Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą militaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą militaria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 lipca 2013

Niemieckie pociągi pancerne




Deutsche Eisenbahngeschütze


Horst Scheibert

Seria wydawnicza Waffen Arsenal
numer broszury 016
Wydawnictwo PODZUN-VERLAG 1975

Ostatnio przedstawiłem Wam niezmiernie interesującą publikację z cyklu Armor Photogallery traktującą o niemieckim dziale kolejowym Leopold. Wcześniej były też przykłady z takich serii wydawniczych jak IN ACTION, The Military Book Club i Танк на поле боя. Mieliśmy więc literaturę dokumentalną rosyjsko- i anglojęzyczną, najbardziej strawną w naszym kraju. Dziś przykład, że i w niemieckiej jest co poczytać i pooglądać, gdyż podobnie jak we wspomnianych, i w dzisiaj omawianej lekturze obraz jest chyba nawet ważniejszy niż słowo. Poznajmy serię Waffen Arsenal wydawnictwa PODZUN-VERLAG.





Numer 16 cyklu, jak sam tytuł mówi, jest poświęcony niemieckim działom kolejowym II Wojny Światowej. Publikacja o objętości 51 jeden stron, podobnie jak we wspomnianych, konkurencyjnych wydawnictwach, wypełniona jest świetnie dobranym zdjęciowym materiałem dokumentalnym i oszczędnym, ale konkretnym i interesującym tekstem. Całość wzbogacają rysunki poglądowe omawianych konstrukcji, sposobu ich ustawiania na stanowiskach ogniowych, czy przykładowego składu w jakim się poruszały. Choć osobiście preferuję opracowania monograficzne, jako z przyczyn oczywistych bardziej wyczerpujące i mniej ogólnikowe, jednak trzeba przyznać, że Deutsche Eisenbahngeschütze prezentuje się interesująco pomimo dość szerokiej tematyki; obejmuje bowiem niemiecką artylerię kolejową kalibrów 15, 17, 20.3, 21, 24, 28, 30.5, 32, 34, 37 i 80cm. Już z tego wymienienia różnorodności kalibrów, a co za tym idzie konstrukcji, można się domyślić, iż niektóre typy dział zostały omówione naprawdę skrótowo i zobrazowane tylko jednym, a inne kilkoma zdjęciami. Z tego powodu publikacja nie jest marzeniem modelarza, choć może być cenna jako źródło uzupełniające, jako że fotki nie są zbyt „ograne” co jest wadą większości polskich wydawnictw. Dla zainteresowanych historią techniki zbrojeniowej i II Wojny Światowej jest to ciekawa pozycja oddająca ducha uzbrojenia tego typu. Do myślenia o sensie tych konstrukcji dają w szczególności informacje o składach osobowych jednostek przewidzianych do obsługi tego sprzętu. Oczywiście przeszkodą może być aspekt językowy – niewielu Polaków zna język swego zachodniego sąsiada. Właściwie to niewielu Polaków zna jakikolwiek język; nawet z ojczystym nie jest najlepiej. Z drugiej strony, w dobie internetu i komputerów, chcący zawsze jakoś sobie z tłumaczeniem poradzi.




Z dostępnością na rynku wtórnym, bo chyba tylko to wchodzi w rachubę, nie jest najlepiej, ale zdaje się, że jak już coś się pojawi, to ceny są przystępne, właśnie ze względu na język.

Gdybyście napotkali, warto poczytać. Do kupowania nie zachęcam, jeśli temat specjalnie Was nie rajcuje. No chyba, że cena wybitnie atrakcyjna będzie


Wasz Andrew

sobota, 20 lipca 2013

Leopold




Jan Coen Wijnstok

Leopold 28cm K5(E)

Armor Photogallery #12

Wydawnictwo: Model Centrum Progres, 2005


Jakiś czas temu pisałem o wydawnictwach zagranicznych, które przybliżają miłośnikom historii wiedzę o sprzęcie militarnym używanym w przeszłości. Było o kilku zeszytach znanej serii wydawniczej IN ACTION, było o jednym z serii The Military Book Club i o dwóch (ale dotyczących jednej konstrukcji) ze świetnej serii Танк на поле боя. Aby nie podpaść pod przysłowie o tych, co cudze chwalą, a swego nie znają, dziś polska produkcja, czyli rewelacyjna wręcz publikacja Model Centrum Progres, której autorem jest Jan Coen Wijnstok. Autor jak widać importowany. Szkoda, że nasi rodzimi nie mają ręki do monografii tego typu. Niektórym może przeszkadzać, iż wydanie jest po angielsku, ale skoro jest to łacina naszych czasów, więc nie ma co narzekać; każdy powinien dać sobie radę.

Numer 12 serii Armor Photogallery, bo taką nazwę nosi cykl wydawniczy, jest poświęcony niezwykle udanej konstrukcji, jakim było niemieckie działo kolejowe K5 (28 cm Kanone 5 (Eisenbahn)) wyprodukowane w zakładach Kruppa i używane w trakcie II wojny światowej. Właściwie publikację, która składa się z 58 stron wypełnionych tekstem, 224 kolorowymi i 31 czarno-białymi zdjęciami, można podzielić na dwie części. Pierwsza zawiera fotki Leopolda zachowanego w United States Army Ordnance Museum ( Muzeum Uzbrojenia Armii Amerykańskiej) w Aberdeen Proving Ground (w Hrabstwie Harford w stanie Maryland) poczynając od widoczków ogólnych, aż po najbardziej szczegółowe, łącznie z detalami podwozia.



Rzecz bezcenna dla modelarzy, ale interesująca również dla wszystkich innych czytelników, zwłaszcza zainteresowanych techniką, wojskowością i historią. Nie wyobrażam sobie poznawania dziejów epoki bez znajomości ówczesnych realiów materialnych. Nie ma sensu debatować o Wojnie Stuletniej z kimś, kto kuszy od łuku nie odróżnia. Druga część jest jeszcze bardziej historyczna, gdyż pokazuje świetnie dobrane zdjęcia dokumentalne z czasów służby tych dział. 







Dodatkowym bonusem jest wkładka z planikami w skali 1:35 i 1:72. O ile wiadomości zawartych w tym numerze od biedy można się doszukać w sieci czy innych źródłach, o tyle zawartość graficzna Leopolda jest bezkonkurencyjna. Szkoda tylko, że z dostępnością wydania na naszym rynku nie jest najlepiej, ale ratunkiem jest na szczęście internet.

 




Powtórzę się, ale oceniam tę publikację bardzo wysoko w swej klasie. Mam tylko nadzieję, że z czasem dojdziemy do momentu, gdy takie perełki będą dziełem w całości polskim, od autora, przez wydanie, po dystrybucję, a ta ostatnia nie będzie chwilową kometą przelatującą przez rynek i pozostawiającą tylko wspomnienia, ale zapewni wzorem zachodnich sieci sprzedaży ciągłą dostępność. Tego sobie i Wam życzę



Wasz Andrew

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Niemiecka amfibia gąsienicowa LWS




Танк на поле боя № 46 и 47

LWS германская гусеничная амфибия (Часть 1 и 2)

Czołg na polu walki 46 i 47. Niemiecka amfibia gąsienicowa LWS (cz.1 i 2)

Иванов С.В.

Wydawnictwo: Московское Общество Истории Техники 2009

Od czasu przemian ustrojowych miłośnicy sprzętu pancernego i historii techniki wojskowej mają z roku na rok łatwiejszy dostęp do coraz to większej ilości informacji i materiałów graficznych z ukochanej dziedziny. Mamy na rynku spory wybór polskich książek, albumów i broszur, zarówno z pierwszej, jak i z drugiej ręki. Coraz łatwiej też o wydawnictwa obcojęzyczne, które z reguły są bardziej interesujące od rodzimych, w których nierzadko można się doszukać powierzchowności, wtórności, jeśli nie wręcz śladów techniki kopiuj-wklej. Największą popularnością, ze względów językowych oczywiście, cieszą się publikacje anglojęzyczne. Ja jednak proponuję dziś zwrócić uwagę na mocno niedoceniany sektor języka rosyjskiego. Dlaczego? Przede wszystkim pochwalić go należy za możliwość dostępu do unikalnych wręcz materiałów, których próżno szukać u konkurencji. Jako przykład posłuży nam opracowanie traktujące o niemieckich amfibiach gąsienicowych LWS (Landwasserschlepper) z okresu II Wojny Światowej.

Jeśli chcemy po raz kolejny obejrzeć te same zdjęcia Tygrysa lub T-34, lub po raz n-ty przeczytać o tych konstrukcjach, nie będzie problemu. Znajdziemy opracowania po polsku, a po angielsku wybór będzie potężny. Niemiecki też będzie przydatny. Pewne problemy zaczynają się, gdy chcemy poznać jakąś mniej znaną konstrukcję, jak choćby amfibię LWS. Zaczyna brakować źródeł. Internet też niewiele nam w tym pomoże. Nawet w prześwietnym portalu AchtungPanzer! będącym kopalnią wiedzy o niemieckim sprzęcie pancernym IIWŚ znajdziemy ledwie krótką notkę o LWS i dwa zdjęcia. I tutaj zęby pokazują wydawnictwa rosyjskie. Rosjanie chyba uwielbiają nietypowe konstrukcje, ciekawostki z historii techniki i nauki, a w każdym bądź razie takie można odnieść wrażenie widząc bogactwo informacji o nich, jakie można uzyskać poszukując w materiałach publikowanych po rosyjsku. Typowym przedstawicielem tej dziedziny wiedzy i sposobu jej popularyzowania jest historia LWS zawarta w dwóch kolejnych numerach (46 i 47) serii wydawniczej Czołg na polu walki. Opracowanie objętością przypomina nieco anglojęzyczne In Action lub nasze rodzime Militaria i ma 117 stron (cz. 1 -58, cz. 2 – 59). W dwóch zeszytach zgromadzono zadziwiająco obszerny materiał zdjęciowy i niesamowicie szczegółową historię tego marginalnego przecież epizodu II Wojny. Próżno szukać czegoś podobnego na naszym rodzimym rynku, a i w literaturze anglojęzycznej nie udało mi się znaleźć niczego więcej na ten temat. Polecam absolutnie wszystkim fascynującym się tą tematyką, również modelarzom, a pozostałych namawiam na zainteresowanie się wydaniami w języku Puszkina i Gogola, gdyż mogą się okazać kopalnią nowych, interesujących materiałów

Wasz Andrew

czwartek, 11 kwietnia 2013

Stuart In Action i nieoczekiwane znalezisko


 

Steve Zaloga 

STUART 

U.S. Light Tanks in Action 

squadron/signal publications 
ARMOR NO. 18

Dziś przedstawiam kolejną broszurę z serii ARMOR wydawnictwa squadron/signal, jak się można domyślić z tytułu, poświęconą głównie czołgom lekkim Stuart, ale nie tylko, gdyż w podtytule mamy informację, iż będziemy się mogli zapoznać nie wyłącznie z jedną konstrukcją i jej linią rozwojową, ale i ogólniej; z lekkimi czołgami amerykańskimi II Wojny Światowej.

Zawsze zadziwia mnie ten cykl wydawniczy; ile informacji i zdjęć można zmieścić na 50 stronach; jak przemyślany wybór pomiędzy tym, co zostawić, a tym, co odrzucić, może skutkować sukcesem i sporą ilością wiedzy, którą udało się zawrzeć w tak skromnej objętościowo publikacji.

Dzięki książeczce poznamy przedwojennych protoplastów czołgów lekkich Stuart, rozwój tej ostatniej konstrukcji pod wpływem rosnących wymagań pól bitewnych II Wojny, aż po krótką historię następcy Stuartów, czyli lekkiego czołgu M24 Chaffee, który jednakowoż był całkiem nową konstrukcją nie będącą pod względem zastosowanych rozwiązań kontynuacją M3/M5 Stuart.

W mojej ocenie publikacja jest bardzo udana. Zdjęcia dobrane z dużym wyczuciem i znawstwem, a zasób wiedzy, o czym już wspomniałem, niesamowity, biorąc pod uwagę objętość wydania. Oczywiście nie jest to pozycja godna polecenia miłośnikom romansów, ale dla zainteresowanych bronią pancerną, II Wojną, czy w ogóle zainteresowanych techniką lub historią, jest ta pozycja wydawnicza warta poznania.

Wielu „historyków” uważa, że takie informacje nie są im potrzebne. Wystarczą im relacje i liczby. Ja się z tym nie zgadzam. Wiedza o datach i nazwiskach to nie jest historia. W gromadzeniu jej, wyszukiwaniu i podawaniu na życzenie, i tak nigdy człowiek nie prześcignie komputera. Nie mylmy narzędzia z działalnością. To nie pług orze pole, ale rolnik przy pomocy pługa. To nie znajomość faktów czyni historyka, ale jest ona jego narzędziem. Nie jedynym, jeśli historyk ma być cokolwiek wart.

Prawdziwa historia jako nauka, to dla mnie poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które wciąż się pojawiają przy ustalaniu przyczyn i skutków zdarzeń, które zaistniały. Nowe odpowiedzi rodzą nowe pytania i tak w kółko. Może nie aż tak, jak w matematyce czy fizyce, ale podobnie. A odpowiedzi czasami przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach, z najmniej spodziewanych miejsc.

Polacy byli najlepszymi pilotami na świecie. Prawie każdy słyszał ten durny slogan. Durny już z samej swej konstrukcji. Od razu można zapytać - kiedy? Od razu można zapytać - w jakiej kategorii? Wiadomo, że takie oceny łechcą dumę wszystkich nieudaczników, którzy własnej wartości nie czując, muszą się pod coś podczepić i nie jest ważne, czy to Legia, Małysz, czy polscy lotnicy. Co to ma wszystko wspólnego z amerykańskim czołgiem lekkim? Spójrzcie na zdjęcie poniżej pochodzące z omawianej publikacji. Czy ci amerykańscy piloci, których maszyny widzimy ponad formacją czołgów, nie byli aby co najmniej równie szaleni i dobrzy w swym fachu co nasi? Nieoczekiwane odpowiedzi w nieoczekiwanych okolicznościach.

 (kliknij aby powiększyć)


Czołg lekki nie jest specjalnie popularnym tematem. Większość pancerniaków podnieca się czołgami ciężkimi, tą potęgą ognia, silników i pancerza. Wielu myśli, iż ta gałąź genealogiczna broni pancernej, której przedstawicielem był Stuart, obumarła całkowicie, gdyż na dzisiejszych teatrach działań wojennych królują MBT (Main Battle Tank), które w prostej linii wywodzą się od Tygrysa, jak Abrams, Leopard, Leclerc czy Challenger. Tak jednak nie jest. Historia znów mrugnęła oczkiem. Spójrzcie na niemiecki lekki pojazd gąsienicowy Wiesel poniżej. Niczego Wam nie przypomina?

(Niemiecki pojazd pancerny Wiesel zdjęcie: Nick-D Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0)

No – dość tych dygresji. By jakoś w miarę zgrabnie zakończyć, podkreślę, iż pomimo pozornie niezbyt porywającego tematu i niewielkiej objętości, lektura tego zeszytu i zapoznanie się z zawartymi w nim zdjęciami to rzecz ciekawa. Polecam wszystkim, którzy choć trochę interesując się tematyką


Wasz Andrew



(kliknij aby powiększyć)







piątek, 5 kwietnia 2013

Sturmgeschütz III in action





Sturmgeschütz III in action


Bruce Culver
squadron/signal publications 1976
seria ARMOR No. 14


Jakiś czas temu pisałem o broszurze nr 20 z cyklu Armor wydawnictwa Squadron/Signal poświęconej z pozoru nieciekawemu tematowi radzieckiego czołgu T-34, która jednak okazała się bardzo interesującą i wartościową. Dziś dla odmiany numer 14 tej samej serii wydawniczej tratujący o sprzęcie pochodzącym z przeciwnej strony frontu – dziale pancernym (właściwie dziale szturmowym) Sturmgeschütz III.

Działa pancerne były typem uzbrojenia charakterystycznym dla II Wojny Światowej. Sturmgeschütz III (zwane także StuG III, Sd.Kfz 142) były produkowane i używane przez całą wojnę, przy czym oczywiście podlegały ciągłej ewolucji, przede wszystkim ze względu na konieczność montowania coraz silniejszego uzbrojenia i opancerzenia, które mogłoby sprostać gwałtownie rosnącym wymaganiom ówczesnego pola walki. Miały wiele zalet, z których głównymi były niższy koszt produkcji, niż czołgu na tym samym podwoziu, możliwość montażu potężniejszych dział oraz niska sylwetka. Oczywiście ceną za to był brak ruchomej wieży, przez co zmiana kierunku prowadzenia ognia wykraczająca poza niewielki kąt wymagała manewrowania całym pojazdem. Choć w dzisiejszej powszechnej świadomości dominującym pojazdem pola walki II Wojny był czołg, to jednak dla niemieckiej piechoty to właśnie działa szturmowe były gwarantem zwycięstwa. Doszło do tego, że piechurzy uważali, iż dopóki towarzyszą im Stugi, dopóty sytuacja nigdy nie będzie naprawdę zła. W obawie przed załamaniem morale nie można było wycofywać jednocześnie z linii frontu zbyt wielu dział szturmowych i takie czynności jak naprawy, obsługa techniczna czy uzupełnianie amunicji musiano organizować nie dla całych jednostek, ale partiami, tak by zawsze pewna widoczna dla piechoty ilość dział pancernych znajdowała się na pierwszej linii. Choć mit asów niemieckiej broni pancernej kojarzy się głównie z czołgiem Tygrys, jednak w rzeczywistości często to właśnie Stugi służyły do łatania dziur i posyłano je na najbardziej zagrożone odcinki frontu, po czym załogi dział szturmowych były odznaczane za bohaterstwo w walce i osiągnięcia.

W tej edycji In Action znajdziemy zwięzłe, ale treściwe omówienie rozwoju konstrukcji StuG III wraz z informacjami pozwalającymi odróżniać pojazdy pochodzące z kolejnych serii produkcyjnych. Bardzo mocną stroną wydania jest bogaty, jak na 50 stron, zestaw zdjęć i ilustracji. Co należy podkreślić, dobranych w sposób niosący jak najwięcej pojęcia o rzeczywistym duchu tej konstrukcji. Niestety, nie za wiele jest zdjęć dosłownie in action, więcej before lub post. Książeczkę z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, zwłaszcza modelarzom, miłośnikom broni pancernej i historii, choć nie tylko. Oczywiście dyskusyjna jest cena, za którą warto ją nabyć, a w bibliotece raczej się jej nie uświadczy. Niemniej, jeśli ktoś ma możliwość sięgnąć po tę lekturę, choćby dzięki znajomym lub rynkowi wtórnemu, naprawdę warto


Wasz Andrew




Zwróćcie uwagę na oryginalną wersję opowieści o Czterech pancernych i psie (kliknij aby powiększyć).

czwartek, 14 marca 2013

Waffen-SS in Combat



Waffen-SS in Combat

Tekst Robert Michulec

Edycja Tom Cockle

Plansze barwne Ronald Volstad

The Military Book Club


Po dwóch małych monografiach sprzętu pancernego, które ostatnio wam przedstawiłem, przyszedł dziś czas na książkę nietypową, lecz niezwykle interesującą. Waffen-SS in Combat poświęcona jest historii tej kontrowersyjnej, lecz niezwykle interesującej formacji. Temat atrakcyjny nie tylko dla historyków i miłośników militariów, ale chyba dla każdego. Tym bardziej, iż wydanie nie ma formy wykładu, a albumu złożonego ze świetnie dobranych fotografii. Każde zdjęcie jest szczegółowo opisane . Idąc od zdjęcia do zdjęcia śledzimy losy Waffen-SS , legendarnych legionów Hitlera, a rozpoczynamy między innymi od fotek z ataku na polską Pocztę Gdańską.

Mocną stroną opracowania jest brak zadęcia propagandowego i koncentracja na faktach. Pokazuje niedostatki uzbrojenia i innego wyposażenia przeciętnych jednostek zadające kłam propagandzie alianckiej upatrującej przyczyn przewagi niemieckiej głównie w sprzęcie. Nie jest to wyczerpująca rozprawa usiłująca dać całościowy obraz i ocenę tematu. To raczej zestaw informacji, które w połączeniu z innymi pozwalają myślącemu czytelnikowi, by sam sobie wyrobił o przedmiocie własne i indywidualne zdanie, by miał jeszcze jedno narzędzie do weryfikacji różnych wersji historii.

Jak wspomniałem, jest to niezbyt obszerny materiał (52 strony), ale usiłujący oddać ducha całej Waffen-SS. Stąd wiele zdjęć przedstawia zadziwiającą ubogość sprzętu, jak na elitarną bądź co bądź formację, choć sytuacja w niej i tak była lepsza niż w Wermachcie. Jeśli chcecie poczytać o tym, co najbardziej fascynuje miłośników broni pancernej, czyli o jednostkach wyposażonych w Tygrysy, jak choćby o legendarnym Schwere SS Panzer Abteilung 101, który do dziś rozpala wyobraźnię historią swych dokonań, musicie poszukać innej lektury. Tigery były zaledwie nielicznymi perełkami wśród morza pośledniejszego sprzętu i w tej książce znajdziemy tylko jedno zdjęcie tej legendarnej konstrukcji. To też pokazuje, jak świadomie autorzy dobrali ilustracje, powstrzymując się od tego, co na pewno zwiększyłoby liczbę czytelników, w imię oddania realiów i ducha czasu.

Można zrozumieć, dlaczego po wojnie propaganda zwycięzców robiła wszystko, by przedstawić Waffen-SS w możliwie najgorszym świetle. Coś przecież trzeba było zrobić z wizerunkiem fanatycznych żołnierzy zapatrzonych w człowieka, który o mało co nie podbił świata. Dlaczego jednak dzisiaj dalej jest wielu, którzy potępiają ich tak zaciekle? Były zbrodnie popełniane przez Waffen-SS? Były. Tego nie da się ukryć. Byli fanatykami? Byli. Na pewno nie wszyscy, ale jako całość na pewno. A czyż legiony rzymskie nie miały w swych kartach takich samych wyczynów i takiego samego fanatyzmu, przywiązania do osoby wodza? Czyż nie wyrzynali całych osad łącznie z kobietami i dziećmi? Czemu o tamtych nie mówi się zbrodniarze i ludobójcy? I czemu Rzymianom nie odmawia się prawa do rzetelnej oceny, a żołnierzom z Waffen-SS wielu nie chce przyznać nawet tego, czego liczne są dowody i przykłady, czyli wewnętrznego koleżeństwa, nawet braterstwa, heroicznej niejednokrotnie odwagi? W czasach świetności, morale ich było niezwykle wysokie. Potrafili prowadzić natarcie przy stratach własnych, przy których inne formacje, nawet w obronie, rzucały się do panicznej ucieczki, co było powodem zazdrości dowódców przeciwnej koalicji. Byli poniekąd przeciwieństwem Wermachtu, który górował nad przeciwnikami nie tyle odwagą i sprzętem, co umysłami dowódców i wyszkoleniem. Może między innymi tu leży pies pogrzebany?

Dzieje i ocena Waffen-SS są bardzo dobrym przykładem relatywizmu historii. Inaczej oceniają je Polacy, inaczej Niemcy, inaczej Anglicy. Znów mi się przypominają słowa Liz Murray: „Tyle jest historii, ilu jest ludzi”. I ta książka jest jedną z tych, które pomagają nam wypracować swoje własne widzenie spraw, bez mozolnego oddzielania propagandy od faktów. Nie zaprzecza popularnym sądom, ale pokazuje drugie oblicze przeszłości.

Zdecydowanie polecam, nie jako lekturę dającą odpowiedzi, ale jako dającą podstawy do stawiania pytań.


Wasz Andrew



wtorek, 12 marca 2013

Historia Rudego




T-34 in Action 

Steven Zaloga, James Grandsen & Don Greer 

Squadron/Sigma Publications 1983 
ARMOR No. 20 

Dziś przedstawiam kolejną broszurę z serii wydawniczej In Action, z linii Armor, oznaczoną numerem 20 i poświęconą T-34. Na pozór może się wydawać, iż temat jest banalny; czy jest choć jedna osoba, która nie widziała T-34 i nie słyszała tej nazwy? Miłośnicy militariów i historii, a zwłaszcza stalowych potworów, wiedzą, że Steven Zaloga i James Grandsen są gwarantem dobrej lektury, lecz czy jest w tej publikacji coś ciekawego dla przeciętnego czytelnika?

Zgodnie z tradycją serii w książeczce znajdziemy historię rozwoju jednej konstrukcji, w tym przypadku znanej na całym świecie jako T-34. Wszystko to opatrzone licznymi zdjęciami i rycinami. Numer jest wyjątkowo udany, gdyż koncentrując się tylko na jednym typie czołgu, w zwartej formie, ale dość szczegółowo, przedstawia dzieje jednego z najliczniej produkowanych i najdłużej użytkowanych bojowo pojazdów pancernych świata. Solidna porcja wiedzy okraszona jest wyjątkowo dobrze dobranymi, biorąc pod uwagę ograniczenia (49 stron), ilustracjami. Są to głównie zdjęcia, ale nie tylko. Szczególnie przydatne mogą być dla wszystkich, za wyjątkiem starych wyjadaczy, rysunki – klucze ukazujące, jak po detalach takich jak kształt wieży, wygląd osłony armaty, kół napędowych i innych elementach samodzielnie określić z jakiego okresu produkcyjnego, a nawet z jakiej fabryki dany pojazd pochodzi. Po co to nam? Dla modelarzy i początkujących historyków – bezcenne. Może nie tak obszerne jak poważne monografie, ale za to usystematyzowane, przejrzyste i poręczne. A dla zwykłych zjadaczy chleba przydatne choćby po to, by wiedzieć, co było nie tak z naszym „Rudym” 102.

Wiedza wiedzą, ale dla mnie powodem, dla którego lubię co pewien czas wracać do tego zeszytu, są fotografie in action, których tak brak było mi w poprzednio omawianym odcinku serii. Gdy się w nie dłużej wpatrywać, można poczuć prawdę o Froncie Wschodnim, gdzie jednostka była zerem, a ludzie tylko mięsem armatnim, które bez śladu ginęło w niezmierzonych przestrzeniach dalekiej Rosji. Niestety, książki tej nie znajdziecie w bibliotekach, a ceny nowych egzemplarzy są zaporowe. Pozostaje jedynie szukanie okazji z drugiej ręki. Czy polecam? Zdecydowanie


Wasz Andrew


(kliknij aby powiększyć)

poniedziałek, 11 marca 2013

German Halftracks in Action



German Halftracks in Action

Uwe Feist & Kurt Rieger

Squadron/Signal Publications
ARMOR NUMER 3


Seria In Action to kolekcja anglojęzycznych zeszytów, czy też jak kto woli broszurek, poświęconych konkretnym typom pojazdów militarnych, choć nie tylko, gdyż są także dotyczące choćby formacji wojskowych. Linia Armor dotyczy pojazdów lądowych; głównie pancernych.

Zeszyt trzeci traktuje o niemieckich półgąsienicówkach okresu II Wojny Światowej, pojazdach niezwykle udanych i wszechstronnych, począwszy od półgąsienicowego motocykla NSU „Kettenkrad” ’HK 101’ (Sk.Kfz.2), przez ciężarówki i podwozia aamobieżnej artylerii, aż po potężne ciągniki artyleryjskie Schwerer Zugkraftwagen 12 t (Sd.Kfz. 8). Pomimo skromnej objętości (48 stron) zdołano w wydaniu pomieścić dobrej jakości zdjęcia oraz zwięzłą i dość wyczerpującą informację o historii rozwoju każdej z przedstawionych konstrukcji. Oczywiście, nie można tej książeczki nazwać monografią, lecz z drugiej strony jest ona wystarczająca choćby dla modelarzy, którzy chcą wiedzieć coś więcej o sprzęcie, nad którego miniaturą pracują. Zdjęcia też mogą się im przydać. Może to być też wartościowa pozycja dla miłośników historii, a nawet historyków, gdyż próba zrozumienia losów wojen bez znajomości sprzętu uczestniczących w niej stron jest przedsięwzięciem o wątpliwych szansach na powodzenie. Niestety, gorzej nieco jest tym razem z tytułowym in action. Zdjęcia wybrane ze znawstwem ukazują dużo detali i dają spore pojęcie o specyfice omawianych pojazdów, lecz brak wśród nich zdjęć z walki. Mamy głównie fotki z przemarszów, jazdy w terenie, itd. To chyba jedyny minus tego akurat odcinka bardzo dobrej przecież serii wydawniczej. Czy więc warto kupić omawiany zeszyt, gdyż w bibliotekach go raczej nie uświadczycie?

No właśnie. Doszliśmy do ciekawej rzeczy. Zwróćcie uwagę na cenę sugerowaną umieszczoną przez wydawcę na okładce - $3.95(!). A potem wejdźcie do sieci i zobaczcie ceny. Na rynku wtórnym są dużo wyższe, niż ta z okładki, ale jeszcze w graniach zdrowia psychicznego, zwłaszcza w Polsce. Za to na pierwotnym… Sami oceńcie. Skąd taka dysproporcja? Tutaj dochodzimy do ciekawych refleksji i spostrzeżeń.


Pisałem już o prawach autorskich, które pod wieloma względami kojarzą mi się z hasłem z komunistycznej encyklopedii, do którego odnośniki znajdowały się przy wielu innych tematach – „pseudonauka burżuazyjna stworzona w celu ogłupienia mas pracujących”. Zobaczcie na rok przy copyrightce na stronie 2 – 1972. A obok napis: „Żaden element tej książki nie może być…”. A przecież zdjęcia, które prędzej niż treść, mogą być pokusą wartą skopiowania, zostały zrobione w czasie wojny. Nawet zakładając, iż liczymy czas od pierwszej publikacji, to czy mamy uwierzyć, że akurat w tym wydaniu wszystkie zostały po raz pierwszy upublicznione? Widać wyraźnie, iż prawa autorskie w wielu przypadkach, tak jak w tym, nie służą do ochrony należnych praw, ale do zapewnienia profitów nienależnie pobieranych przez wybrańców oraz do utrudnienia dostępu do zasobów informacji i dokumentów, które powinny być darmowe. To wszystko w zestawieniu z obecnymi cenami mówi samo za siebie. Mam wrażenie, iż za komuny cena owych publikacji na zachodzie była niska, by komunistyczna propaganda nie krzyczała, iż burżuje zdzierają od biednej młodzieży, która chce poznawać historię. Od upadku komuny ceny takich książek na Zachodzie rosną systematycznie i jest to może najmniej ważny, ale jednak dość wyraźny sygnał kierunku, w którym zamierza iść większość państw kapitalistycznych. To tylko jednak taka refleksja.

Czy broszura warta jest zakupu? Zależy od tego, za ile uda się Wam ją trafić. To musicie sami ocenić. Ja mogę tylko powiedzieć, iż lektura była interesująca, nawet dla osoby obeznanej z tematem, a zdjęcia rewelacyjne, choć nie tak, jak w innych numerach serii.


Wasz Andrew