Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 11 lipca 2012

Burzliwy rejs przez morze monad

Okładka książki Arka 

Arka

Adam Snerg Wiśniewski


Wydawnictwo: Słowo/obraz terytoria
Liczba stron: 160





Adam Wiśniewski Snerg to postać tyleż zagadkowa, co mało znana, szczególnie młodszym czytelnikom. Urodzony w 1937 roku w Płocku pisarz, a oprócz tego fizyk samouk i myśliciel, gdy zdobył już pewien rozgłos literacki, przez długi czas pieczołowicie ukrywał swoją tożsamość. Karierę pisarską zaczął z wysokiego C – jego powieściowy debiut Robot do dziś uchodzi za najwybitniejsze dzieło Snerga, został również ogłoszony najlepszą książką polskiej SF w powojennym trzydziestoleciu.

Proza Adama Wiśniewskiego jest bardzo charakterystyczna, przez niektórych uważana za trudną w odbiorze. Jest ona gęsto poprzeplatana autorskimi, bardzo oryginalnymi, teoriami samego Snerga dotyczącymi otaczającej nas rzeczywistości, psychologii. W Robocie pojawia się Teoria Nadistot, w omawianej Arce Teoria Bezpieczeństwa. Snerg jest także twórcą decentryzmu, koncepcji artystycznej, zgodnie z którą znaczeniowy środek danego obrazu powinien być umieszczany poza jego właściwymi ramami, skąd mógłby dominować nad ukazanym otoczeniem. Pisarz zginął śmiercią samobójczą. Ze świata odchodził zapomniany, nierozumiany, niedoceniany oraz samotny.

Głównym bohaterem Arki jest Patryk Tenevis, nieco zmęczony już życiem czterdziestolatek. W trakcie kolejnego rejsu, należy bowiem podkreślić, że przez cały swoją ziemską egzystencję Patryk spędził w otoczeniu bezkresnych wód oceanów, w bohaterze odzywa się tępy ból spowodowany tęsknotą i nostalgią za okresem lat dziecięcych, które upłynęły mu na pokładzie fregaty Arki. Dziwnym zrządzeniem losu okazuje się, że Tomahawk, transatlantyk którym aktualnie podróżuje Tenevis przepływać będzie tuż koło Arki. W jeszcze bardziej zaskakujących okolicznościach Patryk trafia na pokład swojej dawnej fregaty, w której jednak z niemałym trudem rozpoznaje ukochany statek.

Radość spowodowana odzyskaniem tak bliskiej sercu jednostki jest jednak bardzo krótka. Główny bohater szybko konstatuje, że łajba, bo inaczej nie można określić tego, w co przekształciła się Arka znajduje się w opłakanym stanie – podarte żagle, liczne przecieki, powodujące, że statek regularnie nabiera wody, co grozi zatonięciem, czy wreszcie nieopisany wręcz burdel, który panuje na pokładzie – oto czym obecnie jest znakomita niegdyś fregata. Jeszcze gorzej prezentują się jednak pasażerowie statku, którzy wydają się być kompletnie nie zainteresowani jego fatalną sytuacją. Próby zdecydowanego działania Tenevisa, pragnącego wcielić w rolę dowódcy, błyskawicznie spełzają na niczym, skutecznie rozbite o mur niechęci, czy wręcz apatii, jaką wykazują obecni na Arce. Dziwne zachowanie kilku pierwszych pasażerów to dopiero preludium do całego ciągu zdarzeń, których akcję spokojnie moglibyśmy osadzić w szpitalu psychiatrycznym. Wraz z bohaterem, a warto w tym miejscu podkreślić, że jest to narrator pierwszoosobowy, przez co cała książka przyjmuje formę relacji z naprawdę niezwykłego rejsu, przekonujemy się, że praktycznie każdy napotkany osobnik posiada własną wizję zachodzących aktualnie wydarzeń. Stąd, oprócz wspomnianej fregaty, przyjdzie nam jeszcze znaleźć się w tajnym obozie na środku pustyni, w przedziale pociągu, w którym spotkamy nawet jakże uciążliwych kontrolerów, czy wreszcie na pokładzie statku kosmicznego, pędzącego na spotkanie obcej cywilizacji z nie do końca pokojowymi zamiarami. Czy w takim huraganowym natłoku faktów uda nam się zacumować w spokojnej przystani, gdzie moglibyśmy wrócić do prowadzenia idyllicznego żywota u boku ukochanej istoty? Szczerze wątpię, ale warto przekonać się o tym osobiście.

Wspominałem o wszechstronnym umyśle Snerga oraz o szerokich horyzontach zainteresowań tego niezwykłego człowieka. Wszystko to wyłazi dosłownie zewsząd, na każdej przewracanej karcie tej niezwykłej powieści. Autor poruszył m. in. problem niemożności porozumienia pomiędzy istotami ludzkimi. Bohaterowie wykreowani przez Wiśniewskiego momentami przypominają leibnizowskie monady, autonomiczne i nie kontaktujące się ze sobą twory, którym egzystencja upływa na zagłębianiu się we własnej, absolutnie niezależnej wizji świata. Tenevisowi, który samowładnie ogłasza się nowym kapitanem statku, z ogromnym trudem przychodzi zatem skompletowanie załogi, która skutecznie mogłaby okiełznać dryfującą po falach fregatę. Taki stan rzeczy bardzo prosto wyjaśnić: wszyscy pasażerowie w sposób indywidualny postrzegają otaczającą ich rzeczywistość, która zdaje się absolutnie nie posiadać żadnych punktów stycznych. Stąd niemożność zbudowania porozumienia, złapania kontaktu. W pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać, kto tu na dobrą sprawę jest wariatem? Być może to główny bohater ciągle znajduje się w onirycznym odurzeniu, spowodowanym wyczerpaniem oraz kontuzją kolana, która poważnie daje się we znaki?

Rozważania o dewiacjach umysłowych brutalnie przecina Profesor, pomocnik głuchoniemego cieśli, który kategorycznie oświadcza, że żadnych wariatów nie ma i być nie może, a klasyfikowanie ludzi w ten sposób świadczy jedynie o fatalnym aparacie światopoglądowym, który bezwzględnie nadaje się do natychmiastowej reperacji. Wariat to osobnik odstający zachowaniem od reszty społeczeństwa, od normy, od pospolitości. Jednak wszelakie wzorce zachowań ustalane są przez nas, są zatem subiektywne, czyli stronnicze, stąd wariat jest jedynie obraźliwym określeniem, którego stosowanie nie jest racjonalnie uzasadnione, bo na dobrą sprawę nikt nigdy nie będzie w 100 % działał tak, jak od niego oczekujemy. Co się zaś samego stanu zdrowia tyczy – wystarczy o nie zapytać pacjenta, bo przecież ten sam najlepiej wie, jak się dziś czuje i czy cokolwiek mu dolega.

Równie interesująca jest Teoria Bezpieczeństwa, która zdradza m. in. sekret udanej miłości, świetnie wyjaśniając sposób, w jaki ludzie powinni dobierać się w pary, tak by tworzyć udany oraz co najważniejsze trwały związek. Teoria znajduje zastosowanie w praktycznie każdej dziedzinie naszego życia, potrafi więc prosto i logicznie wyjaśnić wszelakie podjęte przez nas działania, które skrótowo rzecz ujmując, zawsze wynikają z potrzeby wzrostu poczucia bezpieczeństwa. Szczegóły samej teorii, która bardzo jasno i dobrze została wyłożona, m. in. przy pomocy odwołania się do szachownicy, polecam zgłębić osobiście, w trakcie lektury. Po jej poznaniu, sami będziemy mogli ocenić jej przydatność.

Reasumując, Arka to naprawdę frapująca lektura, którą śmiało polecam każdemu, pragnącemu zakosztować prozy nieco ambitniejszej. Wydaje się, że pisarz rozwinął między innymi problem poczucia alienacji, wyobcowania. Ludzie przedstawieni zostali niczym tytułowa Arka, statki samotnie żeglujące po morzu życia. Okazuje się zatem, że istotą życia w społeczeństwie jest przyjmowanie kolejnych póz, wdziewane masek, godzenie się we wcielanie się w następne role, bowiem pełnego zrozumienia nie uda się nam osiągnąć nigdy. Życie we wspólnocie to jeden wielki kompromis, ukłon w stronę wizji bliźniego. Cały świat zdaje się być zatłaczany w formę, która jest jednak absolutnie wyjątkowa i niepowtarzalna dla danej jednostki.

Dodać należy, że Snerg lubuje się w długich, przemyślnie sformułowanych, konstrukcjach zdaniowych, które jednak niekiedy, szczególnie, gdy wplatane są one w dialogi, odbierają nieco autentyczności wypowiadanych przez bohaterów kwestii. Słowem, język rozmówców jest niekiedy zbyt kwiecisty. Z drugiej strony patrząc, książki z pewnością nie można uznać za powieść przygodową, sensacyjną, czy nawet klasyczną science-fiction. W moim mniemaniu jest to bardziej przypowieść, dająca się odczytać na kilka sposobów. W tekście pojawiają się liczne smaczki, interesująca jest dla przykładu postać wspomnianego Profesora, pomocnika cieśli, który jest także bioenergoterapeutą. Uda mu się dokonać nawet cudownego ozdrowienia. Nietrudno zatem o skojarzenie z innym synem/pomocnikiem cieśli, który także potrafił wypędzać nieczyste duchy, tudzież choroby, a który również zajmował się nauczaniem. Innych ciekawostek szukajcie już sami. Owocnej lektury!
 

poniedziałek, 9 lipca 2012

Szumowska

Kino to szkoła przetrwania



Agnieszka Wiśniewska, Małgorzata Szumowska
Seria z różą tom 1
Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2012

Życiorysy wielkich ludzi czytam nieczęsto, choć niejednokrotnie są fascynujące i pouczające. Głównym powodem jest to, iż zwykle są pisane tendencyjnie; brak im autentyczności. Jeszcze rzadziej sięgam po wywiady ze znanymi osobami, zwłaszcza krajowymi. Dlaczego nie muszę chyba tłumaczyć. Polacy są mistrzami brązownictwa, co wykrzyczał już Boy-Żeleński. Kiedy więc otrzymałem książkę Agnieszki Wiśniewskiej Szumowska - Kino to szkoła przetrwania powędrowała ona prawie na sam dół stosika tomików czekających na przeczytanie, tym bardziej, że nazwisko Małgorzaty Szumowskiej nic mi nie mówiło. W końcu przyszedł czas i na Szumowską.

Po rozpoczęciu lektury i stwierdzeniu, iż jest to wywiad rzeka, dowiedziałem się zarazem, iż Małgorzata Szumowska jest bardzo interesującym reżyserem, scenarzystą i producentem filmowym. Na szczęście moje początkowe obawy, iż jest to typowe dla polskich wywiadów z celebrytami lizanie tyłka, zostały rozwiane już na samym początku.

Kino, a zwłaszcza polskie, interesuje mnie dużo mniej od literatury, zwłaszcza od czasu, gdy miałem wątpliwą przyjemność przekonać się osobiście, iż wielu ludzi kreowanych w mediach na inteligentnych to zwykli debile. Mimo tego rozmowy Agnieszki z Małgorzatą na wszelkie możliwe tematy, od świata filmu po wiarę i aborcję, okazały się fascynujące. Szumowska okazała się bardzo interesującą osobowością, ale jeszcze ciekawsze są jej spostrzeżenia. Małgorzata Szumowska objawiła się jako niezwykle wrażliwy obserwator otaczającego ją świata i ludzi, który potrafi pięknie spuentować swe wnioski. Celne uwagi na temat różnic pomiędzy narodami zjednoczonej Europy i niezależne sądy dotyczące niezwykle różnorodnych aspektów naszej przeszłej i obecnej rzeczywistości są perełkami na tle miałkiej, uśrednionej i politycznie poprawnej polskiej publicystyki. Nie są zarazem agresywne, ksenofobiczne i wulgarne. Nie we wszystkim się z Szumowską zgadzam, ale doceniam niezwykły autentyzm jej wypowiedzi. Są subiektywne, to prawda, ale czy to wada? Tysiąc razy wolę jawne zaangażowanie niż fałszywy obiektywizm. Z każdego zdania Szumowskiej widać, iż w chwili, gdy padało, autorka była przekonana o jego prawdziwości. Książkę połknąłem więc w tempie właściwym dla najlepszej powieści i żałuję jedynie, iż nie była grubsza.

Jak już się łatwo domyślić, polecam tę publikację każdemu, niezależnie od zainteresowań. Każdy znajdzie w niej coś interesującego, a niektórzy pewnie uznają ją za ciekawą od początku do końca, podobnie jak ja


Wasz Andrew

niedziela, 8 lipca 2012

Zwodniczy punkt

czyli pozory mylą



Zwodniczy punkt
Dan Brown
(oryg. Deception Point)
tłumaczenie: Maria Frąc, Cezary Frąc
Albatros / Sonia Draga 2011

Najnowszy satelita NASA wykrywa niezwykły obiekt w lodowcach Arktyki, meteoryt ze śladami życia pozaziemskiego. Biały Dom przygotowuje się do poinformowania o odkryciu światowej opinii publicznej. Stanowiłoby ono sensację na miarę lądowania człowieka na Księżycu i zapewniło urzędującemu prezydentowi USA reelekcję. W celu zbadania meteorytu i stwierdzenia jego autentyczności na Arktykę udaje się grupa naukowców. Do grupy na osobiste polecenie prezydenta dołącza Rachel Sexton, analityk wywiadu, by przygotować opis znaleziska dla Białego Domu. Towarzyszy jej Michael Tolland, światowej klasy oceanograf. Wkrótce okazuje się, że rzekome odkrycie to precyzyjnie przygotowana mistyfikacja. Człowiek, który za nią stoi, zrobi wszystko, by prawda nie ujrzała światła dziennego. Rachel i Michael muszą uciekać, tropieni przez bezlitosnych komandosów-zabójców. Próbują ostrzec prezydenta i ustalić, kto kryje się za misterną intrygą, zwodniczym punktem na kreślonej przez nich mapie spisku...

Po przeczytaniu takiej notatki wydawcy zamieszczonej na okładce książki miałem nadzieję na coś w stylu starego dobrego techno-thrillera klasy Polowania na Czerwony Październik. Nadzieję podpartą bardzo pozytywnymi wrażeniami z lektury innych powieści autora**. Śmiało przystąpiłem więc do zapoznania się ze Zwodniczym punktem.

Już od pierwszych stronic poznałem, że pod względem stylu mamy to, co nieodmiennie kojarzy się z Danem Brownem; szybka, wciągająca akcja, wyraziste, jakby pod film stworzone postacie głównych bohaterów, no i oczywiście miłość między nimi rodząca się w czasie walki o życie, prawdę i sprawiedliwość. Coś pominąłem? Może ciekawostki historyczne, naukowe i polityczne? No właśnie; tutaj dochodzimy do jednej z największych wtop w dziejach mych kontaktów z powieściami wszelkiej maści, a trochę ich w końcu przeczytałem.

Dana Browna miałem za człowieka inteligentnego, obdarzonego nie tylko dobrym piórem, ale i umiejętnością wyszukiwania ciekawych informacji oraz wplatania ich w swe powieści. Jakże się myliłem!

Różne są rodzaje inteligencji i jej braku. Szczególnie mnie irytuje ułomność umysłu polegająca na tym, iż człowiek nie potrafi sam siebie krytycznie ocenić; nie potrafi określić co wie, a czego nie. Z reguły idzie to, co jest logicznym następstwem tej wady, z przekonaniem o posiadaniu inteligencji i wiedzy. Ludzie tacy nie potrafią rozgraniczyć tego, co wiedzą na pewno, tego, co niepewne i tego, czego absolutnie nie wiedzą. Dan Brown, jak widać z licznych podziękowań zamieszczonych we wstępie do Zwodniczego punktu, miał przy tworzeniu tej powieści licznych pomagierów utytułowanych i obleczonych w szaty autorytetów. Jak więc to możliwe, że w książce są błędy merytoryczne wołające o pomstę do nieba?

Jeden ze starych profesorów, z którymi miałem do czynienia, zwykł żartować, iż szczytem specjalizacji jest wiedzieć wszystko o niczym. Odkładając jednak na bok krotochwile ze smutkiem należy stwierdzić, iż Zwodniczy punkt, w którego napisaniu pomagali i ludzie z NASA, i z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, oraz wielu innych naukowców, jest dowodem na postępującą rozbieżność między posiadanymi tytułami naukowymi a podstawową wiedzą wykraczającą poza wąską dziedzinę danego specjalisty. Niedługo dojdzie do tego, że profesor mechaniki kwantowej nie będzie wiedział, jak brzmi Prawo Archimedesa. Nasza powieść jest tego koronnym przykładem. Nikt nie zauważył błędów, które ośmieszają i autora, i jego współpracowników. Ośmieszają również krytyków oceniających tę powieść, którzy podkreślają, ile się z niej dowiedzieli o nauce, technice, oceanach i meteorytach. Może lepiej zafundować sobie jeszcze raz program gimnazjum, ze szczególnym uwzględnieniem nauk ścisłych i czytania ze zrozumieniem, a potem po prostu uważać zamiast pisać SMS-y i ściągi?

Nie będę przedłużać opisu tej hańby, po której pisarz z poczuciem honoru, jeśli nie strzeliłby sobie w łeb, to przynajmniej nie publikowałby już więcej pod tym samym nazwiskiem, ani nie zezwolił na kolejne wydania podobnego „bestsellera”. Wymienię tylko dwie wpadki, które szczególnie mnie ubodły, a których jak dotąd, z tego co widzę po recenzjach, do których miałem dostęp, nikt nie zauważył.

W końcowej fazie powieści, gdy bohaterowie znajdują się na statku Michaela Tollanda, Brown daje swym czytelnikom wykład na temat działania batyskafu. Jest to pewnie jeden z elementów owej wiedzy wychwalanej jako wielce wartościowa strona tej nieszczęsnej książki. Sęk w tym, że opisana konstrukcja to prawie klasyczna łódź podwodna i ma tyle wspólnego z batyskafem, co samolot z balonem. Hańba!

Jeszcze gorsza jest wpadka dotycząca głównego artefaktu, wokół którego kręci się cała fabuła. „Masywna kula” o średnicy trzech metrów, „o gęstości o wiele większej niż jakiekolwiek skały”*. Kamień ważący ponad osiem ton. Kto uważał w dawnej podstawówce albo dzisiejszym gimnazjum, ten wie, iż wzór na objętość kuli ma postać: V=4/3 π r³, czyli w przybliżeniu v=4,19 r³, co przy r=1,5m daje nam objętość nieco ponad 14 m³. Skoro kula waży 8 ton, więc jej gęstość jest blisko o połowę mniejsza od wody, a wielokrotnie mniejsza od większości masywnych skał. Mówiąc najprościej, taki „niezwykle masywny kamień” pływałby w wodzie niczym kapok! Opisy transportu tego kamienia, wyciąganego z głębiny na powierzchnię przez grupę zmachanych osiłków, podobnie jak jego wcześniejsze peregrynacje, budzą zażenowanie i zgrozę! Nic nie jest takim, jakim się wydaje! Ludzie inteligentni nimi nie są, tytuły naukowe nie gwarantują najbardziej podstawowej wiedzy, a informacje zawarte w Zwodniczym punkcie, podobnie jak postrzeganie świata poprzez reklamy, są tylko złudzeniem.

Błędy merytoryczne z zakresu kryminalistyki dyskwalifikują kryminał. Jestem przekonany, że oceniając Zwodniczy punkt należy podobną wagę przyłożyć do popełnionych przez autora gaf. Jakby tego było mało, zakończenie jest przewidywalne i tak naciągane, iż najbardziej pasują do niego słowa znane z refrenu jednego z polskich seriali, czyli „zabili go i uciekł”. I bynajmniej nie zdradzam tu niczego przed czasem, gdyż każdy się domyśla już od początku powieści, kto zwycięży.

Wielka szkoda, że tak popisowo to spieprzono. Pomysł był niezły, a z takim warsztatem literackim, jaki ma Brown, mogło z niego wyjść coś na kształt jednego z lepszych techno-thrillerów. Mogło być pięknie, a wyszło, jak wyszło. Jedyne co można powiedzieć na obronę pisarza, to że późniejsze jego powieści są dużo lepsze**, co jest wielką różnicą choćby w porównaniu do Toma Clancy, który zaczynał świetnie, a teraz produkuje sztampę. Niestety nie może to wpływać na poprawę oceny tej konkretnej powieści


Wasz Andrew


* str. 88, 89 i dalsze
** Mam na myśli konkretnie Kod Leonarda da Vinci

sobota, 7 lipca 2012

Ferdynand Goetel "Nie warto być małym" - Nawoływanie do wielkości

 

Nie warto być małym

Ferdynand Goetel

Wydawnictwo: Arcana
Liczba stron: 248













Książka Nie warto być małym to ostatnia pozycja w dorobku pisarskim Ferdynanda Goetla. Pisana już na emigracji, opublikowana została na łamach londyńskiego Veritasu jeszcze za życia pisarza, jednak w Polsce jej wydanie przeszło niemal bez echa. Z tego względu powieść ta należy do najmniej znanych spośród wszystkich spłodzonych przez Goetla. A okoliczności jej powstania z pewnością były ciekawe, śmiało rzec można, że wręcz dramatyczne. W roku 1957, 67-letni, schorowanemu Goetelowi doskwierała błyskawicznie postępująca jaskra, która powodowała ślepotę pisarza, zamieniając codzienne życie w pasmo udręk. Problemem był powrót do domu z kawiarni, a cóż dopiero czytanie czy pisanie jakichkolwiek tekstów. Z tego powodu Nie warto być małym powołane zostało do bytu w sposób dość niecodzienny – Goetel dyktował treść książki. Warunki powstania powieści odbiły na niej swoje piętno. Wg krytyków książka w przeciwieństwie do pozostałych utworów jest zwięzła oraz szorstka. Trafnie ujęła to Maria Danilewicz-Zielińska, która stwierdziła, że recenzowana pozycja została obmyślona w ciemnościach nocy i niewiele łaskawszym mroku dnia.

środa, 4 lipca 2012

Kosmos znaczeń

Okładka książki Kosmos 

Kosmos

Witold Gombrowicz

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 150
 
 
 
 
 
Kosmos to powieść Witolda Gombrowicza, która na rynku wydawniczym ukazała się po raz pierwszy w 1965 roku, czyli na 4 lata przed śmiercią artysty. Mroczna oraz tajemnicza książka, którą nietrudno posądzić o wieloznaczność, przez wielu krytyków uchodzi za podsumowanie całej twórczości Gombrowicza. W roku 1967 pisarz za Kosmos został uhonorowany międzynarodową nagrodą wydawców Prix Formentor. Powieść cieszy się także ogromną estymą poza granicami naszego kraju. Tłumaczono ją wielokrotnie, na wiele języków, m. in. na angielski, francuski, niemiecki, włoski, norweski, holenderski, portugalski, hiszpański, czy nawet japoński. Należy z pewnością dodać jeszcze, że Kosmos jest obiektem wielu studiów literackich, które prowadziły osoby o takich nazwiskach jak profesor Jerzy Jarzębski (który zajmuje się także twórczością Stanisława Lema), Jean-Pierre Salgas (francuski krytyk i eseista) czy Wojciech Karpiński (historyk sztuki, krytyk literacki, tłumacz).

środa, 27 czerwca 2012

Igor Newerly "Zostało z uczty bogów" - Bildungsroman z rewolucją w tle

Zostało z uczty bogów

Igor Newerly

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 432
 
 
 
 
 
Igor Abramow-Newerly to z pewnością postać nietuzinkowa. Tylko takie zdanie przychodzi mi do głowy, gdy w kilku krótkich słowach pragnę przedstawić sylwetkę tego polskiego twórcy. Bo jak inaczej można wyrazić się o pisarzu, z pewnością wybitnym, który należał do PZPR, jego Pamiątka z Celulozy to klasyczny przedstawiciel socrealizmu, a w swoim życiu wykonywał całe spektrum zawodów, począwszy od pracy stolarza i szklarza, na stenografie skończywszy.
 

sobota, 23 czerwca 2012

"Niewinność zagubiona w deszczu" Eduardo Mendoza, czyli Rok potopu

Okładka książki Niewinność zagubiona w deszczu 

Niewinność zagubiona w deszczu

Eduardo Mendoza


Tytuł oryginału: El ano del diluvio
Tłumaczenie: Jan Krzysztofiak
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 136





Niewinność zagubiona w deszczu to tytuł polskiego tłumaczenia książki El ano del diluvio, hiszpańskiego pisarza, erudyty, prawnika, byłego tłumacza ONZ, Eduardo Mendozy. W Polsce kojarzony jest głównie jako autor trylogii o detektywie lumpie, w skład której wchodzą: Sekret hiszpańskiej pensjonarki, Oliwkowy labirynt oraz Przygoda fryzjera damskiego. Serię tę charakteryzuje niezwykły humor, absurdalność oraz groteska – dla wielu czytelników, styl Mendozy nieodzownie łączy się z wymienionymi cechami, przez co Hiszpan postrzegany jest niekiedy mylnie jako pisarz lekkiego pióra, płodzący błahe i zabawne historie (od razu zaznaczam, że wrażenie to jest mylne, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, ale póki co, nie będę się z nim rozprawiać). Istnieje również drugi Mendoza, autor powieści, w których humor sączy się w znacznie mniejszych ilościach, lub praktycznie wcale oraz twórca przedstawień teatralnych, dramatów. Czytelnicy nasyceni lekturą Mendozy pierwszego, przypadkiem trafiając na Mendozę drugiego, często przeżywają szok oraz niedowierzanie, że mają do czynienia z jednym i tym samym autorem, a przez to, że książka nie spełnia ich oczekiwań, to znaczy nie wzbudza na każdym kroku salw śmiechu, odczuwają zawód i rozczarowanie. Dlatego od razu podkreślam, że „Niewinność zagubiona w deszczu” to zdecydowanie Mendoza numer dwa, nie mniej jednak dzieło to jest warte przeczytania oraz polecenia.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Kontrakt Paganiniego




Kontrakt Paganiniego
(oryg. Paganinikontraktet)

Lars Kepler*
tłumaczenie: Marta Rey-Radlińska
wydawnictwo: Czarne 2012

Niejednokrotnie już wspominałem, iż od jakiegoś czasu jestem wielbicielem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Muszę się jednak przyznać, że w stosiku zaległych lektur Kontrakt Paganiniego trafił prawie na sam spód. Po pierwsze z tego powodu, iż spółka pisarska kryjąca się pod pseudonimem Lars Kepler* była mi dotąd nieznana, ale przede wszystkim z powodu szaty graficznej okładki, która jest po prostu tragiczna i jeśli ma mówić coś o treści, to zapowiada jedynie kicz i tandetę.


W końcu przyszedł ten dzień i zacząłem czytać. Już po kilku stronach historia mnie wciągnęła i nie puściła aż do samego końca. Wszystko zaczyna się od tego, iż pewnej letniej szwedzkiej nocy stary rybak podpływa do dryfującego jachtu aby sprawdzić, czy ktoś na jego pokładzie nie potrzebuje pomocy. Na łóżku w kabinie znajduje siedzącą martwą dziewczynę. Choć jej ubranie, skóra i włosy są suche, sekcja wykazuje, iż utopiła się w morskiej wodzie. Szybko okazuje się, iż denatka jest siostrą znanej aktywistki ruchu pacyfistycznego Penolope Fernandez, a sprawą zajmie się nasz główny bohater, czyli Joona Linna, szwedzki policyjny super hero.

Jak zwykle rozwoju sytuacji nie będę zdradzał. Uchylę tylko rąbka zagadki i powiem, iż fabuła jest atrakcyjnie realna i dość prawdopodobna, akcja szybka, a postacie przekonujące. Całość na tyle zgrabna, iż czytałem z prawdziwą przyjemnością i zainteresowaniem, choć nie jestem zwolennikiem prezentowanej przez "Keplera" maniery stylistycznej, czyli przeniesień w czasie i pomiędzy różnymi punktami widzenia. Mimo tego, iż preferuję jeden punkt widzenia, na przykład ogląd głównego bohatera, i jeden bieg czasu urozmaicany co najwyżej retrospekcjami wynikającymi z jego wspomnień, to kunszt "Larsa Keplera" okazał się tej klasy, iż jego powieść po prostu połknąłem, mimo wspomnianej specyfiki stylu.

Już nadmieniłem, iż w Kontrakcie Paganiniego znajdziemy wszystko, co w dobrym kryminale powinno się znaleźć. Nie byłby jednak "Kepler" przedstawicielem szwedzkiej szkoły tego gatunku, gdyby nie problem społeczny, który jest zarazem motorem, osią i tłem całej fabuły. Jaki konkretnie nie będę zdradzał, stwierdzę tylko, iż jest to kolejna wariacja na temat prawdziwej twarzy obecnej formy kapitalizmu, w którym to nie biznes staje się celem infiltracji mafii, a po prostu sam, jak w prześwietnym świadectwie Gomorra, jest nowoczesną mafią. Biznes, który za nic ma prawo, o zwykłym poczuciu przyzwoitości nie wspominając. Biznes, dla którego jedynym celem jest zysk, który zarazem jest jedynym kryterium oceny. Wystarczająco wysoki zysk uzasadnia wszystko i z wszystkiego rozgrzesza, a najgorszym przestępstwem jest brak zysku. W dodatku taka forma przestępczości jest trudniejsza do zwalczania niż klasyczna, hierarchiczna, typowo kryminalna mafia, gdyż nie posiada ustalonych struktur, tworzy się niejednokrotnie tylko na potrzeby konkretnego interesu, tylko część jej działań jest nielegalna lub też działania są przestępstwem tylko na pewnym etapie. Z racji środków, którymi obraca, a które niejednokrotnie przekraczają PKB mniejszych państw, mafia biznesowa posiada układy wśród polityków, najwyższych władz i wszystkich struktur nie tylko państwa, ale niejednokrotnie jednocześnie wielu państw. Szkoda, że niewielu z naszych autorów próbuje ataków na podobną tematykę co Szwedzi, a przynajmniej ja na taką powieść nie trafiłem. Szkoda, gdyż sądząc z zakończenia wielu naszych afer i tego, co się działo przy budowach związanych z Euro, mamy w Polsce początki Gomorry jeszcze lepszej, niż ta włoska.

Niestety, nie jest nasza powieść całkowicie wolna od wpadek w sprawie realiów uzbrojenia i sprzętu służb. Szczególnie scena w ambasadzie zmusiła mnie do trzykrotnego przeczytania tego fragmentu zanim zrozumiałem, co autor mógł mieć na myśli, by się ona kupy trzymała. Czy jednak miał to właśnie nie na myśli nie wiem. Nie wiem też, czy wpadka jest winą autora czy tłumacza. Poza tym nie jest ona przysłowiową łyżką dziegciu i nie jest w stanie zepsuć bardzo pozytywnych wrażeń z całości książki, więc wspominam o tym tylko dla uczynienia zadość memu poczuciu rzetelności.

Reasumując; mogę z całym przekonaniem polecić Kontrakt Paganiniego każdemu, nie tylko miłośnikom kryminałów, sensacji i akcji. Powieść wartościowa, dająca do myślenia i dobrze napisana, choć nie aż tak rewelacyjnie jak na przykład Millenium Stiega Larssona. W starej skali ocen piąteczka z malutkim minusem. Zapraszam wszystkich do lektury, bo warto, o czym solennie Was zapewniam


Wasz Andrew



*Lars Kepler to pseudonim literacki spółki autorskiej; Alexander Ahndoril i Alexandra Coelho Ahndoril.