Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 7 sierpnia 2026

"Orlando: biografia" Virginia Woolf - Podróż przez czas i płcie

Virginia Woolf

Orlando: biografia

Tytuł oryginału: Orlando: A Biography 
TłumaczenieAga Zano
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron317
Format: papier
 

 
 

Jak mówi stare porzekadło: „podróże kształcą”. Odkrywanie nowych przestrzeni, poznawanie tamtejszych mieszkańców oraz ich historii i kultury, otwiera nas na nowe doświadczenia, umożliwiając spojrzenie na własny byt z nowej perspektywy. Mówiąc „podróż” na ogół myślimy przy tym o fizycznym przemieszczaniu się z naszego aktualnego miejsca pobytu do miejsca innego. Ale ludzka fantazja stworzyła jeszcze jeden typ wyprawy, tj. podróż w czasie – co ciekawe, moglibyśmy ją odbyć poprzez swoisty bezruch. Pozostając poza niszczycielską działalnością czasu, stojąc na brzegu jego koryta i obserwując upływający nurt, oczom naszym ukazałyby się następujące po sobie epoki i pokolenia. Cóż moglibyśmy tym sposobem ujrzeć? O czym moglibyśmy się dowiedzieć? Wydaje się, że próbą znalezienia odpowiedzi na tego typu pytania jest powieść Orlando Virginii Woolf (1882 – 1941), angielskiej pisarki i feministki, uważanej za jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku.

Książka to fikcyjna biografia tytułowego Orlanda, niezwykłej osoby, urodzonej za panowania Elżbiety I (1558 – 1603), której długi i burzliwy żywot przybliżony zostaje aż do czasów współczesnych Virginii Woolf, tj. do roku 1928. Odmalowując zmienne koleje losu swojej postaci, której destrukcyjny upływ czasu zdaje się nie imać, autorka kreśli przed nami panoramę różnorakich epok – na ich tle rozpostarte zostają rozważania poświęcone dwóm kluczowym dla utworu zagadnieniom, tj. szeroko rozumianej płci oraz literaturze.

Orlando: biografia niepozbawiona ironii i nie do końca jednoznaczna afirmacja słowa pisanego. Początkowo Orlando to naiwny młodzieniec, bezkrytycznie wielbiący literatów, których traktuje nieomal niczym bogów, kornie gnąc przed nimi kolana i chyląc w ich obecności czoło: Czyżby się natknął na poetę? Zajętego tworzeniem? Zapragnął od razu poprosić: „Powiedz mi, powiedz wszystko, co jest na świecie do powiedzenia” – miał bowiem najabsurdalniejsze, najszaleńsze, najbardziej ekstrawaganckie wyobrażenie o poetach i poezji (…) [1]. Prowadząc swoją postać tą ścieżką, Virginia Woolf pokazuje nieporozumienia czy rozczarowania, do jakich prowadzić może spoglądanie na autora przez pryzmat jego dzieła, zakładanie, że skoro utwór jest ze wszech miar olśniewający, uroczy czy doskonały, takiż też będzie jego twórca, podczas gdy pisarz czy poeta to nadal tylko (ale i aż) człowiek, niewolny od słabostek, wad czy przywar, które z kolei nie powinny odgrywać większej roli, przy wydawaniu osądów na temat sprawności pióra czy literackiej wartości: (…) intelekt, choćby i najbardziej boski i godzien uwielbienia, ma zwyczaj znajdować sobie na nosicieli organizmy ze wszech miar podejrzane i nierzadko wręcz kanibalizuje inne przymioty ducha do tego stopnia, że gdzie Umysł jest największy, tam na Serce, Czucie, Wielkoduszność, Szczodrość, Tolerancję, Życzliwość et cetera nie pozostaje wiele miejsca [2]; A więc tacy są ci jego wielcy bogowie! Połowa z nich – pijacy, a do miłosnych podbojów chętni wszyscy tak samo. Większość kłóciła się z żonami; ani jeden nie wzdragał się przed kłamstwem czy intrygą w najbłahszej nawet sprawie. Poezje skrobali na odwrotach kwitów z pralni, przyciśniętych do drzwi zakładu drukarskiego [3]. Zarazem Virginia Woolf podkreśla, jak sprawcze jest słowo pisane, jaką moc posiada i jak groźnym może być orężem: (…) skoro ucho jest westybulem duszy, to poezja bez wątpienia więcej ludzi może zbrukać i zgruchotać niźli żądza albo czarny proch [4]. Ironicznym rewersem owej awersowej potęgi jest niebezpieczeństwo związane z uwielbieniem słowa pisanego, zasadzające się w tym, że jest to uczucie wielce zakaźne, zaś jego następstwem jest oderwanie się od spraw bieżących na rzecz fikcyjnych, nieistniejących: (…) był Orlando szlachcicem chorującym na miłość do literatury. Wielu mu współczesnych i przewyższających go stanem zdołało uniknąć tej infekcji, a niespętana niczym wola mogła ich dowolnie wprawiać w ruch, pchać ku jeździe konnej lub w ramiona kochanki. Niektórzy jednak już w pierwszych latach życia zarażali się tą chorobą, roznoszoną ponoć w pyłkach asfodeli niesionych wiatrem z Grecji i Italii, chorobą tak straszliwą, że trzęsła ona ręką wzniesioną do ciosu, mgliła oko śledzące zwierzynę i odrętwiała język układający się do miłosnych wyznań. Na tym bowiem polegała śmiercionośna natura tej choroby, że zamieniała ona rzeczywistość w ułudę (…) [5].

W dywagacjach poświęconych literaturze nie brak też gorzkich momentów – Virginia Woolf na kartach swojego utworu powołuje do istnienia Nicholasa Greene’a, niezbyt zdolnego artystę i wpływowego krytyka, oportunistę szukającego poklasku, który pojawia się dwukrotnie: najpierw w epoce elżbietańskiej, następnie w epoce wiktoriańskiej. W obu epizodach z jego udziałem usłyszeć możemy lament na temat współczesnej literatury, która skończyła się już dawno temu, która nie ma niczego interesującego do zaoferowania, która razi wtórnością: Nie, podsumował, złota epoka literatury skończyła się wraz z Grekami; dzieła epoki elżbietańskiej nie mogą się z nimi równać pod żadnym względem. W tamtych czasach tliła się w człowieku boska ambicja, która można by nazwać la Gloire (…) [6]; Mamy wiek – kontynuował, sięgając po hors-d’oeuvres – kabotyńskich bzdurek, dufnych eksperymentów. Za czasów elżbietańskich nikt nie zechciałby tego słuchać [7].

O ile literatura pełni ważką rolę, o tyle kluczowym aspektem książki wydaje się być płeć oraz wynikający z tego sposób, w jaki postrzegany jest dany człowiek. Virginia Woolf bardzo wyraźnie zaznacza, że kobieta i mężczyzna nie są traktowani równoprawnie, sprawiedliwie – ich postępowanie, działania, przyjmowane postawy czy podejmowane wybory mierzone są odmiennymi miarami. Kobietom wypada i wolno zdecydowanie mniej. Samodzielność, sprawczość czy samostanowienie zarezerwowane są dla męskiego pierwiastka – od płci żeńskiej wymaga się innych przymiotów: (…) mają być posłuszne, niewinne, wypachnione i zachwycająco przyodziane [8]. I o ile u mężczyzn cenione są intelekt czy odwaga, o tyle za największy atut kobiety przez lata uchodzi dziewictwo: (…) cały gmach kobiecego funkcjonowania wzniesiony jest w końcu na tym właśnie fundamencie: czystość to klejnot i największa ozdoba (…) [9]. Stąd (przymusowym) kobiecym mottem w każdym patriarchalnym społeczeństwie jest zdanie: Odmawiać i ustępować [10].

Tym, co wyróżnia dzieło jest z pewnością forma, jaką operuje Virginia Woolf. Książka stylizowana jest na biografię, ale jest to biografia szczególna i osobliwa. Uwagę już od początkowych stron przykuwa osoba narratora, który co rusz zwraca się bezpośrednio do czytelników i czytelniczek, zaznaczając swoją obecność, spoufalając się, a nawet zwierzając się z zaznanych problemów w trakcie swojej pracy (Tu biograf napotyka trudność, z której lepiej się otwarcie zwierzyć niż ją niepotrzebnie lukrować [11]). W tekście roi się też od wtrąceń i dygresji – nie brak rozwlekłych przemyśleń w myśl idei: Żadne poświęcenie nie jest więc nadmierne, a czas na tworzenie zbyt długi, jeśli dzięki temu złożymy słowa w klarowniejszy przekaz. Trzeba je bowiem ugniatać dopóty, dopóki nie rozciągną się w najcieńszą błonę opinającą nasze myśli [12]. Przyznaję jednak, że owo ugniatanie i rozciąganie nie przypadło mi do gustu – konstruowane zdania są kwieciste i napuszone i momentami zahaczają one o pustosłowie. Tekst jest miejscami gęsty niczym dżungla, przez którą człowiek z trudem przedziera.

W rezultacie, mimo iż Orlando. Biografia to dzieło, które szczególnie w kręgach queerowskich uchodzi za epokowe czy przełomowe, to na mnie nie wywarło aż tak piorunującego wrażenia. Virginia Woolf ciekawie pisze o płci, akcentując jej kulturowy aspekt, nie brak interesujących refleksji na temat literatury, tyle, że zaproponowana forma nie jest zbyt atrakcyjna – książka to bardziej rebus, gra z konwencją, literacka zabawa, która mnie jednak mocno zmęczyła. Cytując słowa Aline, bohaterki powieści Orlanda pióra Jacqueline Harpman, utworu inspirowanego Orlandem Woolf: (…) doprowadza mnie do rozpaczy to, że każda linijka jest olśniewająco piękna, a całość śmiertelnie nudna! [13]. 


 

P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutki na naszych medyków pola walki działających na froncie: https://pomagam.pl/b4t636 albo https://pomagam.pl/medycy_ukrainie

 
 
Ambrose

 ------------------------------------

[1] Virginia Woolf, Orlando: biografia, przeł. Aga Zano, Wydawnictwo Marginesy 2025, s. 38
[2] Tamże, s. 210
[3] Tamże, s. 100 – 101
[4] Tamże, s. 176
[5] Tamże, s. 86
[6] Tamże, s. 99
[7] Tamże, s. 269
[8] Tamże, s. 160
[9] Tamże, s. 157
[10] Tamże, s. 167
[11] Tamże, s. 78
[12] Tamże, s. 176
[13] Jacqueline Harpman, Orlanda, przeł. Katarzyna Marczewska, Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2025, s. 27
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)