Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 grudnia 2023

Joanna Krakowska „Odmieńcza rewolucja. Performans na cudzej ziemi”



Joanna Krakowska

Odmieńcza rewolucja

Performans na cudzej ziemi

format: ebook
Published: January 1, 2020 by Wydawnictwo Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
ISBN: 9788366147652


Lekturą listopada 2023 Dyskusyjnego Klubu Książki w Rawie Mazowieckiej było dzieło „Odmieńcza rewolucja. Performans na cudzej ziemi” pióra Joanny Krakowskiej, anglistki, specjalistki z zakresu historii i teorii teatru oraz teorii aktorstwa, autorki docenianych opracowań własnych i tłumaczeń tekstów m.in takich autorów jak Ariel Dorfman, Richard Schechner i Susan Sontag. Jak się okazało, dla naszego klubu ta pozycja była niemal wyzwaniem ponad siły, gdyż choć jest to dzieło niezwykle interesujące i wartościowe, wymykające się prostym ocenom i podsumowaniom, to jest i wymagające od czytelnika więcej niż przeciętna lektura. No to po kolei...

W czym był problem skoro, jak już dałem do zrozumienia, książka sprawiła mi niezwykłą, głównie poznawczo, czytelniczą ucztę? Pierwsza częśc dzieła stanowi wprowadzenie do tematu, rys historyczny tego, co za sprawą performansu działo się w sztuce, głównie w teatrze, na Manhattanie od lat sześćdziesiątych, ale nie tylko w sztuce, gdyż performans, jak się okazało, to nie jedynie gatunek sztuki, ale zarazem, a może nawet przede wszystkim, rodzaj strategii społecznej, który zagarnia na swój użytek cudze przestrzenie, przekraczając granice oddzielające od siebie nie tylko rodzaje sztuki, gatunki, konwencje i teoretyczne podziały między nimi, ale mieszając sztukę z polityką, życiem i rzeczywistością, żonglując nimi i wywierając wpływ na jedne składniki tego miksu z wykorzystaniem innych. Ta partia dzieła ma charakter nasuwający nieodparcie skojarzenie z jakąś pracą stricte naukową, z odpowiadającym temu stylem, który dla części czytelników może być początkowo trudny w odbiorze, gdyż siłą rzeczy odbiega on znacznie od tego, do czego przyzwyczaja nas beletrystyka. Jeśli ponadto czytelnikowi obca jest sama tematyka, a przy terminach takich jak queer, kamp czy off-off-Broadway musi sięgać do słownika, to jest jasne, że trzeba na tę lekturę przeznaczyć więcej czasu i zaangażowania niż na kolejny tom „Wiedźmina” czy Harlequina.

W miarę lektury, trudno wyznaczyć granicę, gdyż dzieje się to stopniowo i chyba dla każdego czytelnika nieco w innym tempie, ten początkowo dość suchy wykład zaczyna wciągać i nagle stwierdzamy, że to pełna życia opowieść nie tylko o pewnym procesie społecznym, pewnych prądach w sztuce, ale i o konkretnych, interesujących ludziach. Okazuje się, że jest to zarazem świetne studium relacji między sztuką, ekonomią i polityką oraz władzą. Pięknie jest pokazana odmieńczość jako próbnik stopnia autorytarnych tendencji władzy - nie tylko tych ujawnionych, choć nie rozpoznanych, ale przede wszystkim tych skrywanych pod hasłami demokracji i wolności, czekającymi na „lepsze” czasy.

Fascynujący jest choćby wątek AIDS pokazany od strony komletnie nieznanej szerszemu ogółowi, podobnie jak niezwykle celna analiza związków pomiędzy władzą a sztuką ze szczególnym podkreśleniem różnic między jej formami zaangażowanymi i komercyjnymi, popularnymi, pomiędzy mainstreamem i wszelkiego rodzaju outsiderami. Odmieńczość wszelkiego rodzaju i stosunek do niej władzy oraz społeczeństwa ukazuje się nam jako najlepszy miernik faktycznej wolności i czujnik alarmowy podatności społeczeństwa na wprowadzenie elementów totalitaryzmu oraz aspiracji władzy do wprowadzania takiej formy rządów.

Mógłbym tak jeszcze długo, gdyż jak każde wybitne dzieło „Odmieńcza rewolucja” okazuje się, poza perfekcyjnym opracowaniem głównego tematu, kopalnią interesujących i ważnych wątków wybiegających poza ścisłe rozumienie tego, czego spodziewamy się po wstępie oraz tytule. Znajdziemy w niej również mnóstwo ciekawych informacji, które sprowokują nas do własnych refleksji i przemyśleń, niekoniecznie takich, których autorka mogłaby się spodziewać. Naprawdę - jeśli szukacie lektury, która poza zawartą w niej wiedzą, oderwie Was od miałkości świata przedstawianego w mainstreamowych mediach i wmawianego nam jako realna rzeczywistość, która na powrót wyostrzy Wasze oczy, uszy i przede wszystkim krytyczne myślenie wobec napływającego zewsząd morza nadmiarowej informacji, to jest to dzieło dla Was. W dodatku, mam wrażenie i taką nadzieję, jej działanie będzie trwało jeszcze długo po zakończeniu lektury 


Wasz Andrew

P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutka na naszych medyków pola walki działających na froncie pomagam.pl/dfa8df

piątek, 5 lipca 2019

Umberto Eco "Imię róży" - Przedstawienie zamiast sztuki

Imię róży

Umberto Eco


Reżyseria: Radosław Rychcik
Teatr: im. J. Słowackiego w Krakowie
Czas trwania: 160 min.
 
 
 
 
 
Umberto Eco (1932 – 2016) to wszechstronny włoski artysta, który w powszechnej świadomości zapisał się jako wybitny powieściopisarz. Godne odnotowania jest to, że Włoch zajmował się również filozofią, felietonistyką, eseistyką, mediewistyką oraz semiologią. To właśnie Eco jest twórcą koncepcji dzieła otwartego, po raz pierwszy wyczerpująco wyłożonej w książce Dzieło otwarte. Forma i nieokreśloność w poetykach współczesnych. W dużym uproszczeniu idea sprowadza się sposobu analizy dzieła sztuki zakładającego jego polisemiczność, czyli wielość potencjalnych odczytań. W ujęciu Eco (będącym w sporej mierze zbieżnym z pomysłami Romana Ingardena) każde dzieło posiada niedookreśloną przestrzeń, która wypełniana jest przez odbiorcę. W rezultacie to właśnie odbiorca nadaje ostateczny, tj. finalny kształt danego dzieła. A z racji wysoce zindywidualizowanego aparatu służącego do rejestrowania płynących z otoczenia bodźców, niepowtarzalnej wrażliwości czy wreszcie z uwagi na doświadczenia z innymi płodami kultury, żadne z odczytań nie będzie dokładnie takie samo. Owych odczytań będzie tym więcej, im szersze są ramy interpretacyjne dzieła. A im szersze ramy, tym dzieło bardziej żywe, odporne na upływ czasu i uniwersalne. Dobrym przykładem tego typu konstruktu jest powieść Imię róży rzeczonego Umberto Eco, którą na deski Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie przeniósł Radosław Rychcik.

piątek, 29 marca 2019

Ziemowit Szczerek "Wiedźmin. Turbolechita" - Próbując zdefiniować polskość

Wiedźmin. Turbolechita

Ziemowit Szczerek


Reżyseria: Piotr Sieklucki
Teatr: Nowy Proxima
Czas trwania: 90 min.
 
 
 
Założenie, że najlepszym – zaraz po Janie Pawle II oraz Lechu Wałęsie – polskim towarem eksportowym jest Wiedźmin, znany też jako Geralt z Rivii (czyli literacka postać wykreowana przez Andrzeja Sapkowskiego) jest może nieco ryzykowne, ale z pewnością warto je przyjąć, jeśli zdecydujemy się na udział w spektaklu Wiedźmin Turbolechita, wystawianym na deskach krakowskiego Teatru Nowego Proxima. Sztuka napisana przez Ziemowita Szczerka w reżyserii Piotra Siekluckiego to próba konfrontacji z problemami i kompleksami, które w pewnym stopniu są wyznacznikiem polskości.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Agatha Christie "Myszki trzy" - Kryminalna wyliczanka

Myszki trzy

Agatha Christie


Reżyseria: Robert Chodur
Teatr: Kurtyna
Czas trwania: 90 min.
 
 
 
 
 
Teatr to słowo, które można rozumieć dwojako. Pod tym terminem skrywa się zarówno widowisko, w którym grupa aktorów odgrywa sztukę przed zgromadzoną publiczności, jak i budynek, w murach którego wystawiane są przedstawienia. Dzięki pracy Roberta Chudora, aktora występującego na deskach Teatru im. Wandy Siemaszkowej, reżysera oraz opiekuna dębickiego Teatru Kurtyna, możemy przekonać się, że teatr to przede wszystkim tworzący go ludzie, a brak pełnoprawnego obiektu nie jest żadną przeszkodą w prezentowaniu następnych inscenizacji. W ubiegły weekend (2017-05-27) w Domu Kultury Śnieżka swoją premierę miała kolejna sztuka przygotowana przez Roberta Chodura oraz aktorów Teatru Kurtyna – tym razem widzowie uraczeni zostali dziełem Myszki Trzy, kryminałem z elementami komedii, będącym adaptacją opowiadania Pułapka na myszy pióra Agathy Christie.

wtorek, 21 marca 2017

Sławomir Mrożek "Męczeństwo Piotra Oheya" - O bezwolności jednostki

Męczeństwo Piotra Oheya

Sławomir Mrożek


Reżyseria: Robert Chodur
Teatr: Prima Aprilis
Czas trwania: 55 min.
 
 
 
 
 
Wyobraźnia to cudowne narzędzie, za sprawą którego nasz byt – nawet ten szary, usiany monotonią czy powtarzalnością – może przemienić się w żywot pełen przygód i zaskakujących zwrotów akcji. Dzięki imaginacji możemy poznawać cudowne wymysły bliźnich, którzy chwalą się swoimi umysłowymi projekcjami, co jeszcze bardziej zwiększa paletę naszych doznań i odczuć. Wystarczy odrobina empatii, chęć wysłuchania tego, co mają do opowiedzenia inni, by z zupełnie innej perspektywy spojrzeć na nasze otoczenie. Niedawnym dowodem na to, że warto dać się zaprosić do uczestniczenia w cudzej wizji, była dla mnie wizyta na pokazie sztuki Męczeństwo Piotra Oheya, dramatu pióra Sławomira Mrożka, wystawionego przez Strzyżowski Teatru Prima Aprilis w trakcie gościnnego występu na deskach dębickiego Domu Kultury Śnieżka.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Kynolog w rozterce

Kynolog w rozterce

Sławomir Mrożek


Reżyseria: Janusz Pokrywka
Teatr: Scena Propozycji
Czas trwania: 45 min.






Dębica, moja rodzinna miejscowość, to niewielkie miasteczko położone na Podkarpaciu. Jest to na wskroś przemysłowa osada, gdzie prym wiodą fabryki oraz zakłady produkcyjne. Z pewnością nie jest to zagłębie rozrywki, ani tym bardziej mekka sztuki. Istnieją co prawda instytucje kulturowe takie jak domy kultury, biblioteki, czytelnie czy kina, ale w Dębicy nie ma już takich ośrodków jak teatr, którego brak szczególnie dotkliwie odczuwam. Na szczęście nieobecność budynku nie jest przeszkodą, by wystawiać teatralne sztuki, o czym przekonałem się goszcząc w połowie kwietnia w dębickim Miejskim Ośrodku Kultury na spektaklu Kynolog w rozterce wg Sławomira Mrożka.

wtorek, 6 maja 2014

Diabelska komedia


Jan Drda



Igraszki z diabłem


(oryg. Hrátky s čertem)

Teatr i telewizja (kino) to dwa różne światy, które wymagają od twórców diametralnie innego podejścia, a od aktorów kompletnie odmiennej gry, podobnie jak i inne wymagania stawiają przed wszystkimi, którzy uczestniczą w realizacji spektaklu teatralnego czy też filmu. Dla widza są też jakby przeciwstawnymi sposobami realizacji tego samego celu – zapewnienia mu godnego widowiska. To co jest zaletą jednej ze sztuk, dla drugiej jest piętą achillesową i odwrotnie. Siłą kina jest powtarzalność. Każdy film można odtwarzać wielokrotnie, by zwrócić uwagę na rzeczy, które z tych czy innych powodów uciekły nam przy pierwszej emisji. Można go nawet zatrzymać w dowolnym miejscu i przewinąć w innym albo w kółko delektować się ulubionym obrazem. Teatr jest ulotny, jednorazowy i niepowtarzalny. Nigdy nie da się dwa razy obejrzeć tej samej sztuki. Za każdym razem gra aktorów jest nieco inna. Czasami ważną rolę pełnią jeszcze inne niepowtarzalne elementy, jak choćby reakcja publiczności. Nawet nagranie sztuki przy pomocy kamery nie zachowa i nie umożliwi odtworzenia wrażeń ze spektaklu. Kamera, podobnie jak obiektyw fotograficzny, działa na zupełnie innej zasadzie niż oko ludzkie, i nawet samego obrazu nie jest w stanie przekazać widzowi w sposób, w jaki odbiera go bezpośredni obserwator. A co dopiero mówić o bezpośredniej więzi aktora z widzem. Od czasu powstania przepaści miedzy sztuką filmową i teatralną próbuje się ją jednak zasypywać właśnie przez rejestrowanie wydarzeń scenicznych kamerą. W moim odczuciu z reguły są to przedsięwzięcia nie do końca udane. Z teatru biorą siermiężność scenografii, a z filmu brak here and now, czyli szczególnego skupienia, poczucia bycia tu i teraz, w tym wypadku w świecie wykreowanym w sztuce, w kontakcie z działającymi w nim postaciami z krwi i kości. Są jednak wyjątki, głównie w przypadkach, gdy sztuka teatralna od początku nie jest realizowana z zamiarem wystawienia na deskach teatru i przed żywym widzem, a przed okiem kamery, z uwzględnieniem jej odmienności w porównaniu do ludzkiego sposobu percepcji.

Jan Drda, nieżyjący już czeski dziennikarz, prozaik i dramaturg (1915-1970) pochodził z rodziny robotniczej, ale zdobył maturę i studiował filologię klasyczną oraz slawistykę na uniwersytecie w Pradze, choć ich nie ukończył. Zaczął publikować już przed wojną. Brał udział w podziemnej walce z okupantem hitlerowskim, a po wyzwoleniu został świadomym twórcą zaangażowanym, członkiem Komunistycznej Partii Czech. Wydaje się jednak, że cały czas był człowiekiem kierującym się własną oceną tego, co moralne, a co nie, za co zapłacił odpowiednią cenę, gdy w 1968 przeciwstawił się bratniej pomocy, jakiej Czechosłowacji postanowiły udzielić czołgi państw Układu Warszawskiego.

W Polsce dorobek Drdy jest szerszemu ogółowi praktycznie nieznany, więc tym bardziej warto przypomnieć sztukę w dziewięciu obrazach pod tytułem Igraszki z diabłem napisaną jeszcze w czasie niemieckiej okupacji, a po raz pierwszy wydaną w Czechach w 1946 , zaś nad Wisłą w 1949. Premiera u sąsiadów odbyła się w Pradze w Stavovskim divadle w 1945, a u nas w 1948 w Teatrze Wojska Polskiego w Łodzi w reżyserii Leona Schillera. Był to wielki sukces i w ciągu 60 lat doczekała się na deskach polskich teatrów ponad pięćdziesięciu wystawień.

Są to niestety przeżycia poza naszym zasięgiem – uleciały raz na zawsze w momencie, gdy kurtyny zapadały po ostatnich oklaskach. Na szczęście Igraszki z diabłem pokazano również w Teatrze Telewizji – po raz pierwszy w 1966 r. w reż. Władysława Jaremy, a drugi w wersji nagranej w 1979 r. w reżyserii Tadeusza Lisa. Właśnie tą ostatnią, w dodatku niezwykle udaną, możemy w każdej chwili się delektować. Można ją oglądać online, w telewizji, kupić na płytce. A jest co podziwiać.

Obsada jest prawdziwie doborowa:
  • Marian Kociniak jako Marcin Kabat
  • Jerzy Kamas jako diabeł Solfernus
  • Jan Kociniak jako anioł Teofil
  • Wojciech Pokora jako pustelnik Scholastyk
  • Magdalena Zawadzka jako Kasia
  • Krzysztof Kowalewski jako zbój Sarka-Farka
  • Janusz Gajos jako diabeł Omnimor
  • Barbara Wrzesińska jako królewna Disperanda
  • Tadeusz Kondrat jako diabeł Belzebub
  • Marek Kondrat jako diabeł Lucjusz
  • Andrzej Fedorowicz jako łowczy
  • Zdzisław Wardejn jako diabeł Belial
  • Jan Prochyra jako diabeł Karborund
  • Jan Jurewicz jako diabeł
  • Janusz Rewiński jako diabeł
  • Maciej Szary jako diabeł
Utwór zrealizowany jest w konwencji komedii z dodatkami przedstawienia dla dzieci podkreślonymi prostą scenografią oraz licznymi elementami ludowymi. Główną postacią jest weteran wojenny Marcin Kabat, który po wieloletniej służbie powraca w rodzinne strony. Po drodze spotka strasznego rozbójnika, kandydata na świętego, napaloną pyskatą dziewoję i naiwną królewnę, diabły i anioły. Fabuły oczywiście nie będę zdradzał. Nie jest szczególnie skomplikowana, ale miło zaskakująca. Całość suto okraszona humorem, miejscami ironiczna, przypomina stare czeskie komedie z połowy XIX wieku (jak twierdzą znawcy).

Zdaje się, że konwencja nieco już archaiczna nie nadaje się do stworzenia niczego odkrywczego, ale Igraszki z diabłem okazują się prawdziwie ponadczasowe. Choć od prapremiery minęły już pokolenia, sztuka pozostaje wciąż świeża i nawet z tą pewną prymitywnością naszego Teatru Telewizji można mieć wrażenie, iż została zrealizowana wczoraj, a wszystko jest celowym zabiegiem.

Pomimo pierwszego wrażenia sugerującego zwykłą bajeczkę dla dzieci szybko przekonujemy się, iż w sztuce ukryto wyraźną warstwę moralizatorską, skierowaną do odbiorcy w każdym wieku. Na szczęście całość do końca łączy przesłanie moralne z komediową lekkością i po zakończeniu spektaklu nie pozostawia widza z żadnymi negatywnymi emocjami. Sam nie wiem komu to w dzisiejszej rzeczywistości bardziej potrzebne – znerwicowanym dzieciom czy jeszcze bardziej zestresowanym dorosłym, ale i jednym i drugim ta lekkość wyjdzie na zdrowie. A morał gdzieś tam przemycony pewnie kiedyś wykiełkuje.

Wszystkich, którzy jeszcze Igraszek nie znają, zapraszam do obejrzenia, a tym, którzy oglądali, do przypomnienia sobie i polecenia bliskim


Wasz Andrew

czwartek, 27 marca 2014

Przegniłe kontakty

 

Martwe wesele

Asja Srnec Todorović


Tytuł oryginału: Mrtva svadba
Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: ok. 1 h








Podziemia kamienicy Klezmer Hois, w których mieści się Teatr BARAKAH, charakteryzują się specyficznym oraz niepowtarzalnym klimatem. O wyjątkowości tego dobytku kultury decyduje niezwykła wręcz bliskość sceny, która na dobrą sprawę wtopiona jest w widownię. Publiczność pozostaje w bezpośrednim kontakcie z teatralną trupą, mając możliwość dokładnego studiowania każdego ruchu, każdego gestu, każdego tiku goszczącego na twarzy aktora. Scenografia to prawdziwa sztuka minimalizmu – niewielka przestrzeń musi zostać w pełni wykorzystana, doskonale zaaranżowana, by oddać nastrój panujący w sztuce. Ale dość już tego, światła gasną, z głośników wydobywa się muzyka, donośna, rytmiczna, dudniąca, niepokojąca.
Obsada spektaklu - foto by Piotr KubicCisza. Nieprzeniknioną ciemność rozjaśnia blask świecy. Oto oczom widza ukazuje się młody, szykownie ubrany człowiek. Garnitur, starannie zaczesane włosy, błyszczące buty. Tak, domysły są słuszne. Oto Pan Młody (Dariusz Starczewski) przybywa w gościnę do swojego przyszłego teścia, prosić o rękę jego ukochanej córki. Elegancki, starszy Żyd (Franciszek Muła) siedzi za prostym stołem, na którym znajduje się skromny posiłek. Panna Młoda (Monika Kufel), uśmiechnięta od ucha do ucha, ma już na sobie białą, piękną suknię. Wydaje się zatem, że wszystko jest gotowe na doniosłą uroczystość, lada chwila powinna zacząć grać muzyka. Chociaż... Sytuacja, którą obserwujemy po głębszym zastanowieniu jest na wskroś dziwna. Wyczuwalne jest pewne napięcie, którego źródła nie sposób jednak wskazać. Data wesela jest ciągle przesuwana, z ust ojca padają kolejne terminy, zwlekanie, odkładanie, przeciąganie przybierają wręcz rytualną formę. Negocjacje dotyczące tego wydarzenia przypominają bardziej targ, zawieranie umowy, w której każda strona zaciekle walczy o swój interes, korzyści, racje. Miłości trudno się doszukać, a w dodatku w powietrzu zalęgło się coś ledwie wyczuwalnego, lekko zalatującego zgnilizną.
Przeszkodą, której nie sposób obejść okazuje się kaprys Panny Młodej, by przyszłym małżonkom swojego błogosławieństwa użyczyła matka dziewczyny. Problem w tym, że kobieta nie żyje już od pewnego czasu, a ponadto rzadko i raczej niechętnie opuszcza szafę, w której jest trzymana. Blask słonecznego światła niezbyt służy trupom, a i sama rodzina jakoś nie jest skora do prezentowania światu swojej krewniaczki, która przecież powinna spoczywać w chłodnej, cmentarnej ziemi, z dala od siedlisk ludzkich, gdzieś na obrzeżach miasta.
Spektakl w reżyserii Any Nowickiej powstał w oparciu o sztukę Asji Todorovic, która w niezwykle interesujący sposób balansuje na granicy dwóch światów: śmierci oraz życia. Matka, w której rolę wcieliła się fantastyczna jak zawsze Lidia Bogaczówna to kapryśna maszkara, podstarzała (wręcz martwa!) matrona, której trudno dogodzić. Wszystko zdaje się ją drażnić, denerwować, prowokować do wybuchów złości. Siedzi zatem zamknięta w swojej szafie, pozostając w głębokiej izolacji od świata zewnętrznego, z którym przecież nie powinna mieć już nic wspólnego. Wymowa sztuki jest w tej kwestii dość klarowna. Wg nas, tj. żywych (jeszcze), miejsce zmarłych jest na cmentarzu, a godziny odwiedzin ściśle określone. Nie ma tu zbytnio miejsca na bliskość, czułość, czy ciepło. Śmierć odseparowuje, rozdziela, buduje wyraźną granicę, której w imię dobrego smaku nie powinno się przekraczać. Tymczasem okazuje się, że trup również ma swoje potrzeby, nastroje, fochy, zmiany nastroju. Przekonujemy się o tym jednak dopiero, gdy pamięć o zmarłym zostaje zastąpiona jego fizyczną obecnością. W końcu od bladego wspomnienia dużo bardziej wartościowa jest rozmowa, dobra rada, życzliwe słowo.
W sztuce wyczuwalny jest element groteski, absurdalności, który wydaje się zabiegiem celowym, mającym służyć oswojeniu się z dość trudnym i raczej niechętnie poruszanym tematem zgonu. Chociaż jeśli spojrzeć z pewnym dystansem na naszą cywilizację, która (szczególnie ta zachodnia) często określana jest mianem cywilizacji śmierci, można dostrzec w niej pewne absurdy, zgrzyty oraz sprzeczności. Z jednej strony legalne w coraz większej ilości krajów zabiegi aborcji oraz eutanazji, a z drugiej umieranie jako temat tabu, kwestia drażliwa, nieznośna, poruszana bardzo niechętnie, spychana na margines społecznego zainteresowania z racji bezmyślnego kultu młodości. Nikt nie ma ochoty patrzeć na męczarnie ludzi chorych, ludzi starszych, ludzi cierpiących. Proces odchodzenia pragnie się maksymalnie skrócić, zredukować, uprościć, tak by przypadkiem twarze naznaczone troską nie wryły się zbytnio w pamięć. Człowiek istnieje, trwa, egzystuje, aż nagle pewnego dnia po prostu znika, przy czym dezintegracji fizycznej towarzyszy postępujący rozkład pamięci o zmarłym.
Ale wracając do sztuki. W miarę jak spektakl trwa, widza zaczynają ogarniać coraz większe wątpliwości, dotyczące w szczególności osoby Panny Młodej oraz Ojca. W jaki sposób kontaktują się oni ze zmarłą? Dlaczego postanowili zachować jej ciało w domu? Dlaczego, mimo doskonałego, wzajemnego zrozumienia, sięgającego poziomu wręcz metafizycznego, oboje mają ogromne problemy, żeby dogadać się z Panem Młodym, którego można uważać za przedstawiciela, czy też reprezentanta świata zewnętrznego? Cóż znaczą ich urywane zdania, słowne gry i zabawy, w których obcy mężczyzna wydaje się słabo orientować? Czy wreszcie ich postępowanie nie jest jawną kpiną, wystawianiem na próbę cierpliwości młodego, coraz bardziej zdesperowanego człowieka, który ciągle nie może doczekać się jasnej deklaracji, co do wesela? Kontakty z Panem Młodym przypominają droczenie się, prowokowanie, ale to również swoisty rytuał, odgrywany dzień w dzień, schemat, którego powtarzalność niesie ze sobą ukojenie, spokój, pewność. Szczególnie ta ostatnia wydaje się nieodzowna w rzeczywistości, która momentami przypomina oniryzm, senny majak, której brak trwałych fundamentów w postaci zdrowego rozsądku, czy logiki.
Sztuka ukazuje również w interesujący sposób jak wyglądają współczesne międzyludzkie kontakty. Relacje pomiędzy Panem Młodym a Panną Młodą są płytkie oraz powierzchowne. Sztuczne, nieszczere uśmiechy, sztampowe rozmowy o niczym, puste slogany rzucane w przestrzeń bez wyraźnego adresata. Brak autentycznej rozmowy, w której bylibyśmy świadkami dialogu. Zamiast tego mamy wymianę zdań, przywodzącą na myśl wygłaszane na przemian, niekiedy przeplatające się monologi. Dwójka ludzi, którzy zamierzają połączyć się świętym węzłem małżeńskim przypomina zupełnie odrębne światy, które w żadnej mierze nie przenikają się wzajemnie. Miłosna osmoza wydaje się być absolutnie wykluczona, niemożliwa, nierealna.
Na szczególną uwagę zasługuje także muzyka, która stanowi nieodzowny element spektakli, prezentowanych przez Teatr BARAKAH. W znakomity sposób uzupełnia ona aktorską grę, podkreślając wagę wybranych kwestii, czy budując napięcie w najbardziej dramatycznych momentach. Harmonicznie współgra z minimalistycznym światłem, sprawiając wrażenie dosyć przytłaczające i mroczne, tak, że niekiedy widz mimowolnie wzdrygnie się, wytężając przy tym wzrok w półmroku, by upewnić się, że nic mu nie grozi, że wszystko to tylko gra, fikcja. Niewielka sala, która za sprawą teatralnej magii staje się sceną charakteryzuje się ponadto bardzo dobrą akustyką, którą w pełni wykorzystano. Szepty, chichoty, powtarzane niczym zaklęcia kwestie brzmią jeszcze bardziej piorunująco, a przez to przekonująco. Wisienką na torcie jest śpiew, który stanowi harmoniczne dopełnienie całości.
Reasumując, po raz kolejny skorzystałem z gościnności Teatru BARAKAH i ponownie nie zawiodłem się. Ana Nowicka udowadnia, że można tworzyć teatr niekomercyjny, mocno awangardowy, w którym znane nazwiska zastąpiono znakomitą grą, kreatywnością oraz szczerą pasją. Jako widz zaproszony zostałem do podróży w świat wyimaginowany, na poły fantastyczny, którego oniryczna fasada skrywa jednak zaskakująco, czy wręcz niepokojąco wiele punktów wspólnych z otaczającą nas rzeczywistością. Po ostatnich muzycznych akordach w głowie kołacze nieznośne pytanie, którą stronę szafy wybrać. 
P.S. Fotografia autorstwa Piotra Kubica pochodzi z serwisu www.teatrbarakah.com 


Wasz Ambrose