Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 1 sierpnia 2014

O karze śmierci




…ten, kto wydaje wyrok, sam powinien go wykonać. Jeśli chcesz odebrać komuś życie, powinieneś spojrzeć mu w oczy i wysłuchać jego ostatnich słów. Jesteś mu to winien. Kiedy nie masz odwagi tego uczynić, skąd możesz wiedzieć, że ten człowiek zasługuje na śmierć? (…) Gdy nadejdzie ta chwila, musisz pamiętać, żeby nie stała się ona dla ciebie przyjemną, lecz też nie wolno ci odwracać wzroku. Władca, który chowa się za płatnym katem, szybko zapomina, czym jest śmierć.


Eddard Stark


Gra o tron George R.R. Martin

czwartek, 31 lipca 2014

Po zagładzie




Dmitry Glukhovsky


(Дмитрий Алексеевич Глуховский)


Metro 2033


tytuł oryginału: Метро́ 2033

tłumaczenie: Paweł Podmiotko

wydawnictwo: Insignis Media 2010

Do debiutanckiej powieści Dmitrija Głuchowskiego podszedłem jak zwykle, czyli nie zapoznając się bliżej ani z autorem, ani z historią powstania książki. Oczywiście w tym wypadku mniej więcej wiedziałem, w jakich realiach, czasach i kanonie rzecz będzie się rozgrywać, gdyż trudno chyba, czy to wśród maniaków gier komputerowych, czy to wśród miłośników literatury, spotkać kogoś, kto o Metrze 2033 w ogóle nie słyszał, tym bardziej, iż dało ono impuls do powstania dwóch dość głośnych gier i stanowiło początek całej serii powieści piór różnych autorów, którzy fabułę swych dzieł oparli na uniwersum wykreowanym przez Głuchowskiego, który też zresztą napisał i swój własny ciąg dalszy.

Metro 2033; jak sam tytuł wskazuje, to przyszłość. Choć niezbyt już daleka – pułapka umieszczania dat w sf. Świat po wymianie ciosów, również atomowych, między wielkimi mocarstwami. Co się stało z cywilizacją, z całą ludzkością, dokładnie nie wiadomo, ale pewnie szlag ją trafił. W Moskwie niedobitki, które już ludzkością trudno nazwać, schroniły się w tunelach metra. Tam próbują przetrwać. Na powierzchni nie wszystko wymarło. To co wybiło ludzi i sprawiło, iż Ziemia nie jest już miejscem dla nich, jednocześnie uruchomiło przyspieszoną ewolucję gatunków, które przetrwały pierwsze uderzenie i promieniowanie, jakie pozostało po kataklizmie. I te właśnie formy życia są największym zagrożeniem dla ukrywających się w tunelach, którzy nie mogą się do końca odciąć się od świata na górze, gdyż szaber resztek dawnej cywilizacji jest podstawą ich istnienia na jakim takim poziomie. Jakby tego było mało, pod ziemią też pojawiają się nowe elementy łańcucha pokarmowego, w którym człowiek niekoniecznie stanowi ostatnie ogniwo.

Herosem naszej opowieści jest Artem, młody chłopak ze społeczności zamieszkującej stację WOGN, jak i inne przypominającą teraz plemienną, podziemną wersję państwa-miasta. Jak każda zewnętrzna stacja systemu metra, WOGN od dawna zmaga się z większymi przeciwnościami niż stacje wewnętrzne, ale ostatnio napór niespotykanych wcześniej potwornych przeciwników sprawia, iż nad WOGN-em zawisła realna groźba zagłady. W poszukiwaniu pomocy Artem wyrusza w pełną przygód podróż do stacji, które zachowały więcej z dorobku dawnej ludzkości; wiedzy i technologii.

Jak widać z powyższego, fabuła nie jest specjalnie skomplikowana, choć od razu trzeba bardzo podkreślić, iż cały czas trzyma czytelnika w niepewności nie tylko co do zakończenia, ale i sposobów, w jaki rozwiną się poszczególne sytuacje. Epilog powieści jest zaś prawdziwie zaskakujący i potężnym akcentem wpisuje się w warstwę filozoficzno-moralizatorską, do której jeszcze powrócę.

O postapokaliptycznych światach napisano już powieści wiele, podobnie jak i powieści drogi pojawiło się sporo. Muszę jednak przyznać, że tak dobrze oddanego klimatu jednego i drugiego, jak dotąd, nie zdarzyło mi się spotkać, no może poza Strugackimi i jeszcze kilku innymi dawnymi tytanami s-f. Kiedy czytałem Metro, wprost dźwięczała mi w uszach kultowa ścieżka dźwiękowa Fallout*, do czego nawet Drodze Cormaca McCarthy’ego, przez wielu uznawanej za arcydzieło, bardzo było daleko.

Klimat, realia uzbrojenia i wyposażenia, gdzie autor uniknął wpadek, co cieszy prawdziwe tygrysy, to nie jedyne zalety, które i tak same by wystarczyły, by jako postapokaliptyczna przygodówka powieść weszła na trwałe do kanonu literatury fantastycznonaukowej. Po pewnym czasie czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, iż opowieść ma bardzo odważną i racjonalną warstwę filozoficzno-moralną. Pytania o wiarę, o jej istotę i wartość, o człowieczeństwo i jego ocenę, o naturę Boga i człowieka, a nawet o naturę rzeczywistości w zderzeniu z literaturą, są nie tylko wyartykułowane wprost, ale również bez reszty powiązane z motorem napędzającym akcję i z zaskakującym zakończeniem, które zarazem stanowi tych rozważań tych podsumowanie. Jakie ono jest, tego oczywiście zdradzać nie będę.

Tyle wynika z samej powieści. Tym razem warto jednak dodać małe co nieco o okolicznościach jej powstania. Głuchowski zaczął pisać Metro (taki był pierwszy tytuł - bez cyferek - co było chyba jednak bardziej perspektywicznym pomysłem) jako nastolatek. Jako uczeń dojeżdżał moskiewskim metrem do szkoły i jego znajomość była pewnie impulsem do wykreowania takiego właśnie świata, a zarazem dodała powieści wiarygodności w tle. Na pewno wpływ na autora wywarł szereg klasyków s-f, jacy tworzyli przed nim oraz kultowa, wspomniana już seria gier Fallout, która pozostawia niezatarty ślad na każdym, kto się z nią zetknął. Pierwsza wersja powieści została w 2002 roku bezpłatnie opublikowana w internecie wraz z linkami do muzyki proponowanej do słuchania w trakcie lektury. W świetle powyższego twierdzenia niektórych recenzentów, iż powieść „wyraźnie została napisana pod kasę”, najlepiej świadczą o ich autorach.

W tej pierwotnej wersji opowieść miała inne zakończenie niż obecnie, lecz pod naciskiem fanów i wydawnictw zmieniono je przed pierwszą publikacją papierową, która miała miejsce w roku 2005 (jedna z prezentacji Metra 2033 miała miejsce w przeciwatomowym bunkrze Ministerstwa Łączności na Tagance.). Warto też wspomnieć, że dzisiejszy ostateczny kształt powieść uzyskała w trakcie interaktywnych internetowych konsultacji autora z czytelnikami, również fachowcami od metra, uzbrojenia i służb specjalnych. Tutaj należałoby spoliczkować następnych recenzentów; tych, którzy piszą, iż powieść miała napędzać sprzedaż gry pod tym samym tytułem (i odwrotnie). Sęk w tym, że pierwsza część gry miała premierę dopiero w roku 2010(!), a powieść do dziś jest dostępna za darmo na stronie autora. To jednak przerasta jak widać możliwości umysłowe wielu moich rodaków i kolegów po piórze, dla których nienawiść jest ważniejsza niż fakty. To ostatnie uczucie jest chyba jednym z nieodłącznych, o ile nie głównych, atrybutów bycia człowiekiem, o czym z wielkim żalem opowiada również Metro 2033. Może właśnie tego niektórzy nie mogą w nim znieść. Nie muszę już chyba dodawać, że do lektury gorąco i z pełnym przekonaniem zachęcam, choć jako bezproblemowa, bezrefleksyjna rozrywka, na którą liczyłem, powieść wcale się sprawdziła


Wasz Andrew


* seria gier RPG osadzona w świecie po wojnie atomowej (jest też odnoga strategiczna - Brotherhood of Steel)

Cykl Metro:
1/ Metro 2033
2/ Metro 2034
3/ Metro 2035

Uniwersum Metro 2033: Metro 2033 [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Metro 2033 - nowe wydanie [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 29 lipca 2014

O tajnych informacjach



Access to secret intelligence [is] one of the more potent aphrodisiacs of power

(„Dostęp do tajnych informacji wywiadu jest jednym z silniejszych afrodyzjaków władzy”)

David Stafford Churchill and Secret Service (1998 r.)

motto z okładki książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

poniedziałek, 28 lipca 2014

O umiłowaniu historii




Ktoś kiedyś powiedział, że Polacy kochają swoją historię. To nieprawda. Polacy kochają swoje wyobrażenia o historii. A więc mity stworzone dla potomnych ku pokrzepieniu serc.



Piotr Zychowicz

z notki na okładce książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

sobota, 26 lipca 2014

Eileen Chang "Gorzkie spotkanie" - Kwitnąca róża, ciekawe czasy

Gorzkie spotkanie

Eileen Chang 

Tytuł oryginału: Xiao Tuanyuan
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Nowy Kanon
Liczba stron: 336
 
 
 
 
 

Obyś żył w ciekawych czasach – to jedna ze starożytnych chińskich klątw, rzucana pod adresem wyjątkowo nielubianych osobników. Cóż może być bowiem gorszego od egzystencji w tym wycinku historii, w którym dzieje się wyjątkowo dużo? Wojny, zarazy, przewroty na szczytach władzy, knowania, intrygi, rewolucje, insurekcje, monumentalne bitwy, klęski żywiołowe, skandale, afery – wszystko to prezentuje się całkiem nieźle, tj. intrygująco, ale jedynie z odpowiednio dalekiej perspektywy, np. historycznej. Sprawy przybierają natomiast zupełnie innego obrotu, kiedy sami znajdujemy się w epicentrum przemian, diametralnie zmieniających wizerunek kraju, narodu, całego kontynentu czy też świata. Potęga działających ponad naszymi głowami sił, na które nie mamy niemal żadnego wpływu idealnie unaocznia naszą niemoc, miałkość. Jesteśmy niczym kurz, który na wzburzonym wietrze historii wznosi się po to, by za chwilę opaść i gęsto zaścielić ziemię. Nikt jednak nie wybiera pory, w jakiej przychodzi mu bytować na tym łez padole, za to każdy stara się dźwigać brzemię losu, jakie przypadło mu w udziale. O tym jak prezentowało się życie Eileen Chang w czasach, które niewątpliwie zasługują na miano interesujących, możemy przekonać się za sprawą lektury Gorzkie spotkanie.

piątek, 25 lipca 2014

Pierwszy dzień pracy



Kilka dni temu wszystkie ogólnokrajowe media obiegał temat, który zapoczątkował bodajże Dziennik Polski. Państwowa Inspekcja Pracy poinformowała, że w naszym kraju firmy znalazły nowy sposób na okradanie państwa i własnych pracowników, bo czymże innym jest zatrudnianie ludzi na czarno. Patent polega na tym, że w razie kontroli informuje się inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, iż cała załoga jest pierwszy dzień w pracy i dlatego pracuje bez umów, ubezpieczeń, itd., itp.

Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że zjawisko stało się powszechne, bo sprzyja mu przestarzały Kodeks pracy, a szczególnie art. 29, który pozwala zawrzeć umowę o pracę w dniu podjęcia pracy, a nie przed, czyli przez jeden dzień można pracować bez umowy, a podpisać ją dopiero pod koniec szychty lub po jej zakończeniu. Na zgłoszenie do ZUS jest jeszcze więcej czasu, gdyż aż dni siedem. Rewelacje te potwierdziła swym autorytetem rzeczniczka Okręgowej Inspekcji Pracy w Krakowie Anna Majerek oraz wiceszef małopolskiej "Solidarności" Adam Lach*.

Dlaczego czekałem z podjęciem tego tematu tak długo? Postanowiłem być bardziej wyrozumiały niż Pan w rozmowie z Abrahamem i dać Polsce, zanim jej kondycję zmieszam z błotem, większą szansę niż otrzymała Sodoma. Nie czekałem na dziesięciu sprawiedliwych, ale chociaż na jednego. I się nie doczekałem. Może gdzieś się tam odezwał, na jakimś blogu czy w gazecie, ale ani w telewizji, ani w mainstreamowym necie się nie objawił.

Parafrazując Sienkiewicza muszę więc zawołać, - czy tylko głupi i zdemoralizowani tę ziemię (Polskę) zamieszkują? Nie trzeba być geniuszem ani znawcą prawa, by wiedzieć, że ten odkrywczy trick pracodawców z pierwszym dniem pracy jest g… warty. Pomijając już takie „drobiazgi”, których się można czepiać, jak szkolenia BHP i badania lekarskie, które pracownik musi mieć zanim stanie do pracy, nawet na przyuczenie. Jest bowiem prosta metoda na walkę z owym „genialnym” wykrętem. I do jej wymyślenia nie potrzeba żadnej kompletnie wiedzy. Tylko chęć. Wystarczy po prostu przeprowadzić dwie kontrole w pewnym okresie czasu. Za pierwszym razem spisać nazwiska i wrócić choćby nazajutrz, czy za tydzień. Dwa razy ruszyć zza biurka cztery litery.

Jak to jest, że w całej armii urzędników nie znalazł się ani jeden, który by na to wpadł? Ani w całej rzeczy związkowców? Nie będę pisał, gdyż każdy wie o co chodzi, a ja na pewno zaraz zostałbym pozwany za zniesławienie powagi urzędów i związków, gdybym napisał to, co każdy od razu pomyślał.

To, że cały aparat państwowy i z nim związane instytucje są kompletnie niewydolne i z każdym rokiem stają się większą parodią samych siebie, wie każdy, kto miał z nimi do czynienia. W normalnych krajach nadzieją na okiełznanie korupcji, nepotymzu, nieróbstwa i zwykłej głupoty, owym regulatorem demokracji, jest czwarta władza, czyli media. Przekleństwem Polski jest to, że u nas absolutnie nie spełniają one swej roli. Skoro w tak prostej sprawie, jak ta, bezkrytycznie, niczym objawienie, powtarzają bzdury opowiadane przez urzędników i związkowców, jakby same były na garnuszku pazernych kapitalistów bezczelnie łamiących prawa pracownicze, skoro nie znalazł się ani jeden dziennikarz uczciwy na tyle, by te bzdury ośmieszyć, to jak można mieć nadzieję, że jest w stanie rozgryźć jakieś afery i zrobić cokolwiek innego, niż powtarzać rzeczy, które ktoś im podrzuci by zwalczać konkurentów?

O powszechnej ponad światową miarę polskiej pogardzie dla prawa pracy pisałem już w poście Po osiemnastej. Nie napisałem jednak wtedy, iż o kuriozalnym przypadku Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związku Legionistów Polskich opisanym w tym tekście powiadomiłem PiP. I otrzymałem odpowiedź, że się tym zajmą. A było to w… kwietniu. Od tego czasu cisza. I dość o tym.

Casus pierwszego dnia w pracy to kolejny objaw sepsy toczącej Polskę. Nie jest ważne to, że gdzieś jakiś urzędas może wziął w łapę, albo po prostu nawet mu się nie chciało. To się zdarza wszędzie. W każdym kraju. Dużo gorsze jest to, że takie zachowania ukazujące kompletną dysfunkcjonalność podnosi się rangi jedynego możliwego sposobu postępowania i w ich uświęcaniu biorą udział wszyscy, którzy w tym kraju mają jakąkolwiek władzę. Najgorsze jest jednak to, co odbiera wszelką nadzieję – umoczeni są wszyscy. To jedyne wytłumaczenie faktu, że nawet opozycja gra w tej samej tonacji. Zmiana władzy nic nie da. Jak z więzieniami CIA – postkomuniści wdepnęli, PiS ich krył (od kiedy tak zachowuje się prawdziwa opozycja), a PO kryło i jednych i drugich. W takim kraju, gdzie każdy, kto się liczy, wie, co ma mówić i kiedy, nie ma szans, by znalazł się ktoś znaczący, kto krzyknie, iż król jest nagi. I tak by powiedziano, że „sra we własne gniazdo”, czyli zrobiono by z niego zdrajcę i Polakożercę. „Patrioci” trzymają się razem. Niezależnie od tego, jakie kanalie są wśród nich.

Wiem, wiem – gdy mówię, że Polska upada, wielu pomyśli, że jestem nawiedzony. Ja nie twierdzę, że upada Polska kolesi, oszustów, układowiczów i ludzi bez sumienia. Nie, ona ma się wręcz coraz lepiej, pod płaszczykiem wartości, których nikt inny nie posiada. Upada Polska ludzi prawych. O ile kiedykolwiek istniała. Na pewno zaś upadają nadzieje na nią. Każda taka sprawa w mediach, to sygnał dla cwaniaków z całego świata – przyjeżdżajcie tutaj. To idealne miejsce do robienia „interesów”. I zawsze znajdzie się odpowiednia liczba ludzi, którzy będą głośno krzyczeć, że jest coraz lepiej. Im. A że równocześnie wielu porządnych wybędzie, więc to samonapędzające się sprzężenie nabiera podwójnego rozpędu.

Po co to piszę, skoro nie ma w mojej ocenie szans na poprawę? By ci, zwłaszcza młodzi, którzy na razie mają nadzieję, podsycaną optymizmem wylewającym się z telewizora, mieli szansę szybciej przejrzeć na oczy i podjąć odpowiednie decyzje, zanim dojdą do punktu, w którym będzie za późno.


Wasz Andrew


* http://www.wprost.pl/ar/458496/Czesty-sposob-na-omijanie-prawa-pracy-Zaloga-jest-pierwszy-dzien/

czwartek, 24 lipca 2014

Inna twarz wywiadu II RP


Marian Zacharski


Krwawiąca granica


Wydawnictwo Zysk i Ska 2014

Wydanie I

Krwawiąca granica Mariana Zacharskiego, będąca kolejną pozycją w cyklu Kulisy Wywiadu II RP, jest zarazem moim drugim, po Rotmistrzu, spotkaniem i z tą serią wydawniczą, i z twórczością generała*. O autorze nie będę opowiadał, gdyż zainteresowani mogą sobie bez trudności o nim poczytać gdzie indziej. Pytanie, które się nasuwa, to czym jest owa tytułowa krwawiąca granica? Oczywiście granica przedwojenna polsko-niemiecka. Rejon, gdzie zdarzały się incydenty powodujące utratę życia czy rany. Wiąże się to określenie również z przedwojenną niemiecką nomenklaturą, w której nielegalne przekroczenie granicy nazywano jej zranieniem oraz z manierą prasy, zarówno polskiej jak i niemieckiej, godną najgorszych trendów dzisiejszych mediów, określaną jako sang à la une czyli krew na pierwszej stronie, w myśl której każde zdarzenie prezentuje się w agresywny sposób powodujący u odbiorcy poczucie zagrożenia, a zdarzenia na tej granicy właśnie do takich należały.

W polskiej świadomości społecznej, która w sferze historii, zwłaszcza własnej, opiera się bardziej na propagandzie i mitach, niż na wiedzy, graniczny konflikt pomiędzy Niemcami a Polską międzywojenną liczyć należy od dojścia do władzy Adolfa Hitlera, jeśli nie jeszcze od późniejszego okresu, a cała wina za tę sytuację, za wszelkie prowokacje, napaści i zbrodnie, leży po stronie niemieckiej. Marian Zacharski przeciwstawia się tej legendzie i w Krwawiącej granicy ukazuje, że konflikt graniczny w fazie ostrej znajdował się niemal od początku istnienia II Rzeczpospolitej, a niektóre formy bandyckich wręcz zachowań, nie będących wcześniej stałym elementem walki wywiadów, jak na przykład porwanie osoby z terenu innego kraju, były polską innowacją. Zresztą w tym ostatnim wypadku pierwsza akcja tego typu w polskim wykonaniu była kompletnym blamażem.

Głównym wątkiem książki jest rola polskiej Straży Granicznej w systemie wywiadu II RP na kierunku niemieckim. Nie jest to opracowanie kompleksowe, przekrojowe, a raczej rzucenie tematu dotąd szerszemu ogółowi kompletnie obcego, za pomocą na tyle szczegółowego, na ile to obecnie możliwe, zreferowania kilku głośnych wówczas operacji szpiegowskich. Jak wynika z samej definicji tajnych operacji, głośnych - a więc zakończonych wpadką. Prawdziwie udane akcje wywiadowcze prawie nigdy nie trafiają na pierwsze strony gazet, a przynajmniej nie przed upływem dziesięcioleci od ich zakończenia.

Wielką zasługą autora jest, iż odważył się ukazać, że obie strony konfliktu granicznego miały swoje racje i obie ponosiły zań winę. Co prawda jeszcze daleko nam do tego, by większość zauważyła, iż jesteśmy jedynym chyba krajem z uczestniczących w II wojnie, który do dziś twierdzi, że jego żołnierze nigdy nie zabijali jeńców ani cywilów, że to się nie zdarzało, ale książka gen. Zacharskiego to krok w dobrym kierunku. W kierunku odbrązowienia naszej wizji historii tak wybielanej przez dziesięciolecia, że aż infantylnej.

Cała społeczna świadomość polska w temacie naszego międzywojennego wywiadu opiera się na propagandzie mielącej w kółko kilka udanych akcji, a przynajmniej akcji, w których się nie ośmieszyliśmy. Pokazuje się kilka postaci, które były wybitne i pasują do obrazu polskiego rycerza bez skazy (przynajmniej jeśli się zbyt głęboko nie sięga). Krwawiąca granica ukazuje drugą stronę medalu – oficerów wywiadu, których poziom moralny i umysłowy trudno opisać, gdyż w słowniku ludzi cywilizowanych nie ma słów wystarczająco obelżywych. W 1930 wydano oficjalne wytyczne, że oficerom wywiadu nie wolno zabierać w teren tajnych materiałów, gdyż jeden z naszych orłów przeszedł do Niemiec, gdzie wpadł, wraz z najlepszymi kąskami ze swego biura, które powinny leżeć w jego biurze w szafie pancernej o ewidencjonowanym dostępie. Autor tego nie robi, ale każdy czytelnik może sam prowadzić dalsze rozumowanie. Wniosek nasuwa się sam – przez 12 lat istnienia II RP, kto chciał, chodził z tajnościami gdzie chciał, nawet na teren wroga. Gdyby tak nie było, gdyby były odpowiednie szkolenia i procedury, a tylko jeden głąb by się do nich nie zastosował, nie byłoby sensu wydawać takiego rozkazu. Zresztą dotyczył on – kolejne kuriozum - tylko wywiadowców, więc z tego można wysnuć wniosek, że inni oficerowie mogli dalej tak postępować. Zaletą tej książki jest bowiem możliwość snucia własnych przemyśleń na tematy niejednokrotnie zaledwie w niej poruszone.

Jedną z najdziwniejszych rzeczy, które wynikają z przebiegu operacji przedstawionych w Krwawiącej granicy jest refleksja, która równie dobrze mogłaby być wynikiem obserwacji dzisiejszej polskiej sytuacji - naród jak żaden inny doświadczony przez mistrza prowokacji, przez carską Ochranę**, jak żaden inny był i jest na takie działania podatny. Z czego to wynika, ta nieumiejętność uczenia się na błędach, nie tylko cudzych, ale nawet swoich? Zimbardo miałby tu wiele do powiedzenia. Takich pytań, wniosków i skojarzeń, materiał zawarty w książce może spowodować wiele. Nie sposób o wszystkich wspomnieć i na pewno każdy uważny czytelnik będzie miał swoje osobiste, na które tylko on wpadnie, a o których autorowi nawet się nie śniło. To urok historii.

Książka rozpoczyna się bardzo interesującym trickiem stylistycznym. Poznajemy przebieg pierwszej z omawianych akcji, zakończonych śmiercią polskiego oficera, poprzez sprzeczne relacje prasowe z tego okresu pochodzące z obu stron granicy. I mamy wrażenie, że to ci wredni Niemcy znowu wszystko zaczęli i wina jest tylko po ich stronie. Podświadomość każdego dzisiejszego Polaka, wypełniona wsysaną od urodzenia propagandową papką zwaną patriotyzmem, sprawia, że wierzymy bardziej prasie polskiej, a nie niemieckiej, choć wiemy, że każda mogła kłamać. A potem, gdy poznajemy rekonstrukcję wydarzeń… I tak zdradziłem za dużo, choć to nie powieść przecież.

Niestety, po świetnym początku, dalej nie jest już tak różowo. Nie tylko styl jest bardzo nierówny i obok fragmentów, które czyta się z przyjemnością, są takie, które powodują lekki niesmak, ale miejscami nawet zwykła polszczyzna bardzo kuleje. Oszczędzano na korekcie? Na szczęście treść ratuje całość.

Niestety nie jest to pozycja, o czym już wspomniałem, budząca pozytywne refleksje. Jak na dłoni widać obecne już wówczas wady ówczesnej i dzisiejszej Polski, choćby wymiaru sprawiedliwości, które niektórzy zakłamani i zaprzedani propagatorzy nowego porządku chcą przypisać zdeprawowaniu „komuną”: fałszowanie i podrzucanie dowodów, przekupność (oczywiście w imię wyższego dobra) nie tylko policjantów czy prokuratorów, ale nawet sędziów, arogancja władz wszystkich szczebli wobec tych, którzy są niżej… Na tym tle Niemcy, przynajmniej w opisanych wydarzeniach, czyli przed nastaniem Hitlera, jawią się jako dużo bardziej prawi i moralni.

Książka zawiera sporo ilustracji, a wśród nich dużo kopii dokumentów, co bardzo podnosi jej wartość. Niestety tym większym dysonansem, zupełnie niepotrzebnie psującym wrażenie, jest brak rzeczy tak podstawowej, jak podanie źródeł, z których autor korzystał poza tymi, których kopie zamieścił. Jest bowiem oczywiste, że nie wszystkie tezy autora da się wywieść z załączonych materiałów.

Dla mnie bardzo interesujące było podanie wyroków w omawianych sprawach. Zauważyłem, iż z reguły okres pozbawienia praw publicznych był zbliżony do czasu pozbawienia wolności, a czasem nawet dłuższy. To coś całkowicie odmiennego w stosunku do dzisiejszych zwyczajów, zgodnie z którymi pozbawienie praw jest wielokrotnie krótsze, niż wolności. I nasunęło mi się pytanie – jaki cel ma dzisiejsze państwo w takiej praktyce? Czy to dobrze, że złodzieje i inni siedzący w więzieniach przestępcy, skoro nie zostali pozbawieni praw, wybierają tych, którzy mają nami rządzić? Czy naprawdę wyższy wskaźnik frekwencji w wyborach jest tego warty i co ta praktyka sądownicza mówi o dzisiejszej Polsce?

Mam wrażenie, że publikacja w założeniu jest skierowana do miłośników historii, zwłaszcza zainteresowanych wywiadem, wojskowością i polityką. W rzeczywistości jednak może bardzo zaciekawić każdego, gdyż wnioski, jakie z niej wypływają i przemyślenia, które wywołuje, zdecydowanie wybiegają poza dwudziestolecie międzywojenne i narzucającą się w pierwszej chwili ocenę tematyki. Z tego powodu, pomimo mizernych wartości literackich, zdecydowanie polecam każdemu, nie tylko rodakom.


Wasz Andrew


* Stopień generalski nadał Zacharskiemu Prezydent RP Lech Wałęsa w 1995
** Ochrana (ros. Отделение по охранению порядка и общественной безопасности, Otdielenije po ochranieniju poriadka i obszczestwiennoj biezopasnosti, Oddział ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego) – tajna policja polityczna w imperium rosyjskim, powstała po zabójstwie cara Aleksandra II, na mocyukazu Aleksandra III z 14 sierpnia 1881 roku. Zlikwidowana w czasie rewolucji lutowej w 1917 roku. (za Wiki)

Krwawiąca granica [Marian Zacharski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 23 lipca 2014

O potrzebach



Tak naprawdę mamy nadwyżkę tak wielu rzeczy, że musimy dbać o to, by stawały się „modne”, żeby zwiększyć ich pożądanie, utrzymując tym samym popyt na sztucznym poziomie.