poniedziałek, 30 czerwca 2014

Galimatias nominowany


Ignacy Karpowicz


Balladyny i romanse


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2011

stron 576

Lekturą obowiązkową w „moim” oddziale DKK* przewidzianą na czerwiec były Balladyny i romanse Ignacego Karpowicza. Książka gruba, nazwisko kompletnie mi nieznane. Oczywiście, z notatki reklamowej na okładce wiedziałem, że nominowany do nagrody, że powieść zakręcona i pornograficzna, ale.. Już dawno zauważyłem, iż nazbyt często nalepkę lub hasło „dobre bo Polskie” należy tłumaczyć w ten sposób, iż rodzime pochodzenie jest jedynym pozytywem. Pornografia – nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem coś naprawdę dobrego z tej branży, więc widoki marne, by zapowiedź okazała się uzasadniona. Nie żebym specjalnie kopał w tej tematyce, ale jednak. Moje szczęście, że zacząłem czytać dużo, dużo wcześniej przed terminem klubowego spotkania, inaczej bym nie zdążył. To jedna z lektur, które zabrały mi najwięcej czasu, być może nawet rekordowa. Przynajmniej jeśli pominiemy podręczniki. Jak do tego doszło? Wszak równie grube książki, które niedawno czytałem, wręcz połykałem?

Niebo dojrzewa do rewolucji. Nie jest to Niebo w znaczeniu katolickim, gdyż zamieszkane jest przez wszelkie bóstwa znane z historii, i nie tylko bóstwa. Rewolucja też nie taka w stylu radzieckim, czyli nie w rozumieniu walki o władzę. Raczej generalnej przebudowy. Piekło idzie do likwidacji, bogowie uśmiertelnieni mają zstąpić na ziemię. Na górze zostaną tylko Moiry i…

Oczywiście, skoro bogowie mają zstąpić, masowo i bez wyjątków, to muszą wybrać lokalizację. Mogłaby być cała Ziemia, losowo i równomiernie, ale nie. Pada na „kraj w promocji”, czyli Polskę.

Pomysł ciekawy, oryginalny i rodzący wielkie możliwości. Jak się okazało, możliwości wpadki również, niestety.

Lektura zaczęła się niezwykle przyjemnie. Na samym początku książki większa część treści dotyczy spraw i wydarzeń raczej po stronie ziemskiej, czyli polskiej, niż niebiańskiej. Poznajemy osoby, które będą występować w powieści jako przedstawiciele mieszkańców naszego kraju, dość reprezentatywni, więc dalecy od postulowanego obrazu dobrego i mądrego człowieka lub uczciwego obywatela. Nie, żeby byli w większości antypatyczni, zadeklarowani złu czy jakiejś niedobrej partii politycznej. Po prostu są tacy, jak większość, czyli nic dobrego. Są jednak, na początku, naturalni, realistycznie odmalowani, przekonujący i spójni zarówno wewnętrznie, jak i w odniesieniu do środowiska, w którym żyją. Potem wszystko się zmienia. Pod wpływem odprysków niebiańskiej przebudowy i oni doznają przeobrażeń. Bardzo interesujące, gdyż przeciwstawia się to mitowi obowiązującemu we wszystkich chyba wielkich religiach, iż człowiek jest panem siebie wyposażonym w wolną wolę. Szkoda tylko, że niezbyt podkreślono, iż taka przebudowa osobowości nie musi być wcale skutkiem boskiej ingerencji, a wystarczy cokolwiek; wiek, pęknięta żyłka w mózgu, nadmiar jakiegoś hormonu. Większości pewnie więc ten aspekt umknie.

Do tego momentu wszystko grało. Nie na skalę arcydzieła, ale fajnego czytadła. Jestem osobnikiem cierpiących na nadmiar niespodziewanych skojarzeń wszelkiego rodzaju, od słownych, przez sytuacyjne, po wszelkie inne możliwe. Z reguły mocno przekornych zresztą. Myślałem, że znalazłem w autorze pokrewną duszę, gdyż w tekście aż roi się od perełek tego typu. Niestety, w miarę postępów lektury zacząłem mieć wrażenie, że jest tego za dużo, że to robione na siłę. Równocześnie całość zaczęła się rozłazić, jakby wymknęła się autorowi spod kontroli. Fabuła, tylko zarysowana, rozmydliła się kompletnie, o akcji trudno nawet mówić. Brak szkieletu, który by ustabilizował potok skojarzeń. Zwłaszcza elementy warstwy niebiańskiej, boskiej i mitologicznej, których tym więcej, im bliżej końca, nużyły mnie coraz bardziej. W dodatku pojawiły się liczne a ewidentne błędy. Całość mogłaby jeszcze uratować jakaś mocna puenta, ale jej zabrakło.

Balladyny i romanse zebrały bardzo różne recenzje. Mam wrażenie, iż z reguły te lepsze pochodziły od „inteligencji”, czyli „humanistów”, którzy utracili kontakt z rzeczywistością i zapomnieli, że filozofia, to umiłowanie mądrości i w pierwotnym swym kształcie znaczyła zrównoważoną wiedzę, nawet raczej z dominacją nauk ścisłych, niż humanistycznych. Potwierdza to również Paszport Polityki 2010 dla tej książki. Jury, na pewno wykształcone i uważające się za mądre, nie zauważyło kardynalnych wręcz wpadek autora. Dlaczego? Humaniści nazbyt często uważają, że wykształcony, to taki, jak oni. Jeśli polonista, to miernikiem inteligencji, mądrości i wykształcenia jest oczytanie i wiedza o literaturze raz różnych aspektach języka. Jeśli lingwista, to języki obce. Jeśli filozof, to… i tak można wymieniać. Ich wspólną cechą jest z reguły całkowite negowanie nauk ścisłych, o których zresztą nie mają zielonego pojęcia, zwłaszcza jeśli chodzi o ich przydatność w banale życia codziennego i sztuce. Tymczasem, o ile w encyklopedii znajdziemy wiele osób z wykształceniem ścisłym czy politechnicznym, które osiągnęły sukcesy jako humaniści, to tych, którzy podążyli odwrotną drogą, jest jak na lekarstwo, o ile w ogóle są jacyś. To daje do myślenia, ale czy jest ważne?

Ignacy Karpowicz jedną z głównych postaci powieści obdarzył zawodem z dziedziny jak najbardziej ścisłej. Akademicki wykładowca statystyki. I wkłada w jego usta tezę, że statystyka nie ma niczego wspólnego z życiem, gdyż średnia arytmetyczna nie istnieje. Nie ma Kowalskiego, który by jej odpowiadał. Ten drobiazg ma ogromne znaczenie. Ludzie, którzy uważają się za oczytanych i wykształconych, nie znają matematyki (statystyki) nawet na poziomie szkoły średniej. Jedyna średnia, jaką znają, to arytmetyczna. To tak, jakby polski profesor matematyki nie wiedział, kto to Kmicic! Hańba! Hańba hańbą, ale to drugie przynajmniej nie jest szkodliwe, a to pierwsze… Władza od zawsze posługuje się tylko i wyłącznie średnią arytmetyczną oraz PKB. Właśnie dlatego, że one nic nie mówią o zwykłym Kowalskim, a za to są idealnym narzędziem do manipulacji. Słusznie mówi Karpowiczowy statystyk, że średniej arytmetycznej nikt nie widział, a brutto nikt się nie naje (to drugie moje). Ale są inne narzędzia statystyczne, które mówią jak wygląda ten Kowalski, którego można spotkać, które pokazują, ile zje i co jeszcze ważniejsze, ilu Kowalskich w danej sytuacji wybierze A, a ilu B. To bardzo komfortowa dla władzy i szkodliwa dla społeczeństwa sytuacja, gdy nie tylko ciemne masy, ale i większość inteligencji, postrzega świat w sposób fałszywy, a wynikający z niewiedzy. W dodatku widać nową, coraz popularniejszą modę, czyli niewiedzę o granicach własnej wiedzy. Gdyby autor miał świadomość, że nie wie, nie tykałby statystyki i zastąpił ją czymkolwiek, choćby teologią. Ale on nie wie nawet tego, co wie, a czego nie wie. Jeszcze kilka lat temu takie osoby były ciekawostką, kuriozum, a teraz można je obserwować coraz łatwiej, nie tylko w teleturniejach, ale jak widać i wśród twórców aspirujących do wyższej inteligencji.

Jakby tego było mało, w tekście sporo jest błędów typowo „humanistycznych”. Dziw, że nikt ich nie zauważył. Wielokrotnie, trudniejsze słowa, z reguły obcego pochodzenia, zostały użyte niezgodnie ze swoim rzeczywistym znaczeniem. Być może, gdyby autor trochę zatroszczył się o czytelnika i dodał odnośniki do wyrażeń, które dla większości Polaków są całkowicie niezrozumiałe, sam by w trakcie tej czynności zauważył, iż w słowniku stoi napisane inaczej, niż mu się wydaje. A tak wyszło jak wyszło. Wielu czytelników pewnie ślizga się po tekście pomijając wyrazy i wyrażenia, które nie powszechnie zrozumiałe. Kto będzie czytał ze słownikiem w drugiej ręce? Jurorzy i zachwyceni recenzenci pewnie też się nie wysilali, no bo jak to wyjaśnić? Nawet owa pornografia, słowo zdawałoby się o powszechnie znanym znaczeniu, wydaje się wielką wpadką. Pojawia się w wielu recenzjach i w notce na okładce powieści. Przypominam – pornografia to nie goła baba albo bzykanko, a coś, co ma wywołać podniecenie seksualne. Ktoś mi powie, co go seksualnie podnieciło w tej książce? Ja tam niczego takiego nie znalazłem.

Przy okazji. Pamiętacie ostatnią z cyklicznie pojawiających się akcji mającą zwalczać obcojęzyczne zapożyczenia w języku polskim? Co pewien czas nawiedzeni poloniści optują za tym, by podejmować próby zastępowania importowanych terminów ich odpowiednikami o rodzimym pochodzeniu. Zapominają, że od wieków większość słów dotyczących techniki nie ma odpowiednika polskiego pochodzenia, choć synonimów o obcej proweniencji jest zwykle kilka do wyboru, co jest zresztą odbiciem braku naszego wkładu w rewolucję naukowo-przemysłową. Nie wkładu Polaków, a wkładu Polski oczywiście. Zwróćcie uwagę – w języku potocznym mamy ograniczać obcojęzyczne zapożyczenia, choć nie ma takiej możliwości, natomiast w literaturze… W Balladynach i romansach jest tak wiele wstawek obcojęzycznych, wyrazów obcych, że czasami wręcz sprawiają wrażenie, jakby autor starał się w ten sposób zrobić wrażenie na czytelniku oraz krytykach i pisał wsparty jedną ręką o słownik wyrazów obcych, drugą o słownik synonimów i w dodatku wpatrzony w ekran, na którym pomocą służy Google. Oczywiście jest to tylko wrażenie, gdyż korzystając ze słowników nie poślizgnąłby się na znaczeniach. I to się podnosi jako „bogactwo języka”. Proponuję wrócić do Sienkiewicza i przypomnieć sobie, jak to bogactwo powinno wyglądać. Zdania powinny płynąć jak muzyka, słowa powinny malować obrazy, a nie walić niczym pusta reklama telewizyjna.

Reasumując - dobry pomysł, który został skopany. A szkoda. Nie tylko samej koncepcji. Są dobre skojarzenia, jest sporo dobrych obserwacji i przemyśleń. Niestety jest i sporo całkowicie błędnych. Nie tylko z zakresu statystyki. Są świetne sceny, jak choćby spotkanie homoseksualnej boskiej rodzinki z narodowcami i kibolami z Białegostoku, ale giną w nieukierunkowanym potoku miałkości. Taki melanż oryginalności i tandety, sztuki i kiczu, mądrości i głupoty. Mogę się tylko domyślać, że gdyby autor nie pokusił się o stworzenie Dzieła, gdyby dał skromniejszy tytuł (wszak tytuł zobowiązuje) i skromniejszą objętość zamierzył, część śmiecia by odpadła i całość prezentowałaby się dużo lepiej. A tak wyszło jak wyszło. Szkoda, wielka szkoda.

Właśnie ze względu na niejednorodność, na to pomieszanie z poplątaniem, trudno tę książkę jednoznacznie ocenić, niemożliwe wystawić jej jedną cenzurkę oddającą rzeczywistą wartość. Wszystko zależy od tego, co dla nas ważniejsze, a nawet, jestem o tym przekonany, od nastroju czytelnika w chwili, gdy się zabierze do lektury. Z tego względu nie odradzam, ale i polecać absolutnie nie mam odwagi. Jeśli chcecie, czytajcie, ale na własną odpowiedzialność i ryzyko. Ja nie żałuję spotkania z Balladynami i romansami, ale wracać do nich też nie zamierzam.


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki

Balladyny i romanse [Ignacy Karpowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


sobota, 28 czerwca 2014

Jakże smutno jest odchodzić

Pożegnanie z Matiorą

Walentin Rasputin

Tytuł oryginału: Proszczanije s Matioroj
Tłumaczenie: Jerzy Litwiniuk 
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 197
 
 
 
 
 
 
Zuchwałość człowieka radzieckiego, który to ośmielił się chwycić za bary z matką naturą i zawzięcie z nią mocować, jest już nieomal legendarna. Wydaje się, że okresie Republiki Rad nie było rzeczy niemożliwej, czy technicznie niewykonalnej. W latach 1930 – 1933 powstał  Białomorsko-Bałtycki, kanał od długości 227 km łączący Morze Bałtyckie i Morze Białe, do budowy którego użyto głównie drewna oraz siły rozkułaczanych, nieposłusznych chłopów (wg ostrożnych szacunków przy całym przedsięwzięciu życie straciło ok. 25 tys. ludzi). Także w latach 30’ XX wieku rozpoczęto wcielenie w życie idei hodowli białego złota. Na pustynnych terenach Azji Środkowej postanowiono uprawiać bawełnę, stosowaną wówczas do produkcji mundurów oraz materiałów wybuchowych. W latach 60’ udało się zmienić bieg rzek Amu-daria oraz Syr-daria, zasilających jezioro Aralskie, kierując ich wody do sieci kanałów irygacyjnych, służących do nawadniania pól bawełny. W efekcie do dnia dzisiejszego Uzbekistan jest jednym z największych eksporterów bawełny na świecie, ale nie można zapominać o fakcie, że całe przedsięwzięcie doczekało się miana katastrofy ekologicznej – od kilkunastu lat poziom wody w jeziorze Aralskim systematycznie spada, przy równocześnie rosnącym stopniu zasolenia. Morze Aralskie zanika, a wraz z nim giną przedstawiciele wielu gatunków lokalnej fauny i flory. O kilku innych ciekawych, chociaż fikcyjnych projektach, świadczących o nieograniczonej wręcz fantazji radzieckiej myśli technicznej, możemy dowiedzieć się także za sprawą lektury książki Astronauci, genialnego polskiego pisarza, Stanisława Lema. Czytamy tam m.in.:
W roku 2003 zakończone zostało częściowe przelewanie Morza Śródziemnego w głąb Sahary i gibraltarskie elektrownie wodne dały po raz pierwszy prąd do sieci północoafrykańskiej. Wiele już lat minęło od upadku ostatniego państwa kapitalistycznego. Kończył się trudny, bolesny i wielki okres sprawiedliwego przetwarzania świata. Nędza, chaos gospodarczy i wojny nie zagrażały już wielkim planom mieszkańców Ziemi.
Nieskrępowane przebiegiem granic rosły kontynentalne sieci wysokiego napięcia, powstawały elektrownie atomowe, bezludne fabryki automaty i transmutatory fotochemiczne, w których energia słońca przetwarzała dwutlenek węgla i wodę w cukier. Proces ten od miliarda lat uprawiany przez rośliny stał się własnością człowieka.
Nauka nigdy już nie miała wytwarzać środków zniszczenia. W służbie komunizmu była najpotężniejszym z wszystkich narzędzi świata.
W zupełnie innym, zdecydowanie bardziej melancholijnym tonie utrzymana jest powieść Pożegnanie z Matiorą, autorstwa Walentina Rasputina, która również zahacza o tematykę korygowania dokonań natury. Walentin Grigorjewicz Rasputin to rosyjski oraz radziecki pisarz, dramaturg, dziennikarz, działacz polityczny i społeczny. Artysta urodził się w 1937 roku w Atałance, niewielkiej wsi, leżącej w obwodzie irkuckim. Ogrom twórczości Rasputina poświęcony jest Wschodniej Syberii, gdzie autor spędził dzieciństwo oraz niemałą część swojego dorosłego życia.
Pożegnanie z Matiorą to historia traktująca o mieszkańcach wsi Matiora, położonej na niewielkiej wyspie, przecinającej nurt rzeki Angary. W związku z budową olbrzymiej elektrowni wodnej, ogromne rzesze terenu, w tym cała wyspa, mają wkrótce znaleźć się pod wodą. W chwili rozpoczęcia akcji, trwają już ostatnie przygotowania, zmierzające do oczyszczenia terenu oraz przesiedlenia mieszkańców. Właśnie w tym newralgicznym momencie, który dla większości wiejskiej społeczności oznacza kres dotychczasowego, dobrze znanego życia, na wyspę zaproszony zostaje czytelnik, zyskując sposobność obserwacji całej różnorodności pożegnań z Matiorą.
O tym, że Matiora jakoby miała znaleźć się pod wodą, plotkowano już od dawna, ale jakoś nikt nie mógł dać wiary podobnym banialukom. Owszem, wielu młodych opuszczało swoje domostwa, przenosząc się na prawy brzeg rzeki do nowopowstającego osiedla, ale wiadomo, że młodego zawsze do nieznanego ciągnie, że ciekawy on świata. Starym natomiast nigdzie nie spieszno, bo jak powiadają – co nagle, to po diable. Zresztą starych drzew się nie przesadza, pozwalając im zemrzeć na ziemi, w której wzrosły. Wkrótce jednak gruchnęła oficjalna nowina, że Matiorę za prąd sprzedali – na rzece postawią tamę, wieś zaleją i z tego wszystkiego elektryczność będzie dla innych. W obliczu nagich faktów, matiorskiej społeczności nie pozostało nic innego jak spakować manatki i poszukać szczęścia tam, gdzie oczy poniosą. Ale o tym, by z dnia na dzień swoje domostwo porzucić nie mogło być mowy – kartofle już dawno zasadzone, na łące trawa czeka cierpliwie na sianokosy, w perspektywie jeszcze żniwa. Żaden kołchoz nie mógłby pozwolić sobie na takie marnotrawstwo – ludzie zyskali zatem kilka miesięcy – całe lato i początek jesieni – by napatrzyć się na ziemię, na której wzrastali. Ale większość osobników żyje w rozkroku. Jedną nogą są już na nowym, przysposabiając do zamieszkania otrzymane siedziby, w których aż roi się od cudów – woda samoistnie ciurkająca ze ściany, czy piec, pod który wcale nie trzeba dokładać, by coś na nim ugotować to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Druga noga ciągle jednak sterczy na wyspie – tutaj to pozostawiono większość starzyków, którzy doglądają chat, dbają o żywy inwentarz, pielą grządki, utrzymują ciepło domowego ogniska, chroniąc wieś przed zbytnim zaniedbaniem.
Przez całą powieść czytelnik śledzi losy kurczącej się mikrospołeczności za sprawą niespiesznej, trzecioosobowej narracji. Klimat książki buduje zastosowany język, stylizowany na wiejską gwarę. W tym momencie warto pochwalić pracę tłumacza Jerzego Litwiniuka, który posłużył się bogatą staropolszczyzną, prezentując jej urok oraz piękno w pełnej krasie. Znakomita jest również przyjęta forma opisu świata przedstawionego. Narrator, niczym ciekawski chochlik odwiedza wszystkich pozostałych na wyspie mieszkańców wsi. Zagląda przez okno, prześlizguje się przez szparę w drzwiach, albo nasłuchuje ze stryszku, na który właśnie się wdrapał – gości przez chwilę w każdym domostwie, bacznie nadstawia ucha, próbując przekonać się jak zachowują się poszczególni osobnicy w obliczu nadciągającego kataklizmu. Wydaje się bowiem, że właśnie w takich kategoriach należy rozpatrywać zatopienie Matiory, szczególnie z punktu widzenia staruszków, którzy na wyspie mieszkają niemal do samego dnia zagłady. Z ich perspektywy koniec świata, którym od wieków straszono ciemny lud, staje się nagle bardzo konkretny i bliski, ba, wręcz namacalny. Autor świetnie uchwycił ludzką tendencję do antropocentryzmu – człowiek uważa się za oś, wokół której toczą się losy całego Wszechświata, rości sobie prawo do władzy nad całą przyrodą, na wszystko spogląda przez pryzmat własnej osoby. Z tego względu wiek wioski, która liczy sobie już ponad 300 lat, sprawia wrażenie bardzo sędziwego – wydaje się, że osada będzie trwać po wsze czasy i nikt przy zdrowych zmysłach nie przypuszcza, że może stać się świadkiem zgonu rodzimego siedliska. Tymczasem okazuje się, że to, co jeszcze niedawno jawiło się jako odwieczne, trwałe, niczym głaz z wielkim hukiem musi ustępować nowemu, niepojętemu, niezrozumiałemu. Niemal każdy człowiek postawiony w podobnej sytuacji czuje się zaskoczony oraz nieprzygotowany.
Rasputin przedstawił także zmiany postrzegania rzeczywistości zachodzące wraz z dojrzewaniem człowieka. W tym celu posłużył się trzypokoleniową rodziną Piłaginów. Warto w tym momencie nadmienić, że oprócz bohatera zbiorowego, jakim są mieszkańcy Matiory, utwór posiada centralną postać, którą jest Daria Piłagin. To właśnie na podstawie Darii, jej syna Pawła oraz wnuka Andrieja, czytelnik ma sposobność poznać stosunek trzech ostatnich pokoleń Matiory do trwających przemian. Łatwo zauważyć, że ludzie młodzi, których przedstawicielem jest Andrzej, wykazują skłonności do pojmowania człowieka w kategoriach mocarza, władcy, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Jego działania ograniczają wyłącznie bariery psychiczne, obce osobnikom wybitnym, mądrym, czy odważnym. Na kwestię ludzką zupełnie inaczej spogląda Daria, która tak jak większość ludzi starszych, poprzez pryzmat własnego więdnącego ciała, zanikających sił, w człowieku widzi słabeusza, nędznego robaka, czy pyłek unoszony wichrami historii. Istota ludzka jest co prawda butna i ogromnie pewna siebie, ale w rzeczywistości stanowi ona wyłącznie niewielki kawałek natury, który wkrótce przeminie, odejdzie w niepamięć. W obliczu potęgi przyrody, czy upływającego czasu, człowiek jest słaby, bezsilny, maluczki.
Bardzo ciekawy jest także obraz wiejskiego życia, toczącego się w Matiorze. Ginący świat odmalowany na wyspie stoi w wyraźnej opozycji do współczesnych modeli egzystencji ludzkich gromad. Dzisiejszego człowieka charakteryzuje przede wszystkim pośpiech, nieustanna pogoń za wyimaginowanym celem, dziki pęd, bez tchu, na złamanie karku, tak, że brakuje czasu, by obejrzeć się za siebie, by przystanąć i zamyślić się, czego właściwie pragniemy, czego tak usilnie poszukujemy. Tymczasem mieszkańcy Matiory, szczególnie Ci starsi prowadzą proste, ale pracowite życie, biegnące w rytmie natury, w zgodzie z mądrością przodków, oparte na solidnych wartościach moralnych. Wszystko toczy się powoli, swoim niespiesznym, ale odwiecznym biegiem. Ludzie nie żyją ze sobą w idealnej harmonii, występują pomiędzy nimi nieuchronne zgrzyty i tarcia, ale zawsze są gotowi pośpieszyć z sąsiedzką pomocą, a prywatne waśnie i spory gasną w obliczu rzeczy, zagrażających całej wsi. Śmierć Matiory może mieć zatem znaczenie symboliczne – autor zdaje się słusznie zauważać, że podobne społeczności zdają się sukcesywnie odchodzić, ustępując miejsca miejskim dżunglom, skupiskom ludzkim, przywodzącym na myśl kłębowiska indywidualistów, egzystujących w swoich ciasnych światkach, w których bardzo trudno doszukać się miejsca dla innego człowieka.
Reasumując, Pożegnanie z Matiorą to interesująca lektura. Ponieważ bohaterowie powieści w sposób definitywny żegnają się ze swoją rodzimą wioską, z doskonale znanym zakątkiem ziemi, stanowiącym niemal cały świat, nastrój utworu jest bardzo melancholijny, sentymentalny oraz smutny. W tle zachodzących zdarzeń, zaprezentowane zostały wspomnienia mieszkańców oraz historia wyspy. Niemal każda karta powieści tchnie powagą, spokojem, charakterystycznymi wobec rzeczy ostatecznych, nieodwracalnych. W utworze, który stanowi swoistą apoteozę wiejskiego życia, można doszukać się także refleksji, dotyczących takich interesujących tematów jak starość, przemijanie, ludzka godność, rozwój duchowy człowieka w kontekście postępu technicznego, czy automatyzacja codziennego życia. Na uwagę zasługują także znakomite opisy przyrody, która odgrywa w utworze niepoślednią rolę. Ponadto autor serwuje ciekawe spostrzeżenia dotyczące człowieczej natury, które najczęściej wygłaszają ludzie starsi, a więc bardziej doświadczeni życiowo, bogatsi o mądrość wynikającą z bacznej obserwacji otaczającego świata. Co interesujące, mimo, iż książka napisana została w 1976 roku, powieść pozbawiona jest jakichkolwiek peanów pochwalnych, na cześć panującego ustroju. 
 
 
Wasz Ambrose

piątek, 27 czerwca 2014

Magia barowa

Dawno już nie wrzucałem żadnego filmiku, ale ponieważ ostatnia lektura (wrażenia opiszę niebawem) nieco mnie zmęczyła, więc dziś jako przerywnik sympatyczny magik barowy. Nie jest tak szokujący jak Warriors of Goja, ani tak doskonały jak magik z SHOWTIME, ale taka chwila rozrywki przed weekendem też się nada.

wtorek, 24 czerwca 2014

O Raju na Ziemi





Wszelkie próby utworzenia raju na Ziemi prowadziły do stworzenia piekła na Ziemi.


Mikołaj Aleksandrowicz Bierdiajew (właściwie Николай Александрович Бердяев)

przytoczył Waldemar Łysiak w książce Satynowy Magik

poniedziałek, 23 czerwca 2014

O artylerii




Furia artylerii jest zimna, mechaniczna, ale jej cel jest całkiem osobisty.


John Bain, batalion Górali Gordona

sobota, 21 czerwca 2014

Eisuke Nakazono "Koniec święta" - W przededniu dorosłości

Koniec święta

Eisuke Nakazono

Tytuł oryginału: Matsuri-no shinu hi
Tłumaczenie: Krystyna Okazaki
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Liczba stron: 176
 
 
 
 
 
 
 
Zwrot „Ach, ta dzisiejsza młodzież” odmieniany przez wszystkie przypadki, stosowany w różnych konfiguracjach przewija się w historii ludzkiej cywilizacji niemal od jej zarania. Chyba każde kolejne pokolenie bolało nad moralną kondycją swoich następców, widząc w nich jedynie degeneratów i nieodpowiedzialnych utracjuszy. Grecki epik Hezjod, żyjący kilka wieków przed narodzeniem Chrystusa mówił:

Nie widzę nadziei dla przyszłości naszego narodu skoro polegamy na bezmyślnej dzisiejszej młodzieży, bez wątpienia wszyscy młodzi są lekkomyślni ponad wszelką miarę... Gdy ja byłem młody, uczono nas dyskrecji oraz szacunku dla starszych, ale dzisiejsza młodzież jest coraz bardziej pogardliwa i nie zna umiaru.

czwartek, 19 czerwca 2014

Eugenika osobista

 

Sprawa osobista

Kenzaburō Ōe

Tytuł oryginału: Kojinteki na taiken
Tłumaczenie (z j. angielskiego): Zofia Uhrynowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 192




W 1883 roku Francis Galton, kuzyn Karola Darwina, wprowadził termin eugenika. Słowo o greckim źródłosłowie (eguenes – dobrze urodzony) zastosowano do określenia gałęzi nauki, której celem byłoby badanie możliwości rozwoju osobników o pożądanych cechach dziedzicznych poprzez selekcję genetyczną. Eugenika pozytywna koncentruje się na zapewnianiu sprzyjających warunków dla reprodukowania oraz rozwoju najlepszych, najsilniejszych organizmów, z kolei celem eugeniki negatywnej jest zapobieżenie rozmnażania się osobników gorszych, obciążonymi poważnymi wadami genetycznymi. Eugenika bardzo szybko zyskała sporą popularność, szczególnie w ciągle jeszcze młodym i kształtującym się państwie amerykańskim. W Nowym Jorku powstał nawet rejestr eugeniczny, który miał przysłużyć się poprawieniu cech zarówno fizycznych jak i psychicznych całej ludzkiej społeczności. Idei udoskonalania, poprawiania, czyli eugenice pozytywnej, błyskawicznie zaczęła towarzyszyć również eugenika negatywna, której wydźwięk szczególnie wzmocnił kryzys ekonomiczny, jaki w latach 30. uderzył w amerykańską oraz europejską gospodarkę. Niemal z miejsca znaleźli się ludzie, którzy skonstatowali, że niepełnosprawni, kalecy, chorzy psychicznie, żyjący na koszt państwa, utrzymywani z podatków zdrowych, pełnowartościowych, etc. podatników są niczym pasożytnicza tkanka na ciele normalnego społeczeństwa. Eugenika przeszła w agresywną fazę, w której dokonywano sterylizacji osób podejrzanych o niską inteligencją, posiadanie wad genetycznych, itd. Przymusowe kastracje stały się skuteczną bronią przeciwko niepotrzebnym szkodnikom, którym należało uniemożliwić rozmnażanie się. Złoty okres eugeniki nastąpił w trakcie II wojny światowej. Rzesza niemiecka, w której bujnie kwitły ideologie związane z czystością aryjskiej rasy, z chęcią pozbywała się homoseksualistów, zboczeńców seksualnych, umysłowo chorych, czy osobników o żydowskim, bądź cygańskim pochodzeniu. Po wojnie, zakończonej klęską hitlerowskiego państwa, eugenika, jako nauka wyklęta, skalana krwią przelaną przez nazistów musiała schować swoje sztandary, oddając się wstydliwemu milczeniu. Rzecz jasna, nie znikła ona wraz z ustaniem działań wojennych – funkcjonuje ona do dzisiaj, tyle, że bez odwoływania się do starej nazwy, m.in. jako badania genetyczne, zabiegi aborcyjne, etc. Wydaje się, że eugenice największe opory natury moralnej oraz religijnej budzi fakt, że nauka staje się na poły boskim atrybutem – za jej pomocą decydujemy o ludzkim życiu (możemy stwierdzić, który płód nadaje się do dalszego rozwoju, a który należy wyeliminować jako obciążony zbyt dużą liczbą defektów) oraz ograniczamy cudzą wolność (zabraniamy rozmnażać się osobnikom słabym, kalekim, głupim, itd.). W moim mniemaniu człowiek jako istota z natury okrutna, złośliwa, mściwa, nie dorósł jeszcze, by dzierżyć w rękach tak potężną władzę. W końcu możliwość rozstrzygania o zasadności cudzego bytu to podejmowanie decyzji o sprawach nieodwracalnych, których konsekwencji nie sposób cofnąć. To ogromna odpowiedzialność, której wielu ludzi nie jest w stanie udźwignąć. O tym jak wiele to brzemię, jak nieznośny jest jego ciężar można przekonać się na podstawie lektury Sprawy osobistej, autorstwa Kenzaburō Ōe.
Kenzaburō Ōe to urodzony w 1935 japoński prozaik oraz eseista, laureat literackiej Nagrody Nobla z 1994 roku, którego twórczość dane mi było poznać za sprawą znakomitej powieści Futbol ery Man’en. W dziełach tego artysty, oplecionych kokonem egzystencjalizmu, dominują dwa tematy: japońskie dziedzictwo energii atomowej, która winna być wykorzystywana z ogromną rozwagą, wyłącznie do pokojowych celów oraz wynikający z własnych doświadczeń motyw niepełnosprawnego dziecka. Syn autora, Hikari, urodził się z poważną wadą mózgu, będąc od najmłodszych lat skazanym na łaskę rodziców, którzy musieli go bez przerwy pielęgnować. Książka Sprawa osobista to opis bolesnych doświadczeń, związanych z próbą pogodzenia się z przyjściem na świat dziecka, którego normalny rozwój był z góry wykluczony.
Główny bohater utworu to Ptak, dwudziestosiedmioletni młodzieniec o wyglądzie starca. Pseudonim tej postaci, ciągnący się za nią od wczesnego dzieciństwa nie jest dziełem przypadku – osobnik ten, wątły, wiecznie przygarbiony, z głową wciśniętą w ramiona wyglądem przypomina właśnie kruchego i nieco bezbronnego ptaka. Podobieństwa do tego umiejącego szybować w przestworzach kręgowca można dopatrywać się również w fakcie, że Ptak, chociaż żyje na ziemi, to jednak nie stąpa po niej zbyt twardo – jego świadomość często unosi się w górę, tonąc w obłokach marzeń. Pewnego dnia Ptak zostaje brutalnie sprowadzony na twardy i bolesny grunt – jego żona, będąca w stanie błogosławionym, urodziła dziecko, ale synek przyszedł na świat z przepukliną mózgową – ogromną naroślą na czaszce, przypominającą drugą głowę. Ponieważ matka w trakcie połogu znajdowała się pod narkozą i nie jest świadoma tego, co stało się z jej pociechą, to na barki Ptaka spada konieczność podjęcia decyzji, co do dalszych losów istoty, która właśnie przyszła na ten niegościnny świat. Od początku bowiem pojawiają się wątpliwości, czy dziecko z tak poważną wadą zasługuje na dar życia.
Autor w bardzo interesujący sposób prezentuje różne postawy, jakie przyjmują ludzie na wieść o ułomności nowonarodzonego dziecka. Przerażona teściowa okuwa się w pancerz agresji oraz napastliwości – atakując zięcia za samą czelność żywienia nadziei, co do normalnego rozwoju dziecka, niemal od razu daje do zrozumienia, że najbardziej pożądanym wyjściem jest eliminacja zwyrodnialca oraz podjęcie kolejnych prób poczęcia sprawnego, nie naznaczanego żadnym defektem potomka. Dreszcz obrzydzenia budzi również podejście jednego z lekarzy, który w dziecku potrafi dostrzec wyłącznie interesujący, rzadki i niezwykły przypadek medyczny. Doktor, bez cienia zażenowania, a tym bardziej bez grama empatii uświadamia ojca, że niechybna śmierć malucha oraz jego sekcja zwłok przysłużą się zarówno nauce jak i całemu rodzajowi ludzkiemu. Ciekawe pocieszenie serwuje przyjaciółka Ptaka, Himiko, dzieląc się z nim swoją pluralistyczną teorią Wszechświata, zakładającą mnogość istniejących rzeczywistości, pośród których musi znajdować się i taka, w której Ptak jest szczęśliwym ojcem. Łatwo jednak odkryć znamiona egoizmu w tej filozoficznej brei, kiedy czytelnik zwróci uwagę na fakt, że Himiko to młoda wdowa, cierpiąca po samobójczej śmierci męża, dla której temat zgonu staje się nieznośną obsesją, o której nie sposób przestać rozmyślać.
Ptak, człowiek z natury roztargniony, odrętwiały, egzystujący w głębokiej izolacji od świata, plącze się w bezradności. W swoim dotychczasowym życiu dał się poznać jako osobnik pogodzony z losem, dający się nieść wraz z jego prądem i kołysać na jego falach, niczym papierowy stateczek. Podświadomie unikając analizowania braków i niedostatków własnego życia, przynajmniej do momentu narodzin dziecka nie był nim zbytnio rozczarowany. Jedynym marzeniem Ptaka było odbycie podróży do dzikiej, niezbadanej Afryki, ale egzystencja niepełnosprawnego dziecka, którego rehabilitacja z pewnością wiązałaby się z ogromnymi kosztami jawi się jako gwoźdź do trumny, w której należałoby pochować to jedyne, potajemne pragnienie głównego bohatera. Autor poprzez odmalowanie zachowania młodego ojca, targanego wątpliwościami, czy należy pozwolić dziecku żyć, dokonuje brutalnego zszargania świętego obrazu rodziny. Ciepło domowego ogniska zaczyna ustępować miejsca myśliwskim skojarzeniem, zgodnie z którymi Ptak jest niczym schwytana w zasadzkę zwierzyna – jego małżeństwo to pułapka, tyle, że z wciąż otwartymi drzwiami, umożliwiającymi ucieczkę, rezygnację, odwrót. Narodziny dziecka stanowią w tej układance ostatni akcent wolności, silny podmuch, który może bezpowrotnie zamknąć wrota klatki. Trudno w takim układzie szukać miłości, wsparcia, zrozumienia, stąd też samotność bohatera jest niemal bezbrzeżna, czarna i lepka niczym smoła, z której będąc w niej zatopionym po szyję, nie sposób się wydostać.
W moim odczuciu ukazanie jak bardzo bezradny jest rodzic wobec choroby własnego dziecka stanowi najmocniejszy punkt książki. Ptak w żadnej mierze nie może pomóc swojemu maleństwu – pozostawiony sam na polu walki z synem-potworkiem wpada w panikę, wzorem otoczenia spoglądając na własnego potomka jak na wybryk natury, pozbawiony ludzkich cech. W jego mózgu lęgnie się tasiemiec egoizmu, nakazujący myśleć o ułomności dziecka jedynie przez pryzmat własnych zawiedzionych nadziei, a umysł zaczyna rozpalać nieznośny rak wstydu – krępująca jest zarówno wada własnego synka, do której nie sposób przyznać się przed znajomymi oraz sąsiadami (ale jak uniknąć ich ciekawskich spojrzeń, wścibskich pytań, dociekliwych języków?) jak i własne podłe, świadczące o małości serca postępowanie. Ptak niemal przez całą powieść pogrążony jest w rozterce dotyczącej tego, co może zaoferować własnemu dziecku – czy powinna być to miłość, akceptacja, pomoc, czy też szybka śmierć, kończąca pobyt maleństwa na tym zimnym, twardym, chropowatym, niebezpiecznym, niegościnnym świecie, skąpanym w oślepiającej jasności, ogromnym i bezkresnym, którego nie da się w całości zapełnić całym sobą, jak miało to miejsce w macicy.
Fabuła utworu to w głównej mierze wędrówka Ptaka, który pragnąc uciec przed ciążącą nad nim odpowiedzialnością, odbywa podróż w głąb własnej osobowości, próbując zrozumieć zarówno własne fobie, jak i motywy kierujące jego dotychczasową egzystencją. Bohater przedzierzga się w poczwarkę zamkniętą w kokonie swojej osobistej tragedii, którą stara się uśmierzyć za pomocą różnorakich środków. Seks, alkohol, rozwiązłość, agresja, wspomnienia. Ptak robi wszystko co może, byle tylko oddalić się od dręczącego go dziecka-potworka. Wizja potomka skazanego na wegetację rośliny, wymagającego bezustannej, całodobowej opieki paraliżuje umysł głównego bohatera. W nowonarodzonym życiu dostrzega on głównie zagrożenie – synek to bardziej potworny chwast, czy armia okupacyjna, bezpardonowo wkraczająca w egzystencję Ptaka, pozbawiając go złudzeń o wolności, obdzierając z marzeń, na spełnienie których zabraknie zarówno czasu jak i pieniędzy.
Książka, utrzymana w mocno naturalistycznej konwencji bezwzględnie obnaża podłość ludzkiego charakteru. Wszyscy, łącznie z Ptakiem, uważają, że najlepszym wyjściem byłoby pozbycie się dziecka, ale nikt nie ma odwagi, by podjąć zdecydowane działania w tym kierunku. Ptak zostaje pozostawiony sam na sam ze swoim problemem – to jego osobista sprawa, z którą samodzielnie musi się zmierzyć. Przeraża jednak to automatyczne odebranie niepełnosprawnemu ludzkich przymiotów, pozbawienie go nawet elementarnej osobowości – synek Ptaka traktowany jest jako wybryk natury, ciekawostka medyczna, brzemię młodych rodziców, hańbiące świadectwo nieudanej miłości, etc., ale tylko zagraniczny przyjaciel Ptaka, pan Delczew, który obdarza głównego bohatera znakomitym cytatem z listów Kafki (jedyną rzeczą, którą rodzice mogą zrobić dla dziecka, to powitać je, kiedy przychodzi na świat), potrafi ujrzeć w maleństwie ludzką istotę. W świetle tych faktów, wydaje się, że bardzo częste przyrównywanie kolejnych postaci oraz ich zachowań do pierwotnych wzorców zaczerpniętych ze świata zwierząt jest zabiegiem celowym. Autor zdaje się twierdzić, że skoro na miano człowieka nie zasługuje nawet bezbronne, zdeformowane biologicznie dziecko, to tym bardziej nie są nimi osobnicy, którzy tak łatwo wydają tego typu istnienie na pastwę śmierci.
W Sprawie osobistej możemy podziwiać genialny literacki warsztat Kenzaburō Ōe, z którym miałem okazję zetknąć się w czasie lektury Futbolu ery Man’en. Uwagę zwraca bogata symbolika, którą obficie upstrzone są karty powieści oraz nawiązania do francuskiego egzystencjalizmu (z głową zabandażowaną głową Jean-Paul Sartre na czele). Samobójca-wisielec, transwestyta-homoseksualista, skrywający swój sekret pod maską kobiety, motyw autodestrukcyjnej ekspiacji, czy potężna kobieta, niczym Cerber strzegąca dostępu do kryjówki Delczewa to drobne niuanse, zdobnicze dodatki, pozostające bez kluczowego wpływu na fabułę, które jednak składają się na charakterystykę prozy japońskiego artysty, przesiąkniętej lepkim pesymizmem. Kenzaburō Ōe po raz kolejny dał się poznać także jako naturalista, skrzętnie odnotowujący każdą biologiczną czynność, którą wykonują jego bohaterowie. Szorstki dotyk włosów łonowych na udzie, ofiara złożona z pijackich wymiocin, z dobrze widocznym miąższem cytryny, czy seks analny, z towarzyszącymi mu dziwnymi odgłosami oraz lekko nieprzyjemnym zapachem – jak na dłoni widać, że pisarz lubi epatować tym, co dla wielu wydaje się obrzydliwe, chociaż jest tak bardzo ludzkie.
Reasumując, Sprawa osobista okazała się wyjątkową lekturą. Kenzaburō Ōe, podobnie jak w Futboluery Man’en rozgrzebał najmroczniejsze zakamarki psychiki swoich bohaterów, wywlekając na światło dzienne wszelkie brudy, jakie skrywa w sobie umysł człowieka. Autor z wręcz perwersyjną nachalnością zaprezentował słabość oraz ułomność ludzkiego charakteru, który w obliczu groźby wytrącenia z torów bezpiecznej codzienności i rutyny, skłonny jest popełnić nawet największą podłość. Jednocześnie utwór to powieść o trudnym dojrzewaniu psychicznym, o dorastaniu do powzięcia odpowiedzialności za swoje czyny oraz o umiejętności dostrzeżenia człowieka w każdej ludzkiej istocie, nawet zdeformowanej, czy chorej. Książka w moim mniemaniu to piękna, choć niewątpliwie bardzo trudna i bolesna lekcja humanizmu. Podobnie jak Koczowniczka oraz Luiza, chylę czoła przed odwagą autora, który mimo, iż zapewne niejeden czytelnik będzie utożsamiał go z samym Ptakiem, nie zawahał się zaprezentować całej gamy negatywnych emocji odczuwanych przez ojca niepełnosprawnego ojca. Wydaje mi się, że do wielu uczuć, które kojarzą się głównie z zachowaniem małostkowym, podłym, zasługującym na pogardę, większość ludzi nie potrafiłaby się przyznać nawet przed samym sobą.
Wasz Ambrose

środa, 18 czerwca 2014

O komórkach




Telefonia komórkowa dała państwu możliwość inwigilacji rozmów, korespondencji i poglądów wszystkich obywateli. Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya stał się faktem.





wtorek, 17 czerwca 2014

Świat jutra





Duch Epoki: Idąc Naprzód

(oryg. Zeitgeist: Moving Forward )



Kiedy kolega przesłał mi link do trzeciej odsłony filmu Zeitgeist w reżyserii Amerykanina Petera Josepha, nie paliłem się do jego oglądania. Linki do filmów, które zwykle otrzymuję w poczcie elektronicznej, to albo jakieś infantylne teorie spiskowe, albo śmiesznostki. Choć ten akurat znajomy jest specjalistą od humorków, to tytuł nie wyglądał na coś wesołego, a długość filmu wręcz zaprzeczała temu, by była to komedia. Czy można zrobić coś, co będzie śmieszyć przez dwie godziny i czterdzieści minut? W dodatku jako produkcję niekomercyjną? Poprzednich filmów Josepha (kojarzy się, choć było to imię, nieprawdaż?) nie oglądałem i ten też czekał długo. W końcu, w obliczu rozterki między kolejną powtórką Czterech Pancernych i Ojca Mateusza, wybrałem wyjście awaryjne. Zeitgeits.



Duch Epoki to film popularnonaukowy. Od razu powiem, iż seans wciągnął mnie od pierwszych sekund.

W chwili obecnej wszystkie mainstreamowe media aż zachłystują się postępem. „Więcej wszystkiego” ma być receptą na szczęście i niech diabli porwą koszty! Od zawsze budzi to mój sprzeciw, gdyż rozwój w sensie wzrostu jest jedyną pewną drogą do śmierci. Udowodnił to już dawno na gruncie cybernetyki nasz wielki i zapomniany rodak Marian Mazur. Cóż z tego, skoro „mieć więcej” idealnie wpisuje się w poziom umysłowy i moralny tłuszczy, czyli większości społeczeństw zwanej elektoratem. A naczelną zasadą demokracji (czy ochlokracji, jak ją nazywał Jan Paweł II), jest władza większości. Dokładniej tych nielicznych, którzy nią manipulują, ale oni też wyznają te same zasady, więc na jedno wychodzi. I nie zdołał nakłonić do odejścia od tej manii posiadania ani Jezus i papieże, ani Allach i jego kapłani, ani Dalai Lama. Zapisane w wielkich religiach pochwały ubóstwa i rozsądku to tylko martwe zapisy ponaginane tak, by nie stały w sprzeczności z pożądaniem posiadania. Prawdziwych, gorliwych wyznawców łatwiej znajdują tacy jak Hitler czy Stalin, którzy obiecują więcej i więcej. Więcej bogactw, więcej ziemi, więcej władzy, więcej dzieci. Co kto chce, byle więcej. I tak w każdej kampanii wyborczej na całym świecie. A to droga w jedną stronę.

Zeitgeist zaskoczył mnie tym, iż podjął temat zbliżającej się katastrofy nie od strony przeludnienia, nie wprost od strony wyczerpania się któregoś z kluczowych dla gospodarki świata zasobów, ale z samej definicji pieniądza. Tak jak komunizm miał zapisaną w samej swej istocie nieuchronną walkę z kapitalizmem, co sprawiało, że musiał albo zwyciężyć militarnie, albo powolnie zdechnąć, gdyby się wygrać w starciu nie dało, tak pieniądz, zwłaszcza ten nowy, wirtualny, kreowany przez systemy finansowe, ma w sobie zapisane swe przeznaczenie. Musi przeć do zniszczenia świata i uda mu się to, chyba że ludzie zeń zrezygnują. Teza na pozór karkołomna, ale po obejrzeniu filmu już się Wam taką przestanie wydawać. Zwłaszcza, że współgra z osiągnięciami i nauk społecznych, i ścisłych.


Jakkolwiek jestem pesymistą i nie wierzę, by dało się ten bieg rzeczy, którego jesteśmy świadkami, odwrócić bez globalnej tragedii, której rozmiary trudno przewidzieć, i optymistyczne wątki filmu mnie nie przekonują, to warto się z nim zapoznać nie tylko dlatego, iż prezentuje piękną i bardzo przekonującą hipotezę. W filmie występują uczeni z rożnych dziedzin nauki i wypowiadają się dość swobodnie, w związku z czym dowiadujemy się wielu bardzo ciekawych rzeczy na tematy dość luźno związane z głównym wątkiem. Są to więc jakby dwa filmy w jednym. Pierwszy poświęcony zagładzie, ku której zmierza nasz świat o ile niczego z tym nie zrobimy, a moim zdaniem nie zrobimy. Drugi jest jakby spotkaniem uczonych opowiadających o rzeczach, które mogą się nam przydać już teraz. Dziś, jutro, kiedyś. Niezależnie od tego, jak długo potrwa nasz świat taki, jaki znamy, te wątki są bardzo wartościowe. Truizmem byłoby stwierdzenie, iż rzecz daje do myślenia i zmienia sposób patrzenia na wiele spraw. Pominę więc ten wątek. Pytanie natomiast, jaki procent populacji jest zainteresowany taką tematyką na tyle, by choćby obejrzeć ten film do końca. Pytania ilu z tych nielicznych zechce to przemyśleć i zmienić cokolwiek w swoim życiu nawet nie warto stawiać. Pozostaje robić to, co się uważa za słuszne, bez oglądania się na resztę. Jak Zimbardo.

Skoro jest okazja obejrzeć, więc nie ma sensu się dłużej rozpisywać. Zapraszam na seans:








Wasz Andrew

poniedziałek, 16 czerwca 2014

O kryzysie ideologii




Koran pozostał ostatnią szansą na wyzwolenie. W Ameryce Południowej dawni rewolucjoniści, czciciele Tupaca Amaru i Che Guevary, zostali demokratycznymi prezydentami i premierami, ale liczba faweli wcale się przez to nie zmniejszyła. Chrystus z karabinem na ramieniu strzeże teraz już tylko pól kokainowych.



Vincent V. Severski Niewierni

sobota, 14 czerwca 2014

Kolorowa pocztówka z nazistowskiego reżimu

 

W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944

Hans Fallada

Tytuł oryginału: In meinem fremden Land: Gefängnistagebuch 1944
Tłumaczenie: Bogdan Baran
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 242
 
 
 
 
 
 
 

Nieznośna i niemal niemożliwa do zwalczenia ludzka tendencja do upraszczania dostrzegalna jest w każdym aspekcie człowieczego żywota. Cenione są klarowne schematy, do których, po delikatnych korektach, można wszystko przyłożyć, bardzo dobrze mają się stereotypy, nawet te najbardziej krzywdzące, cały czas ogromną popularnością cieszy się historia, której karty utrzymane są w biało-czarnej konwencji. Z tego też powodu w naszej narodowej mentalności, obraz Niemca z okresu II wojny światowej to w dominującej większości portret złego do szpiku kości osobnika, który z furią w oczach morduje swoich wrogów, z upodobaniem pozbawiając życia znienawidzonych Żydów oraz Polaków. Postać hitlerowskiego oprawcy przedstawiana jest w najmroczniejszych barwach, które skutecznie zasłaniają ludzkie oblicze podłej istoty, wstrętnej kreatury, nie zasługującej na miano człowieka. Wydaje się jednak, że usilne dehumanizowanie nazistów to w dużej mierze odruch samoobrony – odmawiając im ludzkich przymiotów, niszcząc ich stricte człowieczy rodowód stwierdzamy niejako, że stanowili oni odrębne istoty, które nie mają z nami nic wspólnego. Ergo, nieważne w jak skrajnych warunkach byłoby egzaminowane nasze człowieczeństwo, nigdy nie dopuścimy się zbrodni, okrucieństw, podłości, które stały się udziałem hitlerowskich bandytów. W moim mniemaniu takie przeświadczenie jest zarówno mylące jak i zgubne. Niestety, ale doświadczenie pokazuje, że ludzka kreatywność niemal zawsze zdoła stworzyć środowisko, w którym nawet najwięksi herosi i altruiści zapominają o cudzej godności, czy zwykłym prawie do życia. Można przekonać się o tym na podstawie całej gamy lektur, zawierających wspomnienia z okresu wojny. Wyjątku nie stanowi utwór W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944, autorstwa Hansa Fallady, który jest jednocześnie znakomitym dowodem na to, że zło tkwi praktycznie w każdym człowieku.
Hans Fallada to pseudonim literacki Rudolfa Ditzena, żyjącego w latach 1893 – 1947 niemieckiego pisarza oraz dziennikarza. Ten niepokorny typ, który zmagał się z uzależnieniem od alkoholu, toczył zaciekłe boje, by wyrwać się spod skrzydeł morfiny, regularnie walczył z depresją, urodził się w bardzo feralnym czasie oraz w równie pechowym miejscu. Okres jego literackiej działalności zbiegł się z funkcjonowaniem III Rzeszy Niemieckiej, znajdującej się pod rządami NSDAP, czyli Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, na czele której stał Adolf Hitler. Egzystencja Fallady w kraju, w którym władzę sprawowali naziści, nie należała do najłatwiejszych, jako, że pisarz nie zaliczał się do gorących zwolenników nowego ładu. Jako jednostka niepokorna, nie dająca się manipulować, bardzo szybko zaskarbił sobie statusy persona non grata. Z tego powodu jego żywot stał się jeszcze bardziej skomplikowany, ale mimo wszelkich przeciwności losu, który waliły się na kark Fallady w ilościach wręcz hurtowych, autor nie zdecydował się na opuszczenie Niemiec. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy pisarz żałował tego wyboru. Pewnym jest natomiast, że gdyby wybrał emigrację, czytelnik nie miałbym okazji zapoznania się dziełem W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944, będącym znakomitym dokumentem, wnikliwie obrazującym panoramę społeczną nazistowskich Niemiec.
Ogromnie interesujące są same okoliczności powstania utworu. Autor spłodził go przebywając w więzieniu dla psychicznie chorych przestępców kryminalnych, gdzie został osadzony pod zarzutem próby zabójstwa swojej byłej małżonki (z którą rozwiódł się niecałe 2 miesiące wcześniej, ale z którą cały czas mieszkał). Warto przy tym dodać, że nie była to pierwsza wizyta Fallady w areszcie – za kratki trafiał on w roku 1923 oraz 1926, w obu przypadkach odbywając karę za przeprowadzone defraudacje, które związane były z narkotykowym uzależnieniem. Tym razem więzienie wydawało się gwoździem przybitym do trumny – blask chwały Fallady dawno już zmatowiał, alkohol wyciągał po niego swoje długie szpony, a psychika, umęczona ciągłymi problemami wynikającymi z zapiekłej nienawiści do nazistów, znajdowała się w niemal kompletnej rozsypce. Przymusowa izolacja okazała się jednak doskonałą terapią antyuzależnieniową – autor zdołał wyprosić przybory, niezbędne do pracy każdego pisarza, następnie poświęcił się działalności literackiej. W ten oto sposób powstało kilka opowiadań, powieść Pijak oraz omawiany W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944.
Dzieło Fallady rozpoczyna się wspomnieniami dotyczącymi wydarzeń z lutowej nocy 1933 roku, kiedy to spłonął gmach Reichstagu – pożar okazał się symbolicznym punktem zwrotnym w historii Niemiec. Incydent został skrzętnie wykorzystany przez NSDAP, która wkrótce doprowadziła do przekształcenia republiki parlamentarnej w monopartyjne państwo totalitarne. Akcja dzienników toczy się aż do ówczesnej teraźniejszości Fallady, czyli do roku 1944. Należy przy tym zaznaczyć, że czas nie biegnie tutaj linearnie. Autor swobodnie surfuje po jego powierzchni, by za chwilę głęboko zanurkować w jego przepastnej toni. Fallada często koncentruje się na pojedynczych przypadkach, pieczołowicie rozbierając je na czynniki pierwsze – czytelnik poznaje zarówno przyczyny oraz okoliczności zajścia danego zdarzenia, jak i jego następstwa oraz skutki, które wywarło w przyszłości. W efekcie Fallada serwuje sinusoidalną podróż w czasie, powtarzającą się cyklicznie niemal w każdym z rozdziałów, na które składają się zapiski z kolejnych dni odbywania kary. Jednocześnie pisarz konsekwentnie unika opisu tu i teraz, sporadycznie wspominając o więziennej rzeczywistości. Można wręcz odnieść wrażenie, że za sprawą literatury, Fallada znajdował się w szczelnej enklawie własnego umysłu, gdzie pogrążony w medytacjach oraz wspomnieniach tworzył świadectwo, dokumentujące realia, panujące w nazistowskich Niemczech. Więzienna cela stała się swoistym sanatorium, w którym Fallada podratował swoją słabą kondycję psychiczną oraz biblijną ziemią Uz, na której autor oddał się rozważaniom, kontemplacji, próbom zrozumienia wszystkiego, co zaszło w III Rzeszy Niemieckiej.
Największą zaletą książki jest bardzo drobiazgowy obraz niemieckiej społeczności, która przeszła ogromną metamorfozę w ciągu 12 lat, kiedy to kraj znajdował się pod rządami Hitlera oraz jego zwolenników. Jako, że autor nie cieszył się zbytnią estymą u nowych władców, w okresie nazizmu nigdy nie doczekał się on statusu literackiej gwiazdy, a wszelkie objawy zagrażającej mu sławy były szybko i należycie zwalczane. Dzięki temu Fallada pozostawał dość mocno zakorzeniony w codzienności szarych, zwykłych ludzi, którą skrzętnie opisał. Z doświadczeń autora, który sam naiwnie wątpił w możliwość wprowadzenia w życie wszystkich zamierzeń nazistów, wynika, że jeszcze dość długo po objęciu władzy przez Hitlera, zarówno on i jego partia nie byli traktowani zbyt poważnie. NSDAP oraz jej wódz często stawali się obiektem żartów, kpin, a większość społeczeństwa patrzyła niechętnym, albo co najmniej sceptycznym okiem na poczynania nowego ugrupowania. Fallada świetnie ukazał jak to kpiarskie lekceważenie połączone z grzechem zaniechania i obojętności powoli, aczkolwiek sukcesywnie i nieubłaganie poczęło przekształcać się w strach, obawę, a wreszcie przymus współdziałania. Na oczach czytelnika Hitler przedzierzga się z ekspresyjnego, durnowatego karzełka ze zabawnym wąsem w szalonego boga wojny, decydującego o losach milionów. Fallada dobitnie uzmysławia jak niebezpieczne jest bagatelizowanie skrajnych ideologii, jak źle może skończyć się pobłażanie połączone z kpiarskim uśmiechem pogardy. Autor ciekawie przedstawił także powolne, ale regularne sączenie się jadu nazistowskiej ideologii do niemieckiego społeczeństwa. Na przestrzeni kilkunastu lat w pełni widoczny staje się ogrom deprawacji, jaka dokonała się pośród obywateli III Rzeszy Niemieckiej – akceptacja powszechnego antysemityzmu, praca na rzecz reżimu w zamian za pewność artystycznego bytu, donosicielstwo na osoby zatrudniające obywateli żydowskiego chodzenia, czy denuncjacja za nie stosowanie pozdrowienia Heil Hitler to tylko niektóre z objawów toczącej naród zgnilizny moralnej.
Warto zauważyć, że Fallada kładzie ogromny nacisk na ukazanie fatalnego wpływu nazistów na całe społeczeństwo niemieckie. Ale jednocześnie zdaniem pisarza za sam fakt przejęcia sterów przez Hitlera w ogromnej mierze odpowiadali Alianci, którzy w trakcie ustalania warunków traktatu wersalskiego, nałożyli na niemieckie państwo ogromne grzywny oraz kary, niemal niemożliwe do podźwignięcia, torując w ten sposób nazistom drogę do władzy. Kraj osłabiony licznymi wojennymi stratami, pozbawiony ważnych ośrodków przemysłowych w Alzacji oraz Lotaryngii, z armią zredukowaną do skromnej liczby 100 tysięcy żołnierzy oraz przytłoczony wysokimi kontrybucjami, które miały stanowić wojenne reperacje, niejako musiał stać się wylęgarnią frustracji, złości oraz skrajnych ideologii narodowościowych.
Znamienny pozostaje styl, w jakim Fallada opisuje członków NSDAP. Śmiało można rzec, że autor odczłowiecza hitlerowców – określa ich mianem nazistów, brunatnych koszul, etc. (metodycznie unikając wyrażeń typu osobnik, persona), prezentując ich jako bezwładną masę, składających się z niemal identycznych elementów. Pisarz niemal wcale nie poświęca miejsca na charakterystykę pojedynczych jednostek, nie doszukuje się u ich cech, znamionujących indywidualizm. W zamian za to Fallada serwuje całą litanię pejoratywnych wyrażeń, które mają stanowić definicję typowego nazisty – w oczach pisarza hitlerowcy przypominają nieokrzesane hordy, odznaczające się chamstwem, prostactwem, prymitywnością, sztywnością, śmiertelną powagą oraz ślepym zacietrzewieniem w swoim nacjonalistycznym myśleniu. Bandy NSDAP składają się bezimiennych, zlewających się w jedno twarzy, na których maluje się bezmyślność, brak litości, gdzie trudno znaleźć oznaki współczucia. W mniemaniu autora większość nazistów była podstępnymi tchórzami – Fallada w swoim utworze kilkakrotnie zwraca uwagę, że całe zastępy wiernych oraz prominentnych członków NSDAP spędziły wojnę na bezpiecznych stanowiskach, trzymając się z daleka od linii frontu, unikając bezpośredniej walki za umiłowanego Führera. Przy okazji artysta przywołuje przykłady znajomych oraz sąsiadów, próbując pokazać jak trudna była sytuacja szarego obywatela III Rzeszy, który niekoniecznie pałał sympatią do naczelnego wodza. Fallada twierdzi, że wielu oddanych żołnierzy niemieckich walczyło z poczucia obowiązku służby ojczyźnie, narodowi. Autor czyni ciekawe spostrzeżenie, że w momencie rozpętania wojny, kiedy pojawił się jasno określony wróg, zagrażający rodzimej ziemi, walka stawała się celem nadrzędnym, skutecznie przysłaniającym zasadność samego konfliktu oraz konieczność działania z pogardzanymi, czy nielubianymi hitlerowcami. Wydaje się, że właśnie na tym polegał największy dramat ludzi, którzy nie popierali ideologii głoszonej przez NSDAP – w momencie objęcia władzy przez Führera, jako obywatele miłujący swój kraj, nie zdecydowali się go opuścić, nawet jeśli przeczuwali oni nadciągające godziny biedy i nędzy, za co później przyszło im słono zapłacić. Widać wyraźnie, że Fallada balansuje na bardzo cienkiej linie – autor z jednej strony stara się przynajmniej częściowo usprawiedliwić, albo choćby racjonalnie wytłumaczyć postępowanie zwykłych Niemców, którzy wcale nie optowali zarówno za Hitlerem jak i głoszoną przez niego ideologią, z drugiej zaś prezentuje nazistów, członków NSDAP w skrajnie negatywnym świetle, zrzucając na nich głównych ciężar win za wszystkie nieszczęścia, jakie miały miejsce w trakcie II wojny światowej. Trudno jednak zaakceptować migoczącą w oddali tezę, że niemieckie społeczeństwo zostało zmanipulowane przez garstkę podstępnych i przebiegłych hitlerowców – w ostatnim roku wojny partia NSDAP liczyła 8,5 miliona członków, co stanowiło ponad 10% całego społeczeństwa (niecałe 70 mln mieszkańców). W moim odczuciu to jeden z niewielu negatywów całego dzieła – Fallada niejednokrotnie podkreśla jak zmieniła się ludność III Rzeszy od 1933 roku (gdy wówczas zeszło się w Niemczech trzech ludzi, jeden na pewno był donosicielem; każdy może być szpiclem, mieszka tu bratobójstwo), ale jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że naziści to niejako obcy element w tkance społecznej Niemiec, osobnicy, którzy w kraju pojawili się ab extra.
Reasumując, lektura dzieła W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944, okazała się ogromnie zajmująca oraz piekielnie interesująca. Hans Fallada, zdeterminowany, by dać ujście zżerające go nienawiści względem nazistów, za sprawą sprawnego pióra oraz charakteryzującego dobrych artystów zmysłu obserwacji, snuje niejedną frapującą opowieść, rozgrywającą się w samym sercu hitlerowskich Niemiec. Autor porusza intrygujące tematy, nierzadko podchodząc do nich dość nowatorsko, patrząc na nie z perspektywy obywatela państwa, w którym władze sprawuje bezwzględny reżim. Fallada podejmuje także bardzo ostrą polemikę z emigracyjnymi artystami, traktując ich wzniosłe hasła nawołujące do bojkotu nazistowskich zarządzeń, do jawnego wypowiadania posłuszeństwa władzy, etc., jako łabędzi śpiew, słany tym łatwiej, w im bezpieczniejszej przystani znajdował się ich nadawca. Fallada wyraźnie stara się przekonać czytelnika, że świadome pozostanie w ojczyźnie, w której władzę przejął bezwzględny reżim było aktem bohaterstwa – to zdecydowanie przeciwstawna postawa do tej, którą zajmował Tomasz Mann, twierdzący już po zakończonej wojnie, że książki drukowane w Niemczech w latach 1933 – 1945 są mniej niż bezwartościowe i nie należy brać ich do ręki. Ponadto Fallada jako twórca płodzący z większym, a za sprawą hitlerowców najczęściej z mniejszym powodzeniem, świetnie unaocznia jak wyglądało życie zawodowe ludzi związanych z szeroko rozumianą kulturą w III Rzeszy. Przeraża stopniowe kurczenie się artystycznej niezależności, która w niedługim czasie niemal zupełnie została zahamowana, a następnie stłamszona przez konieczność przypodobania się rządzącej monopartii, stanowiącej wyrocznię, decydującą o fakcie, czy dane dzieło jest zgodne z duchem panującej ideologii. Smutne są również opisy kolejnych kompromisów moralnych, zawieranych przez całe rzesze artystów – sam Fallada ugiął się pod naciskiem faszystowskiej władzy, przerabiając zakończenie jednej ze swoich powieści, zgodnie z wizją ministra propagandy, Josepha Goebbelsa oraz przyjmując zlecenie na napisanie antysemickiej powieści (której jednak nigdy nie stworzył). W moim obcym kraju. Dziennik więzienny 1944 jest zatem świadectwem zwykłego człowieka, który nie raz załamał się w chwili słabości, który do końca próbował uciec od otaczającej go wojennej rzeczywistości, dla którego własny kraj z biegiem czasu stawał się coraz bardziej nieznany i obcy. Jednocześnie zaskakująca okazuje się lekkomyślność oraz zuchwałość Fallady, który kilka razy zagrał na nosie nazistom, ryzykując życie zarówno swoje, bliskich jak i współpracowników, nawet nie zdając sobie w pełni sprawy z rozmiarów grożącego mu niebezpieczeństwa. Ale właśnie te absurdalne w swojej bezczelności wybryki (np. słanie listów do Izby Piśmiennictwa Rzeszy, decydującej o literackim bycie pisarzy z pensjonatu, powszechnie znanego jako żydowski) sprawiają, że książka skrzy się niemal wszystkimi barwami emocji – począwszy od gorzkiego zwątpienia w ludzkość, na rzadkich, ale stricte humorystycznych wstawkach skończywszy.
P.S. Książka do nabycia w sieci Dedalus za 12 zł.

Wasz Ambrose