Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 14 października 2011

Peter Simple



Są pisarze, których twórczość można rozpatrywać nie wspominając o nich samych oraz tacy, którzy są z nią związani w sposób sprawiający, iż ich dzieł nie można prawidłowo ocenić bez wiedzy o ich życiu i czasach, jak również wszelkie możliwe kombinacje pośrednie pomiędzy wspomnianymi skrajnościami. Frederick Marryat jest świetnym przykładem twórcy, który na wieki pozostanie częścią swej epoki.


Marryat to nazwisko znane, przynajmniej ze słyszenia, każdemu miłośnikowi marynistyki. Pierwszą część niezwykle barwnego życia, które przypadło na przełom wieku XVIII i XIX, przyszły pisarz poświęcił służbie w brytyjskiej marynarce wojennej, do której wstąpił już w wieku lat 14(!). Odnosząc sukcesy na tym polu zaczął jednocześnie pisać. Początkowo były to teksty publicystyczne związane z jego pracą, jak te wyrażające sprzeciw wobec nieprawidłowości w brytyjskiej marynarce i społeczeństwie. Do dziś docenia się jego zasługi dla marynarki, nie ograniczające się tylko do niezwykłego bohaterstwa, ale i do twórczych osiągnięć, jak wynalezienie łodzi ratunkowych czy opracowanie książki kodów sygnałowych, która była używana na całym świecie. Obecnie znany jest jednak przede wszystkim jako powieściopisarz marynistyczny.

Proza Marryata jest niezwykle ciekawa. Krytycy tradycyjnie jej nie doceniają, w przeciwieństwie do czytelników, którzy nadal, po prawie dwóch wiekach, znajdują w niej upodobanie.

Prawie każda biografia czy notka encyklopedyczna inne dzieła Fredericka Marryata uznaje za najwartościowsze. To pokazuje, jak trudnym orzechem do zgryzienia dla krytyków są jego powieści, jak ich istota wymyka się stetryczałemu profesjonalizmowi teoretyków literatury. Może dlatego, iż ci panowie są świetnie przygotowani do oceny formalnych zalet dzieł literackich, ale z powodu oderwania od życia i rzeczywistości nie mają kompetencji do weryfikacji takich aspektów jak wierność morskim realiom, szczególny klimat świata żaglowców czy, ogólniej rzecz biorąc, realizm. Ilu z nich bowiem widziało na swe oczy nieodwracalną obojętność śmierci czy przejmujące do szpiku kości piękno sztormu miotającego żaglowcem? Może dlatego są w miarę zgodni w wartościowaniu dzieł tworzonych przez ludzi, którzy tematu nie poznali na własnej skórze, a tak często różnią się w ocenach, gdy chodzi o ludzi piszących o tym, na czym się znają?

Peter Simple (po naszemu Piotruś Prostaczek), to opowieść o życiu i przygodach angielskiego chłopca, który jako najmłodszy z rodzeństwa zostaje wysłany na morze, zgodnie z ówczesną brytyjską tradycją, by marynarce oddawać najmłodszego, gdyż nie dziedziczy, lub najgłupszego, gdyż nie rokuje*. Największą zaletą powieści jest oczywiście wierność ówczesnym realiom, nie ograniczająca się tylko i wyłącznie do spraw morskich. Prawdopodobnie to leży u podstaw faktu, iż najlepszymi nazwiskami w marynistyce są często byli ludzie morza. Klimat i romantyzm świata żaglowców jest oddany w prawdziwą maestrią, co zresztą sprawia, iż szczury lądowe, nie potrafiące odróżnić bukszprytu od baksztagu, powinny się w trakcie lektury wspierać odpowiednim słownikiem, najlepiej ilustrowanym, inaczej utracą zbyt wiele. Przygody głównego bohatera, których tradycyjnie nie będę opisywał, są godne sfilmowania w Holywood. Na pewno wymagałoby to rekordowego budżetu, ale efekt byłby niesamowity i z pewnością nie tak infantylny, jak Piraci z Karaibów.

Książka zaludniona jest mnóstwem barwnych postaci. Można mieć nawet wrażenie, na tle ubóstwa person drugoplanowych dzisiejszej literatury, iż są aż nazbyt charakterystyczne, gdyby nie fakt, iż jak twierdzą znawcy, Marryat używał w swej twórczości sylwetek osób napotkanych w trakcie swych rzeczywistych wojaży. Mamy w Peterze Simple wszystko to, co uwielbiają dzisiejszy czytelnicy (i czytelniczki), a także kinomani, czyli knowania podstępnych krewnych, wielkie miłości, niesamowite zwroty intrygi oraz niepowtarzalny, bezcenny humor. Wszystko zaś przesycone jest autentyzmem nie do podrobienia, który może osiągnąć tylko bystry obserwator piszący o swoich czasach i swojej pasji. Dzisiejszy autor nie jest w stanie, choćby nie wiadomo jak się przykładał, oddać w każdym szczególe sposobu myślenia, widzenia i oceniania świata charakterystycznego dla ówczesnego społeczeństwa i w dodatku zależnego od pozycji społecznej każdej postaci.

Z Piotrusiem zapoznałem się po raz pierwszy jako nastolatek, zanim jeszcze sam poznałem smak słonego pyłu pchanego sztormem i niepowtarzalny trzask rozdzieranych szkwałem żagli. Było to wiele, wiele lat temu. Wówczas po prostu bardzo mi się podobał, gdyż podsycał mój pęd ku morzu. Teraz przeczytałem go ponownie i stwierdziłem, że jest w nim ukrytych wiele perełek, których wcześniej nie doceniałem. Do tego potrzeba jednak trochę doświadczenia życiowego, znajomości życia i dystansu do świata. Można więc powiedzieć, iż Peter Simple to powieść dla każdego, od nastolatków poczynając, a na staruszkach kończąc. Warunkiem jest znajomość morskiej terminologii. W razie jej braku musimy zaopatrzyć się w protezę w postaci odpowiedniego leksykonu. Tylko to pozwoli nam oderwać się od rzeczywistości i przenieść się na pokład brytyjskiej fregaty. Jeśli ten warunek spełnimy, każdy znajdzie w Peterze własne wartości i na swój sposób doceni piękno tej rozbudowanej powieści, o czym z pełną odpowiedzialnością Was zapewniam


Wasz Andrew



* Ciekawy przyczynek do rozmyślań o kontraście wobec naszych tradycji, gdzie do walki rzuca się od zawsze kwiat społeczeństwa jak przysłowiowe kamienie na szaniec.

środa, 12 października 2011

Gra Endera



Gra Endera (oryg. Ender's Game) jest pierwszą powieścią science-fiction z cyklu o tytułowym Enderze, której autorem jest Orson Scott Card, amerykański pisarz i wykładowca, i zarazem tą, która przyniosła mu rozgłos i uznanie. Rzecz dzieje się w niezbyt odległej przyszłości, co można wnioskować z globalnego układu politycznego Ziemi z zachowanym w pewnej formie Układem Warszawskim. To chyba największy minus założeń Gry Endera. Aż dziwne, że autor uważał UW jeśli nawet nie za wieczny, to w każdym bądź razie tak trwały, iż nie przewidział jego rozpadu. No ale to chyba jedyna większa rzecz, która mu się nie udała.


Głównym bohaterem, w pełnym tego słowa znaczeniu, Gry Endera jest mój imiennik, Andrew Wiggin, przez siostrę nazywany Enderem (z ang. kończący), skąd taki, a nie inny tytuł. Akcja rozgrywa się w czasie walki Ziemian z przybyszami z kosmosu zwanymi robalami. Poznajemy Endera jako dziecko wyselekcjonowane do kariery wojskowej i wraz z nim udajemy się do Szkoły Bojowej. Co dalej nie zdradzę, gdyż nie potrafię nikomu odebrać tej niesamowitej zabawy, jaką jest poznawanie Gry Endera po raz pierwszy.

Już się zdradziłem, iż z pierwszego spotkania z tą powieścią byłem więcej niż zadowolony. Było to prawdopodobnie jeszcze przed rokiem 1991, w którym po raz pierwszy wydano w Polsce Grę Endera jako książkę, bowiem wcześniej jeszcze była ona publikowana w odcinkach w miesięczniku Fantastyka, gdzie na nią natrafiłem. Kiedy to jednak dokładnie było, tego już nie pamiętam. Teraz przeczytałem ją po raz drugi i muszę przyznać, że moja ocenia się nie zmieniła. To jedna z najlepszych książek sf, jakie czytałem.

Świat przyszłości wykreowany przez Carda nie jest może tak skomplikowany, kompletny i odmienny od naszego, jak choćby kultowa Diuna Herberta, jednak jego twórca jawi nam się jako mistrz zaskakującego zakończenia, prawdziwy wirtuoz tej najważniejszej cechy opowiadania, z którego to gatunku pochodzi pierwotna wersja Gry Endera, później dopiero rozbudowana do formy powieściowej. Język obrazowy, plastyczny i żywy, sprawia, iż wprost przenosimy się w niesamowity świat, w którym przyszło walczyć Andrew Wigginowi i wraz z nim przeżywamy jego niesamowite przygody. Rozrywka jest najwyższej klasy i grozi totalnym oderwaniem od rzeczywistości.

Poza walorami zapewniającymi prześwietną wręcz zabawę, mamy w Grze Endera pięknie skonstruowane postacie bohaterów, przekonujące i spójne charakterologicznie. Mamy skomplikowane interakcje personalne i ciekawe spojrzenie na politykę oraz zależności między wojskiem i wojną, a pieniądzem, władzą i polityką. Sceny batalistyczne są odmalowane z dynamiką i obrazowością najwyższych lotów. Jest też trochę uzasadnionej brutalności, a dla równowagi odpowiednia porcja elementów lirycznych. Mamy też pretekst do rozważań na temat zagrożeń momentu przerabianego z opłakanym skutkiem niejeden raz w historii ludzkości, czyli spotkania dwóch odmiennych cywilizacji. Jednym słowem, jest to amerykański bestseller w najlepszym tego słowa znaczeniu. Powiedziałbym nawet, iż pomysł głównego motywu Gry Endera, który rozszyfrowujemy dopiero pod sam koniec lektury, był objawem geniuszu.

Niestety, samo zakończenie powieści, nie jej głównego wątku, ale przygotowania pod następne części, jest dla mnie naciągane. Dlaczego Ender udał się właśnie na tę planetę, na której czekała na niego niespodzianka? Konia z rzędem temu, kto na to odpowie. To tylko mały minusik, który nie wpływa na ocenę całości, lecz byłoby nieuczciwie o nim nie wspomnieć.

Inna rzecz, która może uciec nieuważnemu czytelnikowi, to smaczki, a raczej niesmaczki, odnoszące się do stereotypów naszej dzisiejszej rzeczywistości. W oficjalnych wypowiedziach przedstawiciele innych narodów wypowiadają się o nas, Polakach, w samych superlatywach. Trudno by było inaczej, gdy ktoś mający się wypowiedzieć o naszej nacji ma pod nos podetknięty mikrofon z napisem TVP. Nie trzeba jednak wyjeżdżać za granicę i wychodzić poza kurorty, by zauważyć, że przeciętne zdanie obcokrajowców na nasz temat jest dalekie od oficjalnego. Kto uważnie czyta powieści, może zauważyć, jaki obraz Polaka naprawdę funkcjonuje w umysłach autorów wszelkich możliwych narodowości. Nie inaczej jest w Grze Endera. Zauważymy tam kilka stereotypów opisujących różne narodowości, jak choćby hiszpańską męską dumę, to wypaczone pojęcie honoru w postaci Bonza, z którym przyjdzie się zmierzyć głównemu bohaterowi. Zwróćmy jednak uwagę na rodziców Endera, na ich wiarę, moralność i postępowanie. Tak właśnie widzi Polaków-katolików autor, który jest przecież człowiekiem wykształconym. Jak widzą nas inni, lepiej nie mówić. Wystarczy posłuchać, co sami mówimy choćby o Rumunach.

To była tylko taka mała dygresja, którą czułem się zmuszony zamieścić, by zwrócić uwagę na pewien rys powtarzający się w wielu, zbyt wielu, znanych pozycjach współczesnej literatury. Rys świadomie, a może podświadomie pomijany w recenzjach i opracowaniach, bo politycznie niepoprawny, a wart przecież zauważenia. Może nawet nie tylko zauważenia, ale i przemyślenia, gdyż pewnie z czegoś taki stan rzeczy wynika. To jednak temat na osobny felieton.

Wracając do naszej ksiąźki, muszę stwierdzić z całym przekonaniem iż, pomimo pewnych niedoskonałości, nie tylko warta jest ona przeczytania i polecenia znajomym, ale nawet wrócenia do niej po pewnym czasie. Większego komplementu w stosunku do powieści sobie nie wyobrażam, więc na tym zakończę


Wasz Andrew


Gra Endera [Orson Scott Card]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Gra Endera [Orson Scott Card]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 11 października 2011

Cudowni chłopcy



Cudowni chłopcy (oryg. Wonder Boys), których autorem jest Michael Chabon, nie trafili w me ręce jak większość moich lektur, czyli pod wpływem impulsu, intuicji lub przypadku. Tę książkę wybrałem z rozmysłem; absolutnie racjonalnie. Od dłuższego już czasu chciałem bowiem przeczytać napisaną przez Chabona powieść Związek Żydowskich Policjantów. Ponieważ jednak na razie na nią nie natrafiłem, sięgnąłem w bibliotece po Cudownych chłopców. Pisarz ma na koncie Pulitzera, więc miałem nadzieję na coś interesującego, może świeżego albo nawet genialnego. Co z tego wyszło?


Głównym bohaterem powieści, a raczej jej główną postacią, gdyż miernota nie przystaje zbytnio do słowa bohater, jest Grady Tripp, pisarz z dolnej półki, wręcz pisarzyna, a jednocześnie, bo jakżeby inaczej, wykładowca literatury*. Jako mężczyzna też chyba nie jest marzeniem płci przeciwnej, choć wobec beznadziei reszty samców swego środowiska na brak partnerek narzekać nie może. Pijak i ćpun, który wegetuje i niczego nie potrafi zrobić jak trzeba.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, a jej ramy czasowe w zasadzie obejmują zaledwie jeden weekend, choć po uwzględnieniu licznych retrospekcji i zakończenia rozciągają się na prawie całe życie Graddy’ego. Książka nie wciąga, choć styl jest dobry, może nawet świetny. Po prostu proza Chabona jest perfekcyjnie zgrana ze stanem umysłu Trippa. Umysłu otępiałego od alkoholu, rozstrojonego marychą i brakiem zadowolenia z życia. Niestety wspomniane mistrzostwo warsztatu pisarskiego, ze względu na główną postać i jej środowisko, nie pozwala cieszyć się lekturą. Nie da nam ani relaksu, ani wielkich wzruszeń. Jest wartościowa jak dziesięcioletnia whisky dla niepijącego albo hawańskie cygaro dla astmatyka. Jesteśmy świadomi wartości, ale delektować się trudno.

W Cudownych chłopcach możemy zobaczyć faceta, który potrafi zdobyć kobietę, chyba zresztą raczej z braku realnej konkurencji i desperacji potencjalnej zwierzyny, niż dzięki własnym talentom. Utrzymać jej już przy sobie jednak nie potrafi, nawet jeśli zdobycz chce być utrzymana. Potrafi zacząć pisać książkę, ale nie ma siły jej skończyć. Wszystko co robi, jest nijakie, nieudane, bezpłciowe. Miał lepsze dni, kiedyś, ale to było dawno. Nie ma w nim pasji, zacięcia, determinacji. Zapał to słowo spoza jego słownika. Brak priorytetów i wewnętrznego kompasu. Brak celu, marzeń wartych spełnienia i jakiegokolwiek sensu życia. Nie potrafi kochać ani nienawidzić. W nic nie potrafi włożyć całego serca; wszystko robi na pół gwizdka. No, może za wyjątkiem wódy i ćpania. Natchnienie, ten przedsionek geniuszu i wirtuozerii, jest mu obce w każdej dziedzinie. Nie jest w niczym nawet rzetelnym rzemieślnikiem, na którym można polegać. Nie tylko nie wie, czego chce, ale nawet nie wie, czy chce. Ja takich ludzi unikam jak ognia, gdyż brak w nich radości i zadowolenia z czegokolwiek. Nie potrafią zobaczyć piękna ani zachwycić się zagadkami, które nas otaczają. Nic ich nie ciekawi, nie zaskakuje, nie olśniewa. Nie niosą żadnych pozytywnych odczuć. Nie potrafią niczego z siebie dać, a jeśli już coś dają, to zabierają dwa razy więcej. Unikam takich, wypalonych od urodzenia, i w literaturze, i ,tym bardziej, w życiu.

Nie stronie od ludzi po przejściach, pijących czy przetrąconych w ten lub inny sposób. Nie uciekam od ciemności, nawet takiej jak w Polu krwi Miny ani od parcia beznadziei, nawet tak potężnego jak w Strażnikach bezprawia Bruena. Uciekam jednak od ludzi, którzy beznadzieję niosą w sobie, gdyż nic tak naprawdę ich nie obchodzi, nic do głębi nie dotyka. Nie pragną niczego prawdziwie i niczego nie oczekują, gdyż nawet nie potrafią czegoś pożądać. Jeśli macie naprawdę zbyt dużo wolnego czasu, pozytywnej energii i słońca w sobie, to sięgnijcie po Cudownych chłopców. Lektura będzie ciekawa, styl może zachwycić, jednym słowem - warto. Jeśli jednak nie pasuje Wam specyfika głównej postaci tej powieści i środowiska, w którym się ona obraca, tej atmosfery nieudacznictwa i wyhodowanej we własnym mózgu beznadziei, to jest tyle książek nie mniej wartościowych, a nieporównanie mniej dołujących, że bez żadnej straty możecie sobie Cudownych odpuścić, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew





* Nieczęsto zdarzają się wielcy teoretycy literatury, będący jednocześnie utalentowanymi pedagogami. Jeszcze rzadziej zdarzają się tacy, którzy jednocześnie są geniuszami pióra. Być może jest to nie tylko sprawa talentów, ale i czasu, jaki trzeba poświęcić, by je rozwijać i pogodzić. Oczywiście wyjątki się zdarzają, ale to tylko wyjątki.

poniedziałek, 10 października 2011

MASAKRA Z GIBSONEM



Po raz już kolejny obejrzałem Byliśmy żołnierzami (We Were Soldiers, AKA Wir waren Helden). Nie jest to rzecz nowa, gdyż premiera tego filmu miała miejsce dziewięć lat temu. Nie doczekał się on też uhonorowania nagrodami czy uznania krytyki, ale to mnie nie dziwi. Ilu krytyków było na wojnie, ilu w ogóle było w wojsku?

Byliśmy żołnierzami może nie tchnie jakimś szczególnym artyzmem. I bardzo dobrze. Wojna nie ma w sobie nic pięknego. W bezsensownej śmierci nie ma żadnego artyzmu.

Myślę, że założeniem filmu było pokazanie prawdy o wojnie, jej bezsensie, chaosie, równości wobec śmierci. Tego, że śmierć nie wybiera, że nie odróżnia dobrych od złych, głupich od mądrych ani swoich od tych innych. Tego, że nie da się przed nią ukryć ani zabezpieczyć. To nie Czterej Pancerni, gdzie dobrzy giną tylko sporadycznie, żeby nie było, iż nasi są nieśmiertelni, gdzie trupy w zdecydowanej większości nie mają imion, są anonimowe. To nie bajeczka w której nie ma tego, co może jeszcze niż śmierć bardziej jest przeraźliwe – kalek; pięknych młodych ludzi w ułamku sekundy oszpeconych i przerobionych na potwory.

Film powstał jako wspólna produkcja amerykańsko-niemiecka w reżyserii Randalla Wallace’a. Obraz opowiada o początkowej fazie amerykańskiej przygody w Wietnamie, czyli o bitwie w Dolinie Śmierci (La Drang), gdzie 400 amerykańskich żołnierzy stoczyło pierwszą poważniejszą bitwę z siłami Wietkongu. Oddział USA pod dowództwem podpułkownika Hala Moore’a (Mel Gibson) dostał się w okrążenie i przez trzy doby był zmuszony odpierać ataki przeważających sił przeciwnika. Inną ważną postacią występującą w filmie jest dziennikarz, Joseph Galloway. To właśnie jego książka We were soldiers once....and young, ktorą napisał wspólnie z późniejszym generałem Haroldem Moorem, stała się kanwą filmu.

Gibson gra w filmie wręcz fenomenalnie, podobnie jak Barry Pepper, który wcielił się we wspomnianego korespondenta. Inna popisowa rola to Sam Elliott w roli sierżanta Basila L. Plumely’a, prawdziwego twardziela i weterana. Również inne drugoplanowe role, nie mniej niż gwiazdorstwo odtwórcy głównej roli, są mocnym atutem tego filmu. Zwłaszcza żony czekające w bazie w Stanach na powrót swych mężów, zmagające się ze strachem i rozpaczą, wprowadzają klimat, którego zwykle brak w filmach wojennych. To bardzo odróżnia obraz Randalla Wallace’a od większości filmów tego gatunku, i to odróżnia w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Byliśmy żołnierzami to film, który pokazuje, iż w wojnie jedynym powodem do radości może być jej koniec, wiadomość, iż bliska osoba wróciła cało do domu. Film, który pokazuje, że wojna to po prostu krwawa jatka, która nie kończy się wcale wraz z nastaniem pokoju. Ci, którzy przeżyją muszą żyć z pamięcią o tych, którzy zginęli. Tutaj aż ciśnie się na usta porównanie do naszego, forsowanego w mediach stosunku do wojny, do umierania za cudzą kieszeń. Słowa „jak pięknie umrzeć za ojczyznę” mógł napisać tylko ktoś, kto usiłował dodać szlachetności bezsensownej masakrze, w której sam brał udział. Znamienne zresztą, że brał udział nie z karabinem w ręku, a piórem, jako redaktor pisemka zagrzewającego innych, w tym dzieci, do walki i do składania życia w ofierze.

Polski tytuł Byliśmy żołnierzami chyba nie okazał się zbyt chwytliwy. Dlatego postanowiłem przypomnieć o tym filmie. Jest tego wart. Fanom wojennych klimatów dostarczy na pewno mocnych wrażeń, gdyż krew się leje strumieniami, trup ściele gęsto, a sceny batalistyczne oddane są z dynamiką, rozmachem i realizmem. Film polecam jednak też i tym, którzy wojny nie lubią. Mogą przy jego pomocy pokazać innym, że wojna jest ceną, jakiej nie powinno się płacić za nic, tym bardziej, że z reguły płacą ją młodzi. Starzy i bogaci nie giną. Zostają daleko z tyłu, często nawet za granicą albo za mniejszą lub większą wodą.

Tak czy inaczej, film naprawdę godny obejrzenia, ale nie w telewizji. Ponieważ w kinie już się go nie napotka, więc proponuję DVD, by reklamy i polski lektor nie zepsuli tego, o co w filmach wojennych tak trudno – autentyczności i klimatu...


Wasz Andrew

piątek, 7 października 2011

AFGAŃSKA MASAKRA


CZYLI ŻMIJA BEZ ZĘBÓW



Afganistan, można powiedzieć, stał się dla Rosji tym, czym dla Stanów Wietnam. Był zresztą podobnym doświadczeniem dla wielu armii, które były tam przed Rosjanami i mam nadzieję, iż nie stanie się po raz kolejny, bo teraz między innymi nasi chłopcy tam giną.

Dla Rosjan, i dla większości świata, radziecka wojna w Afganistanie to temat politycznie martwy. Nie ma już rządu ani nawet siły politycznej, która ZSRR do tej wojny pchnęła. Nie ma już nawet tego państwa, choć naród rosyjski pozostał ten sam, jakkolwiek nie taki sam. Ze względu na dzisiejsze nasze zaangażowania w Afganistanie i Iraku, paradoksalnie, bardziej dotyka ówczesna wojna radziecka polityki Zachodu niż Wschodu, oby nie jako zlekceważona przestroga. Może z tego powodu temat tego Radzieckiego Wietnamu jest na Zachodzie niezbyt popularny. Może nie chcemy pokazywać tego, co spotkało Rosjan, gdy sami się pchamy w to samo bagno.

Rozpoczynając lekturę nowej, zapowiadanej jako wielki bestseller, powieści Andrzeja Sapkowskiego Żmija wiedziałem, iż będzie ona o radzieckiej inwazji na Afganistan. Znając dotychczasowy profil twórczości tego utalentowanego pisarza fantasy ciekaw byłem efektu tak gwałtownej zmiany profilu, przemiany z wiedźmina w praporszczyka*.

Praporszczyk Paweł Lewart, radziecki sołdat z polskimi korzeniami, wobec Sojuza lojalny w czynach, choć nie do końca w sercu, jedzie do Afganistanu, by walczyć za wolność waszą i naszą. Nie jest takim pierwszym lepszym chłopakiem. Już od wczesnych lat ma widzenia ostrzegające przed nagłymi, groźnymi wydarzeniami; przed śmiercią. Jako dziecko nie krył się z nimi, co zapewniło mu pobyt w psychiatryku. Teraz jednak zachowuje je dla siebie, choć z każdym dniem pobytu w tej pustynnej, dzikiej krainie, odmienne stany umysłu nawiedzają go z coraz większą mocą. Doznaje niegroźnego urazu w krwawej bitwie o zastawę** Newa i wraz z garstką innych, którzy przeżyli,zostaje odesłany na tyły. Nie tyle z powodu stanu zdrowia, co z powodu oddanej przez kogoś serii w plecy jednego z oficerów, który zachęcał żołnierzy do bohaterskiego, ale samobójczego kontrataku na pozycje duchów***. Oddział Lewarta zostaje rozformowany, a on sam, po krótkiej znajomości z majorem Igorem Sawieliewem, Kulawym Majorem od osobistów****, znów trafia na front.

Kolejnym przydziałem Pawła jest grupa zastaw przy strategicznej drodze z Kabulu i Bagramu do Dżalalabademu, gdzie obejmuje dowództwo nad blokpostem***** “Gorynycz”. W pobliżu twierdzy nasz bohater znajduje jar, w którym spotyka tytułową żmiję, którą już wcześniej spotkał w swych niecodziennych stanach świadomości. Jest u niej coraz częstszym gościem i doznaje wizji z dziejów innych wojowników, którzy walczyli i ginęli w Afganistanie. W trakcie jednego z takich odjazdów, równie spowodowanych żmiją i zdolnościami para, co narkotycznym hajem, brodacze atakują polową twierdzę z której nie pozostaje kamień na kamieniu. Lenart jest jednym z nielicznych ocalałych. Co dalej nie będę się rozpisywał, bo i nie ma o czym.

Żmija, jak to u Sapkowskiego, napisana jest obrazowym językiem wzbogaconym o klimatyczne słownictwo z epoki i miejsca. I choć daleko mu do rzeczowego przekazu, choćby w stylu Suworowa, to akcja w głównym nurcie jest szybka i powieść naprawdę byłaby świetna, gdyby nie dwie rzeczy.

Znacie rosyjski film 9 Kompania (9 Rota, oryg. 9 рота )? Jeśli nie, koniecznie go obejrzyjcie. Ten fenomenalny obraz w reżyserii Fiodora Bondarczuka, wg scenariusza, którego autorem jest Yuri Korotkov i z muzyką Dato Evgenidze był wielkim, rekordowym hitem w Rosji. Wielka szkoda, że w Polsce, chyba z niechęci do Rosjan, film ten nie odbił się takim echem, na jakie zasługuje. Ta opowieść, prawdziwie epicka i wstrząsająca, zrealizowana z rozmachem i dynamizmem przypominającym Byliśmy żołnierzami, w dodatku oparta na faktach, mówi nam o sowieckich sołdatach, którzy dostali zadanie utrzymanie wzgórza 3234 w Afganistanie i zadanie to wykonali. Wykonali pomimo powtarzanych wielokrotnie ataków Afgańczyków. Wykonali, choć ocaleli tylko nieliczni. Wykonali, choć w biurokratycznym bałaganie Krasnoj Armii wszyscy o nich zapomnieli. Zadanie wykonali, choć wojna się skończyła, a oni, nie wiedząc o tym, wciąż walczyli. Piękny film o brzydocie wojny, o tym, że nie pomoże bohaterstwo, mądrość ani siła, że przeżyją tylko ci, którym pisane. 9Kompanię śmiało można zaliczyć do światowej czołówki tematu i polecić każdemu. 9 Rota przynosi prawdziwe przeżycie, prawdziwe refleksje i prawdziwe emocje. Każdy kto ją oglądał zapamięta na zawsze.



Tutaj doszliśmy do sedna. Czytając główny nurt Żmii, czyli przygody praporszczyka Pawła Lewarta, ma się nieodparte wrażenie, że się czyta scenariusz batalistycznych fragmentów 9 Roty. Może Sapkowski oglądał ten film i tak mocno go zapamiętał, że podświadomie widzi Afganistan w ten sam sposób? Nie wiem. Natomiast jestem pewien, że czytając przebieg bitwy na zastawie w Żmii mam przed oczami nie to, co tworzy moja wyobraźnia, nie Rambo czy cokolwiek innego, a właśnie 9Kompanię. I nie myślcie, że mam słabą wyobraźnię. Czytając wielokrotnie Trylogię nigdy nie miałem przed oczami dzieł naszej rodzimej kinematografii. Filmy nie dorosły do pióra mistrza Sienkiewicza. Nigdy czytając książkę nie przenosiłem się w świat filmu. Zawsze tworzyłem swój własny. A czytając Żmiję miałem przed oczami film, do tego z Sapkowskim nie mający nic wspólnego. Bardzo przykre uczucie.

Drugą rzeczą, która mi się w tej powieści Sapkowskiego bardzo nie podoba, to ta fantastyka na siłę. Gdyby nie było tego całego tytułowego węża i tych odlotów umysłu głównego bohatera, tych wstawek z innych wojen i perypetii innych żołnierzy, byłaby to solidna, na dobrym poziomie opowieść z Wojny Afgańskiej. Tylko, że wtedy skojarzenia ze wspomnianym filmem byłyby jeszcze silniejsze. A tak nie mamy powieści wojennej tylko sam nie wiem co. Cała rzecz się kupy nie trzyma. Przynajmniej dla mnie. Dlatego wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy ją czytali i nie oglądali 9 Roty, zdecydowanie polecam film. Tym, którzy film oglądali, Żmii nie polecam. Unikną poważnego zawodu i zniesmaczenia.


Wasz Andrew





*         praporszczyk– chorąży (stopień wojskowy głównego bohatera Żmii)
**       zastawa –placówka; oddział wojska lub zespół umocnień chroniący dany rejon
***     duchy –żargonowa nazwa mudżahedinów, podobnie jak duszmani, brodacze czy basmacze
****  od osobistów– z personelu otdiełow osobowo naznaczenija czyli wydziałów specjalnych kontrwywiadu i KGB
***** blokpost –umocnienia polowe, umocniony posterunek, fort

niedziela, 18 września 2011

Jakie młodzieży wychowanie



Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie pisał Frycz Modrzewski już wieki temu. Wydaje się, że do niedawna, podobnie jak inne narody, choć na pewno nie aż w takim stopniu*, rozumieliśmy wagę prawdy zawartej w tym cytacie. Na pewno w różnych okresach naszej historii poziom nauczycielstwa jako całości był różny, jednak aż do upadku komuny, choć zdarzali się nauczyciele niegodni wykonywania tego zawodu, to często zdarzali się pedagodzy, którzy do dziś są wspominani przez swych uczniów czy studentów jako osoby, którzy były prawdziwymi autorytetami i wywarły duży wpływ na kształtowanie się przyszłych pokoleń. Od czasu przemiany ustrojowej mam wrażenie, iż poziom tej grupy zawodowej obniża się systematycznie.

Jak pokazują badania zachowań społecznych, nie tylko ludzkich, na życie dojrzewających osobników, poza cechami wrodzonymi, wywierają wpływ czynniki środowiskowe, z których najważniejszym są autorytety. Młode osobniki naśladują starsze. W tradycyjnym społeczeństwie dominujący wpływ mieli rodzice i do upadku komuny tak było i w naszym kraju. Obecnie jednak większość rodzin nie spełnia swych zadań wychowawczych w stopniu wystarczającym, a o wpływie mediów zdominowanych przez marketing lepiej nie mówić. Pozostaje szkoła. Upadek jej autorytetu postępuje jednak w tempie niesamowitym. Poziom wiedzy to osobny temat, ale najbardziej mnie załamuje upadek autorytetu wychowawczego. W dodatku dla dzieci i młodzieży szkoła jest pierwszym kontaktem z jakąś instytucją i swój obraz szkoły przenoszą na państwo.

Nauczyciele próbują przekonywać uczniów, że ekologia to ważna sprawa, a sami co roku zmieniają podręczniki, tak żeby przypadkiem się nie zdarzyło, by ktoś mógł korzystać z używanych. Oczywiście wmawiają wszystkim, że nie mają z tego tytułu żadnych gratyfikacji, ale nawet dzieci nie są tak głupie, by w to uwierzyć. Przeciętny nauczyciel za darmo nie kiwnie nawet palcem. Ostatnio zaś dowiedziałem się o powszechnej praktyce, która mnie, który szkoły ukończył jeszcze w starym systemie, wręcz zszokowała. Nauczyciele, by sobie ułatwić sprawę, kserują zadania na sprawdziany. Nie muszą pisać na tablicy, nie muszą dyktować. A za papier i koszty tego usprawnienia płacą uczniowie! Zrzucają się na to, czy chcą czy nie, no bo niech spróbują tego nie zrobić.

Kiedyś każda złotówka płacona w szkole przez ucznia była kwitowana. W tej chwili większość pieniędzy, jaką uczniowie w państwowych, darmowych szkołach zostawiają, przepływa poza wszelką kontrolą, przede wszystkim poza kontrolą państwa i skarbówki. Składki na to, składki na tamto. Nawet w szkołach podstawowych, zwłaszcza na wsi i w mniejszych miejscowościach, coroczne prezenty, będące ukrytą formą haraczu, jeśli nie łapówki, dawane wychowawcom idą niejednokrotnie w tysiące złotych. Nauczyciele krzyczą wciąż, że mało zarabiają, a o pensjach i przywilejach im należnych znaczna część społeczeństwa może tylko pomarzyć. I politycy wszystkich opcji to tolerują, nawet jeszcze od siebie dokładają licytując się jeden przez drugiego, gdyż nauczyciele to elektorat o znacznym wpływie społecznym i silnej organizacji związkowej.

Młodzież widzi to wszystko i się uczy. Nie rób niczego za darmo. Nie wierz nikomu silniejszemu (szkoła, państwo), bo on pięknie mówi, ale tylko patrzy jak z ciebie wycisnąć pieniądze nic w zamian nie dając. Inna sprawa, czy są to błędne wnioski. Gdy tak patrzę na naszą opiekę zdrowotną i inne rzeczy, które nam winne państwo w zamian za zdzierane podatki, to sam mam coraz bardziej negatywne odczucia.

Niestety, za ten obraz szkoły zapłacimy w przyszłości my wszyscy, całe społeczeństwo, nawet pazerni nauczyciele, którzy swą moralnością i inteligencją społeczną zaczynają coraz bardziej przypominać roboli. Z wyjątkiem oczywiście polityków, którzy należą już do innego społeczeństwa. Należą do społeczeństwa kolesiów ze szczytu. A jeśli ktoś nie wierzy, nich porówna odszkodowania jakie dostali krewni towarzyszy z lotu do Smoleńska**, a jakie choćby ofiary katastrofy w Nowym Mieście***.

Młodzi to widzą i wyciągają wnioski. I zastanawia tylko zdziwienie uczonych pedagogów i polityków, którzy reakcji młodzieży zrozumieć nie mogą...


Wasz Andrew



* Mam wrażenie, że Polska i Polacy nigdy nie rozumieli jak cenna jest inteligencja dla bytu narodu i państwa, dla jego przyszłości i ciągłości. W naszym narodzie większe uznanie budzi wysyłanie jej na bohaterską śmierć w z góry przegranej walce, niż chronienie jej za wszelką cenę. Stoi to w drastycznym z kontraście z tendencjami państw bogatych i oświeconych, których pięknym przykładem jest choćby ustawowe zwolnienie nauczycieli brytyjskich ze służby wojskowej w czasie I Wojny Światowej.
** Marta Kaczyńska otrzymała 3 mln złotych a najniższe odszkodowania wyniosły 250 tys. złotych dla każdego najbliższego członka rodziny tych, którzy zginęli (m.in. za http://www.koktajl24.pl/Marta-Kaczynska-katastrofa-odszkodowanie-Marta-Kaczynska)
*** katastrofa drogowa, która wydarzyła się 12 października 2010 na drodze wojewódzkiej 707, w wyniku której zginęło 18 osób. Ich rodziny otrzymały jedynie symboliczne, wręcz groszowe zasiłki od gminy

środa, 14 września 2011

Mistrzowie zamieszania



Od dłuższego już czasu zamieszczam moje wrażenia z przeczytanych lektur w serwisie LubimyCzytać.pl. Od początku istniała tam następująca skala ocen:


1 gwiazdka - słaba
2 gwiazdki - średnia
3 gwiazdki - dobra
4 gwiazdki - bardzo dobra
5 gwiazdek - rewelacyjna

Oczywiście, można dyskutować o tym, czy jest to system udany, jednak spełniał swoją rolę, bodajże od powstania serwisu, w grudniu 2009 roku. Pojawiła się jednak grupa inicjatywna zmierzająca do zmiany istniejącej skali. Przeprowadzono głosowanie i chyba skala zostanie zmieniona.

Osobiście nie śledziłem tych poczynań, gdyż uważam je za infantylne. Takie rzeczy mają sens zanim się serwis uruchomi a zmiany w trakcie prowadzą tylko do zamieszania. Najbardziej zaskoczyła mnie radość działaczy ruchu na rzecz zmiany skali ocen, podobna do tej, jaką okazywali twórcy nowej skali ocen w szkołach, która miała zrewolucjonizować polską oświatę. 

Przypomniał mi się mój tekst sprzed 4 lat traktujący o dziwnym zaangażowaniu z jakim Polacy mieszają tam, gdzie mieszać nie trzeba. Jakże łatwo ulepszać coś, co wystarczająco dobrze działa. To takie nasze; polskie. Łatwo się wykazać. W innych krajach nie marnuje się na to sił, zostawiając je na rzeczy, które działać nie chcą. Może dlatego mamy już nową skalę ocen w szkołach, tylko jakoś nie przekłada się to na poprawę czegokolwiek. Może dlatego mamy nowoczesne symbole w rysunku technicznym, tylko nie mamy własnych produktów. Przykłady można mnożyć. Ciekawe czy ta rewolucja tak rewolucyjnie wpłynie na działanie serwisu?

W teorii organizacji mówi się, że każda zmiana najpierw powoduje pogorszenie, nawet jeśli ma na celu poprawę. Trzeba więc ocenić, czy warto. U nas, w przeciwieństwie do wielu innych kultur, w ogóle się na to nie patrzy.

Ja w głosowaniu nie brałem udziału. Nie interesowało mnie to, a poza tym stara skala spełniała swoje zadanie. Gdy jednak spojrzałem na długość tego wątku i tytaniczną pracę włożoną w całą tą operację, ogarnia mnie zdumienie. Czy nie lepiej było coś poczytać, obejrzeć film, napisać coś? Mam wrażenie, że za jakiś czas ujawnią się nowi niezadowoleni, którzy dotąd nie brali udziału w dyskusji i w głosowaniu. Zrobią nowe głosowanie i być może wygrają. Czy konsekwentnie będziemy dokonywać nowych zmian? Może warto już teraz się nad tym zastanowić.

Dla mnie jest obojętne, jak w szkolnictwie, czy skala ocen jest od 2 do 5, od 1 do 6, do 10, literowa czy opisowa, graficzna czy procentowa. Nie sądzę, by to miało jakiekolwiek znaczenie. Ważne jest tylko, że zmiany zawsze powodują zamieszanie. Ale dla wielu ważne jest właśnie to, by mieszać.

Z pozdrowieniami dla wszystkich działaczy, a przynajmniej ich znacznej części, jeszcze raz Mistrz Młynarski:

"Słów kilka w sprawie grupy facetów chcę tu wygłosić,
lecz zacząć muszę nie od konkretów, a od przeprosin:
skruszon szalenie, o przebaczenie pokornie proszę,
że trochę pieprzny jest felietonik, który wygłoszę.
Lecz mam nadzieję, że choć się w słowie tutaj nie pieszczę,
to wybaczycie mi to, panowie, raz jeden jeszcze…
Otóż faceci wokół się snują, co są już tacy,
że czego dotkną, zaraz popsują, w domu czy w pracy.
Gapią się w sufit, wodzą po gzymsie wzrokiem niemiłym,
na niskich czołach maluje im się straszny wysiłek!
Bo jedna myśl im chodzi po głowie, którą tak streszczę:
Co by tu jeszcze spieprzyć panowie?
Co by tu jeszcze ?

Czasem facetów, żeby mieć spokój, ktoś tam przerzuci,
do jakieś sprawy, co jest na oko nie do popsucia.
I już się prężą mózgów szeregi i wzrok się pali,
i już widzimy, żeśmy kolegi nie doceniali.
A oni myślą w ciszy domowej lub w mózgów truście -
Co by tu jeszcze spieprzyć panowie?
Co by tu jeszcze?
Lecz choć im wszystko jak z płatka idzie, sprawnie i krótko,
czasem faceci, gdy nikt nie widzi, westchną cichutko,
bo mając tyle twórczych pomysłów, tyle zdolności,
boją się, by im wkrótce nie przyszło trwać w bezczynności.
A brak wciąż wróżki, która nam powie w widzeniu wieszczym:
jak długo można pieprzyć, panowie
Jak długo jeszcze ?
Pozwólcie, proszę, że do konkretów przejdę na koniec:
okażmy serce dla tych facetów, zewrzyjmy dłonie,
weźmy się w kupę, bo w tym tkwi sedno, drodzy rodacy,
by się faceci czuli potrzebni w domu i w pracy.
Niechaj ta myśl im wzrok rozpłomienia, niech zatrą ręce,
że tyle jeszcze jest do spieprzenia! A będzie więcej !"


Wasz Andrew

wtorek, 9 sierpnia 2011

Klient to debil



Za komuny mieliśmy hasło "Nasz Klient, nasz per Pan", z którego bezmyślnie szydzą płatni prześmiewcy minionego ustroju. Dlaczego nie zauważają, że często gęsto jest ono nadal aktualne w naszej Nowej Polsce, to już osobny temat do rozważań. Mnie interesuje, co nowego w temacie stosunku do klienta wniósł kapitalizm i zachodnia demokracja.

Mam wrażenie, że wielu z nas liczyło, iż upadający komunizm przemieni się w taki kapitalizm, jakim on był w ostatnich latach ZSRR; cudowny, bogaty i dbający o ludzi, co również objawiało się w podejściu do klienta. Niestety. To już nie jest aktualne. Zachód się zmienił, zmieniły się marketingowe mody. Spójrzmy na załączony wyżej obrazek. Jest on wyraźnie nakierowany na odbiorcę, który przy wyborze leku nie kieruje się jego skutecznością, nawet nie smakiem lub zapachem, co jeszcze by można zrozumieć, ale kolorem kapsułek! Na głupka jednym słowem. I to jest właśnie nadchodzące nowe. Klienta będzie się traktować jak debila. W dodatku będzie to słuszne podejście, które przyniesie większe zyski, niż strategie dotychczasowe. Oczywiście będą też reklamy celowane w węższe grupy, ale tam, gdzie będzie przekaz adresowany do ogółu, będziemy, przynajmniej niektórzy, mieć wrażenie, iż ktoś ma nas za kretynów. Widać to już coraz częściej, a będzie takich kwiatków jeszcze więcej, bo na większość to działa pozytywnie. Większość poleci poprosić o ten lek w biało-niebieskich kapsułkach.


Do spotkania na zakupach!