Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 29 listopada 2009

GANGRENA RZECZPOSPOLITEJ



Wiele chorób dotknęło w przeszłości, dotyka dziś i dotykać będzie naszą Rzeczpospolitą. Nie jest to dziwne, gdyż taka jest kolej rzeczy, zarówno w świecie organizmów jak i państw czy społeczeństw. Jedne choroby przychodzą i odchodzą a inne pozostają i da się z nimi żyć. Są jednak takie, które nieleczone zabijają. Takie rzeczy istnieją w świecie przyrody i w świecie polityki.

Polska w odczuciu wielu ludzi i w moim również, jest bardziej chora niż wiele innych krajów. Przodujemy w korupcji, zacietrzewieniu, nietolerancji i w wielu innych negatywnych zjawiskach. Na samym końcu jesteśmy w poziomie nauki i oświaty, opieki medycznej i wielu innych sprawach mających najbardziej żywotne znaczenie dla akceptacji państwa przez społeczeństgwo, przy czym to, co mamy jest tylko pozostałością tego, co przyniosła nam komuna. Gdyby nie komuna przewnie pół kraju, zwłaszcza od strony wschodzniej, nie miałoby nawet prądu. Wydaje się Wam, że przesadzam? 1/3 ludności świata żyje bez prądu a tereny postkomunistyczne też by się mogły w tej grupie znaleźć gdyby szły inną drogą rozwoju. Zresztą w kapitaliźmie też dbano o masy tylko po to, by pokazać uciemiężonym przez komunizm, że kapitalizm nie jest już taki, jak przed wojną, że dba o zwykłych ludzi, o wsie i miasteczka. To jednak temat na osobne rozważania. Polska przetrwała komunę i istnieje nadal. Zwykłe choroby nie byłyby jej w stanie zniszczyć gdyby nie gangrena, która ją toczy.

Cóż to za paskudztwo mam na myśli? Państwa nie upadają w wyniku niezadowolenia społecznego. Upaść mogą najwyżej rządy i inni włodarze. O końcu państwowości zawsze decyduje ekonomia. Ona powoduje przegrane wojny, rozpady i anschlussy. Szwajcari czy Szwecji nikt nie zajął w czasie I czy II Wojny. Nie opłacało się. Czechosłowacja nie przetrwała przemian ustrojowych gdyż jej dwie części nie były wystarczająco mocno związane ekonomicznie. Wykazywanie ekonomicznych kulis polityki i władzy to temat wielu książek, nie rozwódźmy się nad tym i wróćmy do sedna.

Gangrena, czyli zgorzel to proces rozkład tkanek w żywym organizmie przez bakterie gnilne (beztlenowce) wnikające do organizmu przez ognisko martwicy. Dla komuny martwicą było nie niezadowolenie społeczne z braku wolności, którą to tezę usilnie się lansuje, nie dywersja finansowa i ideologiczna z Zachodu jak chcą inni, a zapaść ekonomiczna. Spojrzyjmy choćby na nasze kolejne „zrywy wolnościowe”. Zawsze zbiegały się z planowaną podwyżką cen żywności i zawsze zaczynały w dużych skupiskach ludzkich zależnych od jej zakupu. Na wsi nigdy takich ruchawek „wolnościowych” nie było, bo jeszcze było co jeść. Dzisiaj ten główny, prawdziwy motor upadku komunizmu się pomniejsza głośno krzycząc o umiłowaniu wolności. Dlaczego? Ano dlatego, że komuna pozostawiła nam ognisko martwicy, którego nie ruszył żaden rząd i które sieje spustoszenie w naszej ekonomii.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie ma nic wspólnego z ubezpieczeniami. Gdyby miał nie istniałaby Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Składki w KRUS są kilkakrotnie niższe niż w ZUS a świadczenia takie same. Czy to możliwe, żeby mężczyzna ubezpieczony w KRUS, w wieku lat 20 miał te same świadczenia co jego kolego w ZUS, ale za jedną czwartą stawki tego drugiego? Oczywiście nie. Ktoś musi do niego dopłacać. Póki rolników było tyle co na wsi, póki najbardziej obrotni ludzie nie zwiali na Zachód, póty ZUS jakoś sobie radził Jednak postęp w medycynie spowodował podrożenie procedur medycznych których domagają się pacjenci jako dostępnych powszechnie w innych krajach. W dodatku masa ludzi, nikt nie wie jak wielka, bo to tajemnicy poliszynela, której nikt nie chce ruszyć, została „rolnikami” by zamiast haraczu do ZUS odprowadzać symboliczną daninę do KRUS. Jak wielki jest rozmiar tego ogniska martwicy nikt nie wie, ale cały czas rośnie. Coraz więcej ludzi podczepia się pod KRUS a część, która nie może, coraz chętniej ucieka ze składką za granicę. Coraz mniej wpływa do kasy ZUS a chętnych do świadczeń coraz więcej, gdyż społeczeństwo się starzeje.

Kolejne rządy miotają się jak w kaftanie bezpieczeństwa w okowach KRUSowego spętania i próbuje uzdrowić slużbę zdrowia, której uzdrowić się nie da dopóki nie powstanie spójny system jej finansowania. A jak ma powstać skoro jedni Kowalscy za to samo płacą kilka razy mniej niż inni. Pół biedy, gdyby ci inni byli, ale frajerów coraz mniej. Nikt nie chce zadrzeć z wieśniakami bo to przecież znaczący elektorat. Zwłaszcza iż zainteresowani wiedzą, że połowa objętych KRUSem mieszka w miastach. Tematu się więc w ogóle nie porusza i śmiem twierdzić, że tak naprawdę żadna partia nie jest zainteresowana dobrem Polski, gdyż żadna się tego śmierdzącego tematu nie chce dotknąć. A temat jak tytułowa gangrena już zaczyna powodować objawy na skalę całego organizmu.

Przesadzam? Kiedy za Gierka Polska się zadłużyła zewnętrznie opozycjoniści rwali włosy z głowy. Polska nigdy się z tego nie wygrzebie! Sprzedał Polskę! Teraz Polska jest zadłużona jak jeszcze nigdy. Szacunki są sprzeczne. Niektóre nawet podają sumę zadłużenia kilkakrotnie wyższą niż w najczarniejszym momencie poprzedniego ustroju. Jednak najgorsze jest to, że zadłużenie rośnie a politycy nabrali wody w usta.

Kiedy usłyszę, iż ktoś chce rozpędzić KRUS, wtedy na niego zagłosuję, bo to może będzie jakaś szansa. Jednak wszyscy, którzy bajają o reformie ZUS, służby zdrowia i państwa bez tego tematu, są tak naprawdę zainteresowani tylko tym, by jeszcze trochę tego czerwonego sukna z Rzeczpospolitej wyrwać dla siebie. Interesują ich tylko stołki i interesy własne oraz znajomych, którzy razem z nimi za to sukno ciągną.

sobota, 21 listopada 2009

Parytet - szansa dla nieudaczników



Kiedy słyszę wołania o „parytet” dla kobiet w dostępie do polityki to po prostu krew mnie zalewa. Jeśli ten poroniony pomysł przejdzie to chyba z większą sympatię będę patrzył na komunę niż na naszą „demokrację”

Pomysłów z parytetami, z ustawowo, urzędniczo przydzielonymi prawami mieliśmy w historii wiele. Zawsze ukrywały one rzeczywiste problemy a ich realizacja powodowała następne.

Mieliśmy choćby parytet wieśniaków na studiach realizowany co prawda nie wprost, a za pomocą dodatkowych punktów dla ludzi ze wsi. Miał on spowodować poprawę wskaźników, czyli zwiększenie ilości studentów pochodzenia wiejskiego. Władza zdawała sobie sprawę, iż oświata na wsi kuleje w porównaniu do poziomu szkół w miastach ale normalne rozwiązanie tego problemu, czyli zwiększenie nakładów na szkolnictwo wiejskie, popularyzacja idei oświeconego mieszkańca wsi i podobne programy byłyby niezwykle kosztowne a pozytywne skutki bardzo, bardzo odległe w czasie. Zamiast tego kandydatom na studia z pożądanym rodowodem ułatwiano dostanie się na uczelnie. Tego, że na studia trafiały buraki, które nigdy się tam nie powinny znaleźć, które skutecznie obniżały poziom uczelni i powodowały schamienie braci studenckiej, nikogo nie interesowało.

Dzisiaj nasze „gwiazdy” pod przewodnictwem J.O. Prezydenta chcą parytetu dla kobiet w sejmie. Co to oznacza? Oznacza to, że nie będzie już ważne co kto ma w głowie, tylko co ma między nogami. Jeśli trafi się rok, w którym do sejmu wystartuje zestaw wyjątkowo mądrych, uczciwych i popularnych mężczyzn i zdurniałych, granatem od garnka oderwanych bab, to połowa z tych super facetów odda swe miejsce bo 50% miejsc należeć się będzie kobietom. Nie żebym miał złudzenia co do umysłowego poziomu przeciętnego reprezentanta klasy politycznej. Może się też zdarzyć odwrotnie. Po prostu zamiast wolności wyboru, który gwarantuje nam Konstytucja, będziemy mieli przymus. Zamiast równości, co gwarantuje Konstytucja, będziemy mieli przymus.

Konstytucja wyraźnie mówi, że nie wolno nikogo dyskryminować. Szczególnie ze względu na płeć. Jak to się ma do parytetu, który wyraźnie zamknie drzwi przed lepszymi o ile nie będą odpowiedniej płci?

Tych, którzy głośno opowiadają się za parytetem i nie widzą w nim niczego złego pytam:

Czy następnym będzie wprowadzenie parytetu płci przy przyjęciach na studia?

A może zanim wprowadzimy parytet w dostępie do polityki najpierw wprowadźmy go w górnictwie, na morzu i w innych dziedzinach, w których tak brak kobiet. Na pewno byłoby fajnie mieć znajome górniczki pod ziemią, marynarki i rybaczki na morzu i TIRówki za kierownicami ciężarówek. Zwłaszcza, jeśli będą się równie atrakcyjnie prezentować co dzisiejsze TIRówki.

Bądźmy też konsekwentni i zróbmy parytety w drugą stronę: za mało jest męskich sędziów w sądach rodzinnych, nauczycieli i męskich biurw. Przykłady można mnożyć. Zróbmy i tam parytety.

Każdy widzi, że idea jest kretyńska. Skąd więc tak masowe dla niej poparcie? Zbliżają się wybory. Kobiety to w kraju połowa elektoratu. Nic więc dziwnego, że ktoś się chce im podlizać. Dlatego patrzmy i notujmy kto popiera parytet. Poznamy ludzi, którzy za nic mają dobro kraju i Konstytucję. Poznamy tych, którzy zrobią wszystko, by mieć władzę. Notujmy i NIGDY na nich nie 

wtorek, 3 listopada 2009

Cenzura na forum Onetu



Dzisiaj do opublikowanego w Onecie artykułu Porachunki pseudokibiców pod pomnikiem papieża dodałem komentarz o następującej treści:

to kolejny dowód nieodpartego wpływu wiary i pontyfikatu Jana Pawła II na społeczeństwo

Komentarz został usunięty z następującego powodu:

ponieważ komentarz nie ma nic wspólnego z artykułem

Ja tam związek widzę. Jan Paweł II wywarł podobno niezatarty wpływ na nasze społeczeństwo. Tylko ja tego nie odczuwam. Nie widzę spadku przestępczości wśród Jego wyznawców. Nie widzi tego też statystyka. Nie widzę wzrostu tolerancji ani żadnego innego pozytywnego wpływu w jakiejkolwiek dziedzinie. Mówię o naszym katolickim społeczeństwie globalnie; nie zaprzeczam wpływu na pojedyncze jednostki. Jednocześnie wyraźnie widzę negatywny wpływ JPII na Polską rzeczywistość: korzystając z Jego niepodważalnego autorytetu wiele negatywnych zachowań i postaci zapewnia sobie bezkarność i nietykalność. Nawet wtedy, gdy słowa JPII stoją w sprzeczności ze słowami Ojców Kościoła, jak choćby sprawa życia poczętego, nie można zwalczać niczego, co korzysta z mądrości Naszego Papieża. Porachunki z użyciem noża pod pomnikiem JPII są więc dla mnie symboliczne i wyraźnie widzę związek między artykułem a komentarzem. To symbol braku realnego pozytywnego wpływu na naszą młodzież, państwo, społeczeństwo Nie wspomnę już o tym, że jak łatwo sprawdzić, przez cenzurę zwaną na Onecie moderacją przechodzą zarówno komentarze obraźliwe, czego zabrania i prawo i regulamin, i jeszcze mniej związane z tematem. Tylko ten jakoś się nie spodobał.

Chcę jeszcze wspomnieć, iż nie jest to pierwsza taka sytuacja. Kiedyś nawet zażaliłem się na nadgorliwego moderatora. Przeprosiny uzyskałem, ale komentarz i tak nie poszedł, a temat stracił aktualność.

A jak Wy sądzicie? Jest na Forum Onetu ceznura czy też nie?

niedziela, 18 października 2009

Wytnijmy wszystkie drzewa!



Ten temat chodził mu po głowie od dłuższego już czasu, może nawet od przedostatniego lata. Wtedy właśnie byłem po raz kolejny w Niemczech. Nawet nie w tych „prawdziwych”, które różnią się od Polski mentalnością w sposób, który naprawdę pokazuje nasze miejsce w Europie, ale w tych „Ost”, pogardliwie traktowanych przez „stare” Niemcy niczym brakujące ogniwo ewolucji między barbarzyńskimi demoludami a kulturalnym Zachodem.

Po raz n-ty zdumiał mnie szacunek z jakim Niemcy, nawet ci wschodni, podchodzą do przyrody a do drzew w szczególności. W trakcie remontu i budowy każde drzewo jest otoczone pancerzykiem lub zabezpieczone w inny sposób a operatorzy sprzętu (niejednokrotnie Polacy) sprawiają wrażenie, iż woleliby najechać na któregoś z przechodniów niż na drzewo. Już na perwersję zakrawał widoczek przydrożnych rowów obsadzonych dwoma rzędami drzew; jednym między rowem a jezdnią i drugim, między rowem a polem czy lasem. Nie wspomnę o ekipach badających, leczących i pielęgnujących przydrożne drzewa i obchodzących się z każdym z nich z większą pieczołowitością niż polski lekarz ze swoim pacjentem.

Powrót do Polski i widok całych ciągów drzew wycinanych wzdłuż wszelkich możliwych dróg, od krajowych aż po lokalne, drzew wyrzynanych jak leci, zdrowych i chorych, nawet bez posadzenia młodych w ich miejsce. I te argumenty pod publikę, jakby tworzone przez kretynów i dla kretynów.

Wytnijmy drzewa wzdłuż dróg, bo zagrażają kierowcom, słyszymy w radio i telewizji. Pewnie dlatego, że w Polsce jeździ się poboczem aby oszczędzać asfalt, bo inaczej dziury się robią. A może trzeba chronić pijaków, którzy na tych drzewach lądują? Chyba lepiej by taki zabił się na drzewie, niż wariował bezkarnie aż zamiast w drzewo trafi w dziecko na chodniku? Dziwne, że w Niemczech drzewa kierowcom nie zagrażają. Może mają gumowe pnie?

Wytnijmy drzewa, bo gdy przyjdzie wiatr zagrażają pieszym w parkach i na ulicach, wrzeszczą mądrzy politycy. Dziwne, że w innych krajach nie zagrażają. Dziwne, że nawet u nas ludzie wolą chodzić na romantyczne spacerki ryzykując życie w zabójczych alejach niż w gołe bezdrzewne pole, gdzie nic im ze strony drzew nie zagraża.

Ile razy słyszałem taki głos w mediach, miałem zamiar napisać na ten temat ale potem tłumaczyłem sobie, iż to głosy głupków dla pozyskania przedwyborczego poparcia wśród ciemnego pospólstwa, że naprawdę jest inaczej. Przecież wiadomo, że bezdrzewny krajobraz jest niezdrowy dla psychiki człowieka, depresyjny i brzydki. Przecież wiadomo, iż w ładnej okolicy żyje się szczęśliwiej. Przecież wiadomo, że tylko stare, wielkie drzewa są ostoją dla wielkich ptaków*. Ponadto od lat już wiadomo, że w naszym klimacie drzewo** potrzebuje około 10 lat życia, by zacząć produkować więcej tlenu niż zużywa i wiązać więcej dwutlenku węgla niż wydala. Nie mówiąc już o rozmiarach. Malutkie drzewko zasadzone w miejsce wyciętego olbrzyma nawet jeśli miałoby dodatni bilans tlenowy to i tak jego rozmiary warunkują jego oddziaływanie na środowisko. Jednak nawet te małe drzewka tylko gdzieniegdzie są sadzone, prawie nigdzie zaś nie mają szans urosnąć na tyle, by zastąpić swych poprzedników.

Rzeź drzew odbywa się nie tylko w miastach i przy drogach. Chyba jeszcze gorzej jest na wsi. Wiejscy urzędnicy tyłka nie ruszą by sprawdzić stan drzewa o którego wycięcie się wnioskuje, że nie wspomnę o dopilnowaniu zasadzenia nowego w miejsce wyciętego. Nie ma tam też żądnej kontroli społecznej ani ekologicznych aktywistów. Wycinanie na dziko to już całkiem osobny temat rzeka.

Mimo tego wszystkiego może bym tematu nie poruszył, gdyby nie dzisiejsze słowa proboszcza jednej z pobliskich parafii. „Jeśli by to ode mnie zależało, to wszelkie te drzewa bym powycinał, bo ich gałęzie spadają na kościoły, samochody i na wiernych”. Boże! Ty widzisz i nie grzmisz! Czego wymagać od ciemnego stada owiec, skoro ich pasterze ciemniejsi i bardzie pychą przepełnieni niż ustawa zezwala! Przecież takie słowa z ambony to zachęta dla tych wszystkich, w których umysłach żądza niszczenia zabiła już wszystko a zdrowy rozsądek w szczególności.

Zabijmy wszystkie drzewa! Niech w tym kraju nie zostanie nic poza pięknymi kościołami, dziurawymi drogami i złomem sprowadzanym z Niemiec. A gdy nie będziemy mogli już znieść widoku tej pięknej niegdyś krainy, sławnej puszczami, parkami i alejami starych drzew, ptactwem i zwierzyną, gdy zobaczymy co zniszczyliśmy, zawsze pozostanie nam kościół i wódka.

*Budka lęgowa dla dużej sowy ma około 1,8m głębokości, co daje pojęcie o rozmiarach dziupli i drzewa, jakiego wymagają takie ptaki. Duże drapieżniki potrzebują nie mniejszych drzew by utrzymały ich gniazda.

W pogoni za szczęściem



Kilka dni temu, całkiem przypadkiem, oglądałem fragment programu Wojciecha Cejrowskiego o życiu Indian w Amazońskiej dżungli. Ja osobiście znajduję naszego obieżyświata wielce sympatycznym, choć zdaję sobie sprawę iż wielu tego poglądu zgoła nie podziela. Ważniejsze iż Pan Cejrowski jest niezwykle uważnym obserwatorem i warto oglądać jego programy choćby dla pięknie wypuentowanych specyficznych rysów życia różnych społeczności, nie tylko w fizycznym ale i psychicznym aspekcie ich bytów.
W trakcie wspomnianego filmu padło stwierdzenie, iż mieszkańcy dziewiczej (o ile taka jeszcze w ogóle istnieje) dżungli posiadają umiejętność w ogóle nieznaną Europejczykom (czytaj kulturze Zachodu); umiejętność przeżywania szczęścia, delektowania się nim, rozciągania czasu szczęśliwego by trwał jak najdłużej.
Czy my jesteśmy szczęśliwi? Pewnie wielu z Was odpowie, że tak. Jednak zastanówcie się nad tym dłużej i uczciwiej. Co znaczy dla Was „być szczęśliwym”?
Różne są definicje szczęścia (to temat rzeka dla pokoleń filozofów). Według jednych, tych mniej restrykcyjnych, szczęśliwym być łatwiej, według innych ekstremalnie trudno. Ja mam na myśli szczęście, którego nie da się zastąpić słowem „zadowolenie”, „spełnienie”, „orgazm” czy innym podobnym. Mam na myśli poczucie bycia szczęśliwym pozwalające przez czas jego trwania na to, byśmy niczego nie pożądali, niczego nie planowali, o nic się nie martwili i o niczym nie musieli pamiętać. Pozwalające na to byśmy równie dobrze mogli myśleć o czymkolwiek jak i nie myśleć o niczym.
Ilu z nas potrafi leżeć obok kochanej osoby (lub w samotności jeśli taka wola) dłużej niż pięć minut nie śpiąc, nie odpoczywając, nie rozmawiając i tylko smakując uczucie szczęście? Nie zacząć myśleć o planach na jutro, o kasie i pracy, o tych wszystkich rzeczach, które składają się na (bez)sens naszego życia? Ilu z nas potrafi nie robić nic i być szczęśliwym?
Nie wiem co jest głównym powodem naszej niemożności bycia naprawdę szczęśliwym. Może to zasługa naszej wiary? Niezależnie od tego, czy osobiście w Boga wierzymy, czy też nie, jesteśmy jednak wytworami kultury opartej na chrześcijaństwie i nawet najzagorzalsi komuniści są nią przesiąknięci. Od samych podstaw. Od mitu o Adamie i Ewie. Byli szczęśliwi w raju, gdzie się po prostu lenili. Za wiadome ekscesy zostali ukarani obowiązkiem pracy, rodzenia dzieci, wychowywania potomstwa i opieki nad starcami. Może dlatego, podświadomie, uważamy leniwe szczęście za coś nagannego, złego, grzesznego? Może dlatego, w przeciwieństwie choćby do wspomnianych wyżej Indian, większość z nas nie potrafi być szczęśliwym, przeżywać szczęścia nie robiąc nic.
Nadużywamy słowa  „szczęście” mówiąc, że znajdujemy szczęście w pracy. Przecież nie używając słowa zadowolenie, spełnienie, czy innego podobnego, oszukujemy sami siebie. Podobnie odczucia, jakie daje nam jakakolwiek działalność, łącznie z seksem, głoszeniem wiary czy tysiącem innym rzeczy, którymi stosownie do naszych preferencji wypełniamy sobie życie, mają odpowiednie słowa na ich określenie i nazywanie tak odmiennych, niejednokrotnie sprzecznych odczuć, uczuć i doznań tym samym słowem „szczęście” świadczy raczej o okłamywaniu siebie a nie o braku rozbudowanego słownictwa.
Księża wmawiają nam, że lenistwo to grzech. Ateiści mówią, że nic nie robienie jest aspołeczne, złe i samolubne. Jeśli tego mało to reklamy, które coraz częściej są pryzmatem, przez który patrzymy na świat, mówią nam, iż szczęście to posiadanie najnowszej komórki, kompa, gry lub samochodu.
Nawet jeśli zdarzy nam się chwila potencjalnego szczęścia, to od niej uciekamy. Nawet na wczasach szukamy „atrakcji” by broń boże nawet na chwilę nie przystanąć, nie pomyśleć, nie poczuć. Musimy do czegoś dążyć, o coś walczyć, czemuś się poświęcać, na coś pracować. Tylko ciekawe po co ten ciągły pośpiech, to ciągłe dążenie do czegoś, skoro i dla wierzących, i dla ateistów, koniec naszej egzystencji na tym łez padole jest jeden i ten sam. Mimo tego zapychania mózgu komercyjną i kościelną papką gdzieś tam, na dnie świadomości, czeka samodzielna refleksja. Może dlatego, niezależnie od statusu społecznego i materialnego, w czasie wolnym tak chętnie sięgamy po alkohol? Gdy się upodlimy do reszty, w pijanym widzie nie grozi nam żadne filozoficzne myślenie i żadne dylematy moralne, żadna tęsknota za szczęściem.
W przeciwieństwie do bohaterów Cejrowskiego boimy się polenić w świadomości tego, że wszystko jest zrobione, że niczego nie potrzebujemy. Sen to jedyny wyjątek. Inny bezruch to „lenistwo”, to grzech przeciw Bogu i biznesowi, głównym podstawom naszego społeczeństwa.
Sex jest w porządku ale już leżenie z ukochaną osobą bez ruchu, lenistwo we dwoje, smakowanie stanu szczęścia jest złe. Trzeba do czegoś dążyć, czegoś pragnąć, bo inaczej... No właśnie? Co? Nie damy zarobić gościowi, który nam wciska najnowszy telewizor? Bo wiara upadnie gdy nie pójdziemy manifestować jej w pielgrzymce? A może już czas powstrzymać się od tego niekończącego się szaleństwa? Nawet jeśli kupimy to najnowsze Renault i tak świata nie zadziwimy. Szczęśliwsi też nie będziemy, bo sąsiad właśnie kupi BMW a kuzyn Maybacha. Może trzeba sobie odpuścić i tylko pozwolić szczęściu do nas przyjść zamiast ciągle gonić za tym, co nam inni wciskają nam dla swej korzyści pod nazwą szczęścia i uciekać przed tym, czym straszą nas księża, etycy i inni filozofowie.
Kiedyś czytałem o wyspie, która dawała akurat tyle ile zjadali jej mieszkańcy. Nie znali więc praktycznie pracy. Było ciepło i było co jeść. Kiedy przybyli tam misjonarze i próbowali nauczać o Raju, tubylcy mówili, iż raj jest właśnie na ziemi. Misjonarze kazali więc żołnierzom wyciąć wszystkie palmy, bo nadmiar obfitości i szczęście odwracały dusze pogan od Boga.
My mamy teraz dwie wiary: starą i nową, Boga i mamonę. Obie nie są zadowolone, gdy człowiek jest szczęśliwy. Tak naprawdę wielu z nas mogłoby być naprawdę szczęśliwymi. Po co zaharowywać się na nowy samochód jeśli stary działa? Po co kupować nową komórkę jeśli starej niczego nie brakuje? (Jak się to ma do ekologii to temat na osobne rozważania.) Biznes jednak (musisz mieć tą torebkę) i wiara (musisz dążyć do Boga i choć życie jest nic nie warte, to nie możesz go marnować na lenistwo) wciąż nas poganiają byśmy nie mieli czasu na to, by być szczęśliwymi, by być smakoszami szczęścia, by się w nim lubować. Dopiero przyczyny obiektywne, najczęściej starość lub choroba a na koniec śmierć, zmuszają nas do zatrzymania i większość z nas zauważa, że nie zdążyli tego, tamtego i owego. Kupić samochodu, spłacić kredytu. Nieliczni tylko zauważają, iż nie zdążyli komuś powiedzieć, iż kochają, pokazać, iż są szczęśliwi. Całkiem niewielu zaś ma odwagę przyznać przed sobą, iż nie zdążyli zaznać szczęścia, bo wciąż za czymś gonili.
Kiedy jest źle, to trzeba walczyć, harować, ale kiedy już jest dobrze, wtedy może spocząć? Ja chyba właśnie dojrzałem i idę podelektować się szczęściem, więc wybaczcie iż tego tekstu nie doszlifuję...

poniedziałek, 12 października 2009

Siedem latek za gwałt i morderstwo



W czerwcu 2002 roku 21-letnia Agata S. przyjechała do Wysokiej koło Piły, aby odwiedzić siostrę, która mieszkała tam u rodziców swojego chłopaka. Według prokuratora, pijani oskarżeni zaproponowali studentce podwiezienie. W pewnym momencie zjechali z drogi, wywieźli Agatę S. w pole, po czym brutalnie zgwałcili i pobili. Bezpośrednią przyczyną śmierci Agaty było zmiażdżenie krtani. (...) W lipcu 2005 roku poznański sąd okręgowy skazał obu oskarżonych na dożywocie. Taki sam wyrok zapadł w drugim procesie w grudniu 2006 roku. Oba wyroki uchylił sąd apelacyjny. (...) PAP, PG/12.10.2009

Dzisiaj dowiadujemy się z mediów, iż wspaniałomyślny Sąd w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej jednego z oskarżonych w wyżej wspomnianej sprawie skazał na siedem (!) lat pozbawienia wolności, gdyż zmienił kwalifikację zarzucanego mu czynu z zabójstwa na pobicie ze skutkiem śmiertelnym, a tylko drugiego ze sprawców ponownie skazał na dożywocie. Co nam to mówi?

Nie chcę się dołączać do głosów krzyczących, iż kara siedmiu lat za taki czyn to hańba, gdyż w kraju, w którym rząd spod znaku krzyża chrystusowego broni starego pedofila nic już nie może mnie dziwić. Zwłaszcza jeśli dopuścimy do siebie myśl, że jeden ze skazanych oprawców Agaty S. pewnie ma ustawionego ojca, wujka albo ciotkę. W tej sprawie zaciekawia mnie co innego.

Czy jedna i ta sama osoba może jednocześnie zostać pobita ze skutkiem śmiertelnym i zabita (zamordowana) poprzez pobicie? Czy może jedna osoba dwa razy umrzeć; raz na skutek pobicia a drugi na skutek zabójstwa? Trochę karkołomna i szokująca konstrukcja, która nie świadczy chyba zbyt dobrze o kondycji naszego sądownictwa. Jeśli już chciało się zrobić dobrze jednemu z oskarżonych wystarczyło go zrobić współsprawcą i też można by się pokusić o podobny wyrok wskazując na jego postawę, mniejsze zaangażowanie w przestępstwo, dominację drugiego sprawcy, lepsze rokowania na przyszłość lub jakikolwiek z tysiąca innych aspektów, których nie chce mi się wymieniać. To wszystko sprawa jednostkowa, dotycząca tego konkretnego wyroku. Haniebnego, ale takich wyroków są setki i tysiące. Mnie wnerwia sprawa, która leży u podstawy naszego sądowego oszołomstwa w sprawach o zabójstwa, która pokazuje komu naprawdę służy prawo i sądy.

Co to za zwierzę to pobicie ze skutkiem śmiertelnym? Po co to wymyślono?

Na pierwszy rzut oka konstrukcja ta jest bez sensu. Jeśli ktoś humanitarnie zabija drugą osobę, na przykład podchodzi do niej na ulicy i od tyłu zabija ją strzałem w głowę, bezboleśnie i w sposób niezauważalny dla ofiary, niejednokrotnie również bez świadków, to jest zabójcą i od razu aspiruje do najwyższego wymiaru kary, gdyż dokonał właśnie zabójstwa. Jeśli ktoś bije i kopie po głowie bezbronnego człowieka, który potem tygodniami kona w szpitalu w niewyobrażalnych męczarniach, to może co najwyżej odsiedzieć kilka latek za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Dlaczego, skoro każdy z nas wolałby być pozbawiony życia w ten pierwszy, a nie w drugi sposób. Nawet zwierzętom nie odmawiamy prawa do szybkiej i bezbolesnej śmierci. Czym więc kierują się ustawodawcy i sędziowie kultywując mit pobicia ze skutkiem śmiertelnym? Swoim punktem widzenia oczywiście.

Śmierć w wyniku pobicia to śmierć ludzi z plebsu. Takiej śmierci ani sędzia ani parlamentarzysta obawiać się nie musi. Wyrok za zabicie poprzez zakatowanie może być więc jak za psa. Natomiast morderstwo z użyciem niebezpiecznego narzędzia, a zwłaszcza broni palnej, to już całkiem inna sprawa. Przekonali się o tym już choćby Narutowicz i Papała. Przed kulą nic ani nikt nie ochroni, a im wyżej w drabinie społecznej człowiek się wspina, tym częściej następuje się innym na odciski. Ludzie u władzy dbają po prostu o własną dupę i tępią styl odbierania życia, który może im zagrozić, a olewają te metody, które nigdy im życia nie odbiorą. Tak naprawę cudze życie ich nie obchodzi a działają tylko w interesie zabezpieczenia swojego.  Dlatego za humanitarne, sterylne i bezbolesne pozbawienie żywota kara jest najwyższa a za odebranie godności  istocie ludzkiej, za zakatowanie na śmierć niegodne nawet zwierzęcia – siedem latek.

środa, 30 września 2009

Polański i migrena



Siedzi chłop na wersalce i gapi się w telewizor. Obok klapnęła jego baba i jęczy:
- Ojej, jaką mam migrenę!
Chłop zaciska zęby, nic nie mówi tylko dalej próbuje utrzymać swą codzienną, hipnotyczną więź z telewizorem. Baba jednak nie daje za wygraną i nadaje z coraz większą mocą:
- Już nie wytrzymam! Ta migrena mnie zabije!
Chłop nie może już dłużej zdzierżyć, odwraca głowę i wali:
- Migrenę, to może mieć królowa angielska, a ciebie to po prostu łeb napierdala!

Ten stary kawał przypomniał mi się a propos Polańskiego nieszczęśliwych przypadków zajmujących od kilku dni wiele miejsca we wszystkich mediach. Coraz bardziej denerwuje mnie, iż w mediach wszyscy boją się nazwać rzeczy po imieniu. Cały czas czekam na odważnego, który powie, że Polański to po prostu pedofil. Gwałt na dziecku jest rzeczą straszną, ale pedofilem jest nie tylko ten, który gwałci, ale także ten, kto współżyje z dzieckiem „za jego zgodą”. Nawet jeśli dziecko jest „nieletnią prostytutką”. Tego słowa „pedofil” brakuje mi coraz bardziej, tak jakby media bały się odbrązowić naszego wielkiego rodaka i rezerwowały takie epitety tylko dla szarych, zwykłych ludzi. Jakby pedofilem mógł być tylko przysłowiowy Kowalski, a osoba publiczna mogła co najwyżej popełnić „błędy młodości” i mieć „nietuzinkowe doświadczenia seksualne”.

Nie cenię zbytnio ludzi z PiS-u, gdyż ciężko między nimi spotkać człowieka uczciwego, odważnego, inteligentnego i zarazem otwartego. Jednak ostatnio w wypowiedzi kogoś z tej partii, niestety nie zdążyłem zobaczyć godności, gdyż byłem tyłem do telewizora, usłyszałem godną uwagi rzecz:

Jest zrozumiałe, że pewne osoby bronią Polańskiego, lecz niedopuszczalne jest, iż znani ludzie, niejednokrotnie reprezentujący Polskę na zewnątrz, w obronie Polańskiego posuwają się do zmiany obrony w usprawiedliwianie.

Zgadzam się całkowicie, iż można dyskutować o tym, czy ściganie za pedofilię i inne przestępstwa powinno ulegać przedawnieniu. Jednak szokuje mnie iż w Polsce ci celebryci i politycy, którzy jeszcze tydzień temu nawoływali do kastracji pedofilów i przekonywali, iż z tego nie można się wyleczyć, teraz bronią Polańskiego. Przecież według ich własnych słów sprzed kilku dni Polański dalej musi gustować w nieletnich, bo jak twierdzili tego popędu nie da się stłumić. Mówili iż pedofil jest jak wilk, który raz zasmakował świeżej krwi – będzie dążyć do ponawiania raz zaznanego spełnienia i nie da się go wyleczyć ani powstrzymać przed ponawianiem tych samych zachowań. Teraz ci sami ludzie mówią, że „Polański jest już innym człowiekiem”. Że jest inny to każdy widzi i wie. Kto jednak wie, co naprawdę lubi, o czym marzy w skrytości swej alkowy?

Ja całkowicie nie zgadzam się ze stwierdzeniem jeszcze kilka dni temu lansowanym przez środowiska antypedofilskie i popieranym przez media, iż pedofilem jest się przez całe życie. Są ludzie, którzy zmieniają się z hetero w homo lub odwrotnie, zmieniają płeć, zmieniają się z „normalnych” w pedofilów i we wszelkie możliwe stany inne i pośrednie między nimi. W świecie seksualności homo sapiens nie ma czerni ani bieli a niedowiarkom polecam choćby prześwietny film Kinsey. Myślę, że równie dobrze można zmienić się z jednej orientacji seksualnej w inną jak z pedofila w cokolwiek innego. Uważam, że tezy o niemożności przemiany pedofila w inny typ fascynacji seksualnej to zwykłe kłamstwo. Mimo tego nie odważyłbym się absolutnie na usprawiedliwianie Polańskiego i potępiam wszystkich, którzy to czynią. Dają argumenty do usprawiedliwień wszystkim obecnym i przyszłym pedofilom. Od teraz zawsze będą mogli powiedzieć, iż chcieli zobaczyć jakie doznania miał Polański, że chcieli go naśladować, że nie są pedofilami a tylko ciekawymi nowych doznań maniakami seksu lub wielbicielami i naśladowcami Mistrza.

To, iż ktoś jest wielkim reżyserem, nie znaczy, że może nie być podłym, zboczonym człowiekiem. Polska jednak słynie z czarno-białego widzenia rzeczywistości a znanych Polaków w szczególności. „Nie wolno pluć na własne gniazdo” i „kalać świętości”. A ja uważam, że szczytem podłości jest próba obrony sprawcy pedofilskiego czynu przez obciążanie ofiary. To, czy dziecko oddało się pedofilowi za pieniądze, czy za darmo, czy z własnej woli czy nie, nie zmienia faktu iż to pedofil jest winny. Dziecko nie ma jeszcze umysłowości dorosłego i właśnie dlatego pedofilia jest tak groźna, tak naganna. Właśnie dlatego pedofil zawsze jest winny. Jeśli jest znany, jeśli jest wielki, to wina jego jest jeszcze większa, bo z niego będą czerpać przykład i usprawiedliwienie inni. Bo zamiast świecić przykładem dał przykład zepsucia i deprawacji.

Marzę o tym, by z Polańskim nie było tak, jak w przywołanym na początku kawale. Obawiam się jednak, iż to tylko marzenia. Polański nigdy w Polsce nie był piętnowany a teraz wręcz będzie wybielany. Przecież wielki polski reżyser nie może być pedofilem. Taki artysta może mieć w życiorysie co najwyżej ekscesy. Co innego zwykły szary człowiek, najlepiej biedny. Taki nie ma prawa do ekscesów. Jest po prostu pedofilem, jeśli jest wykształcony, jeśli nie to jest zwykłym zbokiem.

niedziela, 27 września 2009

Wykastrować Polańskiego



W sobotę zatrzymano w Szwajcarii Romana Polańskiego. Dziwimnie, że w kraju katolickim, w którym chce się kastrować pedofilów, wiele osóbbroni tego osobnika. Nie jest ważne, czy zgwałcił trzynastolatkę, o co jestoskarżany, czy też dała mu ona za kasę lub ładne oczy. Ważne, że współżył ztrzynastolatką, jest więc ewidentnym pedofilem. Gdybyśmy byli krajem uczciwym, anie krajem o podwójnej moralności, to Polański byłby pierwszym moralnymkastratem Rzeczypospolitej. Jednak mam wrażenie, że w Polsce przestępcą wogólności, a pedofilem w szczególności, to może być tylko biedak. Ktoś znany,tak jak Polański, może uprawiać seks z dziećmi i nie będzie ani pedofilem, aniprzestępcą. W wielu krajach, gdy ktoś znany jest na tyle głupi, by popełnićewidentne przestępstwo i na tyle głupi, by można go było za to ukarać, todostaje wyrok większy niż zwykle, by służył innym za przestrogę. Uznaje się, żeskoro jest stawiany innym za wzór, to gdy czyni źle, kara też musi byćpokazowa. U nas jednak jest odwrotnie, o czym pisałem już w poście  ŚWIĘTE KROWY. Uwierzę w równość wobecpolskiego prawa, gdy po wprowadzeniu ustawy antypedofilskiej pierwszymkastratem (choćby w wymiarze moralnym, bo prawnie nie jest to możliwe) zostaniePolański.