Mniej więcej półtora roku temu podzieliłem się z Wami moimi rozterkami związanymi z butami trekkingowymi. Zniechęcony coraz słabszą wytrzymałością wyrobów Adidasa wyraziłem nadzieję, że może produkty Salomona okażą się lepsze. Od tego czasu wiele się zmieniło.
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
sobota, 17 października 2020
czwartek, 30 sierpnia 2018
dysonans poznawczy a niesłusznie skazani
Policjant decyduje, że podejrzany jest sprawcą, i w ten sposób zamyka się na inne możliwości. Prokurator okręgowy pod wpływem impulsu postanawia wnieść oskarżenie przeciwko domniemanemu sprawcy – zwłaszcza jeśli jego sprawa jest sensacyjna – mimo że nie dysponuje pełnym materiałem dowodowym. Ogłasza swoją decyzję w mediach, a później trudno mu się z niej wycofać, kiedy dowody okazują się słabe. Po drugie, kiedy dana sprawa trafia do sądu, a oskarżony zostaje uznany za winnego, przedstawiciele organów ścigania mają motywację do odrzucania wszelkich ujawnionych później dowodów jego niewinności.
Z perspektywy teorii dysonansu można zrozumieć, dlaczego ofiary niesłusznych wyroków skazujących są traktowane tak surowo. Owa surowość jest wprost proporcjonalna do sztywności systemu. Jeśli wiesz, że błędy są nieuniknione, to nie będziesz zaskoczony, kiedy się zdarzą, i będziesz dysponował gotowymi środkami, żeby im zaradzić. Jeżeli jednak nie chcesz przyznać przed samym sobą bądź przed światem, że błędy się zdarzają, to każda niesłusznie uwięziona osoba jest jaskrawym, upokarzającym dowodem na to, jak bardzo się myliłeś. Przeprosić tych ludzi? Dać im pieniądze? To niedorzeczność. Przecież wyszli z więzienia ze względów formalnych. Ach, te względy formalne to wyniki testów DNA? No cóż, na pewno byli winni jakiegoś innego przestępstwa.
Elliot Aronson, Carol Tavris Błądzą wszyscy (ale nie ja). Dlaczego usprawiedliwiamy głupie poglądy, złe decyzje i szkodliwe działania?
piątek, 17 sierpnia 2018
Zakaz wyprzedzania dla tirów, czyli jak udawać, że się coś robi przed wyborami
Władze z wielkim wytężeniem pracują nad koncepcją zakazu wyprzedzania dal tirów na autostradach. Czy nikt na górze nie zdobył legalnie prawa jazdy? Jak inaczej wyjaśnić, że nie wiedzą, iż istnieje już art. 90 Kodeksu wykroczeń:
Art. 90. Kto tamuje lub utrudnia ruch na drodze publicznej lub w strefie zamieszkania, podlega karze grzywny albo karze nagany.
Nawet taryfikator wykroczeń przewiduje za jazdę z prędkością utrudniającą ruch innym kierującym mandat karny w wysokości od 50 do 200 zł oraz dwa punkty karne.
Dodam tylko, że powielanie przepisów prawa, zwłaszcza karnego, jest kardynalnym błędem tworzenia systemów prawnych, podobnie jak ich niekompletność lub sprzeczność albo też zbytnia szczegółowość.
Skoro już jest podstawa prawna, by karać kierowców, nie tylko "tirów", którzy wykonują, nie tylko na autostradach, zbyt długi manewr wyprzedzania, to o co chodzi?
No cóż, jak się nie wie, jak zapewnić przestrzeganie i egzekwowanie prawa, które już jest, to się dłubie i "poprawia" to, co jest, zgodnie z prześwietnym tekstem mistrza Młynarskiego Co by tu jeszcze?
Wasz Andrew
piątek, 25 lipca 2014
Pierwszy dzień pracy
Kilka dni temu wszystkie ogólnokrajowe media obiegał temat, który zapoczątkował bodajże Dziennik Polski. Państwowa Inspekcja Pracy poinformowała, że w naszym kraju firmy znalazły nowy sposób na okradanie państwa i własnych pracowników, bo czymże innym jest zatrudnianie ludzi na czarno. Patent polega na tym, że w razie kontroli informuje się inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, iż cała załoga jest pierwszy dzień w pracy i dlatego pracuje bez umów, ubezpieczeń, itd., itp.
Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że zjawisko stało się powszechne, bo sprzyja mu przestarzały Kodeks pracy, a szczególnie art. 29, który pozwala zawrzeć umowę o pracę w dniu podjęcia pracy, a nie przed, czyli przez jeden dzień można pracować bez umowy, a podpisać ją dopiero pod koniec szychty lub po jej zakończeniu. Na zgłoszenie do ZUS jest jeszcze więcej czasu, gdyż aż dni siedem. Rewelacje te potwierdziła swym autorytetem rzeczniczka Okręgowej Inspekcji Pracy w Krakowie Anna Majerek oraz wiceszef małopolskiej "Solidarności" Adam Lach*.
Dlaczego czekałem z podjęciem tego tematu tak długo? Postanowiłem być bardziej wyrozumiały niż Pan w rozmowie z Abrahamem i dać Polsce, zanim jej kondycję zmieszam z błotem, większą szansę niż otrzymała Sodoma. Nie czekałem na dziesięciu sprawiedliwych, ale chociaż na jednego. I się nie doczekałem. Może gdzieś się tam odezwał, na jakimś blogu czy w gazecie, ale ani w telewizji, ani w mainstreamowym necie się nie objawił.
Parafrazując Sienkiewicza muszę więc zawołać, - czy tylko głupi i zdemoralizowani tę ziemię (Polskę) zamieszkują? Nie trzeba być geniuszem ani znawcą prawa, by wiedzieć, że ten odkrywczy trick pracodawców z pierwszym dniem pracy jest g… warty. Pomijając już takie „drobiazgi”, których się można czepiać, jak szkolenia BHP i badania lekarskie, które pracownik musi mieć zanim stanie do pracy, nawet na przyuczenie. Jest bowiem prosta metoda na walkę z owym „genialnym” wykrętem. I do jej wymyślenia nie potrzeba żadnej kompletnie wiedzy. Tylko chęć. Wystarczy po prostu przeprowadzić dwie kontrole w pewnym okresie czasu. Za pierwszym razem spisać nazwiska i wrócić choćby nazajutrz, czy za tydzień. Dwa razy ruszyć zza biurka cztery litery.
Jak to jest, że w całej armii urzędników nie znalazł się ani jeden, który by na to wpadł? Ani w całej rzeczy związkowców? Nie będę pisał, gdyż każdy wie o co chodzi, a ja na pewno zaraz zostałbym pozwany za zniesławienie powagi urzędów i związków, gdybym napisał to, co każdy od razu pomyślał.
To, że cały aparat państwowy i z nim związane instytucje są kompletnie niewydolne i z każdym rokiem stają się większą parodią samych siebie, wie każdy, kto miał z nimi do czynienia. W normalnych krajach nadzieją na okiełznanie korupcji, nepotymzu, nieróbstwa i zwykłej głupoty, owym regulatorem demokracji, jest czwarta władza, czyli media. Przekleństwem Polski jest to, że u nas absolutnie nie spełniają one swej roli. Skoro w tak prostej sprawie, jak ta, bezkrytycznie, niczym objawienie, powtarzają bzdury opowiadane przez urzędników i związkowców, jakby same były na garnuszku pazernych kapitalistów bezczelnie łamiących prawa pracownicze, skoro nie znalazł się ani jeden dziennikarz uczciwy na tyle, by te bzdury ośmieszyć, to jak można mieć nadzieję, że jest w stanie rozgryźć jakieś afery i zrobić cokolwiek innego, niż powtarzać rzeczy, które ktoś im podrzuci by zwalczać konkurentów?
O powszechnej ponad światową miarę polskiej pogardzie dla prawa pracy pisałem już w poście Po osiemnastej. Nie napisałem jednak wtedy, iż o kuriozalnym przypadku Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związku Legionistów Polskich opisanym w tym tekście powiadomiłem PiP. I otrzymałem odpowiedź, że się tym zajmą. A było to w… kwietniu. Od tego czasu cisza. I dość o tym.
Casus pierwszego dnia w pracy to kolejny objaw sepsy toczącej Polskę. Nie jest ważne to, że gdzieś jakiś urzędas może wziął w łapę, albo po prostu nawet mu się nie chciało. To się zdarza wszędzie. W każdym kraju. Dużo gorsze jest to, że takie zachowania ukazujące kompletną dysfunkcjonalność podnosi się rangi jedynego możliwego sposobu postępowania i w ich uświęcaniu biorą udział wszyscy, którzy w tym kraju mają jakąkolwiek władzę. Najgorsze jest jednak to, co odbiera wszelką nadzieję – umoczeni są wszyscy. To jedyne wytłumaczenie faktu, że nawet opozycja gra w tej samej tonacji. Zmiana władzy nic nie da. Jak z więzieniami CIA – postkomuniści wdepnęli, PiS ich krył (od kiedy tak zachowuje się prawdziwa opozycja), a PO kryło i jednych i drugich. W takim kraju, gdzie każdy, kto się liczy, wie, co ma mówić i kiedy, nie ma szans, by znalazł się ktoś znaczący, kto krzyknie, iż król jest nagi. I tak by powiedziano, że „sra we własne gniazdo”, czyli zrobiono by z niego zdrajcę i Polakożercę. „Patrioci” trzymają się razem. Niezależnie od tego, jakie kanalie są wśród nich.
Wiem, wiem – gdy mówię, że Polska upada, wielu pomyśli, że jestem nawiedzony. Ja nie twierdzę, że upada Polska kolesi, oszustów, układowiczów i ludzi bez sumienia. Nie, ona ma się wręcz coraz lepiej, pod płaszczykiem wartości, których nikt inny nie posiada. Upada Polska ludzi prawych. O ile kiedykolwiek istniała. Na pewno zaś upadają nadzieje na nią. Każda taka sprawa w mediach, to sygnał dla cwaniaków z całego świata – przyjeżdżajcie tutaj. To idealne miejsce do robienia „interesów”. I zawsze znajdzie się odpowiednia liczba ludzi, którzy będą głośno krzyczeć, że jest coraz lepiej. Im. A że równocześnie wielu porządnych wybędzie, więc to samonapędzające się sprzężenie nabiera podwójnego rozpędu.
Po co to piszę, skoro nie ma w mojej ocenie szans na poprawę? By ci, zwłaszcza młodzi, którzy na razie mają nadzieję, podsycaną optymizmem wylewającym się z telewizora, mieli szansę szybciej przejrzeć na oczy i podjąć odpowiednie decyzje, zanim dojdą do punktu, w którym będzie za późno.
Wasz Andrew
* http://www.wprost.pl/ar/458496/Czesty-sposob-na-omijanie-prawa-pracy-Zaloga-jest-pierwszy-dzien/
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Po osiemnastej
Niedawno wszystkie polskie media zachłysnęły się informacją, iż we Francji po godzinie osiemnastej*, czyli de facto natychmiast po zakończeniu pracy, nie wolno będzie pracownikom odbierać służbowych e-maili, przy czym zakaz ten dotyczy wszystkich platform sprzętowych, łącznie ze smartfonami. Co dziwniejsze, zamiast sprowokować dyskusję o gwałtownie pogarszającej się sytuacji pracowników w Polsce, zmierzającej raczej w kierunku Dzikiego Zachodu niż europejskich demokracji, temat ten, zwłaszcza w telewizji i radio, spowodował bardziej prześmiewcze niż poważne komentarze. Żaden dziennik nie podał, iż będzie to prawdopodobnie konsekwentnie przestrzegane, gdyż wzięło swój początek od procesu, jaki wytoczył swemu pracodawcy pracownik jednego z francuskich banków. Nie trzeba chyba dodawać, że pracodawca przegrał. Sąd nakazał wypłacić wynagrodzenie jak za całodobowe dyżury za cały czas, gdy tylko komórka służbowa pracownika była włączona (czyli praktycznie cały okres zatrudnienia) oraz, niezależnie od wspomnianego, odszkodowanie za skutki, które ciągła dyspozycyjność spowodowała, czyli stres, rozpad małżeństwa i chorobę. Warto natomiast dodać, że we Francji obowiązuje 35-cio godzinny tydzień pracy oraz prawo do wykorzystania całego rocznego urlopu w jednym ciągu, o ile nie zajdą naprawdę wyjątkowe okoliczności i skonfrontować to z sytuacją w Polsce. Niczego takiego nigdzie przy okazji tego newsa nie usłyszałem ani nie przeczytałem.
Oczywiście, można powiedzieć, iż Polska to nie Francja, i że są kraje, gdzie jest jeszcze gorzej. Choćby w Afryce. Wszystko to prawda. Tylko, że podobno to my aspirujemy do godnego (czytaj wiodącego) miejsca w Europie. Nie kiedyś w przyszłości, a już teraz.
Same z siebie te fakty pewnie by nie zmusiły mnie do napisania tego tekstu. Wiadomo, że w jednych krajach jest lepiej, a w innych gorzej. Dotyczy to wszystkich spraw, nie tylko prawa pracy. Polska jest jednak jedynym państwem, gdzie systemowo i jawnie tworzy się dwie rzeczywistości – tą oficjalną i tą faktyczną. Niby jest płaca minimalna, ale tylko w przepisach. Niby są instytucje powołane do bronienia praw pracowniczych, ale tylko na papierze. Podobnie jak organy skarbowe czy policja.
W Niemczech znajomy był świadkiem incydentu, gdy podczas wypłaty dla pracowników na budowie zabrakło pieniędzy. Przyjechała policja i zabrała właścicieli na komisariat, skąd pewnie by nie wyszli, gdyby nie to, że zaraz ktoś przywiózł resztę pieniędzy, a sprawę i tak mieli. W Polsce policja by się czegoś takiego dotknęła? Są sprawy ewidentne, które można wyłapać od ręki nie wychodząc nawet z za biurka, w dodatku tylko na podstawie już posiadanych przez instytucje materiałów. Firmy zatrudniające po kilkudziesięciu pracowników, które od lat nie wykazują zysku lub też ich zysk jest groszowy, a inwestycje co roku czynią w miliony. Firmy, gdzie wszyscy, od sprzątaczki po kierownika, zarabiają tyle samo, czyli minimalną, a właściciel nic. I nikt z tym nic nie robi.
Oczywiście w każdym nawet najbardziej praworządnym kraju są ludzie, którzy zatrudniają na czarno, oszukują i kradną. Nawet w będącej symbolem demokracji i praworządności Szwecji do zbioru jabłek w sadach tradycyjnie zatrudniało się nielegalnych pracowników przyjeżdżających na ten okres z innych krajów. Tam jednak kary są bardzo dotkliwe i aby ich uniknąć, sadownicy organizowali „systemy wczesnego ostrzegania” przed nalotami inspekcji pracy. U nas nie ma takiej potrzeby. Kiedy się przejeżdża przez nasze zagłębia sadownicze, praktycznie przez cały rok (cięcie drzewek, zbiory) widać zorganizowane ekipy krzątające się w sadach i nikt z wyjątkiem obcokrajowców nie ma żadnej umowy o pracę. To też ciekawe, to odwrócenie biegunów – na zachodzie na czarno pracują głównie przyjezdni, a u nas głównie miejscowi.
Tysiące ludzi, a jeśli doliczyć sady wiśniowe i inne, zbiory truskawek, itd. liczby wręcz ogromne. Wszystko na czarno. I nie słyszałem o przypadku, by PIP się tym zainteresował. A przecież pole to nie fabryka. Nie ma bramy, gdzie można inspektora zatrzymać, by w tym czasie ukryć co trzeba, nie ma budynku, który zasłaniałby wgląd. Wszystko widać z daleka i nie ma gdzie się schować. Gdy w 2010 roku koło Nowego Miasta nad Pilicą doszło do makabrycznego wypadku busa przewożącego, w warunkach nieodpowiednich nawet dla bydła, grupę robotników rolnych, w którym zginęło osiemnaście osób, niczego nie zrobiono, choć ustalono ponad wszelką wątpliwość, iż jechali do pracy w sadzie „na czarno”. Nie jest to dziwne, gdy weźmie się pod uwagę, iż w razie wypadku w drodze do pracy lub z pracy pracownikowi lub jego rodzinie przysługują świadczenia finansowane przez pracodawcę. Było więc parcie, by sprawy w tym kierunku nie drążyć, a że majątki sadowników przekraczają marzenia niejednego miejskiego biznesmena, więc było co chronić i czym to poprzeć. Osobny aspekt tej sprawy to wsparcie, jakiego rodzinom ofiar udzieliło państwo, a raczej jakiej nie udzieliło, gdyż było ono takie, jakby go nie było, i wielce znamienne jest porównanie go choćby z katastrofą w Smoleńsku, gdzie na ten cel przeznaczono już około 70 mln (sic!) zł i suma ta wciąż rośnie. Dla jednych ochłapy, a dla drugich kopalnia złota po prostu, z której czerpią bez żenady wszyscy, niezależnie od wyznania i poglądów politycznych. O tym jednak już kiedyś pisałem, więc wróćmy do tematu.
Te patologie są w moim odczuciu unikalne, przynajmniej na skalę „cywilizowanych” państw Europy. Do zmierzenia się z tematem impulsem było jednak co innego. Wiadomość, która dowodzi, iż wysuwamy się na niechlubne pierwsze miejsce w świecie w aberracjach stosunków pracy i utrzymywania podwójnej rzeczywiści.
Jakiś czas temu niektóre media podały, iż na jednym z portali internetowych ukazało się ogłoszenie o naborze pracowników (kliknij zdjęcie aby powiększyć).
„Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związek Legionistów Polskich działające w Domu im. J.Piłsudskiego przy Aleji (pisownia oryginalna! – przyp. A.V.) 3 maja 7 w Krakowie poszukuje osób chętnych do pracy w charakterze portiera. Forma zatrudnienia: Umowa zlecenie. Wymiar zatrudnienia: Pełny etat.
Opis stanowiska:
- praca w Krakowie (aleja 3 maja 7);
- praca na 2 zmiany w godzinach od 7:00 do 19:00 i od 19:00 do 7:00.
- ilość godzin w miesiącu od 180 do 200.
Wymagania:
- dyspozycyjność;
- zaangażowanie;
- mile widziane osoby na rencie lub emeryci.
Wynagrodzenie:
Umowa zlecenie za 2,5 zł netto za godzinę.”
Student prawa czy administracji już na początku edukacji, nawet jeśli nie jest zbyt uważny, dowiaduje się, iż o formie zatrudnienia decyduje nie nazwa wpisana w nagłówku umowy, ani nawet takiej umowy w formie pisemnej istnienie, ale faktyczne zasady wykonywania pracy i ich ewentualne odbicie w umowie. Praca na etat nie stanie się umową zlecenie ani umową o dzieło tylko dlatego, że się da inną nazwę. O tym jednak wszyscy zapominają, gdy kończą naukę i idą do pracy. Dwie rzeczywistości. Oficjalna i ta prawdziwa. Muzeum idzie nawet dalej. Łączy obie. Ogłasza nabór na etat z umową o zlecenie. Mistrzostwo świata. Nie wspomnę o stawce. W Polsce jak widać stawka minimalna to fikcja. I to jaka! 500 zł za miesiąc pracy i jeszcze trzeba się wykazać dyspozycyjnością i zaangażowaniem!
Dlaczego mnie to tak zbulwersowało? Tym, którzy nie zauważają już tłumaczę. W każdym kraju są tacy, którzy łamią przepisy, oszukują i kradną. Powtarzam to bardzo często. Ale czy jest taki drugi kraj, gdzie instytucja, mało tego, instytucja odwołująca się samym swym istnieniem do Boga, Honoru i Ojczyzny, co jest dodatkowym smaczkiem całej sprawy, łamie prawo, w dodatku w sprawach fundamentalnych, przy tym robi to w sposób najbardziej jawny i publiczny z możliwych? Mało tego, media podejmują temat, ale jako facecję, a nie jako sprawę taką, jaką jest, czyli ohydnego łamania prawa, które trzeba nazwać niewolnictwem, bo czym innym jak niewolnikiem może być człowiek pracujący przez miesiąc za 500 złotych? No i oczywiście puenta naszej podwójnej rzeczywistości – jedyną grupą społeczną, która nic nie wie o całej sprawie są wszyscy ci, którzy biorą pieniądze za walkę z takimi patologiami.
Wspomnę tylko, iż sam wysłałem w tej sprawie dwa e-maile do samej centrali PIP, na dwie różne skrzynki żeby nie było, ale oczywiście bez żadnej odpowiedzi.
Nie ma drugiego takiego państwa, gdzie władza (obojętnie czy demokratyczna, czy monarchistyczna, komunistyczna czy wręcz bananowo-dyktatorska) wydaje akty prawne, powołuje i utrzymuje organy do wyegzekwowania tych przepisów, a wszyscy łamią je w sposób jak najbardziej publiczny i bez żadnych konsekwencji. Nie ma drugiego takiego państwa, w którym prawo w ten sposób łamią nie działające w tajemnicy firmy i osoby prywatne, a dumne z siebie instytucje. I to instytucje mające krzewić „zdrowe idee” w społeczeństwie.
Oczywiście, ludzie żyją wszędzie. Nawet w ogarniętych wojną i epidemiami rejonach Afryki. W Polsce też żyją i żyć będą, niezależnie od tego, jaka ona będzie. Takie symptomy wskazują jednak, że lepsza to ona nie będzie. Tacy jesteśmy, tacy będziemy. No – może nie wszyscy. Ja i tak nie odbieram od szefa po osiemnastej i tej postawy Wam również życzę, choć wiem, że to kosztuje. Ale nic dobrego nie przychodzi darmo
Wasz Andrew
* Podstawowe godziny urzędowania we Francji to 8.00 - 12.00 i 14.00 - 18.00.
środa, 13 marca 2013
Gdzie zjemy sól wypadową?
Wreszcie ujawniono listę firm, które karmiły nas solą wypadową w chlebku, bułeczkach i ciasteczkach.
Można zobaczyć pełną listę w formacie pdf albo piękną mapkę.
Jeśli chodzi o tych, którzy tę sól ww producentom dostarczali, GIW podaje do publicznej wiadomości nazwy jedynie trzech przedsiębiorców:
- Amasol Sp. z o.o. , Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce, gm., Kruszwica
- PPHU Konsalt, Chełmiczki 45, 88-121 Chełmce
- ZPS Łojewski Sp. z o.o., ul. 23 Stycznia 2, 63-130 Książ Wlkp.
Wspomniana lista nie obejmuje jednak producentów m.in. wyrobów mięsnych, mleczarskich i przetwórstwa rybnego, których kontrola leży w kompetencji Głównego Inspektoratu Weterynarii. Na wniosek Fundacji Pro-Test w sprawie ujawnienia informacji publicznej GIW nie udostępnił bowiem listy producentów, u których stwierdzono sól wypadową. W związku z tym Fundacja Pro-Test skieruje przeciwko GIW sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego o ujawnienie tej listy, ponieważ nadrzędnym prawem konsumentów jest prawo do informacji.
Wasz Andrew za PRO-TEST
czwartek, 7 lutego 2013
Prawa autorskie
czyli opium dla mas
Do napisania niniejszego tekstu zdopingowała mnie sytuacja dotycząca kociokwiku panującego w Polsce w dziedzinie praw autorskich. Takiej mieszaniny cwaniactwa, złodziejstwa, niewiedzy, oszołomstwa i zakłamania próżno szukać w innych dziedzinach prawa, choć i tam nie jest różowo, a dowodem nieustający potok nowych tematów dla programów typu Uwaga czy Państwo w państwie. Cała ta materia, to ciągłe gadanie o piractwie, już doprowadza mnie do pasji, tym bardziej, iż większość społeczeństwa gotowa jest walczyć na noże o prawa autorskie, lub przeciw nim, nawet nie starając się zrozumieć, że sprawa wcale nie jest jednoznaczna prawnie, doktrynalnie, ani tym bardziej moralnie.
Intuicyjnie zrozumiałym jest, iż twórca powinien mieć prawa do korzyści ze swej pracy, przykładowo z rozpowszechniania jego utworu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to logiczne i moralne. Już tutaj jednak, po głębszym zastanowieniu, można mieć wątpliwości.
- Nasi pradziadowie nie mieli copyrightek i jakoś żyli. Chopin, Mozart i całe pokolenia innych artystów wszelkich możliwych rodzajów sztuki nie mieli ZAiKS-u i jakoś dawali sobie radę.
- Czas trwania praw autorskich w większości przypadków jest uzależniony od długości życia twórcy (wygasa po określonym czasie od jego śmierci). Widać tu zależność od postępów medycyny, która w przyszłości może wydłużyć czas życia, a więc i nałożyć blokadę na korzystanie z pewnych idei nawet na całe stulecia (już teraz przy stu latach życia prawa autorskie mogą obowiązywać dwa wieki (sto lat życia twórcy + sto lat po śmierci). Widać także nierówność wobec prawa w świetle zróżnicowania średniej życia w różnych krajach i warstwach społecznych. Biedni żyją krócej i będą za to dodatkowo karani również krótszą ochroną prawną ich dzieł. Również arbitralne przyjmowanie długości czasu takiej ochrony (czemu akurat 70, 100, a nie 79 lat?) świadczy o sztuczności i braku moralnych czy rozumowych podstaw owych przepisów.
- W przeszłości wielokrotnie zdarzało się, iż wynalazku czy odkrycia dokonywano niezależnie od siebie w różnych miejscach, w tym samym lub różnym czasie. Dlaczego ten, kto pierwszy zgłosi wynalezione przez siebie rozwiązanie, metodę, motyw lub ideę ma być chroniony kosztem pozostałych, którzy zostaną pozbawieni praw do owoców swej pracy?
- Jeśli prawo autorskie ma służyć zwiększaniu dochodów twórcy, można by to uznać za moralnie uzasadnione. Coraz częściej jednak prawa autorskie służą temu, by dana koncepcja nie ujrzała światła dziennego. Jest to ewidentne działanie przeciwko postępowi, wolności i zdrowemu rozsądkowi. No, chyba że zysk za wszelką cenę, nawet za cenę dobra całej ludzkości, ma służyć za moralność.
- Wielokrotnie zdarzało się, zwłaszcza w biedniejszych państwach, takich jak Polska, iż właściwy twórca był pozbawiany praw do swego wynalazku, gdyż nie miał pieniędzy na dopełnienie kosztownych rozwiązań będących podstawą późniejszego dowodzenia swych praw (patenty). W konsekwencji ci, którzy daną rzecz stworzyli, musieli później kupować prawa do niej od tych, którzy z procesem twórczym nie mieli niczego wspólnego, a mieli za sobą tylko pieniądze i zastępy prawników.
Ponadto w ostatnim czasie ujawnia się coraz większa presja na zaostrzanie ochrony praw autorskich i rozciąganie jej poza granice absurdu. Oto niedawno jedna z największych firm produkujących drukarki komputerowe praktycznie wygrała wojnę z producentami oferującymi tańsze tusze do tych drukarek zakazując im takiej działalności. Jednocześnie coraz więcej firm montuje w swych produktach rozwiązania sprawiające, iż ich żywotność nie będzie wykraczać poza okres gwarancji. Zaczęło się od pończoch i żarówek. Teraz widzimy coraz więcej takich rozwiązań w sprzęcie elektronicznym. Jeśli dalej będziemy iść w tym kierunku, za jakiś czas do samochodu będzie można montować tylko oryginalne części, opony marek wskazanych przez producenta, napraw dokonywać tylko w serwisie, a wszystko to w tym celu, by produkt nie służył nam dłużej, niż przewidywał producent. A najciekawsze, że koncerny stosujące takie praktyki, reklamują się jako ekologiczne i nikt przeciwko temu nie protestuje. A przecież, jeśli przy produkcji wyrobu stosuje się specjalne rozwiązania, które mają skrócić jego naturalną żywotność, nawet przy najlepszej woli nie można tego nazwać rozwiązaniem ekologicznym. W dodatku jest to oszustwo, gdyż świadomie i sztucznie obniża się wartość produktu, a to dodatkowo zwiększa koszty produkcji, którymi i tak obciąża się konsumenta. Gdzie tu moralność? I jak można mówić, że łamanie tak rozumianych praw autorskich jest niemoralne?Kiedyś w dawnej komunistycznej encyklopedii widziałem przy cybernetyce, informatyce i kilku innych naukach odnośnik -> nauka burżuazyjna (pseudonauka stworzona w celu ogłupienia mas pracujących). Szkoda, że nie spojrzałem wtedy na hasło „prawa autorskie”. Mam wrażenie, że sprawy zmierzają właśnie w tym kierunku.Każdy, kto uważnie śledzi bieżące doniesienia z tej dziedziny widzi, iż szlachetna w założeniach idea ulega coraz większym wypaczeniom. Likwidacja kilku dużych „pirackich” przedsięwzięć spowodowała spadek obrotów firm „legalnych” działających na tym samym obszarze. Wytłumaczenie jest proste. Ludzie nie chcą kupować drogich płyt czy filmów „w ciemno”. Kota w worku nie są skłonni kupować, ale zacisną chętnie pasa, by mieć w najlepszej możliwej jakości (oryginalny) egzemplarz ulubionej płyty czy filmu. Mimo tego większość dąży do jeszcze ostrzejszej walki z „piratami”. Czasami się zastanawiam, czy to właśnie sprytne firmy żyjące z takiej walki (to przecież już cały sektor biznesowy), nie nakręcają wciąż od nowa tej sprawy i nie podburzają co bardziej podatnych na manipulację celebrytów i polityków. Dochodzi do tego nawet, iż niektórzy wychodzą z propozycjami, by swojego egzemplarza (nośnika) oryginalnego programu, e-booka (!sic) czy muzyki lub filmu nie wolno było dalej pożyczać, odsprzedawać lub darować!Ciekawostką, na którą prawie nikt nie zwraca uwagi, jest fakt, iż sposób informowania o prawach autorskich i warunkach licencji jest sprzeczny nie tylko z przepisami prawa, ale nawet jego fundamentalnymi zasadami. Kupując w kiosku ofoliowaną gazetkę nie mamy możliwości przed zawarciem umowy dowiedzieć się, jakie są warunki licencji (postanowienia zawieranej właśnie przez nas umowy) na używanie dołączonej do niej płytki z oprogramowaniem, muzyką, filmem czy inną zawartością. Ba – czasami oznaczone jako chronione prawami autorskimi są treści dostępne w domenie publicznej lub ograniczonych praw autorskich, a nie słyszałem, by ktokolwiek odpowiedział za takie łamanie prawa. Kuriozum jest zaś powszechna klauzula, iż płytki nie wolno dalej odsprzedawać. To tak jakbyś kupił samochód i dopiero w domu, w garażu, dowiedział się z notki przyklejonej pod kołem zapasowym w bagażniku, iż nie wolno ci odsprzedać tego koła inaczej jak razem z samochodem. Albo że nie możesz samodzielnie naprawić usterki zakupionego produktu, co w przypadku samochodu na razie budziłoby sprzeciw, ale jest już normą w dziedzinie oprogramowania. Przykłady można mnożyć. Paranoja. Gdzie fundamentalne prawo do poznania warunków umowy przed jej zawarciem?! No i te warunki!Jeśli już jesteśmy przy nieuczciwych biznesach, to wspomnę tylko, iż jest coraz poważniejsza grupa ludzi, którzy nieźle żyją z wykorzystywania niekompetencji sądów, prokuratury i policji w tej materii. Powiem tylko, iż miałem przyjemność zostać oskarżony przez jedną z takich firm. Uczyniła sobie ona źródło dochodu z mapek, które umieściła w internecie. Potem zajmowała się ściganiem webmasterów amatorów, blogerów i innych frajerów. Na ogół zadowalała się dość słoną opłatą „za straty”, ale opornych ścigała za pomocą policji i prokuratury, które to instytucje takie usługi wykonują gratisowo. Żeby było ciekawie, nie sprawdzają one, czy skarżący faktycznie ma tytuł prawny do treści, których nieprawnego wykorzystania dochodzi. W tym wypadku firma skarżąca była sama oskarżona przez Instytut Geodezji i Kartografii, gdyż nie zapłaciła za mapy, które sama do sieci wstawiła, czyli po prostu je ukradła. Znając tę sytuację z oskarżenia się ucieszyłem, tym bardziej, iż moja mapa, choć bliźniaczo podobna do wspomnianych, została wygenerowana z oryginalnego legalnego programu znanej firmy, który to program posiadam zresztą do dzisiaj. Okazało się, że cieszyłem się za wcześnie myśląc, iż będę mógł sam potem dochodzić swych praw z tytułu zniesławienia. Policja i prokuratura wielce gorliwie kilkakrotnie mnie przesłuchiwała i dokonywała dwukrotnie (!sic) oględzin płytki ze wspomnianym programem. Dopiero po kilku miesiącach uznała, że chyba da mi spokój. Odmówiono jednak wszczęcia postępowania o fałszywe oskarżenie, gdyż „przecież zarzutów mi nie przedstawiono”. Mogłem niby się odwoływać od tego postanowienia albo pozywać na drodze cywilnej, ale miałem już wcześniejsze doświadczenia, które mnie zniechęciły – trzy razy wykorzystywano moją twórczość bez mej zgody, i dowiedziałem się w trakcie prowadzonych z mojego zawiadomienia postępowań, iż policja i prokuratura chętnie odwala robotę za firmy, które mają na etacie zastęp prawników, bojąc się ich i woląc mieć święty spokój, ale olewa zwykłych ludzi. Zwłaszcza, jeśli oskarżonym o naruszenie praw autorskich ma być duża zagraniczna firma kapitałowa, gdzie trudno znaleźć winnego podjęcia jednej konkretnej decyzji, a pokrzywdzonym jest przysłowiowy Kowalski. Postępowania moje umarzano, po zażaleniu podejmowano i bez żadnych czynności znów umarzano. Na bezczelnego. Dałem sobie spokój.Mając powyższe na uwadze i widząc wśród znajomych z sieci kompletną beztroskę jednych oraz przesadną ostrożność drugich, postanowiłem skrótowo i praktycznie przedstawić moje podejście do tematu, co może pierwszych ustrzec od kłopotów w przyszłości, a drugim dać nieco więcej śmiałości.Mamy zasadniczo trzy rodzaje praw autorskich:
1. Pełna ochrona, wszelkie prawa autorskie zastrzeżone, Copyrigt, All rights reserved, itd.2. Pewne prawa zastrzeżone, Some rights reserved, Creative Commons3. Prawa “porzucone”, Copy left
Pierwsze trzeba omijać z daleka. Ich zastosowanie bez dogadania się (na piśmie) z właścicielem praw, to pewna droga do kłopotów. I tutaj ważna uwaga. Zgodnie z obowiązującym u nas prawem każde dzieło podlega ochronie, nawet jeśli nie jest oznaczone ©. Są cwaniacy, o czym już wspominałem, którzy specjalnie umieszczają w sieci treści (mapy, grafiki, zdjęcia, itp.) nie oznaczając rodzaju praw autorskich, które ich dotyczą, a potem żyją ze ścigania naiwnych, którzy te rzeczy umieścili na swych stronach i blogach. Wszelkie więc treści, przy których nie ma informacji o prawach autorskich lepiej omijać z daleka i traktować jako Copyrighted. Oczywiście są wyjątki. Dla książkolubów najważniejsze są dwa: cytat i recenzja. Tych chyba nie trzeba wyjaśniać. Szczególnym casusem wydaje się sprawa okładek, co do której książkoluby mają ciągłe wątpliwości. Zamieszczają na swych blogach i stronach linki do witryn, z których pochodzi zdjęcie okładki, lub zaznaczają, iż sami je zrobili, cyrk po prostu. Tym jednak zajmiemy się w punkcie trzecim.W przypadku pewnych praw zastrzeżonych sprawa jest klarowna i czysta. Jeśli wypełnimy warunki licencji, często wystarczy uznanie autorstwa, możemy korzystać. Niekomercyjnie! To ważne, gdyż moim zdaniem blog czy strona z reklamami przynoszącymi dochód nie jest działalnością niekomercyjną i oby ktoś się kiedyś na tym nie przejechał.Prawa odrzucone to ciekawa konstrukcja stanowiąca techniczne i moralne odwrócenie praw zastrzeżonych. Twórca najpierw zastrzega prawa do swego dzieła (by jakiś cwaniak po czasie nie dowodził, iż należą do niego) a następnie zezwala wszystkim na dowolne kopiowanie, dystrybuowanie oraz modyfikowanie danej pracy lub pracy pochodnej pod warunkiem, iż wszelkie kopie i dzieła pochodne również będą objęte klauzulą copyleft. Cel takiego zabiegu jest chyba jasny dla każdego. Tutaj dochodzimy do domeny publicznej (public domain).Najogólniej jest to zbiór wszystkich tych wartości, które nie są objęte prawami autorskimi, jak choćby dzieła, których czas ochrony wygasł ze względu na upływ czasu. W Polskim prawie pojęcie jako takie nie występuje, zastępuje je wygaśnięcie praw majątkowych, ale nie mieszajmy tutaj zbytnio, by nie zaciemniać obrazu. Sęk bowiem w tym, iż w Polsce, i nie tylko, nie brak cwaniaków. Robią oni zdjęcie starego obrazu, lub jeszcze innego dzieła, do którego prawa wygasły, i oznaczają jako prawa zastrzeżone , gdyż „zrobili zdjęcie”. Jest to kolejny, ewidentny przykład oszołomstwa i zastoju mózgowego, jakiego niektórzy doznają na sam dźwięk słów „prawa autorskie”. Łatwo bowiem wywieść, iż takie podejście jest sprzeczne nie tylko z samą ideą domeny publicznej, ale także z ograniczonym w czasie trwaniem praw autorskich (w Polsce praw majątkowych z nim związanych). Krótki przykład – ktoś kiedyś zrobił piękne zdjęcie na którym zbił majątek, ale z mocy przepisów oraz upływu czasu prawa do niego wygasły. Ktoś inny robi zdjęcie tego zdjęcia i co? Mamy znów prawa autorskie biegnące od początku, tylko dla nowego autora? GŁUPOTA! Zapamiętajmy więc formułkę „Zgodnie z oficjalnym oświadczeniem Wikimedia Foundation wierne reprodukcje dwuwymiarowych utworów z domeny publicznej są w domenie publicznej, zajmowanie przeciwnego stanowiska godzi w samą ideę domeny publicznej”. To samo można odnieść do praw autorskich, które wygasły. I tu wracamy do okładek książek, czasopism, plakatów filmów, itd. umieszczanych w recenzjach. Jeśli uznajemy, że stanowią one element recenzji, wizualny cytat, ograniczenia praw autorskich nas nie dotyczą. Jeśli zaś nie, to dotyczą. W żadnym jednak wypadku nie ma żadnych praw ktoś, kto zdjęcie takiego czegoś wykonał, nawet gdy prawa autorskie trwają. Trwają bowiem prawa autorskie twórcy do okładki, które wyłączamy na zasadzie cytatu i recenzji, ale nie prawa tego, kto tę okładkę odwzorował. No, chyba, że odwzorował ją „artystycznie”. Jeśli nie chcecie mieć problemów z takim „artystą”, który wykonując robotę przewidzianą dla maszyny zwanej skanerem uważa się za twórcę, po prostu sami skanujcie okładki, róbcie zdjęcia plakatów. Chyba każdy telefon komórkowy ma teraz aparat wystarczający do zrobienia zdjęcia na bloga, a w każdej bibliotece jest skaner. A jeśli nawet nie ma, to gdzieś w pobliżu jest.Jak już wyżej wspomniałem, nawet to, że będziecie działać zgodnie z prawem, nie ustrzeże Was przed pójściem do sądu lub zapłaceniem doli cwaniakowi, jeśli na takiego traficie. A sądy, zwłaszcza polskie, są nieobliczalne. Nie ma u nas prawa precedensu, a sądy orzekają „według własnego przekonania”* i „własnego doświadczenia życiowego”**. Lub jego braku, i to zawsze trzeba brać pod uwagę. Podobnie jak to, iż są to tylko moje refleksje, a nie wykładnia obowiązująca, gdyż takiej nie ma.W sumie mógłbym na tym poprzestać, ale chciałbym Wam też pokazać na konkretnym przykładzie, jak kłamliwe są wrzaski płatnych tub przemysłu wydawniczego, wypisujących na wszelkich możliwych forach, iż tylko zaostrzenie praw autorskich da artystom godziwą zapłatę za ich trud. Romuald Lipko; klawiszowiec zespołu Budka Suflera i kompozytor, tylko z tytułu praw autorskich dostaje rocznie ok. 2 mln złotych. Do tego dochodzą jeszcze udziały z honorarium za koncerty (zespół bierze 60 tys. Złotych za jeden koncert) i inne przychody***. Pozostawię to bez komentarza i na tym temat zakończęWasz Andrew* Sąd ocenia wiarogodność i moc dowodów według własnego przekonania, na podstawie wszechstronnego rozważenia zebranego materiału. Art. 233.§ 1.KPC** Art. 7.kpk Organy postępowania kształtują swe przekonanie na podstawie wszystkich przepro-wadzonych dowodów, ocenianych swobodnie z uwzględnieniem zasad prawidłowe-go rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego.*** http://www.wprost.pl/ar/185311/Ile-zarabiaja-polscy-muzycy/
czwartek, 17 stycznia 2013
Debiutant pozywa recenzenta!
2 stycznia niespodzianie odezwał się do mnie Piotr Gibowski, który niedawno zadebiutował jako autor powieści Asymetria. Rosyjska ruletka. Chciał mi przesłać egzemplarz tej książki, bym napisał jej „SZCZERĄ”* recenzję. Uprzedziłem, że nie stosuję wobec nikogo taryfy ulgowej słowami „Nie wiem, czy moje pisanie można określić jako lekkie pióro, gdyż często recenzowanym książkom czy filmom zdarza się zbierać solidne cięgi.”**, żeby nie spodziewał się, iż w podzięce za przesłanie książki zrównam go z Sienkiewiczem, co jest dość częstym zjawiskiem w sieci, jednak książka została przysłana i przystąpiłem do lektury. Najpierw napisałem recenzję grafikiozdabiającej frontową okładkę wydania, a następnie opinię o samej powieści. Starałem się oddać uczciwie swoje wrażenia i przedstawić zarówno mocne strony Asymetrii, jak i to, co oceniam negatywnie. Spodziewałem się ewentualnie jakiejś polemiki z autorem, którą widziałbym nader chętnie, jako że temat do dziś dzieli i historyków, i polityków, i zwykłych ludzi, jednak ani słowem się pisarz do mnie nie odezwał. Aż do wczoraj, gdy w skrzynce mailowej znalazłem list z wieczora dnia poprzedniego. Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłem w nim takie oto pismo od Piotra Gibowskiego, które przytaczam w całości wraz z formatowaniem:
Drogi panie,
To, że naduzył pan mojego zaufania i wyłudził ksiązkę wprowadzajac w błąd - pal sześć. Ale za publiczne szkalowanie mnie, wytocze sprawe cywilna. Albo pan natychmiast tego zaniecha (i usunie te wpisy), albo radze sie szykowac na wycieczki do Warszawy na rozprawy
.
.
Dzięki za dokładną analizę. Teraz nie żałuję, że nie przeczytałem jej wcześniej. Również nie popieram bolszewizmu, ani nawet socjalizmu, czy choćby lewicowych poglądów, ale zaślepienie w nienawiści mnie drażni bez względu na temat jakiego dotyka. W mojej recenzji za ten aspekt książce dostałoby się pewnie o wiele bardziej ;)
Odpowiedz
Odpowiedzi
Szkoda, że tak mało jest u nas ludzi podobnie myślących. Daleko nam niestety do społeczeństwa otwartego. Wciąż mamy ciągotki do Jednego Boga, Jednej Polski, Jednego Narodu i zapominamy, że po niemiecku i po rosyjsku brzmiało to bardzo podobnie ;)
Wypadałoby teraz, po ocenie grafiki i książki, zrecenzować również osobowość tego debiutanta, ale zostawię to Wam, każdy potrafi to zrobić na własny użytek.
Wasz Andrew
*
Dzień dobry,
Jestem autorem Asymetrii. Rosyjskiej ruletki. Szukam kogoś z „lekkim piórem", lubiącego historię alternatywną do napisania SZCZEREJ recenzji. Zależy mi na uczciwym układzie. Ja przesyłam książkę, a w zamian otrzymuję opinię osoby lubiącej ten gatunek. Czytanie powinno sprawiać przyjemność, a nie być udręką. A Pańska recenzja Potopu sugeruje, że te pierwszą opcję :)
Tematyką książki jest historia alternatywna. Dwie świeżo poznane grupy Polaków - maturzyści i żołnierze, przez przypadek, zamiast zwiedzić CERN, przenoszą się w czasie do 1927 roku. Chcąc nie chcąc, muszą się włączyć w poprawianie historii. Powieść uwzględnia realia historyczne, polityczne, militarne, ekonomiczne i obyczajowe. Akcja toczy się w Europie, Ameryce i Azji. Główny wątek to walka wywiadów oraz wojna ekonomiczna i militarna. Podwójni agenci, nieoczekiwanie zwroty akcji, odrobina humoru oraz zaskakujące zakończenie.
Ostrzegam, książka nie jest łatwa, ale osoby inteligentne są zadowolone z lektury. Grupa docelowa, to raczej mężczyźni. Pewien znany autor stwierdził, że „zbyt szeroko objąłem temat i nie ma głównego bohatera”. A mnie właśnie już irytował dotychczasowy płytki i prosty sposób opisywania skomplikowanych spraw. Książka jest tak napisana z rozmysłem.
Więcej informacji o książce można znaleźć na stronie: www.asymetria.info.pl oraz na fb.http://www.facebook.com/Asymetria.RosyjskaRuletka?ref=hl
Zamieściłem tam dwa fragmenty powieści.
Ostrzegam, książka nie jest łatwa, ale osoby inteligentne są zadowolone z lektury. Grupa docelowa, to raczej mężczyźni. Pewien znany autor stwierdził, że „zbyt szeroko objąłem temat i nie ma głównego bohatera”. A mnie właśnie już irytował dotychczasowy płytki i prosty sposób opisywania skomplikowanych spraw. Książka jest tak napisana z rozmysłem.
Więcej informacji o książce można znaleźć na stronie: www.asymetria.info.pl oraz na fb.http://www.facebook.com/Asymetria.RosyjskaRuletka?ref=hl
Zamieściłem tam dwa fragmenty powieści.
Dla lepszej orientacji polecam recenzje na portalu Lubimy czytać:
Czy jest Pan zainteresowany?
pozdrawiam
Piotr Gibowski
**
Szanowny Panie Piotrze
Nie wiem, czy moje pisanie można określić jako lekkie pióro, gdyż często recenzowanym książkom czy filmom zdarza się zbierać solidne cięgi. Jeśli jest Pan zainteresowany moją opinią oczywiście zgadzam się na Pańską propozycję i z ciekawością przeczytam Asymetrię. Ze swej strony mogę obiecać, że podejdę do niej jak do każdej innej powieści, czyli bez żadnych z góry przyjętych założeń czy oczekiwań. Uważam, że każde dzieło niech mówi za siebie. Jeśli jest dobre, samo się obroni, a jeśli złe, nie pomoże mu nazwisko sławnego autora, podobnie jak autor mniej znany nie będzie żadnym obciążeniem. Nie mam jakiegoś szczególnie ulubionego gatunku prozy, który bym mógł zdecydowanie postawić ponad innymi, choć po niektóre sięgam częściej niż inne. Historia alternatywna to temat niewątpliwie równie fascynujący co trudny i szczerze mówiąc jestem już zaintrygowany Pańską powieścią, na ile to możliwe na podstawie opinii innych osób.
(…) Recenzja zostanie opublikowana na moim blogu, być może również w serwisie lubimyczytac.pl oraz nakanapie.pl, Jeśli chciałby Pan, bym umieścił ją jeszcze gdzieś indziej, proszę dać znać.
Pozdrawiam serdecznie
Andrew Vysotsky
poniedziałek, 7 czerwca 2010
ślub z teściową
O teściowych napisano chyba już wszystko. Krążą o nich tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy dowcipów, na ogół mocno zjadliwych, do tego we wszystkich chyba językach świata. Teściowa na ogół przedstawiana jest jako jędza zatruwająca życie; najczęściej młodemu, choć w praktyce równie często, a za to na pewno mocniej, daje się we znaki młodej.
Myślałem do dzisiaj, że w temacie „mamusi” nic mnie już nie zaskoczy. Jakże się myliłem. A wszystko za sprawą naszego Jaśnie Oświeconego Prawodawcy.
Okazało się, że o ile żony można się legalnie pozbyć w drodze rozwodu lub unieważnienia małżeństwa, to biorąc ślub dostajesz teściową gratis NA ZAWSZE. Nawet gdy się rozwiedziesz i wstąpisz w nowy związek małżeński, to stara teściowa w świetle prawa będzie nie byłą teściową a teściową, podobnie jak ta nowa. Oczywiście w normalnym życiu nie ma to żadnego znaczenia i mało kto o tym wie, ale gdyby ktoś nagle zapałał ognistym uczuciem do byłej teściowej lub teścia, to nagle się dowie, że to nie Ameryka. Może uprawiać z nią/nim seks i prowadzić życie jakie chce, bo są dorośli, ale ślubu nie dostaną[i]. Nie będzie polskiej Dynastii.
Na ogół prawnicy mądrze rozwodzą się nad tym, co autor przepisu prawa miał na myśli, o duchu prawa i innych podobnych mądrościach. Jest oczywistym, że w przypadku zakazu małżeństw wśród krewnych chodzi o uniknięcie znanych od wieków zagrożeń chowu wsobnego. Podobne zakazy są we wszystkich systemach prawnych i we wszystkich normalnych systemach moralnych[ii]. O potrzebie takiego ograniczenia wie każdy, kto zajmował się hodowlą czegokolwiek[iii]. Ale co artysta miał na myśli pisząc zakaz poślubienia teściowej?
Wyobraźmy sobie, że facet koło pięćdziesiątki bierze za żonę dwudziestolatkę. Tuż przed konsumpcją oboje trzeźwieją i zaraz się rozwodzą za obopólną zgodą. Facet dochodzi jednak do wniosku, iż teściowa jest jeszcze bardziej interesująca niż córka, a że i ona nie jest od tego, więc... Stop, nie wolno. Można poślubić siostrę czy brata byłej żony ale nie teściową/ teścia, bo oni nigdy nie będą eks.
Dla mnie to trochę dziwne, tym bardziej, że jak widzimy w filmach, na świecie nie ma z tym problemu a poza tym w życiu jak to w życiu. Nawet u nas różnie bywa. O co więc chodziło naszemu światłemu ustawodawcy? Kolejny przykład niewolenia jednostki przez państwo?[iv]
[i] No chyba, że wyjątkowo za zgodą sądu.
[ii] Oczywiście i tutaj są wyjątki bo jak wiadomo moralne jest to, czego chce władza. Przykładem mogą być choćby dzieje wielu dynastii od starożytności po czasy wcale nie tak dalekie.
[iii] Oczywiście czasem świadomie stosuje się chów wsobny ale właśnie dla uzyskania nietypowych osobników a nie w celu uniknięcia takich dziwolągów. W świecie ludzi coś takiego budzi odrazę choć i tutaj pewnie można by znaleźć przypadki podejmowania takich prób. Pokusa wyprodukowania nadczłowieka bywa czasem silniejsza od rozsądku.
[iv] Polska jest krajem w Europie, który przoduje w kwestii ograniczania swobód jednostki. Na przykład w kwestii wolności gospodarczej jesteśmy na pierwszym miejscu. Bardzo restrykcyjne Niemcy, gdzie około 50 rodzajów działalności podlega zezwoleniu lub koncesjonowaniu są niby na drugim miejscu, ale daleko, daleko za nami. U nas idzie to w setki! Nawet sobie nie zdajemy jak bardzo jesteśmy zniewoleni przez własne państwo. Dlatego właśnie napisałem o teściowych jako o jednej z tysięcy cegiełek, z których państwo buduje nam więzienie, jakiego drugiego w Europie nie znajdziesz. I nie jest to bynajmniej tendencja wywodząca się z komuny. W 1989 roku, po Okrągłym Stole były tylko dwa rodzaje reglamentowanej działalności gospodarczej. Parafrazujac Bismarcka: daj Polakom wolność a sami się zniewolą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






