Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 19 kwietnia 2013

Charles Bukowski "Szmira" - Pulp fiction

Okładka książki Szmira 

Szmira

Charles Bukowski

Tytuł oryginału: Pulp
Tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 204




Charles Bukowski, o którym wspominałem już nieco przy okazji omawiania Listonosza oraz Hollywood, to z pewnością autor nietuzinkowy. Trudny do zaszufladkowania jako pisarz, outsider i moczymorda na co dzień. Porównywany do Henry’ego Millera oraz Ernesta Hemingwaya, osobiście przyznający się do głębokiej fascynacji francuskim twórcą, Louisem-Ferdinandem Célinem. Znawca barów i szynków omijanych szerokim łukiem przez porządnych obywateli, bywalec burdeli oraz przytułków, lokator tanich kamienic, wreszcie pisarz samouk, który statusu artysty legendarnego doczekał się jeszcze za życia. Co ciekawe uznanie dla jego dzieł w najmniejszym stopniu nie wpłynęło na osobowość Bukowskiego. Podniósł się może nieco standard życia, nie trzeba było już tak usilnie kombinować z wyłuskaniem forsy na chlanie, a apartamenty były bardziej znośne do życia, ale Bukowski ciągłe pozostał tym samym starym, dobrym pijaczyną oraz surowym krytykiem otaczającej rzeczywistości. Trzymając się poza marginesem społeczeństwa, Bukowski bezwzględnie wytykał fałsz, obłudę oraz bezbrzeżną pustkę konsumpcyjnego stylu życia, radosnej, przesyconej pseudofilozoficzną treścią wegetacji. Zrozumiałe jest zatem, że Bukowski cały czas był nieufny wobec jednostki ludzkiej, sceptycznie się do niej odnosząc, ciągle jednak próbując nawiązać z nią nić porozumienia. Bukowski opuścił ziemski padół w 1994 roku, wkrótce po ukończeniu ostatniej powieści Szmiry.

czwartek, 18 kwietnia 2013

O życiowych planach



"Skoro jednak wszyscy wiemy, że jesteśmy śmiertelni, dlaczego tak rzadko uwzględniamy śmierć w swoich planach?"

James Herbert Nikt naprawdę

środa, 17 kwietnia 2013

refleksje z Rudym Ormem w tle




Jak pewnie wiedzieliście z zapowiedzi, miałem zamiar napisać o książce, która w pewnych okresach mogła uchodzić za najbardziej znaną powieść skandynawską. Chodzi o Rudego Orma pióra Fransa Gunnara Bengtssona. Postanowiłem jednak odłożyć to do momentu, gdy ponownie ją przeczytam, gdyż zauważyłem, iż z biegiem czasu wszystko się zmienia. Ameryki nie odkryłem, fakt. Zmieniają się jednak nie tylko nasze oceny dawnych lektur, jak się spostrzegłem po ponownym przeczytaniu Tajemniczej Wyspy, ale zmienia się nawet spojrzenie na książki przeczytane nie tak dawno temu, jak u mnie w przypadku powieści Czarne. Co powoduje tak szybką zmianę punktu widzenia? Czas. Czas, w którym mogliśmy poznać coś bardziej wartościowego, przeżyć coś ciekawego, zobaczyć coś inspirującego. Skoro więc nie o Rudym Ormie dziś będzie, to o czym? O refleksji, która mnie naszła w związku z tą niedoszłą recenzją.

Kiedyś kupiłem przez Allegro w jednym z antykwariatów w Bielsko-Białej książkę, której jednak nie otrzymałem. Gdy rozpocząłem procedurę antyoszustową w tym portalu aukcyjnym, gość mi wysłał „sztukę”, by mieć dowód nadania. Był to jakiś wydawniczy śmieć tak spleśniały, iż natychmiast wyrzuciłem go do kosza, by syfa jakiegoś nie załapać. Straciłem raptem kilka złotych, a znając zaangażowanie naszych organów ścigania i wymiaru „sprawiedliwości” w takie sprawy o znikomej wartości szkody – dałem sobie spokój i przekonałem sam siebie, że to tylko szokujący wyjątek, bo jednak kontakt z książkami wpływa pozytywnie na ludzi.

Mając zamiar z pamięci opisać dawne wrażenia z lektury przygód Rudego Orma postanowiłem poszukać w sieci okładki z tego właśnie wydania, które miałem przyjemność kiedyś poznać. I okazało się, iż jeden z antykwariatów w Łodzi ma na sprzedaż na Allegro akurat to wydanie. Zdjęcie okładki było jednak przesłonięte napisikiem z nazwą owego sklepu niegodnego nazwy antykwariatu, a dlaczego tak o nim piszę, zaraz się wyjaśni.

Napisałem e-maila z prośbą o nadesłanie zdjęcia bez owych ozdobników i wyjaśniłem do czego zostanie użyte. Liczyłem na to, że jeśli nie uprzejmość, to może chociaż zwykły dobrze pojęty własny interes każe im przychylić się do mojej prośby. Wyjaśnię tutaj, iż wówczas była to jedyna oferta sprzedaży Rudego Orma w sieci i pozytywna recenzja na pewno pozwoliłaby sprzedać tę książkę szybciej i drożej. Jakżeż się zawiodłem. A może w końcu otrzeźwiałem? Po raz kolejny się przekonałem, iż dobrego czy złego, mądrego czy głupiego, równie łatwo spotkać można przy łopacie, co między książkami. Może nawet wśród elit w naszym kraju trudniej znaleźć prawdziwego człowieka, niż wśród marginesu. A co się konkretnie stało?

Otrzymałem nie tylko propozycję kupna tego zdjęcia (sic!), ale także i obszerny wykład na temat tego, że jest ono chronione prawami autorskimi i po to są owe „znaki wodne” zaimplementowane w Allegro. Oczywiście nie podjąłem tematu. Po co tracić czas na dalszą rozmowę z kimś, kto nie ma pojęcia o zwykłej ludzkiej życzliwości i jakichkolwiek wartościach, o prawie nie wspominając? Przecież tego zdjęcia już nikt więcej nie będzie oglądał po tym, jak ów egzemplarz zostanie sprzedany. Pies z kulawą nogą się nim więcej nie zainteresuje. W jakim kontraście jest to podejście do tego, gdy się zwracałem do autorów naprawdę pięknych i interesujących zdjęć z krajów starej Europy. Zgadzali się oni od razu, gdy otrzymywali informację, iż fotki zostaną wykorzystane w konkretnym miejscu i na określonych zasadach. Nawet byli wdzięczni, że temat, który kiedyś uznali za interesujący czy ważny, znalazł uznanie i będzie szerzej popularyzowany. Na tym jednak nie koniec. Okazało się, że żyjąc między książkami można propagować pseudowiedzę i pozostać człowiekiem ograniczonym. Nie przyszło nigdy tej osobie z nibyantykwariatu poczytać przepisów prawa, ale uważa się za jego znawcę. Gdyby choć trochę poznała temat, wiedziałaby czym się różni mechaniczne odwzorowanie obiektu dwuwymiarowego od pracy twórczej podlegającej ochronie w tzw. Prawach autorskich, o czym zresztą nie tak dawno pisałem. Jest oczywiste, że na Allegro pojawiają się grafiki różnego rodzaju, również fotografie, które takiej ochronie podlegają i w tym celu Allegro proponuje możliwość używania znaku wodnego. Pewnie również dla celów reklamowych, ale to inna para kaloszy. Reasumując – jeszcze jedna z niezliczonych nauczek z cyklu, iż nie suknia, ani nie książka czyni człowieka. Nie tytuł, stanowisko ani pieniądze. Każdego trzeba oceniać indywidualnie. Obym znów o tym nie zapomniał, i więcej o nikim nie założył z góry niczego dobrego ani złego, czego i Wam życzę


Wasz Andrew

wtorek, 16 kwietnia 2013

Filozofia Kalego

czyli o polskiej bankowości


Od wczoraj wszyscy się podniecają, iż gdański

bankomat zwariował i wypłacał podwójnie




Jak dziś czytamy i słyszymy, gdyż temat okazał się dobry i dla radia, i dla netu, ostatniej nocy jeden z gdańskich bankomatów PKO BP oszalał i zaczął wypłacać dwa razy tyle, ile się zadysponowało, a z konta ściągał właścicielowi karty tylko zadeklarowaną kwotę, czyli połowę wypłaconej. W środku nocy momentalnie przed maszyną utworzyła się kolejka; ludzie dzwonili po znajomych, ci po następnych.

Bank oczywiście już straszy, że będzie dochodził zwrotu gotówki od tych, którzy nie oddadzą jej dobrowolnie*.

A ja mam propozycję. Niech sobie bankowcy wejdą do swego banku i zobaczą wywieszkę:

"Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się."

Może należy dopisać - ta zasada działa zawsze tylko w jedną stronę? No bo jak tłumaczyć zachowanie banku? Nie tylko tego zresztą, gdyż podobne sytuacje już się zdarzały i scenariusz był zawsze taki sam.

"Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy (...) to jest zły uczynek (...). Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy"**

 Pewnie część z Was pomyśli, że to objaw mentalności kapitalistycznej. Ja jednak, jak dziś, pamiętam zdarzenie, które miało miejsce ze dwadzieścia lat temu, też w PKO BP, choć skrót ten wtedy odpowiadał nieco innemu pełnemu brzmieniu. Od tego zresztą momentu PKO BP omijam z daleka. Otóż miałem wówczas książeczkę oszczędnościową PKO na którą wpłat dokonywałem zawsze w tym samym oddziale. Pewnego dnia znów, jak zwykle, dokonałem wpłaty. Dla tych, którzy nie pamiętają już owych czasów, wyjaśnię, iż z książeczki wyrywało się wyznaczony perforacją fragment kartki, na którym wypisywało się ile wynosi wpłata oraz stan po wpłacie, a kasjer po przyjęciu gotówki wpisywał w książeczkę ile wpłacono, stan oszczędności po wpłacie, składał podpis i przystawiał pieczęć, a karteczkę zabierał do księgowości, skąd potem trafiała do archiwum. Jak zwykle po dokonaniu wpłaty sprawdziłem w książeczce ostatni wpis (stan konta po wpłacie) i poszedłem do domu. Po jakimś czasie dostałem wezwanie do banku, gdyż podobno kasjerka się pomyliła i wpisała mi za duży stan konta po operacji. Otwieram książeczkę i patrzę, a ona wpisała, czego nie sprawdziłem wcześniej, za małą kwotę wpłaty - jedno zero mniej, a stan po operacji zgodny z prawdą. Idę do banku pewny swego i mówię jak było, a oni na to, że nie wpłata jest błędna, tylko stan po wpłacie. No to ja na to, że przecież mogą wyciągnąć z archiwum mój odcinek wpłaty i zobaczyć, co jest na nim napisane. I tu niespodzianka. Bankowcy powiedzieli, że niczego nie będą szukać, tylko mam dopłacić. No to ja, że nie zapłacę. No to oni, że spotkamy się w sądzie. Ja na to, że bardzo chętnie, a tymczasem chcę dokonać wypłaty z książeczki. Oni na to, że nic z tego, gdyż do czasu prawomocnego zakończenia postępowania sądowego, które będą przeciągać jak tylko będą mogli, nie wypłacą mi ani grosza. No to ja, że chcę zlikwidować normalne nowoczesne konto, które też u nich mam. Na to oni, że też mi już je zablokowali, jako dłużnikowi banku, do czasu zakończenia postępowania. Oczywiście dla świętego spokoju dopłaciłem co chcieli i zaraz potem zlikwidowałem i książeczkę, i konto. Na odejście powiedziałem im, że prawdziwa komuna nie umarła, ale żyje w ich głowach. Od tego czasu unikam PKO BP jak ognia. Jak widzę nie miałem racji, to nie komuna była winna ich postawie. To mentalność bankowca, siostra mentalności Kalego, która, jak widać po zachowaniu w sprawie sfiksowanego bankomatu, jest zawsze taka sama. Mijają pokolenia, przemijają ustroje, a banki zawsze muszą wyjść na swoje. Szkoda tylko, że coraz częściej na bezczelnego.

I ostatnia refleksja - w czasach papierków można było jeszcze dochodzić swych praw, choć nieraz nie było sensu się szarpać. Nawet nie chcę myśleć, jak by wyglądał mój przypadek sprzed lat w realiach bankowości elektronicznej i sądów, dla których komputer to magiczne pudełko a system operacyjny to wyrażenie rodem z s-f.

Wasz Andrew

* Opis przypadku za Radio Zet, Radio Gdańsk, Sfora.pl
 ** W pustyni i w puszczy Henryk Sienkiewicz

niedziela, 14 kwietnia 2013

Poświata wielkości

Okładka książki Blady ogień 

Blady ogień

Vladimir Nabokov


Tytuł oryginału: Pale fire
Tłumaczenie: Stanisław Barańczak
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 357
 
 
 
 
 
Władimir Nabokow, autor znanej powszechnie Lolity, czy nie mniej cenionego Zaproszenia na egzekucję, to pisarz, należący do grona szczęśliwców, których twórczość została doceniona jeszcze za życia. Jego geniusz literacki mieścił się w granicach artystycznego zmysłu współczesnej mu populacji, stąd uznanie i pochwały, płynące pod adresem jego płodów. Oczywiście ten fakt nie dziwi, zważywszy na dzieła, jakie wydał na świat Nabokow. Pośród nich znalazło się m.in. tłumaczenie na język angielski Eugeniusza Oniegina Puszkina, do którego Nabokow dołączył pokaźnych rozmiarów, czterotomową książeczkę z notami oraz komentarzami do poszczególnych wersów. Niejakim nawiązaniem do monumentalnej pracy nad Eugeniuszem Onieginem jest powieść Blady ogień.

Blady ogień to dzieło niezwykłe oraz wyjątkowe. To cudowna kompozycja fikcji, przeplatana motywami nawiązującymi do życia oraz twórczości Nabokowa. Powieść tworzą poemat amerykańskiego poety Johna Shade’a, składający się z 999 wersów, napisany rymowanymi dystychami, podzielony na cztery pieśni oraz obszerny komentarz do tegoż poematu, będący w ogromnej mierze przypisami do wybranych wersów, autorstwa doktora Charles’a Kinbote’a.

Czytając jednak przedmowę Kinbote’a, bystry czytelnik szybko dostrzeże pewien dysonans. W tekście, który przynajmniej początkowo przyjmuje ścisły i naukowy charakter, tj. dokładnie taki, jakiego oczekuje się od literaturoznawcy, zaczynają pojawiać się zgrzyty oraz trzeszczenia. Szokują wtrącenia typu Naprzeciw mojej siedziby znajduje się okropnie hałaśliwe wesołe miasteczko, czy (...) i niech szlag trafi tę muzykę, zupełnie nie związane z przedmiotem literackich badań. Znajdując takie zdania w środku naukowego materiału, mamy prawo być odrobinę skonfundowani. A dalej wcale nie jest lepiej! W miarę posuwania się naprzód, Przedmowa zaczyna przyjmować charakter pamiętnika Kinbote’a, w którym zwierza się on nawet ze swoich nieudanych, homoseksualnych zalotów. Chaotyczna składnia sprawia, że nietrudno wyrobić sobie opinię, że Kinbote, to rasowy wariat, a ostatnia sentencja Przedmowy, w której stwierdza on, że bez moich przypisów poemat Johna Shade’a nie odzwierciedla żadnej ludzkiej rzeczywistości, ponieważ (...) rzeczywistość ta nie ma innego fundamentu prócz rzeczywistości autora, jego otoczenia, przywiązań i tym podobnych, ukazać zaś mogą ją tylko moje przypisy. Mój drogi poeta pewnie by się nie podpisał pod powyższym stwierdzeniem, ale ostatnie słowo tak czy owak należy do komentatora jest poważnym ostrzeżeniem na temat autonomii dzieła Johna Shade’a, a już na pewno sygnalizuje, że wykładnia, jaką zaproponuje nam Kinbote daleko odbiega od pierwotnych zamierzeń poety.

Sam poemat Johna Shade’a jest po prostu przepiękny. Ma on charakter autobiograficzny, poeta spowiada się czytelnikowi praktycznie z całego swojego żywota. Dowiadujemy się z niego m.in, o udanej, samobójczej próbie córki oraz, że przedmiotem zainteresowań Shade’a była śmierć oraz zagadnienie życia po życiu. Przeżywszy poważną zapaść, Shade był przeświadczony, że przez chwilę znajdował się po drugiej stronie. Po intensywnych poszukiwaniach, będących błądzeniem we własnej duszy, Shade doszedł do wniosku, że ten drugi świat musi istnieć, a świadczy o tym delikatna sieć sensu, którą tworzy artysta, bowiem:

Jeśli mój mały wszechświat ma rytm do tej pory
Równy, to i puls boskich galaktyk nie zamęt
Ma u swych podstaw, ale jambiczny pentametr.

Poeta był tak pewny swojego odkrycia o życiu po śmierci jak tego, że obudzi się kolejnego dnia o szóstej rano. Okrutny los zakpił jednak niemiłosiernie ze słów artysty, bowiem John Shade zginął przypadkowo z rąk mordercy wieczorem (wg Kinbote’a, on sam był celem zabójcy), nie dożywszy kolejnego poranka. Czyż humor Nabokowa nie jest makabryczny?

Po kilkudziesięciu stronach Bladego ognia przychodzi kolej na Komentarz Charlesa Kinbote’a, którego objętość kilkukrotnie przewyższa objętość poematu. Pierwsze zdania zacierają niemiłe wrażenie, które pozostało w czytelniku po lekturze Przedmowy. Wariat w duszy Kinbote’a został na pozór poskromiony, i zdaje się, że znów mamy do czynienia z poważnym literaturoznawcą. Ale po kilku stronach zaczynają się nieśmiałe próby, będące czymś na wzór sondy, szukające odpowiedzi na pytanie, na ile autor komentarza może sobie pozwolić wodzić czytelnika za nos. Dalej Kinbote poczyna sobie coraz śmielej. Pojawiają się dygresje niemające niemal zupełnie nic wspólnego z Bladym ogniem Shade’a. Wkrótce analiza literacka, przedzierzga się w opowieść o królu-banicie, ostatnim władcy królestwa Zemblii. Losy zbiegłego króla stają się wątkiem dominującym, a Kinbote stara się przekonać czytelnika, że poemat Shade’a powstał właśnie na kanwie przygód zbiegłego króla Zemblii, którymi to historiami Kinbote faszerował Shade’a w czasie licznych spotkań.

Jak widać, utwór, który zaserwował nam Nabokow jest po prostu unikatowy i jedyny w swoim rodzaju. Chociaż sam pisarz się przed tym wzbraniał, w książce zdają się pobrzmiewać echa jaskini Platona – czytelnik na podstawie cienia dzieła Shade’a musi zorientować się, jakie jest jego oryginalne przesłanie. Nabokow znany był z zamiłowania do szachów oraz szarad, nie dziwi więc, że nazwisko Shade w języku angielskim, w którym powstał utwór, znaczy cień. Zatem John Shade, zgodnie ze swoim nazwiskiem we własnym poemacie zaczyna przyjmować rolę cienia. Ponieważ martwy, nie może w żaden sposób bronić swojego dzieła przed działaniami zuchwałego komentatora – pozostaje ukryty, ale niejako wciąż żywy, pomiędzy strofami swojego monumentalnego wiersza. Obecność jego jest jednak o tyle problematyczna, iż nie jesteśmy w stanie ustalić, w jakim stopniu Kinbote ingerował w oryginalny tekst i jak daleko posunął się w tej ingerencji ów osobnik, zdradzający przecież tendencję do konfabulacji. Bo skoro bajdurzy, taką przynajmniej ścieżką nakazuje podążać logika, to, dlaczego nie miałby zmieniać, mieszać, wycinać, czy też ukrywać? Nasze podejrzenia potwierdza zresztą sam Kinbote, który w jednym z omawianych fragmentów wyznaje ze skruchą, że dopuścił się drobnej korekty bezczeszcząc dzieło Shade’a. Dzieło, które nie jest zastygła masą – na pracy artysty ciągle możliwe są różnorakie operacje, mające na celu uformowanie je tak, by w mniejszym lub większym stopniu odpowiadało ono poświęconym mu przypisom. Być może właśnie krocząc tą dróżką należy tłumaczyć tytuł książki – objaśnienia Kinbote’a do poematu są tylko ułudą i mirażem, bladym odbiciem żarzącego się płomienia. Kinbote jest niczym księżyc, kradnący słońcu jego blask, świecąc dzięki temu bladym ogniem.

Wydanie polskie jest również o tyle wartościowe, że zostało wzbogacone o posłowie autorstwa Leszka Engelkinga, który uważany jest za jednego z czołowych znawców twórczości Władimira Nabokowa. Dzięki profesorowi Engelkingowi poznamy okoliczności powstania utworu, przekonamy się do jak wielu motywów się on odwołuje (ciekawy jest choćby fakt, że ojciec Nabokowa, Władimir Dmitriewicz Nabokow, podobnie jak Shade, zginął od kuli, który była przeznaczona dla kogoś innego). Engelking ukaże również czytelnikowi, jakie poruszenie wywołał w literackim świecie Blady ogień, do którego ilość opracowań śmiało może konkurować choćby z Ulissesem Joyce’a. Zabawne są również przedstawione zmagania znawców literatury, prezentujących klucze, wg których należy odczytywać utwór – Kinbote, ukazywany jest najczęściej jako szaleniec (prawdopodobnie ze Skandynawii), który otaczającą go rzeczywistość przekształca w motyw zemblański. Pojawiają się również bardzo ciekawe głosy, mówiące o tym, że rzeczywistym autorem, zarówno poematu jak i całej analizy jest John Shade, który jedynie wymyślił swój zgon. Oczywiście nie obyło się od sporów, wysnuwania dowodów na poparcie swoich hipotez, etc. Wydaje mi się, jeśli przyjąć tezę Shade’a o życiu po śmierci, że Nabokow musi wręcz pokładać się ze śmiechu, obserwując zmagania literaturoznawców z całego świata, próbujących zgłębić wszystkie sekrety jego prozy. Książka Blady ogień jest wg mnie niezwykle udanym żartem i kpiną amerykańskiego pisarza o rosyjskich korzeniach. Wystarczy popatrzeć na polskie wydanie: mamy tutaj poemat (autentyczny, bardzo piękny zresztą), autora Johna Shade’a (fikcyjnego, bowiem takowy poeta nie istniał), komentarz i przedmowę (obie autentyczne, choć mocno zwariowane), kolejnego autora Kinbote’a (fikcyjnego), do tego posłowie (autentyczne i bardzo wartościowe) oraz ostatniego już autora prof. Engelkinga (postać autentyczną, egzystującą w naszej rzeczywistości) – patrząc na ten cały misz-masz, uwzględniając kłótnie, co do tożsamości autora poematu i komentarza (dziwne, że w całej dyskusji nikt nie zauważył, że autorem jest Nabokow), trudno jest nie spojrzeć na wygłupy badaczy z nutką ironii. Czytając nawet poważnego profesora Engelkinga, mimowolnie zaczynają pojawiać się skojarzenia z Kinbote’m.

Reasumując, lektura Bladego ognia Władimira Nabokowa to piękna przygoda po jednym z wielu literackich światów. Pisarz zaskakuje wyobraźnią oraz pomysłowością, tworząc dzieło niesamowicie oryginalne i mocno zagmatwane, jakby chcąc potwierdzić własne słowa, że coś takiego jak powieść w ogóle nie istnieje. Kontakt z książką zapewnia zarówno doznania estetyczne (uroczy poemat Shade’a) jak i masę śmiechu i dobrej zabawy (przypisy Kinbote’a). Intrygujące jest także posłowie Engelkinga, które w dziele Nabokowa pozwala odnaleźć nawet nutkę spirytyzmu oraz echa zaświatowości. Uważam, że powieść w pełni zasługuje na uznanie, jakim cieszy się na całym świecie.

P.S.
Mój Blady ogień udało nabyć mi się w Empiku w ramach akcji 1+1, czyli dwóch książek w cenie jednej (tej droższej).

Cytat na niedzielę



"Gdyby zwierzę zabiło z premedytacją, byłby to ludzki odruch."

Stanisław Jerzy Lec

Czy ktoś wie, z  jakiej publikacji  ta sentencja pochodzi?

sobota, 13 kwietnia 2013

Na co 1% podatku?



Nadchodzi ostateczny termin rozliczenia rocznego. Jeśli dotąd nie zdecydowaliście na co przeznaczyć swój 1% podatku, to Was rozumiem. Ostatnio mam coraz większe wątpliwości, co do celowości wspierania fundacji mających wyręczać państwo w jego zadaniach, i do wielu innych też. Może takie wyjście będzie rozwiązaniem - bezpośrednie wsparcie dla placówki zajmującej się konkretną ochroną i ratowaniem zagrożonych gatunków: Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu.