czwartek, 17 stycznia 2013

Stanisław Lem "Solaris" - Konwersacje oceaniczne

Okładka książki Solaris 

Solaris

Stanisław Lem

Wydawnictwo: Agora
Seria: Dzieła Stanisława Lema
Liczba stron: 240








 
Stanisław Lem wielkim pisarzem był. Pisząc te zdania czuję się dokładnie jak ferdydurkowski Bladaczka. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas w zdecydowanie różny sposób odbiera rzeczywistość, a dokonując jej oceny, stosuje sobie tylko znane kryteria. Świadomość ta powinna mi wyraźnie pomóc w uzmysłowieniu sobie faktu, że sądy obiektywne na temat jakości książek, literatury, etc. nie mogą istnieć, w związku z czym wypowiadanie zdań, tego typu, od którego rozpocząłem recenzję jest absolutnie bezsensowne. Stwierdzenie takowe jest subiektywne i będzie, niezależnie od tego jak wielu ludzi jest w stanie podpisać się pod moją sentencją. Dlaczego zatem piszę w ten sposób? Dlaczego powielam schemat, który od dawna dominuje w naszej kulturze, mimo, że uważam, iż jest to coś złego? Dlaczego wreszcie ludzie tak bardzo kochają mieć rację? Odpowiedzi na te pytania raczej nie znajdziecie w jednej z powieści Lema, Solaris, ale z pewnością wyczytacie w niej całkiem sporo na temat ludzkiej psychiki.

W wydanej w 1961 roku książce, przetłumaczonej na kilkanaście języków, Stanisław Lem prezentuje nieudaną próbę kontaktu ludzkości z solaryjskim oceanem. Zacznijmy jednak od początku. Główny bohater Kris, to psycholog, który zostaje wysłany na stację badawczą krążącą wokół planety Solaris, by zbadać, co przydarzyło się jej członkom, wykazującym poważne zaburzenia natury psychicznej. Szybko jednak przekonuje się, że jego praca będzie dość niezwykła. Okazuje się, że planeta jest zamieszkała. Posiada jednego mieszkańca, którym jest rozumny ocean. Nie można się z nim jednak porozumieć w żaden sposób. Wielka, plazmatyczna, na pozór bardzo milkliwa galareta posiada za to specyficzne właściwości. Potrafi ona zmaterializować najskrytsze marzenia mieszkańców stacji. Jednak ocean jako istota przez długie lata jedyna i samotna na ogromnej planecie nie zna znaczenia słowa my. Czytając w mózgach ludzi jak w otwartej księdze, nie potrafi on rozeznać się w strukturze zawartych tam treści. Obce mu jest poczucie taktu czy przyzwoitości, mimo swej mądrości technicznej nie ma pojęcia jak niewiele prywatnych ludzkich marzeń nadaje się do ujawnienia.

Pewnej nocy, Krisa budzi Harey, jego ukochana, która 20 lat wcześniej, porzucona przez niego popełnia samobójstwo. Kris stosunkowo szybko uświadamia sobie, że jego najdroższa to tylko fantom – replika, neutrinowy twór, owoc działalności solaryjskiego oceanu. Oprócz tego, że ciągle jest piękna i młoda cechuje ją również … nieśmiertelność. O tej ostatniej cesze bohater przekona się empirycznie, próbując w akcie desperacji zgładzić koszmar, narodzony z odmętów jego wspomnień. Dwaj pozostali naukowcy nie mają tyle szczęścia co Kirs – oni w darze od oceanu otrzymują rzeczy wydobyte z najwstydliwszych zakamarków ich umysłów. Marzenia skrywane nawet przed samym sobą, stają się dla nich rzeczywistością. Dostają w prezencie ucieleśnioną własną małość i podłość, która przybrawszy formę materialną doprowadza ich na granicę obłędu.

Oto jedna z wielu warstw powieści: studium człowieka, który znalazł się w sytuacji absolutnie wyjątkowej, bo nie mającej żadnych odniesień do ziemskich doświadczeń. Wydaje się, że konfrontacja z nieznanym stanowi ulubiony temat powieści science fiction autorstwa Stanisława Lema. Pojawiają się i mnożą pytania: czy uczucie, jakie finalnie wywiązało się między Krisem a Harvey można nazwać miłością? Czy możliwe jest by człowiek kochał obcą formę życia, czy też własne, zmaterializowane wspomnienie? Wreszcie czy Harvey jest istotą ludzką? Bo co właściwie o tym stanowi? Materia, z jakiej jest stworzona, fakt urodzenia przez matkę, biologiczną istotę, czy może ludzkie odczuwanie? Zatem kimże, bądź czymże jest Harvey? Jakie wzorce moralne wobec niej zastosować? Jakie kryterium dla niej obrać? W jakich kategoriach rozpatrywać w ogóle jej byt, bo przecież Harvey posiada świadomość własnej egzystencji.

Książka to również ambitna próba ustalenia granic ludzkiego poznania. To uświadomienie nam, jak mało wiemy na temat możliwych obcych form życia. Według autora, ludzkość nie ma czego szukać w Kosmosie, tak jak i jego mieszkańcy nie mają po co przybywać na Ziemię, ponieważ porozumienie i tak nie jest możliwe. Owa niemożność kontaktu wynika z wzajemnej obcości, którą Lem znakomicie uwypukla plastycznymi i żywymi opisami form, tworzonych przez Ocean. Naukowcy, których całe rzesze przewinęły się przez planetę Solaris, mimo lat żmudnej pracy ciągle nie są dokładnie ich zbadać, czy raczej w pełni zrozumieć ich znaczenia. Potrafią jedynie porządkować, katalogować owe formy, nadawać im pozostające bez znaczenia, wymyślone nazwy, które skrywają jedynie pustkę i bezsilność. Całość przypomina próbę opisania kolorów osobie niewidomej od urodzenia – to wyraz bezradności naszego intelektu.

Idąc dalej, utwór możemy rozpatrywać również jako swoistą transgresję od porządku ludzkiego, dobrze nam znanemu ku temu, co obce, nieludzkie. Pisarz zabiera nas w fascynującą wędrówkę w nieznane. Czytelnik ciągle musi operować na granicy dwóch światów – pomiędzy tym, co zrozumiałe, oswojone, a tym, co niepojęte. Przy czym otchłań obcości rozpościera się nie tylko w kosmosie, ale również w samym człowieku. Lem posługując się myślącym oceanem jako wykładnią, uzmysławia nam, jak ogromne, dziewicze i niezbadane obszary znajdują się w naszych własnych umysłach. Istota ludzka okazuje się tylko cienką warstwą sensu, pokrytą licznymi tajemnicami materii, psychiki. Przesłanie płynące z książki jest zatem proste. Zanim zdecydujemy się na podbój Kosmosu, powinniśmy dokładnie poznać siebie samych, jako istoty ludzkie.

Wielce ciekawy jest również odbiór powieści przez wszelakiej maści krytyków. Sam Stanisław Lem w wywiadzie rzece Tako rzecz Lem przyznał, że czytał omówienia Solarisa tak uczone, że mało co z nich zrozumiał (a kogo jak kogo, ale pana Staszka do ułomków umysłowych z pewnością zaliczyć nie można). Książka odczytywana była z użyciem klucza m.in. freudowskiego. Pojawiały się również sugestie, że to manifest antykomunistyczny. Rolę ZSRR miał odgrywać solaryjski ocean, z którym żadnej nici porozumienia nie mogły osiągnąć pozostałe państwa, czyli badacze ze stacji. Co jeszcze bardziej interesujące, mnogość odczytań dzieła Solaris, dowolność krytyki literackiej, stały się bodźcem dla Stanisława Lema do napisania Filozofii przypadku, opasłego eseju (moje wydanie posiada prawie 600 stron!), poświęconego teorii literatury.

Podsumowując Solaris nie możemy analizować tylko na jednej płaszczyźnie. Książka zawiera w sobie elementy psychologiczne, filozoficzne, opisuje problem kontaktu z obcą cywilizacją, pojawia się również wątek romantyczny, przez co jej lektura okazuje się niezwykłym doświadczeniem. Lem zwraca także uwagę, że aby móc poznać coś radykalnie nowego, obcego, kompletnie innego, człowiek musi najpierw dokładnie zrozumieć sam siebie. I niekoniecznie pomogą mu w tym owoce najnowszych technologii.

P.S.
Zdecydowana większość recenzji, z wyjątkiem przydługawego wstępu i kilku wstawek, pochodzi z mojej pracy maturalnej, w której rozwodziłem się na temat fascynacji nowoczesnością w kulturze i sztuce w XIX i XX wieku. Co ciekawe Solaris to także mój powrót do Lema po dobrych 10 latach. Jako młody berbeć, gdzieś na początku szkoły podstawowej byłem zmuszany przez mamę do czytania. Jako, że nie przejawiałem ku temu zbytnich chęci, mama postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i wypożyczyła dla mnie Opowieści o pilocie Pirxie. Pamiętam, że wówczas książka wydawała mi się koszmarnie nudna. Byłem tak zły brnąc przez kolejne jej strony, że po prostu się gotowałem. Nie mogłem zrozumieć, jakim prawem ta pozycja w ogóle egzystuje. Książka, w której w Kosmos lata się za pomocą pojazdów przypominających pociski to relikt, a nie żadna tam literatura science fiction. Tak wówczas sądziłem, nie bacząc na inne spektra pierwszego opowiadania, na którym poprzestałem lekturę. Na szczęście czas leczy rany i gdy sięgnąłem po Lema powtórnie, z własnej woli, po tych 10 latach, okazało się, że wpadłem bezpowrotnie. W chwili obecnej przeczytałem prawie wszystkie pozycje tego wyjątkowego pisarza, w tym oczywiście nieszczęsnego Pilota Pirxa. Ale jak widać, do niektórych lektur trzeba po prostu dojrzeć, a przymus nie jest najlepszą metodą do pozyskiwania kolejnych czytelników.

Wasz Ambrose




Solaris [Stanisław Lem]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)