poniedziałek, 9 czerwca 2014

Naprawdę zapomniani

Charles Glass

Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej

tytuł oryginału: Deserter. The Last Untold Story of the Second World War

tłumaczenie: Tomasz Fiedorek

wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS 2013

liczba stron: 464


Nie dalej jak kilka dni temu, mogliśmy w migawkach telewizyjnych oglądać inscenizacje z okazji kolejnej rocznicy Dnia D, czyli inwazji w Normandii. Znów politycy, czyli ci, którzy z odwagą mają chyba najmniej ze wszystkich wspólnego, grzali się przy wspomnieniach chwały dawnych bohaterów. Znów historycy klepali te same bajeczki, które się opowiada przy podobnych rocznicach. Tylko tym razem pewnie ich myśli krążyły wokół czego innego. Oto ktoś, nawet nie będący formalnie historykiem, sprzątnął im sprzed nosa temat, który czekał od wieków na kogoś, kto będzie miał odwagę go poruszyć. Odważnemu obiecywał, że od razu jego nazwisko na zawsze zapisze się w annałach historii. Ten temat to dezerterzy. Teraz wszyscy historycy plują sobie w brodę, iż sami poń nie sięgnęli. Może nie tylko odwagi im brakło. Każde szkolenie, nie tylko wojskowe, ale również akademickie, zwane zdobywaniem wykształcenia, odciska na swych adeptach piętno, które doświadczony obserwator jest w stanie odczytać. Wpływa ono również na percepcję rzeczywistości i trzeba wybitnie niezależnego umysłu, by zachować na zawsze, mimo usilnych prób społeczeństwa, które usiłuje to zniszczyć, dziecięcą ciekawość, oryginalność myślenia, nieschematyczność, by pozostać umysłowym outsiderem, prawdziwie wolnym, prawdziwie niezależnym. Takie osoby są rzadkimi wyjątkami, zwłaszcza w nowoczesnych, medialnych społeczeństwach, piorących mózgi swych obywateli przez okrągłą dobę, napełniających ich umysły komercyjną papką. To chyba nawet ważniejsza przyczyna faktu, niż brak cywilnej odwagi, że dopiero teraz znalazł się ten pierwszy, który od razu stał się obiektem zazdrości wszystkich kolegów po fachu. Zbiegiem okoliczności akurat w rocznicę D-Day, w czasie blokady wszystkich mediów przez newsy o przebiegu obchodów tego święta, zakończyłem lekturę, która rzuca całkiem nowe światło na całą wojnę aliantów, również na sam D-Day.

Charles Glass był dotąd osobą dla mnie całkowicie nieznaną. Nazwisko to nic mi nie mówiło, choć powinno. Ten urodzony w 1951 roku Amerykanin jest znanym i uznanym pisarzem, dziennikarzem prasowym i telewizyjnym. Wystarczy wspomnieć, iż współpracuje z takimi pismami jak The Spectator, Newsweek czy The Obserwer oraz stacjami klasy ABC News, by wiedzieć, iż nie jest to ktoś, kto zajmuje się ploteczkami i propagandowymi newsami politycznymi. Markę wyrobił sobie jako specjalista od spraw przemocy na Bliskim Wschodzie. Ostatnio jednak, w książce Americans in Paris: Life and Death Under the Nazi Occupation, 1940-1944 (2009) dał wyraz swej fascynacji historią II Wojny Światowej. Najnowszą jego książką jest Deserter: The Last Untold Story of the Second World War opublikowana w 2013. Kiedy tylko dowiedziałem się, iż ukazała się w Polsce pod tytułem Dezerterzy: Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej, zagiąłem na nią parol. Nie ze względu na dotychczasowe osiągnięcia autora, gdyż jak wspomniałem do niedawna niczego o nim nie wiedziałem, nie ze względu na recenzje – żadnych nie czytałem, a z powodu odwagi. Pierwszy raz trafiłem na kogoś podejmującego ten temat dla niego samego.

Niech płaczą historycy, którzy przed Glassem nie wpadli na ten pomysł albo nie mieli odwagi na jego realizację. Jestem przekonany, że z czasem to opracowanie stanie się obowiązkową pozycją dla każdego, kto interesuje się wojskowością, historią, psychologią i w ogóle zalicza się do tych, którzy lubią wiedzieć.

Książka zaczyna się mocną opowieścią o pierwszym Amerykaninie, na którym wykonano wyrok śmierci za dezercję podczas II wojny światowej, a stało się to… Nie zdradzę, gdyż już ten jeden zaskakujący epizod daje do myślenia.

Dotychczas jednym z głównych synonimów słowa „dezerter” był „tchórz”. Nawet w słowniku PWN (internetowym, ale jednak PWN) w rozwinięciu hasła „dezercja” czytamy „odejście skądś lub rezygnacja z czegoś z braku odwagi, by stawić czoła trudnościom”. Nigdy się z tym nie zgadzałem, podobnie jak wielu psychologów, psychiatrów i weteranów, ale ponieważ taki właśnie stereotyp jest na rękę wszystkim władzom we wszystkich miejscach na świecie, więc dotąd miał się dobrze. Chwała Glassowi, iż przypomina w swej pracy wszystkich tych, którzy już wieki przed Zimbardo publicznie udowadniali, że dezerter, za wyjątkiem szczególnych przypadków, to nie tchórz ani dekownik, tylko taka sama pozycja na liście strat wojennych, jak ranny czy zabity. Taka sama również z tego powodu, iż nikt z tych, którzy wyruszają na wojnę, nie wie, czy to nie właśnie on „załapie się” do którejś z tych trzech kategorii. Jak powiedziała nasza genialna poetka* – „Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono”.

Świetnym wprowadzeniem do lektury jest sama okładka ozdobiona zdjęciem wykonanym jakby wprost na zamówienie do tej publikacji. Nie można przejść koło niego obojętnie, a miłośnik starych i dobrych fotografii może się w nie wpatrywać bez końca. Mam wrażenie, iż jest ono nawet lepsze niż świetny fotogram zdobiący okładkę wydania oryginalnego. Na papierze te obrazy wyglądają nieporównanie lepiej niż poniżej, na Waszych monitorach.






Dezercja, zwłaszcza wśród „naszych” to wątek niemal wykreślony z opowieści o wojnie. U nas mówi się tylko o bohaterstwie (naszym), o krwi i śmierci, o okrucieństwie (ze strony przeciwnika). Dezercja w obrazie II Wojny Światowej w naszej świadomości społecznej w ogóle nie występuje. Tymczasem Glass pokazuje, że skala jej w szeregach zachodnich aliantów, bo nimi właśnie autor się zajmuje, była wręcz szokująca. Do Anzio 1/3 wszystkich przypadków wracających do USA zza oceanu stanowiły przypadki neuropsychiatryczne. Około 10 tysięcy ludzi miesięcznie było zwalnianych z wojska z przyczyn psychicznych. Dla porównania trzeba za autorem podkreślić, że nawet gdy w szczytowym okresie w Europie były ponad 3 miliony amerykańskich żołnierzy, to w walce uczestniczyło naraz nie więcej niż 325 tysięcy z nich. Po D-Day było jeszcze gorzej. Straty z powodu traumy bitewnej wynoszące u Brytyjczyków w pierwszym tygodniu inwazji około 3 procent, w następnym tygodniu wzrosły do 13 procent. Po miesiącu niemal co czwarty ranny był nie skutkiem urazów fizycznych, a psychicznych.

Ci ludzie, te prawdziwe masy ludzkie, gdzieś musiały się podziać, z czegoś musiały żyć. Łączna liczba dezerterów alianckich jednocześnie przebywających na europejskim teatrze działań sięgała w przeliczeniu na związki taktyczne 10 dywizji. Tworzyli uzbrojone bandy zagrażające alianckim liniom dostaw, a przez to i działaniom na froncie. Opanowali czarny rynek w całej Europie. Ilość dezerterów i bandy napadające na transporty momentami były większym problemem niż sami hitlerowcy. Żołnierz nie może walczyć bez amunicji, jedzenia, a im bardziej nowoczesna wojna, tym większe są ilości i różnorodność materiałów, bez których nie można jej prowadzić. Problem jeszcze się komplikuje, gdy uzupełnienia ludzkie traktuje się tak samo jak dostawy paliwa, amunicji czy części zamiennych. Jakie to rodzi implikacje nie będę opowiadał. Przeczytajcie sami.

O czym są Dezerterzy? Nie tylko o dezerterach, co może sugerować tytuł, ale o wojnie w ogóle, o tym, czym jest dla wszystkich, których dotyka. A dla każdego jest czym innym. U nas w ogóle się nie wspomina, iż wojna powoduje zdeprawowanie i dewaluację wszelkich wartości. Nie tylko w wymiarze jednostkowym, ale całych społeczeństw, i to po obu stronach frontu. Nie mówi się też u nas, iż wojna niszczy dziedzictwo kulturalne, największy skarb ludzkości. Amerykanie, choć są najmłodszym narodem na świecie, a może właśnie dlatego, jakoś to zauważają.

Glass w swym opracowaniu opiera się na ogromie materiału dokumentalnego, również oficjalnego, wojskowego. W równiej mierze korzysta też ze wspomnień weteranów, co bardzo korzystnie wpływa na całość. Przy okazji wynikają bowiem całkiem inne wątki, poszerzające tematykę i wyraźnie zwiększające wartość książki. Miejscami polskiego czytelnika, przyzwyczajonego do autocenzury, stereotypów i dętego patriotyzmu, pewne fragmenty mogą wręcz porazić. Mordowanie jeńców przez aliantów, nie zorganizowane, na modłę niemiecką, ale samodzielne, indywidualne i zabijanie, bez premedytacji, ale nie do końca nieumyślnie, własnej ludności cywilnej, to prawdziwe realia wojny, których jednak nasi autorzy raczej nie ukazują. A rabowanie trupów, również tych, którzy jeszcze przed chwilą byli kumplami, towarzyszami broni, to inny z takich obrazków. Dotychczas tylko Clint Eastwood tak jawnie pokazał rabowanie zwłok, ale wrogów. Zaś rabowanie swoich, w biały dzień i na masową skalę? A przecież wiara, że tak nie było, jest infantylna. Skoro żołnierz zabierał trupowi jego amunicję, lepsze buty, racje żywnościowe i inne niezbędne rzeczy, których wciąż brakowało, to czy można wierzyć, że nie zabrał rzeczy cenniejszych, by zostawić je dekownikom ze służb tyłowych?

Niesamowitym motywem powtarzającym się i we wspomnieniach dezerterów, i w danych oficjalnych, był rozkład sympatii i antypatii wobec AWOL*. Prawdziwi weterani z pierwszej linii, otrzaskani w ogniu, z reguły okazywali im nie tylko sympatię, ale i każdą możliwą w danej chwili pomoc. Im zaś mniej miał ktoś wspólnego z prawdziwą wojną, tym bardziej wrogi miał wobec „tchórzy” stosunek. W szczególności nienawiścią wykazywali się ci, którzy w ogóle prochu nie wąchali – wszelkiej maści gaciowi, logistycy, żandarmi jednostek tyłowych i ci z oficerów liniowych, którzy nigdy w walce udziału nie brali i uważali, iż im to nie zagraża.

To mi przypomina dyskusję z jedną z blogerek, której ksywkę litościwie pominę, która u siebie wypisywała pochwały na rzecz „dobrych wojen” i posuwała się nawet do takich określeń, jak „wojna może być piękna”. Gdy po dłuższej wymianie komentarzy zauważyła, że sama sobie zaczyna przeczyć, że sama się ośmiesza, jako właścicielka bloga skasowała zarówno moje, jak i swoje wypowiedzi, by nikt nie wiedział o czym była mowa. Piszę o tym, gdyż u nas te infantylne przekonania o pięknych wojnach są wyjątkowo powszechne, zwłaszcza wśród ludzi, którym się wydaje, że skoro przeszli jakieś dziecinne szkolenie strzeleckie lub „wojskowe”, to coś wiedzą. Glass przez to, że otwiera oczy czytelnika na wiele aspektów wojny, jest tym cenniejszy dla polskiego odbiorcy, niszczy bowiem wiele złudzeń na ten temat.

Wracając do dezercji i jej konsekwencji, zwrócić należy uwagę, iż z reguły najsurowiej byli karani szeregowi piechoty, którzy jednocześnie byli najbardziej zagrożeni i mieli do dezercji największe powody. Im wyżej w hierarchii służbowej, tym kary mniejsze, aż do bezkarności całkowitej.

Ciekawostką jest też, iż zbyt realistyczne filmy dokumentalne, nawet zamówione przez wojsko u znanych reżyserów, cenzurowano. Choć płacono za nie spore pieniądze, nigdy ich nie publikowano.

Wątków, które nie przystają do popularnego obrazu wojny, jest mnóstwo. Jak choćby to, iż były momenty, że w Anglii wojskowe obozy jednostek alianckich były lepiej strzeżone przed ucieczkami niż mieszczące się w Wielkiej Brytanii obozy jenieckie, a do piechoty, by uzupełnić straty, werbowano nie tylko złapanych dezerterów, ale nawet zwykłych kryminalistów, którym obiecywano darowanie więzienia i zatarcie wyroków.

Wielką zasługą autora jest, iż nie tylko podaje fakty, często takie, które mogą szokować, nie tylko szuka prawidłowości i wniosków, ale równie wielką wagę przykłada do poszukiwania przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. I jest w tym bardzo dobry. Między innymi wyraźnie ukazuje negatywną selekcję do piechoty (dostawała ochłapy pozostałe po wszelkich innych rodzajach wojsk, a nawet po przemyśle, który był ważniejszy).

Ciekawym wątkiem, który mnie uderzył, nie pierwszy raz zresztą, były tematy damsko-męskie. Burdel wydaje się nieodzownym elementem i wojny, i pokoju, tymczasem w naszym, polskim obrazie świata, jakby nie istniał. Może dlatego, że uwiedzenie niewinnej dziewczyny czy namówienie mężatki do zdrady uważa się za coś lepszego, niż odwiedziny w domu publicznym. Jeszcze ciekawsza sprawa, to rzecz, która szokowała wielu Amerykanów, czyli polsko-francuski zwyczaj znęcania się nad kobietami, które świadczyły usługi seksualne żołnierzom państw Osi. Te „wyroki”, w rzeczywistości prawdziwe samosądy, to najgorsza parodia sprawiedliwości, a ich wykonawcy… Takie litościwe niedomówienie. Raz, że te w większości biedne kobiety nie miały innego wyjścia i Bóg wie jak bardzo zostały skrzywdzone przez los. Dwa, to analogia. Co myśleć o bojownikach, którym nie starczyło siły, by karać tych, którzy naprawdę wspierali faszystów, czyli właścicieli i pracowników wszelkich firm działających pod okupacją? Fabryki, rolnictwo, usługi... Od milionera do przysłowiowego szewca, każdy pod okupacją świadczył usługi okupantom. A znęcano się tylko nad dziwkami. Wielce wymowne.

Jedynym naprawdę wielkim minusem naszego wydania jest tragiczny spis treści, który uwzględnia tylko spis ksiąg, ale rozdziałów już nie. Inna sprawa, do której można się przyczepić, to miejscami nienadzwyczajny styl***. Daleko tutaj do precyzji, klarowności i płynności, które była taką frajdą przy poprzedniej mojej lekturze faktu – Wyspie Klucz. Czasami zdarzają się też sformułowania wynikające z założenia, iż czytelnik już ma pewną wiedzę na omawiany temat, co sprawia, że nieobeznany będzie musiał przerwać lekturę i sięgnąć choćby do internetu. A wystarczyłoby jedno lub dwa zadania objaśnienia.

Nie są to jednak wady istotne wobec wymowy tej przełomowej książki i wielkiej wartości, jaką jest ona dla skierowania świadomości społecznej na tory normalności i prawdy. Prawdopodobnie, gdybym miał wybrać jedną, jedyną książkę o froncie zachodnim, by pokazać prawdziwy obraz tej wojny, to byłaby to właśnie ta.


Zdecydowanie i absolutnie polecam


Wasz Andrew


* Wisława Szymborska
** AWOL - Absent WithOut Leave, nieobecny bez usprawiedliwienia
*** Oczywiście nie wypowiadam się, kto za to odpowiada – tłumacz czy autor. Nie czytałem oryginału.

13 komentarzy:

  1. Ciekawe czy ktoś się kiedyś odważy wydać książkę na temat dezercji Polaków zarówno tych walczących na Wschodzie jak i na Zachodzie. To by dopiero byłoby ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Też się nad tym zastanawiałem, ale czy to ma aż tak wielkie znaczenie dla obrazu wojny jako takiej? Poza tym Polacy byli w bardzo specyficznej sytuacji - po wrześniu walczyli tylko ochotnicy, mieli inną motywację, najczęściej osobistą (zemsta), i tak dalej. Ale oczywiście pytanie samo się narzuca.

      Usuń
    2. W skali globalnej pewnie nie, z punktu widzenia jednostki zapewne bardziej, chociaż z punktu widzenia ofiar jest obojętne czy zostały skrzywdzone przez regularne wojsko czy przez bandę dezerterów.

      Usuń
  2. Ciekawa publikacja. Osobiście nie lubię gloryfikowania wojen, prezentowania ich jako rzeczy szlachetnych, wzniosłych, etc. Zdecydowanie bardziej przepadam za pozycjami, które w pełnej rozciągłości obnażają okrucieństwa ludzkich konfliktów, a nierzadko bezsens i głupotę. Ciekawy motyw dezercji pojawia się u Gombrowicza, w utworze "Pornografia" - jeden z ważniejszych dowódców AK nagle stwierdza, że zwyczajnie się boi (jeszcze do wczoraj miał świadomość ryzyka, z jakim wiąże się jego działalność, ale dopiero dzisiaj fakt ów zaczął go przytłaczać, krępować, czyniąc nie zdolnym do dalszej służby). Ciekawie ukazano dramat tego człowieka - w centrum wojennej zawieruchy, z głową nabitą kluczowymi dla podziemia danymi, stanowi on nie lada problem, który mimo wszystkich zasług pasuje po prostu unicestwić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O - to mnie zaciekawiłeś. Dodaję do listy. Tylko kiedy to wszystko przeczytać? :)

      Usuń
  3. Chętnie bym przeczytał. Temat ciekawy i rzeczywiście raczej pomijany. Dzięki za cynk, wcześniej nie słyszałem o tej książce.
    I jak najbardziej podpisuję się pod opinią o samosądach na kobietach. Czuję wyjątkowe obrzydzenie, gdy czytam o tego typu scenach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Ciekawe dlaczego AK (choć nie tylko) tak szczyci się tymi akcjami. Dla mnie to hańba. Ale każdy naród ma takich bohaterów, jaki poziom moralny większości. To chyba też jeden z objawów tego, co ujęte w Dezerterach w odniesieniu do Amerykanów i Anglików - wieloaspektowej degeneracji społeczeństw dotkniętych wojną.

      Usuń
  4. Wstrząsająca lektura i potrzebna. Nie znoszę gloryfikacji wojny, nie znoszę piosenek o wojence, chłopcach malowanych, czerwonych makach - te wszystkie eufemizmy zasłaniające przerażająca prawdę.
    Gdzieś podskórnie człowiek wie, że wojna nie ma w sobie nic wzniosłego a cała ta oprawa ideologiczna jest na rękę politykom i sztabom generalnym. Ważne jest to co napisałeś o wyrozumiałości wobec dezercji wśród tych, którzy doświadczyli czym jest walka. Najłatwiej się potępia siedząc daleko w schronie. Podobnie jest z wszystkim, gębę pełną frazesów mają teoretycy życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Jednak często gębę pełną frazesów mają nie teoretycy, a praktycy życia. Mówią innym jak mają żyć, by nie tym innym, a im żyło się lepiej. I korzystają z życia na koszt pozostałych, a sami do głoszonych przez sienie haseł najmniej się stosują.

      Usuń
  5. Właśnie tych pouczających ex cathedra (nomen omen) jak żyć nazywam teoretykami życia. Twój opis jak najbardziej do nich pasuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No - ten nomen omen jak najtrafniejszy :)

      Usuń
  6. Nie zaglądałam na Waszego bloga przez 3 tygodnie a w tym czasie pojawiło się tu multum niezwykle intrygujących książek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam „Śledź przez e-mail” na górze prawej kolumny. Ciekaw jestem, czy to działa;)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)