Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwajcarska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwajcarska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lipca 2026

"Motyw Albissera" Adolf Muschg - Atawistyczny lęk przed obcym

Adolf Muschg

Motyw Albissera

Tytuł oryginału: Albissers Grund 
Tłumaczenie: Sławomir Błaut
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike 
Liczba stron525
Formatpapier
 
 
  

Składową formowania się człowieczej osobowości jest przyjęcie określonej optyki na otaczającą nas rzeczywistość. Rzeczywistość, która z racji ogromnej ilości składowych, wchodzących ze sobą w nieustanne interakcje, jest konstruktem niesłychanie skomplikowanym. Ów wysokich poziom złożoności sprawia, że pojawia się podświadoma pokusa (czy wręcz konieczność, zważywszy na ograniczone możliwości ludzkiego umysłu), by pewne elementy – te wymykające się naszemu pojmowaniu – zignorować, pominąć czy też uprościć. Cóż jednak się stanie, gdy na naszej życiowej drodze stanie osobnik, który uzmysławia nam, że obraz świata, jaki sobie wykreowaliśmy, jest niepełny, wykoślawiony, niewolny od myślowych schematów i skrótów? Intrygującą wizję spotkania prowadzącego do intelektualnego przebudzenia prezentuje Adolf Muschg (ur. 1934), szwajcarski literaturoznawca i prozaik, autor powieści Motyw Albissera.

sobota, 19 listopada 2016

Lekki niedosyt, czyli Pogromca lwów Camilli Läckberg






Camilla Läckberg

Pogromca lwów

tytuł oryginału: Lejontämjaren
tłumaczenie: Inga Sawicka
cykl: Saga o Fjällbace (tom 9)
wydawnictwo: Czarna Owca 2015
liczba stron: 432
wersja audio:
czyta: Marcin Perchuć
długość:12 godzin 38 minut



Camilla Läckberg plasuje się obecnie w ścisłej czołówce szwedzkich powieściopisarzy kryminalnych, więc bez przesady można stwierdzić, że automatycznie zalicza się zarazem do europejskiej, a nawet światowej elity gatunku. Trzeba jednak zaznaczyć, że od czasów Conan Doyle’a wiele się w świecie kryminału zmieniło – ewolucja przeszła w rewolucję i mamy obecnie w dziedzinie literackiej zbrodni tyle podgatunków, często bardzo od siebie się różniących, że już chyba tylko SF dysponuje szerszym wachlarzem konwencji. Z tego wynika niezbędna różnorodność kryteriów oceny i mnogość gwiazd uznanych za mistrzów kryminalnego pióra. Camilla Läckberg, w moim odczuciu, jest prekursorem maniery, która być może, o ile znajdzie godnych następców, stanie się osobnym kanonem, który nazwałbym szwedzkim kryminałem obyczajowym, w odróżnieniu od wyodrębnionego już jakiś czas temu nurtu zwanego szwedzkim kryminałem społecznym.




piątek, 16 października 2015

Płonę, płonę, płonę, czyli "Auto da fé"


Auto da fé

Elias Canetti

Tytuł oryginału: Die Blendung
Tłumaczenie: Edyta Sicińska
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 568





Auto da fé to portugalskie wyrażenie oznaczające dosłownie akt wiary. Termin jest ściśle związany z działalnością inkwizycji i oznacza publiczne wyznanie bądź zaparcie się wiary przez chrześcijanina, któremu dowiedziono herezję. Auto da fé praktykowano w Portugalii, Hiszpanii oraz koloniach obu państw pomiędzy XV a XIX wiekiem. Był to ostatni etap procesu inkwizycyjnego i na ogół kończył się on śmiercią skazanego poprzez spalenie na stosie, chociaż zdarzali się szczęśliwcy, którym udawało się uniknąć tragicznego losu. Auto da fé było niezwykłą ceremonią o charakterze publicznym – aktów wiary dokonywano na głównych placach miast, na rynkach bądź przed kościołami, w obecności tysięcy gapiów, w atmosferze równie podniosłej, co ponurej i przerażającej. Skazańcy brali udział w procesji, która towarzyszyła im od więziennych murów do miejsca, gdzie miało odbyć się auto da fé i do końca ceremonii nie byli świadomi, czy uda im się ujść z życiem. Akty wiary swój unikalny charakter zawdzięczały starannej i przemyślanej oprawie – winowajcy nosili pokutne szaty, ozdobione płomieniami i wizerunkiem własnej podobizny w otoczeniu diabłów. Pod rysunkiem umieszczano opis przewinień. Ponieważ wyrok, choć nieznany ani skazańcowi ani tłumowi gapiów, był już ustalony przez inkwizycję, w przypadku orzeknięcia winy ewentualne przyznanie się do zarzucanych czynów oraz okazanie skruchy w żaden sposób nie mogły uratować ofiary przed spłonięciem na stosie. Wyrażenie auto da fé na stałe weszło do naszej cywilizacyjnej terminologii i zgodnie ze słownikiem języka polskiego, ten zlepek słów posiada także dodatkowe znaczenia – jest on stosowany zamiennie z samospaleniem bądź z paleniem ksiąg uznanych za heretyckie. Ponadto Auto da fé to tytuł interesującej powieści autorstwa Eliasta Canettiego, laureata literackiej nagrody Nobla.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Śmiertelna wagina

Okładka książki Morawagin 

Morawagin

Blaise Cendrars


Tytuł oryginału: Moravagine
Tłumaczenie: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 234
 
 
 
 
 
Obsesja, inaczej natręctwo, to rodzaj zaburzeń, których objawami są irracjonalne myśli połączone przekonaniem o ich absurdalności oraz głęboką chęcią uwolnienia się od nich. Jeśli chodzi o etymologię tego słowa, to wywodzi się ono z łacińskiego obsessio, oznaczającego zamknięcie, otoczenie, opętanie. Książka Morawagin, autorstwa Blaise’a Cendrarsa ukazała się w roku 1926 na łamach paryskiego wydawnictwa Grasset, jednak bohater książki towarzyszył pisarzowi już w okopach I Wojny Światowej, podczas której Cendrars stracił prawą rękę. Pomysł opisania przygód tego niezwykłego osobnika, którego pierwowzorem był pewien gwałciciel dwóch dziewczynek spotkany w 1907 roku w Bernie, przez długie lata dojrzewał i kwitł w umyśle jego twórcy. Ale Cedrars przez ogrom czasu pozostawał bezpłodny, natomiast Morawagin stawał się na tyle przytłaczający i bezlitosny, zajmując niemal całą przestrzeń wyobraźni, że jedyną okazją na pozbycie się go i uwolnienie się od jego męczącej i bezustannej obecności stało się spłodzenie książki, dzięki której Morawagin opuścił umysłową macicę Cedrarsa.

Początek XX wieku. W medycynie panują czasy Wielkiej Histerii, jak zgrabnie narrator Rajmund określa zainteresowanie chorobami nerwowymi, w leczeniu i diagnozowaniu których prym wiódł austriacki lekarz i neurolog Zygmunt Freud. Ów tajemniczy narrator to specjalista od chorób podświadomości właśnie, jednak daleko mu do prezentowania oficjalnych poglądów. W jego opinii psychoanaliza Freuda to wydumana, wyssana z palca, sentymentalna, choć określana mianem racjonalnej, symbolika nabytych bądź wrodzonych lapsusów podświadomości, osobliwa księga snów na użytek psychiatrów. Za bardzo koncentruje się ona na skutkach, zamiast na przyczynach. Ponadto aberracja umysłowa, choroba, postrzegana jest z gruntu jako stan anormalny, szkodliwy i niepożądany, który trzeba natychmiast zahamować, a w następnej kolejności zlikwidować. Tymczasem narrator uważa, że owe choroby to znamiona stanu aktywności, który powszechnie określa się mianem życia. Ba, być może choroby to przejściowy, pośredni, przyszły stan zdrowia? A może to właśnie one są zdrowiem? Być może samo zdrowie to pewien szczególny, najczęściej chwilowy, aspekt stanu chorobowego? Bo w końcu to właśnie zbiorowe neurozy, choroby woli stają się wyznacznikami epoki ewolucji człowieka. Jak widać, już pierwsze strony stają się swoistym ostrzeżeniem dla czytelnika przed wycieczką w szaleństwo, jakim niewątpliwie jest dalsza lektura.

Narrator, tuż po ukończeniu studiów medycznych udaje się do sanatorium Waldensee w Szwajcarii, w którym wszelakiej maści bogaci oraz wpływowi wariaci spędzają całe dnie izolacji od świata zewnętrznego. Dyrektorem ośrodka jest popularny oraz ceniony doktor Stein, wielki zwolennik freudowskiej psychoanalizy. Nietrudno odgadnąć, że narrator, zatrudniając się w Waldensee kierował się osobliwymi pobudkami, a jego zamierzenia są raczej podłe oraz mało szlachetne. Uważając, że psychiatrzy najczęściej odcinają od świata fizjologicznych geniuszy, nosicieli i zwiastunów przyszłego zdrowia, narrator podejmuje się udanej próby uwolnienia pacjenta, który wywarł na nim zdecydowanie największe wrażenie. Morawagin to niepozorny człeczyna, niewielkiego wzrostu i mizernego wyglądu, chromiejący na jedną nogę, wiecznie zamyślony, błąkający się wspomnieniami gdzieś hen daleko, docierając z nimi w odległą przeszłość, gdzie wg własnych słów wiódł żywot na dworze królewskim, jako dziedzic króla Węgier. Bohater popada w zupełną fascynację tym obłąkanym człowiekiem, który potrafi z niewzruszonym spokojem na oczach personelu medycznego upuścić nieco swego życiodajnego nasienia do słoiczka z pływającą w nim rybką. Morawagin zostaje zatem wypuszczony na wolność, jego ruchy przestają krępować ciasne mury jego luksusowej celi, świat nareszcie staje otworem. Młody doktor oraz jego małpa, psychiczna bestia zaczynają wielką pielgrzymkę po całym globie.

Morawagin oraz narrator trafiają do Rosji, która w latach 1904 – 1908 ogarnięta była rewolucyjną gorączką. Niemal z miejsca obaj zostają czołowymi oraz bezkompromisowymi terrorystami. Werbują ludzi, zakładają kolejne oczka siatki swojej organizacji, przygotowują ambitne plany obalenia imperium, próbują dokonać zamachu na samego cara. Po niepowodzeniu rewolucji, obaj cudem uciekają do USA, gdzie przedzierzgają się w poszukiwaczy złota na amerykańskiej prerii. Następnie lądują w samym środku amazońskiej dżungli, gdzie Morawagin zaczyna tworzyć populację feministyczną oraz doprowadza do wybuchu seksualnej rewolucji. Salwując się ucieczką trafiają ponownie do Europy, gdzie zajmują się konstrukcją samolotów, przeżywając głęboką fascynację powszechną industrializacją. Później przychodzi jeszcze I Wojna Światowa, która rozdziela Don Kichota i jego Sancho Pansę. Finalnie narrator odnajduje Morawagina w Ośrodku Neurologicznym, by towarzyszyć mu w ostatnich momentach żywota.

Wydaje się, że narrator wypuścił Morawagina, by wspólnie z nim siać zamęt, niszczyć ustalony porządek rzeczy, burzyć normy i obyczaje. Lekarz psychiatrii, który wydaje się niewiele mniej szalony niż uwolniony przez niego pacjent, praktycznie na każdy temat ma spojrzenie zupełnie inne, niż normalny, zdrowy obywatel. Miłość to rodzaj ciężkiego zatrucia i nałogu, który pragnie się dzielić z drugą osobą. To destrukcyjna namiętność, potrzeba samounicestwienia, która niszczy, upośledza, wyjaławia, wycieńcza, okalecza, sieje spustoszenie w mózgu, objawia się nadpobudliwością błon śluzowych i zachwianiem równowagi naczyniowo-ruchowej, jest źródłem zbrodni, aktów zemsty, kłamstw i zdrady. Miłość w opinii narratora jest zatem niczym entropia - bogini chaosu dążąca do zupełnej anihilacji osób owładniętych tym uczuciem. Niewiele lepsze zdanie posiada narrator na temat kobiet, które są dla niego uosobieniem oraz nosicielem nieszczęścia. Płeć piękna, wydająca na świat potomstwo, odpowiedzialna jest za istnienie, byt, który jest wyłącznie mozolnym łańcuchem cierpienia, zakończonym śmiercią. Mimo to niemal wszystkie cywilizacje kobiety gloryfikują, doprowadzając się tym samym do powolnego upadku. Mężczyźni spychani są tymczasem na drugi plan, pochłonięci wzajemną walką o względy niewiast, przez które zostali opętani.

Fascynująca oraz niezwykle trafna jest również tzw. zasada użyteczności, którą prezentuje narrator przy okazji podróży do Ameryki. Wszelaka działalność człowieka, począwszy od prehistorycznych kamiennych siekier, skończywszy na drapaczach chmur, sprowadza się do aktywności praktycznej. Produkowane przedmioty muszą być użyteczne, przydatne. Wyrazem zasady użyteczności jest również monokultura, dokonująca monstrualnych przeobrażeń współczesnego świata, zaspokajając tym samym ludzką potrzebę upraszczania, eliminacji zbędnych ogniw. Autor ironicznie i znakomicie zaprezentował ów ludzki pęd ku nicości, rewolucję zabijającą metafizykę w imię materializmu, która przecież nadal rozgrywa się na naszych oczach, przyjmując postać m.in. szalonego konsumpcjonizmu.

Ciekawy jest również sam tytuł, będący nazwiskiem głównego bohatera. Moravagine, można utworzyć z słów: mors (z łac. śmierć) + vagina (z łac. pochwa). Neologizm dość adekwatny do poglądów narratora, mówiących o tym, że kobieta, symbolizowana przez pochwę (drogę, którą pokonuje nasienie w podróży do finalnego połączenia z komórką jajową, będącą równocześnie miejscem, przez które nowe życie przychodzi na świat) jest nosicielką istoty z góry skazanej na przyszłą zagładę, śmierć, której życie przepełnione będzie bólem i cierpieniem. To dość obrazoburcze spojrzenie na akt narodzin, które przecież w powszechnej świadomości traktowane są jako wielkie szczęście, łaska, etc.

Reasumując krótko, Morawagin to lektura bardzo specyficzna. Na pewno ciekawa, doprawiona szczyptą szaleństwa oraz ogromną ilością ironii, sprawia, że czytelnik dość często uśmiecha się pod nosem, poznając kolejne losy niezwykłego duetu. Wiele idei wyłożonych w powieści nawet dzisiaj szokuje, więc z pewnością nie dziwi wpis autora z pierwszej strony, na której Cendrars zadedykował książką swojemu wydawcy. Proza francuskiego pisarza jest również o tyle interesująca, że fikcja bardzo gęsto jest w niej przeplatana rzeczywistością. W pewnym momencie w powieści pojawia się postać samego Cendrarsa, a część zdarzeń w których uczestniczy, rzeczywiście miała miejsce w jego życiu. Wydaje się, że w ten sposób ten nieszablonowy artysta pragnął podtrzymać własną legendę człowieka-awanturnika. Tak, czy owak, lekturę uważam za godną polecenia – zresztą sam Henry Miller napisał o niej następujące słowa: Iskrząca się masa poetycka dedykowana archipelagom bezsenności.