Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 30 września 2009

Polański i migrena



Siedzi chłop na wersalce i gapi się w telewizor. Obok klapnęła jego baba i jęczy:
- Ojej, jaką mam migrenę!
Chłop zaciska zęby, nic nie mówi tylko dalej próbuje utrzymać swą codzienną, hipnotyczną więź z telewizorem. Baba jednak nie daje za wygraną i nadaje z coraz większą mocą:
- Już nie wytrzymam! Ta migrena mnie zabije!
Chłop nie może już dłużej zdzierżyć, odwraca głowę i wali:
- Migrenę, to może mieć królowa angielska, a ciebie to po prostu łeb napierdala!

Ten stary kawał przypomniał mi się a propos Polańskiego nieszczęśliwych przypadków zajmujących od kilku dni wiele miejsca we wszystkich mediach. Coraz bardziej denerwuje mnie, iż w mediach wszyscy boją się nazwać rzeczy po imieniu. Cały czas czekam na odważnego, który powie, że Polański to po prostu pedofil. Gwałt na dziecku jest rzeczą straszną, ale pedofilem jest nie tylko ten, który gwałci, ale także ten, kto współżyje z dzieckiem „za jego zgodą”. Nawet jeśli dziecko jest „nieletnią prostytutką”. Tego słowa „pedofil” brakuje mi coraz bardziej, tak jakby media bały się odbrązowić naszego wielkiego rodaka i rezerwowały takie epitety tylko dla szarych, zwykłych ludzi. Jakby pedofilem mógł być tylko przysłowiowy Kowalski, a osoba publiczna mogła co najwyżej popełnić „błędy młodości” i mieć „nietuzinkowe doświadczenia seksualne”.

Nie cenię zbytnio ludzi z PiS-u, gdyż ciężko między nimi spotkać człowieka uczciwego, odważnego, inteligentnego i zarazem otwartego. Jednak ostatnio w wypowiedzi kogoś z tej partii, niestety nie zdążyłem zobaczyć godności, gdyż byłem tyłem do telewizora, usłyszałem godną uwagi rzecz:

Jest zrozumiałe, że pewne osoby bronią Polańskiego, lecz niedopuszczalne jest, iż znani ludzie, niejednokrotnie reprezentujący Polskę na zewnątrz, w obronie Polańskiego posuwają się do zmiany obrony w usprawiedliwianie.

Zgadzam się całkowicie, iż można dyskutować o tym, czy ściganie za pedofilię i inne przestępstwa powinno ulegać przedawnieniu. Jednak szokuje mnie iż w Polsce ci celebryci i politycy, którzy jeszcze tydzień temu nawoływali do kastracji pedofilów i przekonywali, iż z tego nie można się wyleczyć, teraz bronią Polańskiego. Przecież według ich własnych słów sprzed kilku dni Polański dalej musi gustować w nieletnich, bo jak twierdzili tego popędu nie da się stłumić. Mówili iż pedofil jest jak wilk, który raz zasmakował świeżej krwi – będzie dążyć do ponawiania raz zaznanego spełnienia i nie da się go wyleczyć ani powstrzymać przed ponawianiem tych samych zachowań. Teraz ci sami ludzie mówią, że „Polański jest już innym człowiekiem”. Że jest inny to każdy widzi i wie. Kto jednak wie, co naprawdę lubi, o czym marzy w skrytości swej alkowy?

Ja całkowicie nie zgadzam się ze stwierdzeniem jeszcze kilka dni temu lansowanym przez środowiska antypedofilskie i popieranym przez media, iż pedofilem jest się przez całe życie. Są ludzie, którzy zmieniają się z hetero w homo lub odwrotnie, zmieniają płeć, zmieniają się z „normalnych” w pedofilów i we wszelkie możliwe stany inne i pośrednie między nimi. W świecie seksualności homo sapiens nie ma czerni ani bieli a niedowiarkom polecam choćby prześwietny film Kinsey. Myślę, że równie dobrze można zmienić się z jednej orientacji seksualnej w inną jak z pedofila w cokolwiek innego. Uważam, że tezy o niemożności przemiany pedofila w inny typ fascynacji seksualnej to zwykłe kłamstwo. Mimo tego nie odważyłbym się absolutnie na usprawiedliwianie Polańskiego i potępiam wszystkich, którzy to czynią. Dają argumenty do usprawiedliwień wszystkim obecnym i przyszłym pedofilom. Od teraz zawsze będą mogli powiedzieć, iż chcieli zobaczyć jakie doznania miał Polański, że chcieli go naśladować, że nie są pedofilami a tylko ciekawymi nowych doznań maniakami seksu lub wielbicielami i naśladowcami Mistrza.

To, iż ktoś jest wielkim reżyserem, nie znaczy, że może nie być podłym, zboczonym człowiekiem. Polska jednak słynie z czarno-białego widzenia rzeczywistości a znanych Polaków w szczególności. „Nie wolno pluć na własne gniazdo” i „kalać świętości”. A ja uważam, że szczytem podłości jest próba obrony sprawcy pedofilskiego czynu przez obciążanie ofiary. To, czy dziecko oddało się pedofilowi za pieniądze, czy za darmo, czy z własnej woli czy nie, nie zmienia faktu iż to pedofil jest winny. Dziecko nie ma jeszcze umysłowości dorosłego i właśnie dlatego pedofilia jest tak groźna, tak naganna. Właśnie dlatego pedofil zawsze jest winny. Jeśli jest znany, jeśli jest wielki, to wina jego jest jeszcze większa, bo z niego będą czerpać przykład i usprawiedliwienie inni. Bo zamiast świecić przykładem dał przykład zepsucia i deprawacji.

Marzę o tym, by z Polańskim nie było tak, jak w przywołanym na początku kawale. Obawiam się jednak, iż to tylko marzenia. Polański nigdy w Polsce nie był piętnowany a teraz wręcz będzie wybielany. Przecież wielki polski reżyser nie może być pedofilem. Taki artysta może mieć w życiorysie co najwyżej ekscesy. Co innego zwykły szary człowiek, najlepiej biedny. Taki nie ma prawa do ekscesów. Jest po prostu pedofilem, jeśli jest wykształcony, jeśli nie to jest zwykłym zbokiem.

niedziela, 27 września 2009

Wykastrować Polańskiego



W sobotę zatrzymano w Szwajcarii Romana Polańskiego. Dziwimnie, że w kraju katolickim, w którym chce się kastrować pedofilów, wiele osóbbroni tego osobnika. Nie jest ważne, czy zgwałcił trzynastolatkę, o co jestoskarżany, czy też dała mu ona za kasę lub ładne oczy. Ważne, że współżył ztrzynastolatką, jest więc ewidentnym pedofilem. Gdybyśmy byli krajem uczciwym, anie krajem o podwójnej moralności, to Polański byłby pierwszym moralnymkastratem Rzeczypospolitej. Jednak mam wrażenie, że w Polsce przestępcą wogólności, a pedofilem w szczególności, to może być tylko biedak. Ktoś znany,tak jak Polański, może uprawiać seks z dziećmi i nie będzie ani pedofilem, aniprzestępcą. W wielu krajach, gdy ktoś znany jest na tyle głupi, by popełnićewidentne przestępstwo i na tyle głupi, by można go było za to ukarać, todostaje wyrok większy niż zwykle, by służył innym za przestrogę. Uznaje się, żeskoro jest stawiany innym za wzór, to gdy czyni źle, kara też musi byćpokazowa. U nas jednak jest odwrotnie, o czym pisałem już w poście  ŚWIĘTE KROWY. Uwierzę w równość wobecpolskiego prawa, gdy po wprowadzeniu ustawy antypedofilskiej pierwszymkastratem (choćby w wymiarze moralnym, bo prawnie nie jest to możliwe) zostaniePolański.

600 tysięcy złotych kieszonkowego



Wczoraj w Radio Zet usłyszałem, że znana celebrytka (co za słowo na określenie osoby, której większość Polaków nie poznałaby na ulicy i której nazwisko bez części po mężu też dla większości krajanów nie jest znane, o innych mieszkańcach Europy czy świata nie wspominając) Weronika Marczuk-Pazura, której, po zatrzymaniu w dniu 23.09.2009 , przedstawiono zarzuty korupcyjne, wyszła na wolność po wpłaceniu kaucji w wysokości 600 tys. złotych(!!!). Zebranie potrzebnej sumy zajęło ww trzy godziny.

Nie bulwersuje mnie, iż ktoś został zatrzymany za korupcję, choć tryb tego zatrzymania i nasza praktyka anty~ i korupcyjna to temat na osobne rozważania. Politycy, i nie tylko politycy, wszędzie są narażeni na pokusy korupcyjne, i wszędzie są służby ścigające tych, którzy pokusom ulegli i są na tyle niemądrzy, by dać się złapać. Mnie bulwersuje co innego.

Trzy godziny to czas ledwo wystarczający by w realiach naszej stolicy dojechać do jednego miejsca i z powrotem. Między bajki można więc włożyć wyjaśnienia o składce wśród rodziny i znajomych. To zresztą też nie ma większego znaczenia. Ważne jest, że to czas za krótki, by uzyskać pieniądze choćby ze sprzedaży akcji. Wynika z powyższego, i to mnie bulwersuje, że w Polsce są ludzie, którzy mają w gotówce (lub innej podobnej formiej np. na rachunku bankowym) wolne pieniądze w takich sumach. Sumach, których przeciętny człowiek nie zarobi w ciągu całego życia. Sumach, które nawet dla wielkich biznesmenów nie są dostępne „od ręki”, bowiem nawet ich nie stać na to, by 600 tys. złotych leżało bezużytecznie na koncie i nie pracowało. Mają oni o wiele większe pieniądze ale ulokowane w biznesach, na kontach firmowych gdzie gotówka jest w ciągłym przepyłwie, a więc praktycznie niedostępne „na żądanie”. Bulwersuje mnie także to, że w kraju, w którym brak pieniędzy na powstrzymanie od ucieczki za granicę najlepszych naszych uczonych, w którym brak pieniędzy na wszystko, osoba przybyła w 1992 roku z Ukrainy jako „unknown” bez wykształcenia (zaczęła uczęszczać na zajęcia z prawa i administracji na Uniwersytecie Warszawskim po przybyciu do Polski) jest dziś w stanie od ręki wybulić 600 tys. złotych na kaucję.

Gdyby chodziło tylko o zazdrość, to nie byłoby tematu. Nie zazdroszczę jej ani pieniędzy, ani tym bardziej kłopotów. Problem jest w tym, że ta powyższa sytuacja jest sygnałem. Objawem rosnącego rozdźwięku między bogactwem ludzi na górze i biedą mas na dole. Motłoch jeszcze zachłystuje się kapitalizmem i niedawno zdobytą „wolnością”. Jeszcze cieszy się, iż za harówkę w niewolniczym stylu może sobie kupić używane rzęchy zwane cudownymi autami z Niemiec, że może mieć co rok nową komórkę i nowy ciuch. Co bystrzejsi już zauważają, że ich życie zaczyna przypominać życie niewolników. Z dnia na dzień mniejsze zabezpieczenie socjalne, coraz gorszy dostęp do służby zdrowia, do wykształcenia, brak czasu na wychowanie dzieci. Niezadowolonych jest coraz więcej, choć na szczęście na razie są w mniejszości. Na razie jeszcze czas, by się opamiętać. Na razie nie pojawiła się jeszcze „siła przewodnia” gotowa przeprowadzić kolejną rewolucję. Na szczęście i na razie…

Problem w tym, że gdy rozdźwięk między biednymi a bogatymi stanie się zbyt wielki, ZAWSZE znajdzie się ktoś, kto to wykorzysta, kto będzie chciał dojść do władzy na plecach niezadowolonych i po trupach posiadających. Ta lekcja tyle razy była przerabiana w ciągu dziejów, że jest aż nudna, ale jak widać materiał wciąż nie został przyswojony. Przynajmniej nie u nas…

Są kraje, które mają swoje rozwiązania tego problemu. Mimo podejmowania ciągłych działań mających na celu ochronę najbiedniejszych, nawet one, tak jak Szwecja, mają co pewien czas problemy wynikające z rozwarstwienia ekonomicznego społeczeństwa. U nas jednak nie robi się niczego w tym kierunku, wręcz przeciwnie. Arogancja władzy rośnie z każdą zmianą warty w Sejmie i w samorządach. Bogaci mają coraz więcej przywilejów a biedni coraz więcej obowiązków. Po katastrofie w kopalni Wujek w Rudzie Śląskiej wszyscy apelują do nas, do szarych ludzi, byśmy składali się na ich leczenie. Jakie sumy przeznaczyli na ten szczytny cel ci „celebryci” i te „gwiazdy”, które nas do tego namawiają? Jak długo jeszcze będą nas naciągać na datki? Czy zarządy kopalń albo politycy z własnej a nie z naszej kiesy rzucili na ten cel choć grosz? Jak długo państwo będzie chronić bogatych a obciążenia przenosić na biednych? To pytania bez odpowiedzi, na razie, i mam nadzieję, że odpowiedzi na nie nigdy nie poznam…

poniedziałek, 21 września 2009

Żałoba tańsza niż uczciwość



Znów, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni, mamy okazję obchodzić żałobę narodową z okazji katastrofy w kopalni. Znów mam wrażenie, iż to jedno wielkie oszustwo. Jedyne co w nim autentyczne, to rozpacz rodzin i ból poranionych. Reszta to polityka, cynizm i dwulicowość.

Każdy tydzień na drogach przynosi liczbę ofiar śmiertelnych porównywalną z najtragiczniejszymi katastrofami w historii polskiego górnictwa. Liczba rannych na drogach jest nawet wielokrotnie większa. I tak tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok. Nikt nie ogłasza żałoby narodowej. Dlaczego? Czy ból ofiar wypadków drogowych i rozpacz ich bliskich jest mniejsza?

Górnicy, podobnie jak powodzianie czy rodziny pielgrzymów spalonych autobusie, to zwarty, powiązany ze sobą elektorat. Elektorat, który można tanim kosztem oczarować, „łącząc się w bólu” i nie robiąc tak naprawdę niczego więcej. W dodatku, co chyba znacznie ważniejsze, elektorat zwarty i stwarzający zagrożenie, mogący się pojawić pod sejmem albo w innym podobnym miejscu aby wyrazić swe niezadowolenie. Trzeba go więc ugłaskać i uspokoić w sposób możliwie najtańszy i najskuteczniejszy. Jeśli przy tym można się jeszcze tu i ówdzie pokazać, medialnie zaistnieć, to tym lepiej.

Po każdej większej katastrofie w metanowej polskiej kopalni padają oskarżenia o fałszowanie wyników pomiarów stężenia gazów. Tymczasem co się robi w tej sprawie? Nic. Dziś słyszymy, że w sprawie piątkowej katastrofy w „Wujku” zostało wszczęte śledztwo i w kopalni za tydzień (!) będzie przeprowadzona zapowiedziana (!) kontrola prawidłowości działania systemów alarmowych. Komentarz chyba zbyteczny.

Gdyby komukolwiek naprawdę zależało na bezpieczeństwie w kopalniach, to po kolejnej katastrofie przeprowadzono by niezapowiedziane kontrole nie tylko w tej kopalni, gdzie miała miejsce tragedia, ale i w innych kopalniach metanowych. Takie kontrole powtarzano by wyrywkowo i cały problem by zniknął. Nawet gdyby zdarzyła się jakaś katastrofa, bo wcześniej czy później na pewno by się zdarzyła, to odpadłyby oskarżenia o celowe narażania życia ludzkiego ponad dozwoloną prawem miarę. Tak się jednak nie dzieje. Dlaczego? Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Wiadomo, że od czasu komuny wiele się zmieniło. Pieniądz rządzi światem i polityką też. Gdyby przestrzegano wszystkich przepisów, to kopalnie stałyby się nierentowne. Trzeba by je było pozamykać a górnicy ruszyliby na Warszawę. Tego przecież nikt nie chce, prawda? Lepiej co jakiś czas ogłosić żałobę narodową i mieć tańszy węgiel oraz spokój z górnikami. Przy okazji można też pokazać się w TV w każdym dzienniku, co jest dodatkową zaletą tej linii postępowania.

Wiem, że nie macie możliwości zejść pod ziemię i sprawdzić jak tam jest z przepisami BHP. Ja też tam nie byłem a wiadomości, nawet od naocznych świadków, nigdy nie są tak wiarygodne jak to, co się widzi samemu. Istnieje jednak bardzo silne narzędzie rozumowania jakim jest analogia. Jadąc do domu, pracy czy do szkoły spojrzyjcie na place budowy w Waszej okolicy. Czy widzicie tam ludzi w kaskach? O ile wiem dotąd  nie uchylono obowiązku noszenia kasku ochronnego. Koszt kasku to groszowa sprawa  a jego noszenie wcale nie zmniejsza wydajności. Mimo to wszyscy to olewają i udają, iż niczego nie widzą. Jest to praktyka nagminna, choć korzyści z podejmowanego przez pracowników i pracodawców ryzyka są praktycznie zerowe. Nie ma się więc co dziwić, że tam, gdzie łamanie przepisów pozwala naprawdę zwiększyć zyski, przepisy łamie się jeszcze łatwiej i też nikt nie chce tego widzieć. Nikt też nie chce tak naprawdę niczego w tym systemie zmienić. W razie czego wsadzi się kogoś z nadzoru technicznego kopalni i wszystko będzie po staremu. Do 

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

TA TO MA ZDROWIE



Marzena Kipiel-Sztuka, gwiazda serialu "Świat według Kiepskich", była rano tak pijana, że nie wpuszczono jej do samolotu na lotnisku w Szczecinie -podaje gazeta.pl. Najpierw była krótka wymiana zdań z kapitanem, potem przyjechała policja. Halinka Kiepska miała prawie 3,5 promila.
     ...Aktorka przekonywała, że nie wypiła dziś wiele. Ale biorąc pod uwagę,że była 9 rano, pani Marzena musiała więc wypić "trochę więcej"wczoraj. Kapitan postanowił wezwać policję. Ta ustaliła, że aktorka ma aż 3,37 promila alkoholu w wydychanym powietrzu.
Źródło: wiadomości.onet.pl 8 maja 2007

    Ma zdrowie nasza gwiazda. Skoro 3 promile z okładem to dla niej "mało", to ile to jest dla niej "dużo"?
    Rzetelność naszych pismaków poraża. 3,37 to dla nich "prawie 3,5". Ciekawe, gdzie korki z matematyki brali? Mnie uczono, że 3,37 po zaokrągleniu to albo 3,4, albo 3, czyli prawie 3,4 lub ponad 3. Nijak mi 3,5 nie wychodzi. Może za trzeźwy jestem na taką matematykę?

sobota, 29 sierpnia 2009

WIEDZA, ŻYCIE I AROGANCJA



Przez lata byłem wiernym czytelnikiem Wiedzy i Życia. Była wszechstronna i nie ograniczała się do rozważań mocno teoretycznych, jak przykładowo miesięcznik Problemy, czy zdecydowanie praktycznych, jak choćby Młody Technik. WiŻ gwarantowała stały dopływ najnowszych informacji zarówno z nauki teoretycznej jak i z czysto praktycznych jej zastosowań. Mieszała kierunki; obok psychologii konstrukcje lotnicze, obok matematyki literatura. Czytając kolejne numery od deski do deski wgłębiałem się w dziedziny, o których w życiu bym nie pomyślał, iż mogą być interesujące. A jednak. Z równym zainteresowaniem czytałem o nowych faktach, nowych odkryciach, niezależnie od tego, czego dotyczyły. Szczęście jednak nigdy nie trwa wiecznie.

Zmieniały się czasy, zmieniała wiedza, życie i, oczywiście, zmieniała również „Wiedza i Życie”. Był nawet moment, gdy po przemianach ustrojowych Wiedzy groziła całkowita likwidacja. Na szczęcie ten drastyczny moment udało się przeżyć i wydawało się, iż wszystko jest wspaniale. Kryzys nadszedł w momencie, gdy miało być jeszcze lepiej. Po przejęciu WiŻ przez wydawnictwo Prószyński Media Spółka z o.o. w tekstach zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze drukarskie, i nie tylko, chochliki. To jednak jest chyba bolączką większości dzisiejszych polskich wydawnictw. Książki, gazety i wszystko, co słowem drukowanem zapisane, okraszone jest błędami wszelkiej maści, ortograficznych nie wyłączając. Tutaj w wyraźniej opozycji są wydania starsze, choćby te z epoki socjalizmu, gdzie błąd ortograficzny w poważniejszej pozycji był naprawdę rzadkością. Można nad tym ubolewać, że kiedyś człowiek oczytany poprzez patrzenie poprawiał swój styl, gramatykę i ortografię, a teraz przeciwnie – widząc byki w prawie każdej książce i gazecie zaczyna mieć wątpliwości w najbardziej oczywistych sprawach. Można nad tym ubolewać ale zmienić się tego nie da – to temat na osobną rozprawkę o wpływie komputerów na cywilizację, o wprowadzaniu jej w epokę bylejakości i badziewia. Można nad tym przejść do porządku gdyby nie towarzyszyły temu większe błędy prowadzące do poważnych problemów z przyswojeniem tekstów przez wielu czytelników.

Dzisiejsza szata graficzna Wiedzy i Życia jest wspaniała. Jest niczym paradny mundur. Wspaniałą czyni postać ale o wygodzie i praktyczności mowy żadnej nie ma. Dziwna mania pisania kolorowym drukiem na kolorowym tle o zmiennym deseniu (nawet na zdjęciach) prowadzi do sporych trudności z czytaniem tekstu. Wystarczy minimalna wada wzroku, by te problemy stały się naprawdę poważne. W oświetleniu niewiele nawet odbiegającym od dla lektury idealnego, nawet sokole oko ma problemy z czytaniem niektórych partii tekstu. Najlepszym chyba rozwiązaniem jest druk czarny na białym tle. Jeśli jednak ktoś się upiera na inne kolory tła i czcionki, to tego tak karkołomne jak zdjęcia w tle, to mógłby skorzystać z jednego z wielu programów symulującego różne wady wzroku. Pozwalają one zobaczyć wymyślne koncepcje graficzne cudzym okiem i sprawdzić, czy inni też zdołają przeczytać to, co dla nas jest czytelne. Redakcja WiŻ na takie sugestie nawet nie odpowiada pokazując wyraźnie jak zależy jej na zadowoleniu czytelnika. Tak doszliśmy do problemu największego – pychy i arogancji.

Kilka razy skusiłem się na prenumeratę WiŻ i za każdym razem były problemy. A to nie otrzymałem zamówionych numerów, a to mój przelew zaginął, a to nie otrzymałem gratisów, które były integralną częścią umowy zakupu prenumeraty. Wkurzało mnie to ale wszelkie moje skargi były traktowane tak jak prośby o bardziej czytelny układ graficzny tekstów; zero reakcji. Owszem, zapłacone numery w końcu otrzymywałem, ale po straconym czasie, pieniądzach na telefon, o nerwach nie wspominając. Teraz mam teczkę u znajomego sprzedawcy i nie mam żadnych problemów. Mam na czas wszystkie numery, nie muszę się denerwować i, co najważniejsze, mam coś, czego nie ma żaden prenumerator: mam wszystkie numery specjalne.

To dla mnie chore, że ktoś, kto wykupił prenumeratę, by nie musieć latać po kioskach i polować na kolejne numery, nie otrzymuje numerów specjalnych. De facto i tak musi biegać po mieści za kolejnymi numerami. Ponieważ prenumerata lubi się opóźniać (kolejny kwiatek) więc ma nawet gorzej, bo nieraz o z kolejnego numeru dowiaduje się o numerze specjalnym, którego już nigdzie nie ma. Oczywiście może go sobie zamówić. Jeśli znów chce się wkurzać, czekać i płacić za wysyłkę.

Wiedza i Życie daje mi wiedzę (poprzez lekturę) i uczy życia (poprzez to, jak traktuje czytelników). Jest pięknym obrazem tego, jak wygląda polski kapitalizm, w którym normalne mechanizmy nie działają. Nikomu nie zależy na klientach, na wysokości sprzedaży, tylko na pokazaniu ważności własnej osoby.

Pomimo tych naprawdę doprowadzających do pasji mankamentów mam nadzieję, iż Wiedza i Życie nie zniknie nigdy z rynku wydawniczego i wszystkim ją polecam. Byle nie w prenumeracie ;-)

piątek, 28 sierpnia 2009

KTO NAPRAWDĘ ROZPOCZĄŁ IIWŚ?



Co pewien czas odżywa temat odpowiedzialności za wybuch II Wojny Światowej. W Polsce chyba najczęściej, choć i w innych państwach, zwłaszcza z nami sąsiadujących, też się to zdarza. Może się od nas zarażają?

To oczywiście taka krotochwila, ale jest w niej też część prawdy. Dyskusje w innych państwach są zwykle próbą podważenia tych prawd objawionych, na których straży stoją nieomylni historycy spod znaku mesjasza narodów, czyli Orła Białego. Dlaczego? Ano dlatego, że ani ci panowie zbyt wiarygodni nie są, ani też i ich wersja historii, podawana przez Polskę jako prawda jedyna i ostateczna, nie jest do końca prawdziwa.

Temat historyków potraktuję skrótowo. Wystarczy spojrzeć co robili za PRL-u. Ci sami ludzie, którzy wtedy zdobywali tytuły naukowe jako piewcy odwiecznego sojuszu z ZSRR, teraz w Rosji widzą wszelkie zło. Każdy może sprawdzić biografie owych profesorów i na tym ten aspekt wolałbym zamknąć by przejść do meritum.

Ile jest historii? Ile jest prawd? Na to pytanie pięknie odpowiedziała bohaterka filmu Ze slumsów na Harvard. Tyle jest historii ilu ludzi. Każdy z nas inaczej widzi pewne zdarzenia, inaczej je ocenia i interpretuje. Nie inaczej jest z wersjami historii uznawanymi za obowiązujące przez poszczególne państwa, partie i inne ugrupowania społ. - polit.. Ważne jest by zdawać sobie z tego sprawę, by zamiast zajmować miejsce pod jednym ze sztandarów i pluć na inne widzieć prawdy i fałsze w każdej z tych bajek jakimi są oficjalne stanowiska siłą rzeczy stanowiące wypadkową wielu sprzecznych uogólnień, niedomówień, nadinterpretacji i świadomych przeinaczeń. Ważne jest by rozmawiać o faktach, ich przyczynach i następstwach oraz powiązaniach między nimi a nie o winie i karze, o Bogu, Honorze czy Ojczyźnie.

Kto więc w końcu zaczął tą wojnę?

Odpocznijmy na chwilę od historii, wzniosłych ideałów i międzypaństwowych relacji. Przenieśmy się do półświatka i wyobraźmy sobie taką sytuację:
W podłej dzielnicy mieszka chłopaczek nazwiskiem Nazi, który choć niedawno został dotkliwie pobity przez chłopców z podwórka, wciąż marzy o zostaniu bossem i już nawet ćwiczy pozy i przemówienia odpowiednie do tej pozycji. Dowiaduje się o nim inny cwaniaczek o imieniu Bolsz, który ma już za sobą duże doświadczenie w walce o przetrwanie i zdążył stanąć na czele dość wpływowego gangu. On też marzy o totalnej dominacji w dzielnicy, ale choć jest to wiadome wszystkim jego zaufanym żołnierzom, to wobec obcych prezentuje on umiłowanie prawa, demokracji i pozuje na Matkę Teresę. Bolsz nie jest lubiany przez hersztów innych band i wie, że mogą się oni zjednoczyć między sobą i dać mu łupnia. Niedawno taką lekcję dał mu Polo i jego kolesie. Bolsz wpada więc na genialny pomysł i zaczyna po cichu wspierać Naziego. Bolsz planuje pozwolić Naziemu na podbój znacznej części terytorium by później wystąpić jako wyzwoliciel i obrońca uciśnionych, zarżnąć Naziego i jego kumpli, przejąć zdobyte przez niego biznesy i ostatecznie podbić cały rejon. Inne chłopaki nie do końca orientują się w tej grze. Na przykład Polo, którego plac leży pomiędzy Bolszem a Nazim, przyłącza się do Naziego w początkowej fazie rozgrywki i wspolnie z Nazim łupi Czecha, z którym miał kiedyś zatargi. Czech jest mądry i poddaje się bez walki. Chce po prostu przetrwać a wie, iż wygrać nie może. Potem przychodzi kolej dać łomot Polowi. Nazi daje mu wycisk ale pazerny Bolsz nie stoi już całkiem z boku i zabiera część schedy po Polu pod pretekstem ochrony interesów swoich chłopaków, którzy mieszkali w kącie podwórka Pola podbijanego właśnie przez Nagiego. Potem Nazi atakuje kolejne bandy z rejonu: Franka i innych cieniaków i daje im wycisk w pięknym stylu. Niestety pod pewnym względem okazuje się cwańszy niż Bolsz myślał. W momencie gdy Bolsz już się szykuje, by wystąpić w roli zbawiciela dzielnicy ciemiężonej przez Nagiego, ten atakuje go zdradziecko. Zaczyna się walka tytanów. Ostatecznie zwycięża Bolsz, który przy okazji przejmuje połowę rejonu, w tym biznesy Pola. Jego władztwo też jednak nie trwa wiecznie, gdyż nie ma wiecznych imperiów…

Niczego Wam to nie przypomina? Polska krzyczy, że Niemcy i Rosja zdradziecko ją napadły ale skrzętnie pomija fakt, że wcześniej do spółki z Hitlerem zajęła Czechosłowację. Czemu II Wojnę Światową liczyć od Westerplatte a nie od zajęcia Czechosłowacji? Czy chwałę nam przynosi to, że wytraciliśmy w tej wojnie kwiat narodu? Na wojnie zawsze giną głównie uczciwi, honorowi i prawi a bogacą się szuje i ludzkie hieny, dla których hasła Bóg, Honor i Ojczyzna są najważniejsze, gdyż pomagają im innych wysyłać na śmierć w imię swoich interesów. Może więc prawdziwymi głupcami są Polacy śmiejący się z Czechów i Słowaków. Tamci w obliczu nieuchronnej klęski woleli się poddać, dzięki czemu wielu porządnych ludzi ocaliło życie. U nich geny uczciwości i normalności przetrwały a u nas wyginęły na polach bitew, w hitlerowskich obozach i ruskich Gułach, o Powstaniu Warszawskim już nawet nie wspominając. Rozmnożyły się u nas za to geny krętaczy, zdrajców, kapusiów, złodziei i innych cwaniaczków sprawiając, że „cwaniactwo” będące tylko inną nazwą na korupcję, zakłamanie, złodziejstwo i wszelką odmianę oszustwa i patologii jest naszą główną cechą narodową. Kto ma rację i co jest ważniejsze? Jak oceniać i wartościować?

W oficjalnych wersjach historii pomija się wiele aspektów. Przecież tak naprawdę II Wojna Światowa to nie była wojna pomiędzy Niemcami i Rosją a wojna pomiędzy starą Europą z jednej strony, faszyzmem z drugiej a bolszewizmem z trzeciej. Jej wybuch był nieunikniony już w momencie powstania pierwszego państwa komunistycznego. Faszyzm przyplątał się akurat w takim momencie, w jakim był potrzebny. Polska nie była ani celem ani ofiarą większą niż Czechosłowacja, Belgia, czy jakiekolwiek państwo, które utraciło niepodległość tej dziejowej zawieruchy. Sami sobie jesteśmy winni, że historia tak się z nami obeszła. Mogliśmy poddać się bez walki, tak jak Czechosłowacja, mogliśmy przystąpić do jednego z wielkich i pobić z nim drugiego, mogliśmy… Woleliśmy bić się w wojnie, której wygrać nie było można i w której nie można było niczego wygrać. Nie można jej było zapobiec ale można było zminimalizować straty. My zamiast starać się jak najmniej stracić traciliśmy wszystko.

„Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna i tą rzeczą jest honor." – powiedział Józef Beck dnia 5 maja 1939. Wydał miliony Polaków na śmierć a we wrześniu uciekł z Polski jak tchórz. Tak samo jak przywódcy Powstania Warszawskiego i wielu innych wołających o Honorze, Bogu i Ojczyźnie. Na morzu kapitan ponosi konsekwencje swych błędów i schodzi z pokładu ostatni ale w Polsce nigdy tak nie było. Ci co innych na wojnę wysyłają sami starają się jej uniknąć. Ja uważam, iż nie ma cenniejszej rzeczy niż pokój i dlatego myślę, że Polska, tak samo jak Niemcy i Rosja, jest winna wybuchowi II Wojny Światowej. To, że zabrała tylko kawałek Czechosłowacji wynikało z jej niemocy a nie z braku apetytu czy agresywności. Jeszcze we wrześniu 1939 polska Liga Morska i Kolonialna liczyła prawie milion członków, zbierała pieniądze na własny batalion i
postulowała polską ekspansję kolonialną w Afryce (np. uzyskanie Madagaskaru od Francji i oderwanie Mozambiku od Portugalii). Wrzesień 1939 to nie była napaść na nieuzbrojonego sąsiada tylko porachunki gangsterskie jak to się mówi w dzisiejszych mediach.

Ale kto w końcu pierwszy zaczął? Ja się skłaniam ku tezie, że Stalin, który zresztą był tylko, twórczym i wirtuozerskim ale jednak, kontynuatorem myśli Lenina. Doktryna bolszewicka wymuszała od momentu powstania państwa sowieckiego dążenie do wojny światowej. To, że pierwsze strzały padły na Westerplatte jest bzdurą, bo wcale tam nie padły a poza tym, co jest naprawdę ważne, wszystkie decyzje podjęto dużo wcześniej. Jak się to odbyło to temat na całą książkę więc jeśli Was to interesuje, w książkach sami poszukajcie odpowiedzi. Nie prawd, ale odpowiedzi. I nie zapomnijcie postawić pytań…

niedziela, 19 lipca 2009

Starokościelna akustyka




Dziś, jak to bywało już wielokrotnie w przeszłości, miałem przyjemność, o ile można to tak nazwać, brać udział w niedzielnym nabożeństwie w starym, zabytkowym kościele. Ogólnie rzecz biorąc, preferuję „prawdziwe” kościoły; zarówno te murowane, kamienne lub ceglane, kojarzące się w mniejszym lub większym stopniu z czasami wielkich katedr, jak i te drewniane, pełne ludowych akcentów i przywodzące na myśl łany zboża i lasy. Odpowiada mi atmosfera historii i autentyczności widoczna w detalach wystroju, w brzmieniu organów i tym osobliwym, niemożliwym do określenia zapachu, w tej niepowtarzalnej, niemożliwej do podrobienia atmosferze starej świątyni. Przeciwieństwem tego jest dla mnie kościół nowoczesny, pełen kiczu, betonu i fałszywych antyków.

Im dłużej trwała suma, a była wyjątkowo długa, tym bardziej denerwował mnie głos kapłana śpiewającego religijne pieśni i powtarzany przez głośniki z taką mocą, że nie tylko nie docierał do mnie głos śpiewających obok wiernych, ale wręcz myśli własnych nie byłem w stanie usłyszeć. Jak w takich warunkach można rozmawiać z Bogiem? Gdzie tu miejsce na refleksję i prawdziwe duchowe przeżycie?

Wtedy właśnie, pomimo wrzasku głośników, a może właśnie dzięki niemu, doznałem olśnienia. Objawienia (przez małe o) w formie pytania:

Dlaczego w kościołach, które od pokoleń, a niejednokrotnie i wieków, obywały się bez wzmacniaczy głosu, teraz montuje się coraz to większe głośniki, coraz wymyślniejsze mikrofony i coraz potężniejsze wzmacniacze? Wszak od zawsze wierni byli w stanie usłyszeć głoś kapłana a księża zawsze byli słyszani w całej świątyni. Nigdy nikt nie narzekał na akustykę starych budowli.

Czy to wierni są coraz bardziej głusi na Słowo Boże czy głos kapłanów coraz słabiej je przekazuje? A może to nie chodzi o akustykę? Może te coraz potężniejsze głośniki i wzmacniacze mają przekazać nie treść, Prawdę której się pragnie, a po prostu wtłoczyć sformalizowane, nie wywołujące oddźwięku teksty w puste serca i mózgi obecnych, zapełnić je mechanicznie i technicznie, niczym brzuchy gęsi tuczonych ale nigdy nie zaznających pojęcia smaku, nie przeżywających głodu i jego zaspokojenia? Może mają zagłuszyć nijakość i miałkość przekazu, zastąpić pytania, odpowiedzi, wątpliwości i objawienia?

Moje szczęście, iż mam niedaleko do wielu kościołów i klasztorów, gdzie nagłośnienie jest jeszcze czysto symboliczne. Wierzę iż tam można spotkać Boga, znaleźć Odpowiedzi, przeżyć Objawienie. Jakoś mi się nie wydaje by w dyskotece też nas to czekało... Kiedy w ostatnim kościele zabraknie Ciszy, mnie już tam nie będzie...