacią centralną jest Gabriel Allon, „emerytowany” izraelski anioł zemsty, czyli taki ichni 007, tyle że w wersji bardziej hard. W chronologii serii powieściowej** wspomniane książki plasują się odpowiednio na drugim i jedenastym miejscu. Fabuły nie będę zdradzał nawet w zarysie. Nie jest specjalnie oryginalna, ale i do sztampy też jej daleko. Po prostu solidne pisarskie rzemiosło. Nie ma sensu odbierać nikomu nawet części tej przyjemności jaką miałem usiłując przewidzieć, co będzie dalej, a czego bym nie zaznał, gdyby mi ktoś wcześniej wspomniał cokolwiek o zarysie intrygi. Dość powiedzieć, iż rzecz cała dzieje się gdzieś około roku 2010, może nawet później. Nie jest więc to opowieść o czasach, gdy świat był biało-czarny, a raczej biało-czerwony, gdy główne napięcie wiązało się z podziałem Ziemi pomiędzy demokrację i komunizm. Są to już realia po WTC i innych znanym wszystkim wydarzeniach. Realia, w których tylko zaślepieni albo głupi potrafią powiedzieć, co jest czarne, a co białe. Realia, w których aniołowie są zbrukani, a zło ma często dużo wyżej postawioną poprzeczkę moralną niż szeryfowie dobra.

Jako typowy przykład gatunku – sensacji osadzonej w świecie tajnych służb, a zarazem przykład bardzo udany, rzecz cała napisana jest językiem łatwym w odbiorze, pozwalającym czytelnikowi bez trudu nadążać za szybką akcją i odczuwać napięcie, a więc dość prostym, ale wcale nie prostackim. Dużo wnosi fakt, iż drugą osobowością głównego bohatera, poza perfekcyjnym zabójcą, jest niezwykle utalentowany artysta, co bardzo pozytywnie odbija się również na warstwie językowej. Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana ani wielowątkowa. Nie wymusza więc całkowitego skupienia, by się nie pogubić. Postacie zarysowane śmiało i dość ciekawie, choć jakby nieco schematycznie i daleko im do pełnej szaleńczej odwagi kreacji rodem z innej niedawnej mojej lektury – Gry o tron. W tym gatunku nie jest to jednak aż tak ważny element jak klimat, napięcie, realia służb i świata tajemnic, a te są oddane całkiem udanie.

Jak już wspomniałem, nie są to już czasy złego komunizmu i dobrego Zachodu. Świat nie jest dużo bardziej skomplikowany niż dawniej, był taki od zawsze, ale teraz coraz więcej osób to zauważa, również w literaturze. Silva świetnie, a nawet wręcz odważnie, oddał wiele elementów dzisiejszej rzeczywistości. Totalna orwellowska inwigilacja będąca zaprzeczeniem fundamentalnych zasad demokracji i na pewno przewyższająca wszystko, co działo się w tej materii w opluwanej powszechnie komunie. Rozdęta do astronomicznych wręcz rozmiarów i kosztów liczebność służb, których istnienie niejednokrotnie uzasadnia tylko walka z terroryzmem, a która właśnie przez ogromne rozmiary wręcz uniemożliwia zachowanie prawdziwej poufności.

Silva wypunktowuje paradoksy współczesnego świata, jak choćby sojusz USA z Arabią Saudyjską w wojnie z terroryzmem, który przecież między innymi przez ten właśnie kraj jest inspirowany. Od wieków znane było powiedzenie, iż wróg wroga jest przyjacielem, ale nawet to się zdezaktualizowało. Wszystko staje na głowie.

Pisarz bezlitośnie piętnuje Dubaj, z jego przepychem prowadzącym do zadłużenia, ale przede wszystkim za to, że jest to być może najbardziej antyekologiczny kraj na świecie oraz piekło dla zagranicznych robotników. Krytykuje władzę niekompetentnych polityków własnego kraju nad tajnymi służbami, gdyż w imię wzrostu notowań w sondażach dążą oni do szybkich sukcesów zaprzepaszczając niejednokrotnie długofalowe, znacznie ważniejsze cele i ujawniają sukcesy, co rodzi późniejsze klęski, zgodnie z zasadą, iż najlepiej, gdy o prawdziwych sukcesach tajnych służb nie wie nikt, a przynajmniej niewielu z żyjących współczesnych.

Z dużym wyczuciem autorowi udało się oddać różnicę pomiędzy amerykańskim stylem prowadzenia tajnej wojny, opartym głównie na technologii i pieniądzu, a potęgą budowaną na agentach w terenie, jak w przypadku Izraela, oraz w ograniczeniach i zaletach każdej z form. Są i elementy krytyki stosunków własności w tak zwanej demokracji, jak choćby jawna kpina z ludzi, którzy kupują za dwa miliony dolarów zegar, który się ciągle spóźnia.

Są i osobiste refleksje autora o ogólniejszej naturze, między innymi ta, że kiedyś wiara w Boga inspirowała ludzi do tworzenia wielkich dzieł architektury czy malarstwa, a dziś ze spektakularnych dzieł natchnionych wiarą najbardziej widoczne są zamachy terrorystyczne.

Oczywiście główną sprawą jest krytyka islamu, który dąży do zniszczenia zachodniego stylu życia i wprowadzenia królestwa szariatu. Bardzo mocno jest też podkreślony problem piekła, jakim jest prawo koraniczne dla kobiet, które nie godzą się na rolę przedmiotu w męskim gospodarstwie. Prezentuje nawet dość dużą odwagę, biorąc pod uwagę, iż wielu krytyków islamu musi się ukrywać w obawie o swe życie. Posuwa się nawet do, celnego zresztą, nazwania publikowanych w internecie filmów z zamachów i egzekucji pornografią dla dżihadystów.

Mamy i polski smaczek, czyli stwierdzenie, z którego wynika, iż autor jest przekonany, że w Polsce były tajne amerykańskie więzienia.

Niestety, tym razem pisarz nie uniknął ewidentnej wpadki merytorycznej opisując wielki głęboki krater w miejscu wybuchu ładunku kierunkowego skierowanego poziomo. Albo nie był to tego typu ładunek, albo nie taki ślad. W szerszym ujęciu także nie jest Portret szpiega sposobem na wyrobienie sobie pojęcia o przyczynach i złożoności problemu, jakim jest terroryzm. Ani raz nie padło stwierdzenie, iż za każdym, nawet na wskroś natchnionym wiarą, aktem terroru stoją czysto świeckie cele. Nie było też najmniejszego nawet nawiązania do teorii konfliktów asymetrycznych, z których wprost wynika nieuchronność między innymi działań terrorystycznych, nawet jeśli czynniki wyznaniowe nie będą miały nic do rzeczy.

Na pewno na sposób patrzenia i przedstawienia złożonych oraz niejednoznacznych problemów związanych z konfliktem islamsko-zachodnim ma wpływ, iż autor jest Żydem z odzysku. Urodzony jako katolik, jako dorosły zmienił wyznanie na mojżeszowe. Jest bardzo interesującym poznać sposób widzenia rzeczywistości z jego perspektywy, ale to aspekt lektury raczej dla czytelników obytych z tematem. Wśród pozostałych może narobić szkód, podając im gotowe prawdy, niestety czasami równie przekonujące, co odbiegające od rzeczywistości.

Poza tymi moimi narzekaniami, w warstwie typowo rozrywkowej odpowiedniej dla kanonu, czyli powieści szpiegowskiej, książka zasługuje na najwyższą ocenę. Oczywiście z zastrzeżeniem, że to, co jest zaletą, zarazem jest ograniczeniem. Przy powtórnej lekturze napięcia już raczej nie odczujecie, nie będzie zaciekawienia, a to nie Potop, by raz za razem smakować piękno języka. W sam raz na jeden raz. Choć zdecydowanie udany, godny polecenia wszystkim miłośnikom gatunku, to jednak tylko ten jeden raz


Wasz Andrew


* spojler – tu niepożądana informacja o szczegółach zakończenia utworu literackiego, teatralnego lub filmowego
** seria a Gabrielem Allonem:
1. The Kill Artist (2000)
2. The English Assassin (2002)
3. The Confessor (2003)
4. A Death in Vienna (2004)
5. Prince of Fire (2005)
6. The Messenger (2006)
7. The Secret Servant (2007)
8. Moscow Rules (2008)
9. The Defector (2009)
10. The Rembrandt Affair (2010)
11. Portrait of a Spy (2011)
12. The Fallen Angel (2012)
13. The English Girl (2013)

poniedziałek, 17 marca 2014

"Czarny deszcz" Masuji Ibuse - Czarne, czarny, czarna

Czarny deszcz

Masuji Ibuse


Tytuł oryginału: Kuroi ame
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 332
 
 
 
 
Plotka to małe, wstrętne stworzenie, które niczym żarłoczny robak toczy dobre imię osoby, będącej przedmiotem złośliwych pomówień. Fascynujący jest fakt, że chociaż plotka to informacja niesprawdzona, nierzadko bzdurna, a niemal zawsze kłamliwa, to najczęściej wzrasta ona bez większych zakłóceń, osiągając gargantuiczne rozmiary, doszczętnie rujnując wizerunek ofiary. Trudno się przed nią skutecznie obronić, równie ciężko jest zapobiec jej narodzinom, a i bardzo nieprzyjemnie jest zmagać się z jej konsekwencjami. Z tego powodu plotka jako rzecz sama w sobie nie posiada zbyt wielu pozytywnych konotacji. Ale jak pokazuje życie, rzadko kiedy zdarzają się zjawiska, które można charakteryzować wyłącznie za sprawą negatywnych określników. Nie inaczej jest w tym przypadku – w końcu krótkie studium nad plotką właśnie, staje się niejako przyczynkiem do niezwykłej opowieści, którą snuje bohater książki Czarny deszcz autorstwa Masujiego Ibuse.

piątek, 14 marca 2014

Wieczny urok izometrii

czyli walcz o wolność i demokrację zabijając w zamian za zielone



Kiedyś, dawno, dawno temu, gdy marzeniem gracza była Amiga albo pecet z procesorem 486 lub chociaż 386, grałem bardzo dużo i we wszelkie możliwe gatunki gier. Można powiedzieć, że szukałem tego, co mnie kręci. Był to czas świeżych pomysłów, epokowych produkcji, które do dziś wyznaczają kierunki rozwoju gier komputerowych. Był to też czas gier niedoścignionych. Od tego okresu grafika poszła niesamowicie do przodu i wydawałoby się, że tak stare gry, na rynku, gdzie czas życia nowych produkcji liczy się w miesiącach, powinny zostać na zawsze zapomniane. Tak jednak nie jest.

Grywalność to termin określający satysfakcję, jaką gracz uzyskuje z gry. Na ten parametr wpływają wszystkie elementy gry, od grafiki i dźwięku poczynając, poprzez fabułę, logiczny schemat powiązań elementów występujących w grze, zasady rozgrywki, liniowość rozgrywki i wiele innych, aż po wierność realiom. Praktycznie każdy element jest ważny i mam wrażenie, że o ile fantastyczna grafika czy inne podobne technologiczne wodotryski dają wiele w momencie premiery gry oraz, co chyba kluczowe dla producentów, wpływają znacząco na jej sprzedaż, to o grywalności ostatecznie decyduje element najsłabszy i jego waga w porównaniu do pozostałych atrybutów. To sprawia, że wypasione produkcje, w początkowym okresie niewyrobionym graczom nakręcanym przez płatną klakę, zwaną często krytyką, wydają się grami wszechczasów. Potem jednak, po roku, dwóch czy trzech, te wielkie nadzieje gasną. I okazuje się, że dziś, w XXI wieku, w czołówce najwyżej ocenianych, najczęściej granych, najbardziej znanych, są gry rodem z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. To prehistoria programów komputerowych – programy operacyjne z tego czasu już dawno wyszły z użycia, więc tworzy się emulatory umożliwiające granie w te najstarsze gry. Na szczęście nie wszystkie tego wymagają.

Jako że moim ulubionym gatunkiem jest strategia, dziś przedstawię Wam kolejnego dinozaura, który nie tylko, że nie wymarł, ale wciąż ewoluuje. Strategie zasadniczo dzielą się na RTS-y* i turówki**. Te pierwsze mają większą grywalność w początkowym okresie użytkowania, te drugie zaś pokazują pazur po latach, gdy zakupiopne w tym samym czasie RTS-y już dawno pokryją się kurzem. Pisałem już o History Line 1914-1918, której miłośnicy płaczą, gdyż nie doczekała się nigdy kontynuacji, oraz o trójcy Steel Panthers (Steel Panthers World at War, Steel Panthers World War II i Steel Panthers Main Battle Tank), która co pewien czas otrzymuje nowsze wersje. Wspomniane gry są wykonane w bardzo użytecznej w strategii konwencji, czyli w widoku z góry. Dziś nadszedł czas na wybitnego przedstawiciela innego sposobu obrazowania – rzutu izometrycznego.



  
Seria Jagged Alliance, bo o niej właśnie mowa, w swej pierwszej odsłonie pojawiła się w 1994 roku, równocześnie z kultowym UFO Enemy Unknown, o którym kiedy indziej. Od razu stała się obiektem uwielbienia maniaków strategii, a raczej taktyków, gdyż dowodzimy w niej oddziałem złożonym z niewielkiej liczby (najczęściej, w zależności od wersji, kilku/kilkunastu) najemników. Prawdziwą karierę, trwającą do dziś, zrobiła druga osłona cyklu (Jagged Alliance 2). Jej wielkimi zaletami, które są konsekwentnie rozwijane w kolejnych częściach, były wyraziste, oryginalne postacie, duży wybór broni strzeleckiej i realistyczne odwzorowanie pola walki. Sylwetki najemników, choć niewielkie, są bardzo sympatycznie animowane. Biją na głowę nawet późniejsze wielkie produkcje, jak choćby Fallout: Brotherhood of Steel z 2004 roku, gdzie czołganie się przypomina konwulsyjne drgawki. Poniżej krótki filmik ukazujący dynamikę poruszania się postaci w Jagged Alliance 2.




Filmik nakręcony z gry w wersji modowej Renegade Republic PL JA2 v. 1.13. Mody bowiem są tym, co nadaje wciąż nowe oblicza starej, klasycznej wersji.


W pierwotnym JA2 należało przy pomocy grupy najemników, w imię demokracji i wolności, zdobyć wyspę kontrolowaną przez złą dyktatorkę. Ciekawą rzeczą było konstruowanie od podstaw, zgodnie z własnymi preferencjami, głównego najemnika będącego naszym alter ego w grze. W modyfikacjach, których jest całkiem sporo, fabuła z reguły jest pokrewna, choć nie zawsze. W niektórych można też zwiększyć ilość samodzielnie konstruowanych postaci. Najczęściej akcja osadzona jest w czasach nam współczesnych, lecz jest też na przykład wersja umiejscowiona w Wietnamie czy w czasach II Wojny Światowej. Wyraźny jest element RPG*** - postacie doskonalą swe umiejętności w miarę zdobywania doświadczenia.




Wszystko to interesujące, ale tym, co najbardziej kręci tygrysy, jest uzbrojenie i jego używanie. Największą zaletą serii jest to, iż cały czas trwa na forum poświęconym grze dyskusja i moderzy, niech Pan da im siły, twórcy kolejnych, coraz bardziej rozbudowanych wersji, wsłuchują się w propozycje graczy, a liczba dostępnych typów broni strzeleckiej sięga w nowych modach już trzech tysięcy. Do tego oczywiście odpowiednia różnorodność amunicji, lekka broń wsparcia, moździerze, wyrzutnie przeciwpancerne, granaty, koktajle mołotowa. Dla każdego coś miłego.




By oddać atmosferę Jagged Alliance opiszę fragment jednego starcia. Każdy zainteresowany będzie wiedział w czym rzecz. Kiedyś moi najemnicy zdobywali budynek w kształcie litery „U”. Przed atakiem snajper z cichym zabójcą weszli na dach i wykończywszy strażników szybko rozłożyli się, by kontrolować ogniem dziedziniec wewnętrzny, a w chwilę później do ataku ruszyli pozostali. Na przedzie szła zawodniczka wyspecjalizowana w skradaniu się. Nagle otworzyły się drzwi w budynku i wypadła banda złych. Zrobiło się zamieszanie. Nawet noże weszły do akcji. Większość obrońców udało się zabić, ale w zamieszaniu prowadząca dostała serię przez klatę. Dzięki osłonom balistycznym nie zginęła, ale jednak padła obezwładniona brocząc obficie krwią. Nagle skądś pojawił się wrogi komandos, wpadł między zajętych walką moich i wyglądało na to, że dobije moją liderkę, na której przeżyciu bardzo mi zależało. Jedynym wyjściem było, by snajper z dachu strzelił przez własnego kolegę, który zasłaniał mu wrażego komandosa. Padł strzał. Pocisk przeszedł przez ramię najemnika, który znalazł się w złym miejscu i o złym czasie, na szczęście go nie zabijając, i trafił prosto w głowę wrednego komandosa. Liderka i najemnik poszli do szpitala, ale nie do kostnicy. I o to chodziło.




Oczywiście, gra nie oddaje rzeczywistości. W realu rany nie goją się tak jak w grze czy na filmie. Ale wiele smaczków w Jagged Alliance można odnaleźć. Jeśli na przykład spróbujecie, jak widać to na większości filmów, biegać czy chodzić po polu walki, zaraz zakończycie karierę. Nie będziecie długo czekać na strzał z okna czy z innego ukrycia. Skulona, skradająca się sylwetka najemnika albo ewentualnie czołganie, to jedyny sensowny obrazek.




Nie trzeba mówić: nie jest to gra dla wszystkich. Tym jednak, którzy interesują się uzbrojeniem strzeleckim, klimatami taktycznymi i walką małych formacji, polecam zwrócenie uwagi na tę produkcję. Tym bardziej, iż oryginalne wersje będące podstawą do instalowania modów można kupić za grosze, albo nawet zdobyć za darmo, i póki co szykuje się, iż nowych wersji nie zabraknie.


Zainteresowanych zapraszam też na stronę poświęconą grze i na sprzężone z nią forum.



Poniżej garść screenów (kliknij by powiększyć)



Wasz Andrew















* Real Time Strategy – strategia czasu rzeczywistego
** gry rozgrywane w systemie turowym
*** Gra fabularna, z ang. Role-Playing Game)