Simone de Beauvoir
Mandaryni
Akcja utworu, rozciągniętego na lata 1944 – 1948 i osadzonego w Paryżu, koncentruje się wokół perypetii grupy postaci z kręgu lewicowych francuskich intelektualistów. Bohaterowie, w trakcie II wojny światowej w większości zaangażowani w działalność ruchu oporu, wraz z wygnaniem nazizmu znad Sekwany, popadają w euforię, która szybko zderza się ze złożoną, powojenną rzeczywistością. Wzniosłe hasła i ideały skonfrontowane zostają z dynamicznie zmieniającymi się okolicznościami, które szybko sygnalizują, że formujący się nowy świat, nie będzie ani wspaniały, ani czarno-biały.
Ów proces zarysowywania się powojennych realiów przybliżony zostaje z dwóch perspektyw. Autorka stosuje przeplatające się rozdziały, z których część utrzymana jest w formie pierwszoosobowej narracji i traktuje o perypetiach psychoanalityczki Anny Dubreuilh (kilka elementów jej biografii jest stycznych z życiorysem samej pisarki), pozostała zaś, przybliżona za sprawą trzecioosobowego narratora, skupia się na osobie pisarza i dziennikarza Henriego Perrona, postaci luźno wzorowanej na Albercie Camusie. Ponadto wiele uwagi poświęcone zostaje Robertowi Dubreuilhowi, małżonkowi Anny (starszemu od niej o 20 lat), działaczowi, myślicielowi i pisarzowi, w którym, do pewnego stopnia, dopatrzyć można się podobieństw do Jeana-Paula Sartre’a, filozofa i eseisty, prywatnie partnera życiowego de Beauvoir.
Mandaryni to wielowarstwowa powieść, w której dopatrzeć można się kilku kluczowych zagadnień. Jednym z najważniejszych zdaje się być poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jaką rolę do odegrania w odradzającym się państwie francuskim mają intelektualiści. Czy ich obecność w życiu publicznym jest nieodzowna? Czy ich opinie w sprawach ważkich dla narodu mają jeszcze jakieś znaczenie? Czy w swoim postępowaniu winni kierować się wyłącznie poszukiwaniem prawdy i sprawiedliwości, czy też w imię wyznawanej ideologii dopuszczalne są z ich strony przemilczenia bądź przymykanie oczu na niewygodne fakty? Przy tej okazji kreślony jest złożony portret członków owej warstwy społecznej, którzy w różny sposób zapatrują się na stawiane wyżej pytania. Nie brak osobników przeświadczonych o własnej sprawczości i mocy, przesiąkniętych poczuciem misji i odpowiedzialności, uważających, że nie tyle należy baczniej patrzeć politykom na ręce, co wręcz ich zastąpić, tak by mieć realny wpływ na kierunek, w jakim zmierzać będzie formująca się ponownie francuska państwowość: Ale myśli, podobnie jak i ja, że nie należy obecnie zostawiać polityki w rękach polityków [1]; Pomyśl tylko: po raz pierwszy lewica trzyma swój los we własnych rękach, po raz pierwszy można spróbować wspólnego działania niezależnie od komunistów, bez obawy przysłużenia się prawicy. Niepodobna zaprzepaścić tej szansy! [2]. Do głosu dochodzą też prorocy wieszczący koniec kultury w znanym dotychczas kształcie, przekonani o jej nieuchronnym skarleniu i marginalizacji, wobec kompromitacji humanitarnych idei, które w żadnej mierze nie zapobiegły masowemu złu: (…) a nie była to zwykła wojna. To zagłada pewnej społeczności, a nawet pewnego świata. Początek zagłady. Postęp nauki i techniki, zmiany ekonomiczne do tego stopnia przekształcą oblicze ziemi, że nawet nasz sposób myślenia i czucia ulegnie przy tym przewrotowi i trudno nam będzie sobie przypomnieć, kim byliśmy. Między innymi sztuka i literatura będą się nam wydawały tylko rozrywkami nie na czasie [3]. Swoje do powiedzenia mają realiści, przewidujący dwubiegunową przyszłość świata, spolaryzowanego i podzielonego na dwa obozy (skupione wokół USA oraz wokół ZSRR), co jest jednoznaczne z utratą dotychczasowego, mocarstwowego statusu krajów Starej Europy: Wszyscy z przyjemnością dali się zwieść tym domom, drzewom, ławkom, które tak dokładnie naśladowały przeszłość. W rzeczywistości jednak to dumne miasto wniesione w sercu świata uległo zakładzie. Henri był dziś pozbawionym znaczenia obywatelem państwa piątej kategorii (…) [4]; Wiem, marzy ci się Europa zjednoczona, samodzielna i socjalistyczna. Ale jeśli odrzuci ona opiekę USA, wpadnie nieuchronnie w ręce Stalina [5]. Wreszcie, są i fataliści przerażeni głupotą, krótkowzrocznością i destrukcyjną potęgą ludzkości, które w ich mniemaniu muszą doprowadzić do tragicznego finału, tj. autodestrukcji człowieczego rodzaju: Wesoła przyszłość! Henri przymknął oczy. Vassieux, Hiroszima. Jeden rok przyniósł nie lada postęp! Przyszła wojna dobrze się da we znaki. A okres powojenny jeszcze lepszy będzie niż obecny. Chyba że w ogóle nie będzie okresu powojennego. Chyba że zwyciężeni wysadzą dla zabawy kulę ziemską w powietrze. To najzupełniej możliwe [6].
Mandaryni to również frapujące spojrzenie na francuskie powojnie – czas, kiedy na ruinach starego świata należy wznieść nową konstrukcję, zadając sobie przy tym szereg fundamentalnych pytań, mierząc się z zaznanymi traumami. Simone de Beauvoir przypomina, że nieodłączną składową ustania walk są wyrzuty sumienia, dręczące tych, którzy przetrwali wojenne piekło, tych, którzy nie polegli, tak jak ich towarzysze broni: Ściskaliśmy się, tańczyliśmy dokoła drzewka skrzącego od obietnic, a tylu ich było, ach, tylu! nieobecnych. Nikt nie słyszał ich ostatnich słów, ciał ich nigdzie nie pochowano: pochłonęła ich pustka [7]; Gdy nie dzieli się z kimś niedoli (…) to człowiek tak się czuje, jakby był jej winny [8]; Kiedy moich kolegów wywieziono na Syberię, ja byłem w Wiedniu; kiedy brunatne koszule mordowały innych w Wiedniu, ja tymczasem znajdowałem się w Paryżu. A kiedy Paryż był okupowany, siedziałem w Nowym Jorku. Cała rzecz w tym, czy w ogóle warto żyć [9]. Nie mniej ważkie są rozważania dotyczące rozliczeń, kiedy to ścierają się ze sobą przeciwstawne frakcje – z jednej strony nawoływanie do zjednoczenia i zakopania wszelkich podziałów w imię wspólnego dobra ((…) umarłych trzeba zostawić w spokoju; po co judzić Francuzów do wzajemnej nienawiści?… [10]), z drugiej zaś domaganie się sprawiedliwości, wyrażającej się poprzez to, by pamiętać, kto stał po stronie oprawców (hitlerowców), a kto przeciwko nim walczył (Ludzka pamięć bardzo potrzebuje odświeżania [11]). Kolaboracja to jeden z najtrudniejszych orzechów do zgryzienia, bowiem liczne samosądy wzmagają panujący chaos, a w dodatku nierzadko opierają się na niepewnych przesłankach, jednakowoż puszczanie płazem współpracy z nazistami jest niesłychanie demoralizujące dla członków ruchu oporu, ofiar czy wszystkich idealistów wierzących w najbardziej elementarne wartości: Przyznajesz, że uniewinnienie to obrzydliwa komedia? [12].
Nie mniej interesujące jest ukazanie, jak francuska lewica postrzega w owym czasie ZSRR – Związek Sowiecki, pod przywództwem Józefa Stalina dla wielu francuskich komunistów, ale i socjalistów, to ogromna nadzieja na lepsze jutro, na skuteczną walkę z kapitalistyczną i imperialistyczną polityką Stanów Zjednoczonych, wzbudzającą jeszcze większe obawy po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę (Oni się teraz cieszą, że pokazali całemu światu, do czego są zdolni: w ten sposób mogą prowadzić jaką zechcą politykę, a nikt nie ośmieli się nawet palcem kiwnąć [13]). Te pokłady optymizmu i wiary przechodzą brutalną weryfikację, gdy na jaw zaczynają wychodzić niewygodne fakty z Kraju Rad, w szczególności dotyczące sieci obozów pracy przymusowej, które stanowią integralną część stalinowskiej utopii: Henri otworzył grubą, leżącą na kolanach teczkę z materiałami: wszystko, co parę godzin czytał z roztargnieniem, nabierało nagle straszliwego sensu. Były tu, przełożone na angielski, wypowiedzi oficjalne, potwierdzające istnienie obozów. Bez złej woli nie sposób odrzucić wszystkich w czambuł świadectw, z których część pochodziła od obserwatorów amerykańskich, część od odnalezionych na przymusowych robotach w Niemczech jeńców z obozów koncentracyjnych, które wpadły w ręce hitlerowców. Niepodobna zaprzeczyć: w Związku Radzieckim byli także wyzyskujący i wyzyskiwani, ludzie zaszczuci na śmierć! [14]. Dla wielu lewicowych intelektualistów owo odkrycie to nie lada dylemat, w myśl przeświadczenia, że: Atakując ZSRR, atakujesz socjalizm jako taki [15], co rodzi pytania, czy ów stan rzeczy należy przemilczeć, potraktować jako bolesny acz konieczny etap rozwoju komunistycznego państwa, czy też spojrzeć prawdzie w oczy i otwarcie skrytykować, to co się dzieje w ZSRR.
Ostatni akcent, o którym warto napomknąć, skierowany jest do osób zaciekawionych osobą samej Simone de Beauvoir. Jak już wspomniano, postać Anny w pewnym stopniu wzorowana jest na przeżyciach samej autorki. Ważnym wydarzeniem w życiu Anny okazuje się podróż do USA na sympozjum poświęcone psychoanalizie – w trakcie wizyty w Stanach, która nie kończy się na Nowym Jorku, Anna poznaje Lewisa Brogana, pochodzącego z Chicago pisarza, z którym nawiązuje romans. W tej niełatwej, trwającej kilkanaście lat relacji, przerywanej wieloma miesiącami rozłąki, dopatrzeć można się echa związku, w jakim Simone de Beauvoir pozostawała przez 17 lat z amerykańskim literatem Nelsonem Algrenem. Mandaryni są o tyle ciekawi, że pokazują całą paletę uczuć kobiety, która nie potrafi zrezygnować z dotychczasowego żywota i decyduje się na prowadzenie dwóch egzystencji (o czym małżonek Robert zostaje sumienne poinformowany) – przez kilka miesięcy we Francji, a następnie przez kilka miesięcy w Stanach Zjednoczonych.
Mandaryni to także szereg innych, nie mniej intrygujących tematów, których jednak nie sposób przybliżyć w pełnej krasie, bowiem jest ich bardzo, bardzo dużo, co zresztą przekłada się na objętość powieści (polskie liczy sobie niemal 800 stron). Simone de Beauvoir powołuje do istnienia bogate grono pierwszo- oraz drugoplanowych bohaterów, za sprawą których nakreślone zostają najróżniejsze aspekty powojennej, jakże wielowarstwowej rzeczywistości. Całość składa się na monumentalną powieść, która bezwzględnie odziera z naiwnej nadziei, że koniec zbrojnego konfliktu, to powrót do przedwojennej normalności (Znów nastał pokój, powraca wszystko: święta, wygody, rozkosze życia, podróże, kto wie, może szczęście, na pewno wolność [16]). Powojnie to poniekąd nadal konfrontacja: z demonami wojny, z wyrzutami sumienia ocalonych, z nową sytuacją międzynarodową (Często zastanawiał się, kim właściwie jest, i oto, jaką otrzymywał odpowiedź: jest intelektualistą francuskim upojonym zwycięstwem czterdziestego czwartego roku, któremu bieg wydarzeń jasno teraz uświadomił, że jest niepotrzebny [17]), z okaleczeniami psychicznymi (pod tym kątem de Beauvoir jest niczym kuratorka oprowadzająca nas po wystawie traum, rzeźbionych przez wojenny kaprys); to także starcie różnych światopoglądów w kwestii tego, jak rozliczyć się za wojenne piekło oraz jak ma wyglądać i jak powinna być ukształtowana nowa, naznaczona bliznami rzeczywistość.
P. S. Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutki na naszych medyków pola walki działających na froncie: https://pomagam.pl/b4t636 albo https://pomagam.pl/medycy_ukrainie
------------------------------------

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)