Rys. Justyna Kierat ©
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
niedziela, 14 kwietnia 2013
Poświata wielkości
Blady ogień
Vladimir Nabokov
Tytuł oryginału: Pale fire
Tłumaczenie: Stanisław Barańczak
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 357
Władimir Nabokow, autor znanej powszechnie Lolity, czy nie mniej cenionego Zaproszenia na egzekucję,
to pisarz, należący do grona szczęśliwców, których twórczość została
doceniona jeszcze za życia. Jego geniusz literacki mieścił się w
granicach artystycznego zmysłu współczesnej mu populacji, stąd uznanie i
pochwały, płynące pod adresem jego płodów. Oczywiście ten fakt nie
dziwi, zważywszy na dzieła, jakie wydał na świat Nabokow. Pośród nich
znalazło się m.in. tłumaczenie na język angielski Eugeniusza Oniegina Puszkina, do którego Nabokow dołączył pokaźnych rozmiarów, czterotomową książeczkę z notami oraz komentarzami do poszczególnych wersów. Niejakim nawiązaniem do monumentalnej pracy nad Eugeniuszem Onieginem jest powieść Blady ogień.
Blady ogień to dzieło niezwykłe
oraz wyjątkowe. To cudowna kompozycja fikcji, przeplatana motywami
nawiązującymi do życia oraz twórczości Nabokowa. Powieść tworzą poemat
amerykańskiego poety Johna Shade’a, składający się z 999 wersów,
napisany rymowanymi dystychami, podzielony na cztery pieśni oraz
obszerny komentarz do tegoż poematu, będący w ogromnej mierze przypisami
do wybranych wersów, autorstwa doktora Charles’a Kinbote’a.
Czytając jednak przedmowę Kinbote’a,
bystry czytelnik szybko dostrzeże pewien dysonans. W tekście, który
przynajmniej początkowo przyjmuje ścisły i naukowy charakter, tj.
dokładnie taki, jakiego oczekuje się od literaturoznawcy, zaczynają
pojawiać się zgrzyty oraz trzeszczenia. Szokują wtrącenia typu Naprzeciw mojej siedziby znajduje się okropnie hałaśliwe wesołe miasteczko, czy (...) i niech szlag trafi tę muzykę,
zupełnie nie związane z przedmiotem literackich badań. Znajdując takie
zdania w środku naukowego materiału, mamy prawo być odrobinę
skonfundowani. A dalej wcale nie jest lepiej! W miarę posuwania się
naprzód, Przedmowa zaczyna przyjmować charakter pamiętnika
Kinbote’a, w którym zwierza się on nawet ze swoich nieudanych,
homoseksualnych zalotów. Chaotyczna składnia sprawia, że nietrudno
wyrobić sobie opinię, że Kinbote, to rasowy wariat, a ostatnia sentencja
Przedmowy, w której stwierdza on, że bez moich przypisów poemat Johna Shade’a nie odzwierciedla żadnej ludzkiej rzeczywistości, ponieważ (...) rzeczywistość ta nie
ma innego fundamentu prócz rzeczywistości autora, jego otoczenia,
przywiązań i tym podobnych, ukazać zaś mogą ją tylko moje przypisy. Mój
drogi poeta pewnie by się nie podpisał pod powyższym stwierdzeniem, ale
ostatnie słowo tak czy owak należy do komentatora jest poważnym
ostrzeżeniem na temat autonomii dzieła Johna Shade’a, a już na pewno
sygnalizuje, że wykładnia, jaką zaproponuje nam Kinbote daleko odbiega
od pierwotnych zamierzeń poety.
Sam poemat Johna Shade’a jest po prostu
przepiękny. Ma on charakter autobiograficzny, poeta spowiada się
czytelnikowi praktycznie z całego swojego żywota. Dowiadujemy się z
niego m.in, o udanej, samobójczej próbie córki oraz, że przedmiotem
zainteresowań Shade’a była śmierć oraz zagadnienie życia po życiu.
Przeżywszy poważną zapaść, Shade był przeświadczony, że przez chwilę
znajdował się po drugiej stronie. Po intensywnych
poszukiwaniach, będących błądzeniem we własnej duszy, Shade doszedł do
wniosku, że ten drugi świat musi istnieć, a świadczy o tym delikatna
sieć sensu, którą tworzy artysta, bowiem:
Jeśli mój mały wszechświat ma rytm do tej pory
Równy, to i puls boskich galaktyk nie zamęt
Ma u swych podstaw, ale jambiczny pentametr.
Poeta był tak pewny swojego odkrycia o
życiu po śmierci jak tego, że obudzi się kolejnego dnia o szóstej rano.
Okrutny los zakpił jednak niemiłosiernie ze słów artysty, bowiem John
Shade zginął przypadkowo z rąk mordercy wieczorem (wg Kinbote’a, on sam
był celem zabójcy), nie dożywszy kolejnego poranka. Czyż humor Nabokowa
nie jest makabryczny?
Po kilkudziesięciu stronach Bladego ognia przychodzi kolej na Komentarz Charlesa
Kinbote’a, którego objętość kilkukrotnie przewyższa objętość poematu.
Pierwsze zdania zacierają niemiłe wrażenie, które pozostało w czytelniku
po lekturze Przedmowy. Wariat w duszy Kinbote’a został na
pozór poskromiony, i zdaje się, że znów mamy do czynienia z poważnym
literaturoznawcą. Ale po kilku stronach zaczynają się nieśmiałe próby,
będące czymś na wzór sondy, szukające odpowiedzi na pytanie, na ile
autor komentarza może sobie pozwolić wodzić czytelnika za nos. Dalej
Kinbote poczyna sobie coraz śmielej. Pojawiają się dygresje niemające
niemal zupełnie nic wspólnego z Bladym ogniem Shade’a. Wkrótce
analiza literacka, przedzierzga się w opowieść o królu-banicie, ostatnim
władcy królestwa Zemblii. Losy zbiegłego króla stają się wątkiem
dominującym, a Kinbote stara się przekonać czytelnika, że poemat Shade’a
powstał właśnie na kanwie przygód zbiegłego króla Zemblii, którymi to
historiami Kinbote faszerował Shade’a w czasie licznych spotkań.
Jak widać, utwór, który zaserwował nam
Nabokow jest po prostu unikatowy i jedyny w swoim rodzaju. Chociaż sam
pisarz się przed tym wzbraniał, w książce zdają się pobrzmiewać echa
jaskini Platona – czytelnik na podstawie cienia dzieła Shade’a musi
zorientować się, jakie jest jego oryginalne przesłanie. Nabokow znany
był z zamiłowania do szachów oraz szarad, nie dziwi więc, że nazwisko Shade w języku angielskim, w którym powstał utwór, znaczy cień.
Zatem John Shade, zgodnie ze swoim nazwiskiem we własnym poemacie
zaczyna przyjmować rolę cienia. Ponieważ martwy, nie może w żaden sposób
bronić swojego dzieła przed działaniami zuchwałego komentatora –
pozostaje ukryty, ale niejako wciąż żywy, pomiędzy strofami swojego
monumentalnego wiersza. Obecność jego jest jednak o tyle problematyczna,
iż nie jesteśmy w stanie ustalić, w jakim stopniu Kinbote ingerował w
oryginalny tekst i jak daleko posunął się w tej ingerencji ów osobnik,
zdradzający przecież tendencję do konfabulacji. Bo skoro bajdurzy, taką
przynajmniej ścieżką nakazuje podążać logika, to, dlaczego nie miałby
zmieniać, mieszać, wycinać, czy też ukrywać? Nasze podejrzenia
potwierdza zresztą sam Kinbote, który w jednym z omawianych fragmentów
wyznaje ze skruchą, że dopuścił się drobnej korekty bezczeszcząc
dzieło Shade’a. Dzieło, które nie jest zastygła masą – na pracy artysty
ciągle możliwe są różnorakie operacje, mające na celu uformowanie je
tak, by w mniejszym lub większym stopniu odpowiadało ono poświęconym mu
przypisom. Być może właśnie krocząc tą dróżką należy tłumaczyć tytuł
książki – objaśnienia Kinbote’a do poematu są tylko ułudą i mirażem,
bladym odbiciem żarzącego się płomienia. Kinbote jest niczym księżyc,
kradnący słońcu jego blask, świecąc dzięki temu bladym ogniem.
Wydanie polskie jest również o tyle
wartościowe, że zostało wzbogacone o posłowie autorstwa Leszka
Engelkinga, który uważany jest za jednego z czołowych znawców twórczości
Władimira Nabokowa. Dzięki profesorowi Engelkingowi poznamy
okoliczności powstania utworu, przekonamy się do jak wielu motywów się
on odwołuje (ciekawy jest choćby fakt, że ojciec Nabokowa, Władimir
Dmitriewicz Nabokow, podobnie jak Shade, zginął od kuli, który była
przeznaczona dla kogoś innego). Engelking ukaże również czytelnikowi,
jakie poruszenie wywołał w literackim świecie Blady ogień, do którego ilość opracowań śmiało może konkurować choćby z Ulissesem Joyce’a.
Zabawne są również przedstawione zmagania znawców literatury,
prezentujących klucze, wg których należy odczytywać utwór – Kinbote,
ukazywany jest najczęściej jako szaleniec (prawdopodobnie ze
Skandynawii), który otaczającą go rzeczywistość przekształca w motyw
zemblański. Pojawiają się również bardzo ciekawe głosy, mówiące o tym,
że rzeczywistym autorem, zarówno poematu jak i całej analizy
jest John Shade, który jedynie wymyślił swój zgon. Oczywiście nie obyło
się od sporów, wysnuwania dowodów na poparcie swoich hipotez, etc.
Wydaje mi się, jeśli przyjąć tezę Shade’a o życiu po śmierci, że Nabokow
musi wręcz pokładać się ze śmiechu, obserwując zmagania
literaturoznawców z całego świata, próbujących zgłębić wszystkie sekrety
jego prozy. Książka Blady ogień jest wg mnie niezwykle udanym
żartem i kpiną amerykańskiego pisarza o rosyjskich korzeniach. Wystarczy
popatrzeć na polskie wydanie: mamy tutaj poemat (autentyczny, bardzo
piękny zresztą), autora Johna Shade’a (fikcyjnego, bowiem takowy poeta
nie istniał), komentarz i przedmowę (obie autentyczne, choć mocno
zwariowane), kolejnego autora Kinbote’a (fikcyjnego), do tego posłowie
(autentyczne i bardzo wartościowe) oraz ostatniego już autora prof.
Engelkinga (postać autentyczną, egzystującą w naszej rzeczywistości) –
patrząc na ten cały misz-masz, uwzględniając kłótnie, co do tożsamości
autora poematu i komentarza (dziwne, że w całej dyskusji nikt nie
zauważył, że autorem jest Nabokow), trudno jest nie spojrzeć na wygłupy
badaczy z nutką ironii. Czytając nawet poważnego profesora Engelkinga,
mimowolnie zaczynają pojawiać się skojarzenia z Kinbote’m.
Reasumując, lektura Bladego ognia
Władimira Nabokowa to piękna przygoda po jednym z wielu literackich
światów. Pisarz zaskakuje wyobraźnią oraz pomysłowością, tworząc dzieło
niesamowicie oryginalne i mocno zagmatwane, jakby chcąc potwierdzić
własne słowa, że coś takiego jak powieść w ogóle nie istnieje.
Kontakt z książką zapewnia zarówno doznania estetyczne (uroczy poemat
Shade’a) jak i masę śmiechu i dobrej zabawy (przypisy Kinbote’a).
Intrygujące jest także posłowie Engelkinga, które w dziele Nabokowa
pozwala odnaleźć nawet nutkę spirytyzmu oraz echa zaświatowości. Uważam,
że powieść w pełni zasługuje na uznanie, jakim cieszy się na całym
świecie.
P.S.
Mój Blady ogień udało nabyć mi się w Empiku w ramach akcji 1+1, czyli dwóch książek w cenie jednej (tej droższej).
Cytat na niedzielę
"Gdyby zwierzę zabiło z premedytacją, byłby to ludzki odruch."
Stanisław Jerzy Lec
Czy ktoś wie, z jakiej publikacji ta sentencja pochodzi?
sobota, 13 kwietnia 2013
Na co 1% podatku?
Nadchodzi ostateczny termin rozliczenia rocznego. Jeśli dotąd nie zdecydowaliście na co przeznaczyć swój 1% podatku, to Was rozumiem. Ostatnio mam coraz większe wątpliwości, co do celowości wspierania fundacji mających wyręczać państwo w jego zadaniach, i do wielu innych też. Może takie wyjście będzie rozwiązaniem - bezpośrednie wsparcie dla placówki zajmującej się konkretną ochroną i ratowaniem zagrożonych gatunków: Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Stuart In Action i nieoczekiwane znalezisko
Steve Zaloga
STUART
U.S. Light Tanks in Action
squadron/signal publicationsARMOR NO. 18
Dziś przedstawiam kolejną broszurę z serii ARMOR wydawnictwa squadron/signal, jak się można domyślić z tytułu, poświęconą głównie czołgom lekkim Stuart, ale nie tylko, gdyż w podtytule mamy informację, iż będziemy się mogli zapoznać nie wyłącznie z jedną konstrukcją i jej linią rozwojową, ale i ogólniej; z lekkimi czołgami amerykańskimi II Wojny Światowej.
Zawsze zadziwia mnie ten cykl wydawniczy; ile informacji i zdjęć można zmieścić na 50 stronach; jak przemyślany wybór pomiędzy tym, co zostawić, a tym, co odrzucić, może skutkować sukcesem i sporą ilością wiedzy, którą udało się zawrzeć w tak skromnej objętościowo publikacji.
Dzięki książeczce poznamy przedwojennych protoplastów czołgów lekkich Stuart, rozwój tej ostatniej konstrukcji pod wpływem rosnących wymagań pól bitewnych II Wojny, aż po krótką historię następcy Stuartów, czyli lekkiego czołgu M24 Chaffee, który jednakowoż był całkiem nową konstrukcją nie będącą pod względem zastosowanych rozwiązań kontynuacją M3/M5 Stuart.
W mojej ocenie publikacja jest bardzo udana. Zdjęcia dobrane z dużym wyczuciem i znawstwem, a zasób wiedzy, o czym już wspomniałem, niesamowity, biorąc pod uwagę objętość wydania. Oczywiście nie jest to pozycja godna polecenia miłośnikom romansów, ale dla zainteresowanych bronią pancerną, II Wojną, czy w ogóle zainteresowanych techniką lub historią, jest ta pozycja wydawnicza warta poznania.
Wielu „historyków” uważa, że takie informacje nie są im potrzebne. Wystarczą im relacje i liczby. Ja się z tym nie zgadzam. Wiedza o datach i nazwiskach to nie jest historia. W gromadzeniu jej, wyszukiwaniu i podawaniu na życzenie, i tak nigdy człowiek nie prześcignie komputera. Nie mylmy narzędzia z działalnością. To nie pług orze pole, ale rolnik przy pomocy pługa. To nie znajomość faktów czyni historyka, ale jest ona jego narzędziem. Nie jedynym, jeśli historyk ma być cokolwiek wart.
Prawdziwa historia jako nauka, to dla mnie poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które wciąż się pojawiają przy ustalaniu przyczyn i skutków zdarzeń, które zaistniały. Nowe odpowiedzi rodzą nowe pytania i tak w kółko. Może nie aż tak, jak w matematyce czy fizyce, ale podobnie. A odpowiedzi czasami przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach, z najmniej spodziewanych miejsc.
Polacy byli najlepszymi pilotami na świecie. Prawie każdy słyszał ten durny slogan. Durny już z samej swej konstrukcji. Od razu można zapytać - kiedy? Od razu można zapytać - w jakiej kategorii? Wiadomo, że takie oceny łechcą dumę wszystkich nieudaczników, którzy własnej wartości nie czując, muszą się pod coś podczepić i nie jest ważne, czy to Legia, Małysz, czy polscy lotnicy. Co to ma wszystko wspólnego z amerykańskim czołgiem lekkim? Spójrzcie na zdjęcie poniżej pochodzące z omawianej publikacji. Czy ci amerykańscy piloci, których maszyny widzimy ponad formacją czołgów, nie byli aby co najmniej równie szaleni i dobrzy w swym fachu co nasi? Nieoczekiwane odpowiedzi w nieoczekiwanych okolicznościach.
(kliknij aby powiększyć)
Czołg lekki nie jest specjalnie popularnym tematem. Większość pancerniaków podnieca się czołgami ciężkimi, tą potęgą ognia, silników i pancerza. Wielu myśli, iż ta gałąź genealogiczna broni pancernej, której przedstawicielem był Stuart, obumarła całkowicie, gdyż na dzisiejszych teatrach działań wojennych królują MBT (Main Battle Tank), które w prostej linii wywodzą się od Tygrysa, jak Abrams, Leopard, Leclerc czy Challenger. Tak jednak nie jest. Historia znów mrugnęła oczkiem. Spójrzcie na niemiecki lekki pojazd gąsienicowy Wiesel poniżej. Niczego Wam nie przypomina?
(Niemiecki pojazd pancerny Wiesel zdjęcie: Nick-D Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0)
No – dość tych dygresji. By jakoś w miarę zgrabnie zakończyć, podkreślę, iż pomimo pozornie niezbyt porywającego tematu i niewielkiej objętości, lektura tego zeszytu i zapoznanie się z zawartymi w nim zdjęciami to rzecz ciekawa. Polecam wszystkim, którzy choć trochę interesując się tematyką
Wasz Andrew
(kliknij aby powiększyć)
środa, 10 kwietnia 2013
Si vis pacem para bellum
Nowa wersja starej maksymy (na miarę naszych czasów):
"Zawsze bądź przygotowany do wojny (…) ale wydaj tylko tyle, by wygrać ją od razu."
"Zawsze bądź przygotowany do wojny (…) ale wydaj tylko tyle, by wygrać ją od razu."
wtorek, 9 kwietnia 2013
Śmiertelna wagina
Morawagin
Blaise Cendrars
Tytuł oryginału: Moravagine
Tłumaczenie: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 234
Obsesja, inaczej natręctwo, to rodzaj
zaburzeń, których objawami są irracjonalne myśli połączone przekonaniem o
ich absurdalności oraz głęboką chęcią uwolnienia się od nich. Jeśli
chodzi o etymologię tego słowa, to wywodzi się ono z łacińskiego obsessio, oznaczającego zamknięcie, otoczenie, opętanie. Książka Morawagin,
autorstwa Blaise’a Cendrarsa ukazała się w roku 1926 na łamach
paryskiego wydawnictwa Grasset, jednak bohater książki towarzyszył
pisarzowi już w okopach I Wojny Światowej, podczas której Cendrars
stracił prawą rękę. Pomysł opisania przygód tego niezwykłego osobnika,
którego pierwowzorem był pewien gwałciciel dwóch dziewczynek spotkany w
1907 roku w Bernie, przez długie lata dojrzewał i kwitł w umyśle jego
twórcy. Ale Cedrars przez ogrom czasu pozostawał bezpłodny, natomiast
Morawagin stawał się na tyle przytłaczający i bezlitosny, zajmując
niemal całą przestrzeń wyobraźni, że jedyną okazją na pozbycie się go i
uwolnienie się od jego męczącej i bezustannej obecności stało się
spłodzenie książki, dzięki której Morawagin opuścił umysłową macicę
Cedrarsa.
Początek XX wieku. W medycynie panują
czasy Wielkiej Histerii, jak zgrabnie narrator Rajmund określa
zainteresowanie chorobami nerwowymi, w leczeniu i diagnozowaniu których
prym wiódł austriacki lekarz i neurolog Zygmunt Freud. Ów tajemniczy
narrator to specjalista od chorób podświadomości właśnie, jednak daleko
mu do prezentowania oficjalnych poglądów. W jego opinii psychoanaliza Freuda to wydumana,
wyssana z palca, sentymentalna, choć określana mianem racjonalnej,
symbolika nabytych bądź wrodzonych lapsusów podświadomości, osobliwa
księga snów na użytek psychiatrów. Za bardzo koncentruje się ona na
skutkach, zamiast na przyczynach. Ponadto aberracja umysłowa, choroba,
postrzegana jest z gruntu jako stan anormalny, szkodliwy i niepożądany,
który trzeba natychmiast zahamować, a w następnej kolejności
zlikwidować. Tymczasem narrator uważa, że owe choroby to znamiona stanu
aktywności, który powszechnie określa się mianem życia. Ba, być może
choroby to przejściowy, pośredni, przyszły stan zdrowia? A może to
właśnie one są zdrowiem? Być może samo zdrowie to pewien szczególny,
najczęściej chwilowy, aspekt stanu chorobowego? Bo w końcu to właśnie
zbiorowe neurozy, choroby woli stają się wyznacznikami epoki ewolucji
człowieka. Jak widać, już pierwsze strony stają się swoistym
ostrzeżeniem dla czytelnika przed wycieczką w szaleństwo, jakim
niewątpliwie jest dalsza lektura.
Narrator, tuż po ukończeniu studiów
medycznych udaje się do sanatorium Waldensee w Szwajcarii, w którym
wszelakiej maści bogaci oraz wpływowi wariaci spędzają całe dnie
izolacji od świata zewnętrznego. Dyrektorem ośrodka jest popularny oraz
ceniony doktor Stein, wielki zwolennik freudowskiej psychoanalizy.
Nietrudno odgadnąć, że narrator, zatrudniając się w Waldensee kierował
się osobliwymi pobudkami, a jego zamierzenia są raczej podłe oraz mało
szlachetne. Uważając, że psychiatrzy najczęściej odcinają od świata
fizjologicznych geniuszy, nosicieli i zwiastunów przyszłego zdrowia,
narrator podejmuje się udanej próby uwolnienia pacjenta, który wywarł na
nim zdecydowanie największe wrażenie. Morawagin to niepozorny
człeczyna, niewielkiego wzrostu i mizernego wyglądu, chromiejący na
jedną nogę, wiecznie zamyślony, błąkający się wspomnieniami gdzieś hen
daleko, docierając z nimi w odległą przeszłość, gdzie wg własnych słów
wiódł żywot na dworze królewskim, jako dziedzic króla Węgier. Bohater
popada w zupełną fascynację tym obłąkanym człowiekiem, który potrafi z
niewzruszonym spokojem na oczach personelu medycznego upuścić nieco
swego życiodajnego nasienia do słoiczka z pływającą w nim rybką.
Morawagin zostaje zatem wypuszczony na wolność, jego ruchy przestają
krępować ciasne mury jego luksusowej celi, świat nareszcie staje
otworem. Młody doktor oraz jego małpa, psychiczna bestia zaczynają wielką pielgrzymkę po całym globie.
Morawagin oraz narrator trafiają do
Rosji, która w latach 1904 – 1908 ogarnięta była rewolucyjną gorączką.
Niemal z miejsca obaj zostają czołowymi oraz bezkompromisowymi
terrorystami. Werbują ludzi, zakładają kolejne oczka siatki swojej
organizacji, przygotowują ambitne plany obalenia imperium, próbują
dokonać zamachu na samego cara. Po niepowodzeniu rewolucji, obaj cudem
uciekają do USA, gdzie przedzierzgają się w poszukiwaczy złota na
amerykańskiej prerii. Następnie lądują w samym środku amazońskiej
dżungli, gdzie Morawagin zaczyna tworzyć populację feministyczną oraz
doprowadza do wybuchu seksualnej rewolucji. Salwując się ucieczką
trafiają ponownie do Europy, gdzie zajmują się konstrukcją samolotów,
przeżywając głęboką fascynację powszechną industrializacją. Później
przychodzi jeszcze I Wojna Światowa, która rozdziela Don Kichota i jego
Sancho Pansę. Finalnie narrator odnajduje Morawagina w Ośrodku
Neurologicznym, by towarzyszyć mu w ostatnich momentach żywota.
Wydaje się, że narrator wypuścił
Morawagina, by wspólnie z nim siać zamęt, niszczyć ustalony porządek
rzeczy, burzyć normy i obyczaje. Lekarz psychiatrii, który wydaje się
niewiele mniej szalony niż uwolniony przez niego pacjent, praktycznie na
każdy temat ma spojrzenie zupełnie inne, niż normalny, zdrowy
obywatel. Miłość to rodzaj ciężkiego zatrucia i nałogu, który pragnie
się dzielić z drugą osobą. To destrukcyjna namiętność, potrzeba
samounicestwienia, która niszczy, upośledza, wyjaławia, wycieńcza,
okalecza, sieje spustoszenie w mózgu, objawia się nadpobudliwością błon
śluzowych i zachwianiem równowagi naczyniowo-ruchowej, jest źródłem
zbrodni, aktów zemsty, kłamstw i zdrady. Miłość w opinii narratora jest
zatem niczym entropia - bogini chaosu dążąca do zupełnej anihilacji osób
owładniętych tym uczuciem. Niewiele lepsze zdanie posiada narrator na
temat kobiet, które są dla niego uosobieniem oraz nosicielem
nieszczęścia. Płeć piękna, wydająca na świat potomstwo, odpowiedzialna
jest za istnienie, byt, który jest wyłącznie mozolnym łańcuchem
cierpienia, zakończonym śmiercią. Mimo to niemal wszystkie cywilizacje
kobiety gloryfikują, doprowadzając się tym samym do powolnego upadku.
Mężczyźni spychani są tymczasem na drugi plan, pochłonięci wzajemną
walką o względy niewiast, przez które zostali opętani.
Fascynująca oraz niezwykle trafna jest również tzw. zasada użyteczności,
którą prezentuje narrator przy okazji podróży do Ameryki. Wszelaka
działalność człowieka, począwszy od prehistorycznych kamiennych siekier,
skończywszy na drapaczach chmur, sprowadza się do aktywności
praktycznej. Produkowane przedmioty muszą być użyteczne, przydatne.
Wyrazem zasady użyteczności jest również monokultura, dokonująca
monstrualnych przeobrażeń współczesnego świata, zaspokajając tym samym
ludzką potrzebę upraszczania, eliminacji zbędnych ogniw. Autor
ironicznie i znakomicie zaprezentował ów ludzki pęd ku nicości,
rewolucję zabijającą metafizykę w imię materializmu, która przecież
nadal rozgrywa się na naszych oczach, przyjmując postać m.in. szalonego
konsumpcjonizmu.
Ciekawy jest również sam tytuł, będący nazwiskiem głównego bohatera. Moravagine, można utworzyć z słów: mors (z łac. śmierć) + vagina (z łac. pochwa).
Neologizm dość adekwatny do poglądów narratora, mówiących o tym, że
kobieta, symbolizowana przez pochwę (drogę, którą pokonuje nasienie w
podróży do finalnego połączenia z komórką jajową, będącą równocześnie
miejscem, przez które nowe życie przychodzi na świat) jest nosicielką
istoty z góry skazanej na przyszłą zagładę, śmierć, której życie
przepełnione będzie bólem i cierpieniem. To dość obrazoburcze spojrzenie
na akt narodzin, które przecież w powszechnej świadomości traktowane są
jako wielkie szczęście, łaska, etc.
Reasumując krótko, Morawagin to
lektura bardzo specyficzna. Na pewno ciekawa, doprawiona szczyptą
szaleństwa oraz ogromną ilością ironii, sprawia, że czytelnik dość
często uśmiecha się pod nosem, poznając kolejne losy niezwykłego duetu.
Wiele idei wyłożonych w powieści nawet dzisiaj szokuje, więc z pewnością
nie dziwi wpis autora z pierwszej strony, na której Cendrars
zadedykował książką swojemu wydawcy. Proza francuskiego pisarza jest
również o tyle interesująca, że fikcja bardzo gęsto jest w niej
przeplatana rzeczywistością. W pewnym momencie w powieści pojawia się
postać samego Cendrarsa, a część zdarzeń w których uczestniczy,
rzeczywiście miała miejsce w jego życiu. Wydaje się, że w ten sposób ten
nieszablonowy artysta pragnął podtrzymać własną legendę
człowieka-awanturnika. Tak, czy owak, lekturę uważam za godną polecenia –
zresztą sam Henry Miller napisał o niej następujące słowa: Iskrząca się masa poetycka dedykowana archipelagom bezsenności.
Po co pisać?
"… nie szczędzimy trudu, by pisać książki, które i tak nie zmienią świata, niezależnie od tego, ile włożono w nie talentu i wysiłku, najbardziej szalonych idei."
Michael Cunningham Godziny
Subskrybuj:
Posty (Atom)





