Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 17 lutego 2012

Przysięga otchłani



Jean-Christophe GRANGE

Przysięga otchłani
(Le Serment Des Limbes)

Przysięga otchłani to trzecia powieść autora Purpurowych rzek, którą miałem okazję przeczytać. Świadomie nie używam zwrotu „miałem przyjemność, a dlaczego, o tym za chwilę.

Paryski policjant Mathieu Durey dowiaduje się, że jego przyjaciel i kolega Luc Soubeyras, również z wydziału zabójstw, próbował popełnić samobójstwo. Otarł się o śmierć kliniczną i w stanie śpiączki leży w szpitalu. Dlaczego posiadający szczęśliwą rodzinę mężczyzna, żarliwy katolik, targnął się na swoje życie? Stres? Nierozwiązana sprawa? Mathieu postanawia pójść tropem ostatniego dochodzenia Luca. Musi sięgnąć w odległą przeszłość. Czternaście lat temu nieznany sprawca utopił w studni małą dziewczynkę. Niedawno bestialsko zabito jej matkę. Przypadek? Ciało kobiety rozłożyło się tylko w połowie, druga połowa została nietknięta. Rytualny mord? Luc odkrywa, że podobną metodą zamordowano także inne osoby. Sprawcy tych zbrodni twierdzili, że popełnili je z podszeptu diabła. A może prawda jest jeszcze bardziej przerażająca i za wszystkimi zabójstwami stoi Szatan w ludzkiej postaci? – Taką właśnie notką kusi nas okładka tej książki. Co w rzeczywistości znajdziemy w środku?

Mój pierwszy kontakt z Jeanem-Christophe GRANGE, podobnie jak wielu innych, miałem za pośrednictwem filmów. Zaczęło się oczywiście od Purpurowych rzek. Zachęcony i przeświadczony, iż powieść jest zwykle lepsza niż film na niej oparty, sięgnąłem po inne powieści tego pisarza. Purpurowe rzeki zostawiłem na później, jak się potem okazało chyba ad calendas Graecas. Na pierwszy ogień, raczej przypadkowo, poszło Imperium Wilków. Potem był Kamienny krąg, a teraz Przysięga otchłani.

Nie będę opisywał fabuły Przysięgi otchłani; musi Wam wystarczyć zacytowana notka wydawcy. Nie chcę odbierać przyjemności rozszyfrowywania tajemnicy tym, który zdecydują się przeczytać tę powieść.

Przysięga otchłani to powieść kryminalna. Można dopatrzyć się w niej też elementów innych gatunków, ale dla mnie jest to jednak kryminał; wydziwniony, wysztuczniony, ale kryminał. Język jest barwny, ale psuje to w znacznym stopniu duża ilość błędów. Nie wiem, kto za nie odpowiada: autor, tłumacz czy wydawca, ale to aż razi. Wiem, iż to bolączka wielu dzisiejszych wydawnictw, które chyba oszczędzają na ostatecznej korekcie i są żałosne w porównaniu z wydaniami z czasów komuny, niemniej jest to wielki minus. Ta powieść, podobnie jak dwie poprzednie, lepiej chyba by się prezentowała po przeniesieniu na ekran, co by ją spłaszczyło, a przede wszystkim skróciło. Jest gruba i długa, ale tak naprawdę niczego ciekawego w niej nie znajdziemy. Motywy kierujące bohaterami, ich konstrukcje psychiczne i realia w których się obracają są tak nierealne, że w trakcie lektury narastała we mnie coraz to większa obawa, jak też w zakończeniu autor to wszystko wyjaśni, rozwikła i uzasadni. Owszem, Grange umie budować nastrój, napięcie i klimat, lecz na tym daleko się nie zajedzie. Gdy się okazuje, że za tym wszystkim nie stoi żadna rzeczywista siła sprawcza, że to epatowanie cudacznymi zbrodniami jest bezsensowne, to po zakończeniu lektury stwierdzamy: - Nuda!!! Gdyby takim piórem dysponował ktoś z sensownymi pomysłami na powieść, to powstałoby arcydzieło. Niestety tak nie jest i jest to chyba ostatnia powieść tego autora, po jaką sięgnąłem – beznadzieja.

Jeśli koniecznie chcecie to przeczytać, skorzystajcie z biblioteki. Kupować Przysięgi otchłani absolutnie nie warto. Dla mnie w starej skali ocen bardzo naciągane cztery z wielkim minusem. To cztery za klimat, a baty za całą resztę. Jeśli macie jakiś wybór, to poszukajcie czegoś innego. Lektura tej powieści, choć jest pewną przyjemnością, zabiera dużo czasu, który na pewno można poświęcić na coś bardziej wartościowego.


Wasz Andrew

czwartek, 16 lutego 2012

Anioł z Missisipi



Greg Iles to pisarz dotąd mi nieznany. Po Anioła z Missisipi (Turning Angel) sięgnąłem w poszukiwaniu nowego. Nowego stylu, nowej jakości, czegoś nowego; niesztampowego, odmiennego.

Trafiło mi się wydanie popełnione „by Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2008”. Pomimo ładnej okładki to po prostu porażka! To zbrodnia popełniona na czytelnikach i języku polskim! Choć mam świadomość, iż pewnie już nigdy nie spotkam takich perfekcyjnych wydań, jak choćby niezapomniany dla mnie Potop z Wyboru Pism ze wstępem Leona Kruczkowskiego wydanego w 1954 przez PWN w Warszawie, choć mam świadomość, iż coraz powszechniejsza, również w branży wydawniczej, jest wywodząca się ze świata komputerów kultura bylejakości, to Anioł okazał się dziełem diabła wcielonego. Tylu literówek, tylu błędów idiotycznych, niejednokrotnie zmieniających sens lub przekształcających go w bezsens zgoła, w życiu jeszcze w żadnej książce nie spotkałem. Dziecko z dysleksją i totalnym wstrętem do pióra, jeśli tylko się przyłoży, to mniej byków strzeli. Masakra teksańska piłą na umyśle po prostu.

Już macie dość? Niesłusznie. Anioł jest nomen omen dziełem naprawdę natchnionym, do tego stopnia, iż owe błędy o których wspomniałem, są niczym sznyty na Jasnogórskim Obrazie – absolutnie nie utrudniają percepcji, wręcz podkreślają niezależność przekazywanej treści od niedoskonałego nośnika . Choć nie pragnę mieć tej powieści na półce i wracać do niej, przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości, to wiem, iż naprawdę warto ją było przeczytać.

Anioł z Missisipi jest pięknym okazem z gatunku przez wielu niedocenianego jakim jest powieść kryminalna. Akcja rozgrywa się w Natchez, podupadającym miasteczku w Missisipi. Taki nieco zaściankowy fragment Stanów przypominający trochę polskie społeczeństwo pośród starych europejskich demokracji. Miejscową społecznością wstrząsa zgwałcenie i zabójstwo prymuski tamtejszej szkoły prywatnej, nieco nawet elitarnej jak na możliwości Missisipi. To jednak tylko pierwsza jaskółka już nie wstrząsu, ale prawdziwego trzęsienia ziemi jakie czeka mieszkańców Natchez. Zbezczeszczony trup nastolatki jest bowiem jak koniec macki potwora wynurzającego się z głębin oceanu. Choć przerażający, prawdziwą zgrozę dopiero zapowiada. Penn Cage, przyjaciel podejrzanego o romans z nieletnią i jej zabójstwo lekarza, podejmie się dotarcia do prawdy. Czy mu się to uda i co jeszcze się zdarzy nie będę Wam zdradzał. Mogę natomiast z całym przekonaniem zapewnić, iż lektura powieści Grega Ilesa jest świetną rozrywką dla każdego, nie tylko dla miłośników kryminałów. Ponadto, co jest chyba jeszcze cenniejsze, jest to powieść o pokoleniu, które w USA już od lat pokazuje pazurki, a u nas dopiero zaczyna ujawniać swą prawdziwą twarz.

Na pewno powinien Anioła przeczytać każdy rodzic i w ogóle każdy, któremu się wydaje, iż obecne młode pokolenie jest takie samo, jak poprzednie. Mądrzejsi wiedzą, że każde pokolenie jest odmienne od poprzedniego, choć w wielu aspektach podobne. Ci powinni tę powieść przeczytać, by wiedzieć czym się to nowe pokolenie różni od innych. A różni się wolnością. Wolnością, z którą nie wie co zrobić. Wolnością, która jest dla niego jak brzytwa dla kilkulatka. Wielu wyjdzie z takiej zabawy bez szwanku, ale równie wielu odniesie rany.

Greg Iles pokazał się w tej powieści jako świetny obserwator, dociekliwy i bezpruderyjny. Pokazuje rzeczy których wielu z nas nie potrafi i nie chce widzieć. I nie pokazuje nam problemów amerykańskich. Kapitalizm przyniósł nam wszystko, co amerykańskie, a przede wszystkim TE rzeczy. Demoralizację nieletnich, seks, narkotyki i ochroniarze w szkołach, najcięższe przestępstwa popełniane przez najmłodszych. Bezsilność dorosłych i ich zagubienie w sprawach dotyczących młodzieży. Naprawdę warto to przeczytać.

Anioł z Missisipi to piękne połączenie typowo rozrywkowego gatunku literackiego z tematami ważnymi i aktualnymi, z problemami do przemyśleń i z ciekawymi okruchami wiedzy. To wszystko scalone świetnym piórem i fascynującą fabułą. Zdecydowanie polecam i zachęcam do lektury


Wasz Andrew

środa, 15 lutego 2012

Fałszywa tożsamość



Amerykański bestseller to dla mnie co najmniej określenie dwuznaczne. Gdy nie wiadomo czego dotyczy, może być zarówno pejoratywne jak i zdecydowanie pozytywne. Książka opatrzona tym epitetem może być równie dobrze sztampowym gniotem obliczonym na mało wymagającego, a więc masowego odbiorcę, co zapewni jej sukces komerycjny, jak i perfekcyjną, oryginalną pozycją, która daje czytelnikowi wartościową lekturę i prześwietną rozrywkę, a dzięki temu świetnie się sprzedała. Nie użyję więc tego określenia, choć często pada, gdy mowa o Fałszywej tożsamości.


David Morrell to pisarz, który budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Choć każdy zna Rambo, jego autor kojarzy mi się głównie z fenomenalnymi powieściami w klimacie tajnych bractw jak trylogia Bractwo Róży, Bractwo Kamienia, Bractwo Nocy i Mgły czy męskich spraw jak Piąta profesja. Jednocześnie jednak nazwisko to przywodzi mi wspomnienia o wielkim zawodzie jaki sprawił mi choćby Totem, pięknie zapowiadający się horror z beznadziejnym zakończeniem. Wiedząc o nierównym poziomie twórczości Morrela z pewną niechęcią sięgnąłem po jego powieść Fałszywa tożsamość (Assumed Identity).

Głównym bohaterem Fałszywej tożsamości jest agent amerykańskich służb działający nie tyle pod przykryciem (taka modna, ale dla mnie dziwaczna kalka z angielskiego, która świetnie brzmi w oryginale, lecz po polsku żenująco) co w cudzej skórze. Właściwie to częściej się zmienia niż kameleon i jest w tym od niego dużo lepszy. Nieraz w trakcie jednej operacji przyjmuje kilka tożsamości jednocześnie i zmienia je co chwilę niczym rękawiczki. Dla jednych jest Panem A, dla drugich Panem B a dla innych... tylko on może się w tym nie zagubić. Ma tak wiele osobowości, które tworzy dla każdego nazwiska aż do najdrobniejszych szczegółów, że zapomina kim kiedyś był, gdy był kimś naprawdę.

Niestety, w trakcie kolejnej akcji sprawy się komplikują. Zostaje rozpoznany przez gościa, którego spotkał w innym miejscu i w innym czasie, no i oczywiście jako ktoś całkiem inny. W dodatku moment jest niesłychanie niefortunny bo jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami. Musi walczyć o życie, zostaje poważnie ranny i traci zaufanie przełożonych. Jakby mało było kłopotów, gość, który go rozpoznał, nie chce się odczepić i na dokładkę zaczyna węszyć koło jego mrocznych tajemnic wspomagany przez piękną dziennikarkę.

Gdy sprawy człowieka o stu twarzach zaczynają wyglądać naprawdę nieciekawie – po sfingowaniu własnej śmierci (a raczej śmierci jednego ze swych wcieleń) musi unikać policji i mieć się na baczności przed własnymi szefami, otrzymuje zakodowaną wiadomość od jedynej kobiety, którą kiedyś kochał. Wiadomość z prośbą o pomoc.

Wiadomo, że sprawa nie będzie prosta. Jego dawna miłość jest jeszcze lepszym kameleonem niż on, prawdziwym wirtuozem w dziedzinie mimikry. Czy zdoła ją na czas odszukać samemu będąc ściganym? Sprawdźcie sami.

Fałszywa tożsamość to prawdziwy bestseller w najlepszym tego określenia znaczeniu. Błyskawiczna, pełna zwrotów akcja, wielowątkowość, wielość pytań i ciągłe napięcie sprawiają, iż czyta się ją jednym  tchem. Jest i miłość, i męskie sprawy, czyli to, co czytelniczki i czytelnicy lubią najbardziej. To prawdziwy, dobry Morrell. Absolutnie i zdecydowanie polecam. Może nawet warto ją kupić. Może nawet jeszcze kiedyś do niej wrócę


Wasz Andrew

wtorek, 14 lutego 2012

Strażnicy bezprawia



Niejako przypadkiem sięgnąłem po Strażników bezprawia (The Guards). Autorem tej powieści jest Ken Bruen; król irlandzkiego kryminału noir, jak mówią o nim krytycy.

Strażnicy bezprawia są mrocznym, bardzo mrocznym kryminałem. Mrocznym nie przez niezwykłe okrucieństwo i napięcie rodem z horroru, jak choćby w świetnej powieści Cienka mroczna linia Hoag Tami, ale mrocznym

umysłem otępiałym od alkoholu

bezcelowością istnienia

bezsilnością

brakiem wiary

i zawiedzionymi uczuciami.

Fabuła nie jest specjalnie błyskotliwa, ale wcale nie musi. Akcja nie jest szybka i porywająca jak w amerykańskim bestsellerze a napięcia, przynajmniej w zwykłym rozumieniu tego słowa, prawie wcale się nie czuje. I dzięki Bogu. Bo ta powieść jest

inna

zaskakująca

odkrywcza.

Nie będę się rozpisywał na temat fabuły, gdyż choć interesująca, nie jest tym, co w Strażnikach najlepsze. To historia, która może się zdarzyć zawsze i wszędzie, która zdarza się i dziś. On – mocno podupadły bohater, Ona – skrzywdzona i błagająca o sprawiedliwość. Schemat znany i wałkowany w milionach wariacji. Teraz jednak pokazany oczami i umysłem prawdziwego aż do bólu faceta. Przekazany niesamowitym językiem

lapidarnym i bogatym

piekielnie mrocznym i błyszczącym wisielczym humorem

leniwym jak liryczna ballada i brutalnym jak uderzenie pięścią poprawione kopem.

Zmusza do ruszenia głową, do zastanowienia się nad marnością tego świata i życia w ogóle. Zarazem jest pełna nadziei; nieśmiałej i nienazwanej.

Jak się zdążyliście zorientować polecam Strażników bezprawia, choć polski tytuł jest dla mnie beznadziejny, polecam absolutnie i bezwarunkowo. Być może jeszcze kiedyś do nich wrócę, a na następne spotkanie z Kenem Bruenem już czekam z niecierpliwością


Wasz Andrew

poniedziałek, 13 lutego 2012

Ci cholerni cudzoziemcy



Jakiś czas temu, bodajże w 2010 roku, brytyjski Chanel 4 zrealizował czteroodcinkowy* serial dokumentalny Bloody Foreigners czyli, mniej więcej, Cholerni cudzoziemcy. Wszystkie odcinki są interesujące, lecz dla nas Polaków szczególny charakter ma odcinek drugi opowiadający o Dywizjonie 303**. Zawiera on bezcenne świadectwa uczestników wydarzeń Bitwy o Anglię. Wypowiedzi niejednokrotnie bezkompromisowe, które nie do końca wpisują się w poprawność polityczną naszej nowej Zjednoczonej Europy. Poza tym tytuł serialu, który można przetłumaczyć również nieco mniej parlamentarnie, należy odczytywać , co podkreśla narrator we wstępie, w nawiązaniu do negatywnego stereotypu cudzoziemca, jaki funkcjonuje w Wielkiej Brytanii, której obywatele nie zdają sobie sprawy, jak wielką pozytywną rolę odegrali w jej historii ci, których często teraz nazywa się brudasami. Inna sprawa, że dotyczy to w równej mierze również innych nacji, także naszej, w której pogardliwy stosunek do obcych jest moim zdaniem aż nadto powszechny. Symptomatyczny jest również fakt, iż cenzura (w demokratycznym państwie!) zablokowała emisję tego filmu we własnym kraju producenta, czyli w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Chodzi prawdopodobnie o wyraźnie pokazany w końcówce sposób, w jaki Wielka Brytania potraktowała swych polskich bohaterów po wojnie. Ten zakaz emisji powinien też dać do myślenia zwolennikom ACTA, którzy mają, całkiem nieuzasadnione moim zdaniem, przekonanie, iż demokracja jest samosterowną maszynką, która sama potrafi dbać o swe kardynalne wartości i nigdy nie zmieni się w coś gorszego niż komuna.







Dla krytycznie, samodzielnie myślących Polaków zainteresowanych historią The Untold Battle of Britain (Nieopowiedziana historia Bitwy o Anglię) jest niezwykle interesującą ze względu na warsztat. Brak tutaj polskiego zadęcia i pozłacania wizerunków tych, którzy mają wyjść na bohaterów. Z jednej strony, przykładowo, pokazuje niegodne zachowanie Anglików wobec Polaków po wojnie, ale z drugiej, czego w naszych produkcjach nie zobaczymy, choćby fakt, iż jednym z największych asów Dywizjonu 303 był Czech. Jeszcze ciekawsze, a jakby ukrywane w naszej wersji historii jest to, iż w początkowym okresie w całej polskiej jednostce było dwóch (!) ludzi znających angielski. Jakie to rodziło problemy nietrudno sobie wyobrazić.

Reasumując: rzecz absolutnie godna polecenia. Oglądajcie ją dla siebie, gdyż warto, i po to, by wyszła wysoko w notowaniu You Tube. Wówczas może zainteresują się nią i Anglicy, co pozwoli zniweczyć efekt owej haniebnej, wyżej wspomnianej cenzury, a to powinno być celem każdego Polaka


Wasz Andrew



*odcinek 1 - The Untold Battle of Trafalgar, odcinek 2 - The Untold Battle of Britain, odcinek 3 - The Untold Great Fire of London, odcinek 4 - The Untold Invasion of Britain
** 303 Dywizjon Myśliwski im. Tadeusza Kościuszki – jedna z polskich jednostek lotniczych w Wielkiej Brytanii w czasie II Wojny Światowej


niedziela, 12 lutego 2012

Dzień zagłady




Właśnie skończyłem czytać

DZIEŃ

POWIEŚĆ O CZASACH OSTATECZNYCH

ZAGŁADY

(tyt. oryg. Left Behind)

TIM LAHAYE & JERRY B. JENKINS

Brawurowa powieść (pierwsza z cyklu 16 w serii pod tym samym tytułem - Left Behind) z gatunku, który określiłbym jako religious fiction. Świeże spojrzenie na temat, wciągający i przyjemny w odbiorze styl. Szkoda tylko, że akcja urywa się tak nagle. A może to i dobrze?

Daje do myślenia, składnia do refleksji, ale przede wszystkim dobrze się czyta. Szczegółów nie będę zdradzał, gdyż przyjemność z tej lektury leży między innymi w jej odmienności, świeżości i oryginalności.

Zdecydowanie polecam. W starej skali ocen piątka z malutkim minusikiem. Wielką zaletą powieści jest jej oryginalność, co zarazem jest powodem, dla którego prawdziwą przyjemność sprawia tylko za pierwszym razem. Za drugim razem, którego nawiasem rzecz mówiąc nie popełniłem, ten atut już nie bierze. To jest właśnie ten malutki minusik

Wasz Andrew

sobota, 11 lutego 2012

Kamienny Krąg



Diana Thiberge, trzydziestoletnia biolog badająca zachowania drapieżników, wskutek przeżytego w dzieciństwie urazu nie jest w stanie nawiązać normalnych stosunków z mężczyznami. Żyje samotnie, póki nie postanowi adoptować pięcioletniego chłopca niewiadomego pochodzenia, którego znajduje w tajskim sierocińcu. Po przyjeździe do Paryża wokół dziecka zaczynają się dziać niesamowite rzeczy. Omal nie pada ofiarą zamachu. Cudem uratowane, zapada w śpiączkę. Lekarz, który zgłasza się, by mu pomóc, zostaje zamordowany. W coraz bardziej makabrycznych okolicznościach padają następne ofiary. Aby odsłonić związane z chłopcem mroczne tajemnice, Diana musi uciec się do hipnozy i odbyć podróż w głąb górzystego Rejonu Mongolii.


Tyle notka na okładce książki Kamienny krąg (Le Concile de Pierre), której autorem jest Jean-Christophe Grange, znany najbardziej z książki i filmu Purpurowe rzeki. Jak każdy musi przyznać, jest frapująca i wielce obiecująca. Zwłaszcza dla miłośników mrocznych klimatów z kręgu strachu i zagadek jest niesamowicie kusząca. Niestety, to pułapka.

Jakoś tak się złożyło, iż Purpurowe rzeki poznałem najpierw w wersji filmowej i taki był mój pierwszy kontakt z Jeanem-Christophe Grange, chyba najbardziej znanym w tej chwili francuskim autorem spod znaku sensacji i horroru. Film odebrałem bardzo pozytywnie, przez co i autora w domyśle zaszufladkowałem jako autora powieści na wysokim poziomie. Na pierwszą książkę do przeczytania z twórczości sławnego Francuza nie wybrałem jednak Purpurowych rzek, a Kamienny krąg.

Od razu, bez żadnych eufemizmów, stwierdzę, iż się na lekturze Kamiennego kręgu okrutnie zawiodłem. Owszem – autor od początku umiejętnie buduje nastrój grozy i zagadki; w tym jest naprawdę prześwietny. Niestety, od momentu, gdy skonstatujemy, iż cały motor akcji i przyszłe rozwiązanie zagadki jest tak wydumane i naciągane, że aż infantylne, pozostaje nam tylko ten nastrój, a to za słaby atut, by powieść ocenić jako wartościową. Końcówka zamiast suspensu, kulminacji grozy i napięcia, ostatecznej puenty i obowiązkowego happy-endu, daje nam po prostu nudę i wymusza doczytanie do końca, by nas utwierdzić w narastającym uczuciu zawodu i zniesmaczenia.

Być może Kamienny krąg w wersji filmowej bardziej by mi się podobał. Skompresowanie treści wymuszone ograniczoną długością formy filmowej może zamaskowałoby brak pomysłu na powieść, a ten wspaniały klimat mroku, w którego budowaniu Grange jest mistrzem, być może by wystarczył. Książka ta jest jednak dość opasłym tomiskiem i zanim doczytamy do końca, miałkość jej szkieletu wręcz powala. W starej skali ocen to piątka (za niesamowity klimat), ale za to z wielkim minusem (za brak jakiejkolwiek poza nastrojem zalety). Książkę naprawdę świetnie się czyta, przynajmniej do połowy (te klimaty), ale im bliżej końca, tym bardziej dominuje w nas poczucie czasu bezsensownie straconego na pustej, bezwartościowej lekturze przypominającej ilością niesionej wartości czterotysięczny odcinek Mody na sukces. Dlatego zdecydowanie odradzam Wam zakup Kamiennego kręgu, a i do wypożyczenia nie za bardzo zachęcam. Na pewno w każdej bibliotece znajdzie się coś równie rozrywkowego, ale zdecydowanie ciekawszego i bardziej wartościowego, o czym zdecydowanie Was zapewniam


Wasz Andrew

piątek, 10 lutego 2012

Wierny szpieg



Czy zastanawialiście się dlaczego USA i sojusznicy nie mogą sobie poradzić z terroryzmem? Pomimo satelitów, totalnej inwigilacji rodem z Orwella, która dzisiejszą demokrację zmieniła w parodię tego słowa, pomimo komputerów, tortur i bogactwa?


Kiedyś byłem fanem Toma Clancy’ego, którego powieści w stylu Polowania na Czerwony Październik były moją ulubioną rozrywką. Niestety, ostatnie rzeczy, które wyszły spod jego pióra, trudno nazwać dziełami. Na kilometr tchną sztampą i kiczem, stają się symbolem amerykańskiego stylu pisania „bestsellerów” w najgorszym znaczeniu tego słowa.

W poszukiwaniu nowych trendów sięgnąłem po powieść Alexa Berensona Wierny szpieg (The Faithful Spy). Wziąłem ją do ręki z pewną dozą nieśmiałości, gdyż entuzjastyczne recenzje amerykańskich krytyków zamieszczona na okładce z jednej strony kusiły a z drugiej ostrzegały. Obawiając się kolejnej szmiry nastawionej na zadowolenie jak najliczniejszej, niekoniecznie inteligentnej, rzeczy czytelników rozpocząłem lekturę.

Tytułowym wiernym szpiegiem jest John Wells, agent CIA, któremu dzięki wrodzonym talentom, pochodzeniu i szkoleniu udaje się, jako jednemu z niewielu Amerykanów, dostać w szeregi Al-Kaidy. Jako jedynemu udaje mu się dotrzeć w najbliższe otoczenie Osamy ale to wszystko trwa tak długo, iż jego mocodawcy zaczynają nabierać wątpliwości co do wierności swego agenta. Sprawę dodatkowo komplikują wydarzenia 11 września 2001 roku którym John nie zapobiegł i o których nie ostrzegał. Jakby tego było mało staje się on autentycznym muzułmaninem, który w Koranie odnajduje Prawdę. Potem całkowicie zrywa kontakt z centralą, co jeszcze zwiększa podejrzenia CIA.

Al-Kaida szykuje nową masakrę w Stanach, by znienawidzonym kafirom nie dać zapomnieć o World Trade Center. Jaki cios planują dla USA islamiści? Czy agent Wells okaże się bohaterem, czy zdrajcą? Na to i wiele pytań odpowiedzi poszukajcie sami. Znajdziecie również wątek miłosny, czyli to co kobiety lubią najbardziej, i fachowość w dziedzinie wyposażenia spec służb, czyli to, co najbardziej lubią tygrysy. Zdecydowanie zachęcam do przeczytania tej książki, gdyż lektura jest rozrywką wręcz fantastyczną. Tradycyjnie nie polecam zakupu powieści, choć jest rewelacyjna. Po prostu nie widzę powodu by do niej wracać, tak jak nie ma sensu po raz drugi zdobywać tej samej góry – jest jeszcze tyle innych, które na nas czekają. Poza tym korzystanie z biblioteki jest bardziej ekologiczne, no chyba że przeczytane książki oddajemy w darze bibliotece publicznej.

Wierny szpieg obrazowo i w sensacyjnej formie daje odpowiedź na pytanie postawione we wstępie. O ile cierpienia słabszych są dla wszystkich oczywiste, o tyle większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z trudności, jakie stawia konflikt asymetryczny przed silniejszą ze stron. To bardzo cenna książka, gdyż w Polsce praktycznie się o tym nie mówi i większość społeczeństwa nie może tego zrozumieć, a trudno od wszystkich oczekiwać szukania odpowiedzi w bardziej fachowych źródłach. Tym, którzy sami wiedzą co jest grane, powieść nie powie wiele nowego, ale zapewni świetną rozrywkę i przeniesienie się w autentyczny klimat terroru i antyterrorystów, gdzie obie strony bywają równie okrutne i trudno odróżnić bandytę od szeryfa. Niestety, w życiu jest chyba jeszcze dużo, dużo gorzej niż w powieści. Nawet tak dobrej jak ta...


Wasz Andrew