sobota, 5 stycznia 2013

Zdeformowana miłość

Okładka książki Barbarzyńskie zaślubiny 

Barbarzyńskie zaślubiny

Yann Queffélec

Tytuł oryginału: Les noces barbares
Tłumaczenie: Małgorzata Cebo
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 226
 
 
 
 
Yann Queffélec to francuski pisarz średniego pokolenia, urodzony w 1949 roku, w Paryżu. Na swoim literackim koncie posiada on kilkanaście powieści, jednak jak do tej pory, w naszym kraju doczekał się tylko jednego przekładu. Dzięki pracy pani Małgorzaty Cebo, w ojczystym języku możemy przeczytać Barbarzyńskie zaślubiny, książkę, która w roku 1985 została uhonorowana najważniejszym wyróżnieniem w dziedzinie literatury francuskiej, Nagrodą Goncourtów. Wydaje się, że właśnie owo prestiżowa nobilitacja zadecydowała o przedstawieniu tego dzieła polskiej publiczności.

Akcja Barbarzyńskich zaślubin rozpoczyna się wkrótce po zakończeniu II Wojny Światowej. Na południu Francji wciąż jeszcze stacjonują dzielni oraz waleczni wojacy amerykańscy. Urokowi jednego z nich nie jest w stanie oprzeć się młodziutka francuska wieśniaczka, Nicole. Sam, przedstawiający się jako Will, były stróż nocny na parkingu w Bronxie, snuje tak piękne historie na temat wspólnej przyszłości. Posuwa się nawet do tego, że prosi o rękę rodziców Nicole, piekarza oraz piekarzową, państwa Blanchard, roztaczając sielankową wizję rancza w Michigan, w okolicach malowniczego jeziora, które rzekomo posiada. Nic zatem dziwnego, że zadurzona po uszy Nicole wymyka się ukradkiem pewnej letniej nocy, by towarzyszyć Willowi w pożegnalnym balu, zorganizowanym w jego jednostce. Amerykańscy żołnierze opuszczają europejski kontynent, ale zanim to uczynią, pragną się dobrze zabawić.

Po przybyciu na miejsce, biedna i naiwna Nicole przekonuje się, że forma rozrywki, którą zaproponował Will alias Sam, zdecydowanie różni się od jej wyobrażeń na temat balu. Młodziutka Francuzka, w morzu na siłę wlewanego w nią alkoholu, tonie w odmętach brutalnego gwałtu, którego dokonują na niej Will oraz dwaj jego kumple. Aldo, brzuchaty kolos, chilijskiego pochodzenia oraz Sam, rudy młodzieniaszek, syn pastora, wraz z Willem ochoczo zabierają się do rzeczy, po kolei bezczeszcząc młode ciało. Queffélec nie oszczędza nam okrutnych szczegółów, dokładnie opisując scenę hańbienia Nicole. W dalszej części powieści przekonamy się, że proza francuskiego pisarza jest zaiste bezkompromisowa. Z taką samą precyzją odmalowuje zapierające dech w piersiach piękno przyrody jak i brzydotę oraz podłość, które szpecą charaktery niemal każdego z bohaterów.

Ludovic, syn Nicole oraz jednego z trójki dzielnych amerykańskich żołnierzy, przychodzi na świat, mimo usilnych prób jego pozbycia się, jeszcze w brzuchu matki. Narodzinom dziecka nie są w stanie zapobiec żadne czarownicze sztuczki – swojej roli nie spełniają ocet z pokrzywy, skórka cebuli, ogonki czarnej rzodkwi w bezksiężycowe noce, czy uniesione w górę ręce Nicole (Podnieś ręce do góry – mówiła matka – no podnieśże, to powiesi się na pępowinie). Jak widać, od początku swojego życia Ludovic nie może liczyć na przychylność ze strony otaczającego go świata. Dziadkowie nie są w stanie patrzeć na niego inaczej jak tylko na bękarta, owoc grzesznej miłości. Palce umazane atramentem – powtarzał ojciec – a tu proszę, gruba z jakimś draniem w bebechach. I mer, i cała wieś sobie drwi, no przecie, wiadomo, sama tego chciała. Ludovic jest jedynie symbolem klęski towarzyskiej, która spadła na ich dostojną i szacowną rodzinę, narażając jej członków na pośmiewisko całej wsi oraz ciągłe wytykanie palcami. Musi zdechnąć – wściekała się matka – ono musi zdechnąć. Pan Bóg nie dopuści do tego. Żebyśmy byli pośmiewiskiem całej okolicy. 

Jedyny wnuk państwa Blanchard traktowany jest jako zło konieczne, które jednak w miarę możliwości nie powinno wcale dawać jakichkolwiek oznak swojej marnej egzystencji. Wydaje się, że tylko i wyłącznie przez wzgląd na owe złe języki, które tak ochoczo rozprawiają o rozpustnej nastolatce z wielkim brzuchem, ale bez sprawcy takowego stanu rzeczy, dziadkowie nie decydują się na uśmiercenie berbecia, gdy pojawił się on już na tym łez padole.
Ludo nie może również oczekiwać ciepłych, matczynych uczuć, gdyż jego oczy przypominają jednego z oprawców Nicole. Widok syna, co chwila przywołuje sceny brutalnej orgii, którą urządzili sobie Amerykanie. To jeden z powodów, dla których pierworodny Nicole, ledwie tolerowana obrzydliwość, trzymany jest w ukryciu przed całym światem, zamieszkując poddasze rodzinnego domu, żyjąc o skąpych racjach żywności, w królestwie własnej wynaturzonej wyobraźni. Jedyną osobą, która żywi do niego pozytywne uczucia jest Nanette, krewna Nicole, która straciła swojego trzyletniego syna, zaraziwszy się groźnym wirusem. Całą swoją matczyną troskę przelewa ona na Ludovica, nie jest jednak w stanie wymóc na rodzinie piekarzy, aby dziecko zostało oddane pod jej opiekę.

Ludovic opuszcza poddasze swoich dziadków za sprawą czterdziestoparoletniego wdowca, Micho Bossarda, która żeniąc się z wciąż piękną Nicole, zgadza się na wiano panny młodej w postaci bękarta. Kiedy Ludovic zostaje wysłany do szkoły, okazuje się, że różni się on w zdecydowanym stopniu od swoich rówieśników. Cofnięty w rozwoju chłopiec traktowany jest jako nieszkodliwy odmieniec, nad którym chętnie znęcają się pozostałe dzieci. Jedynym kolegą Luda jest Tatav, przyrodni brat. Łączące ich uczucie trudno jest jednak nazwać przyjaźnią. Mimo to, Tatav to jedna z niewielu postaci w całej powieści, która w pełni akceptuje Ludovica takim, jakim jest i utrzymuje z nim bliższy kontakt.

Dorastający chłopiec, pomimo czasu, który upłynął od dramatycznych zajść towarzyszących jego zapłodnieniu, w dalszym ciągu kojarzy się Nicole głównie z wydarzeniami z przeszłości. Ludovic zaczyna dostrzegać niechęć, która odczuwa do niego matka, dlatego robi wszystko, by w końcu zdobyć jej akceptację. Usilne starania przynoszą jednak odwrotny skutek – im mocniej Ludo walczy o miłość Nicole, tym bardziej ona go odrzuca. Wreszcie młodej mężatce udaje się wymusić na małżonku, aby umieścić Ludovica w zakładzie dla psychiczne chorych, prowadzonym przez kuzynkę Micho.

Queffélec, okrutny w swojej maestrii, znakomicie ukazał dramat młodego człowieka, od początku swojego istnienia skazanego na wegetację na krawędzi zainteresowania własnej matki i w ogóle świata. Pisarz w sposób bezpłciowy przedstawił nam zło, które zdaje się być integralną częścią każdej ludzkiej społeczności. Ludovic, dziecko spoza moralnego schematu, musi zostać odrzucony, ponieważ nie można zastosować wobec niego wzorców odpowiednich dla nowonarodzonego stworzenia, z uwagi na okoliczności, w których został poczęty. Queffélec ukazuje przekonania, które panują na francuskiej wsi w latach ’40 oraz ’50 – młode dziewczęta, ofiary gwałtu, zazwyczaj same są sobie winne, czy to przez niestosowny strój, czy też prowokacyjne zachowanie. Smutne jest to, że w naszym kraju nadal bardzo często możemy usłyszeć podobne głosy. Solidarne za to milczy się w kwestii edukacji seksualnej, która stoi na dramatycznie niskim poziomie, co skutkuje ogromem niechcianych ciąż oraz nieletnich matek, nie dorosłych do swojej jakże odpowiedzialnej roli.

Ludo od momentu narodzin egzystuje z bękarcim piętnem, które zdaje się pełnić rolę antycznego fatum. Jedynym celem jakże marnego i smutnego życia jest pozyskanie miłości najbliższej mu istoty, własnej matki. Niestety losy biednego Luda są z góry przesądzone i wiadomym jest, że swojego pragnienia nie uda mu się zrealizować, niezależnie od tego, jakie działania podejmie. Przy okazji tej życiowej Odysei Ludovica, Queffélec prezentuje nam postawy, jakie przyjmują inni ludzie wobec dziecka. Ludo może oczekiwać jedynie niechęci, nienawiści, chęci upokorzenia, niezrozumienia, brak akceptacji, a w najlepszym razie zimnej obojętności, choćby takiej, jaką prezentuje psychiatra, wydający opinię o jego stanie psychicznym. Występuje u niego zacieranie się procesów poznawczych. U dorastającego młodzieńca ten niedostatek jest zwykle katalizatorem degradacji mechanizmów adaptacyjnych, językowych, zjawisk ubocznych, co oczywiście bardzo okalecza. Ludovic zmechanizował wszystkie swoje kompleksy w niestosownym czasie. Nie miał ani ojcowskiego penisa, ani matczynych piersi dla uświadomienia sobie i wyrobienia jednolitego poglądu na zagadnienia seksualne...

Okazuje się, że zdecydowanie łatwiej jest zdiagnozować zaburzenia Ludovica, niż zaoferować mu realną pomoc. Boli również fakt, że ani Nicole, ani tym bardziej jej rodzice, czy też kuzynka Micho, zajmująca się Ludoviciem w domu opieki, nie poczuwają się do odpowiedzialności za fatalny stan umysłu młodego człowieka. Wszystkie postacie w większym lub mniejszym stopniu przyczyniają się do umysłowej dewiacji Ludovica, czyniąc mu przy tym wyrzuty, jakby to on ponosił całą winę za nieszczęścia, które co rusz go spotykają. Nieszczęśliwy młodzieniec znajdzie chwilowe ukojenie dopiero w statku, osiadłym na piaszczystym brzegu morza, prowadząc w nim pustelnicze życie. Ludo, podobnie jak i łajba, jest już tylko wrakiem, który nigdy nie wypłynie na wzburzone fale życia.

Queffélec, niespiesznie, a momentami wręcz leniwie prowadząc akcję, wprowadza nas w meandry ludzkiej psychiki, która w większości przypadków jawi się jako mroczna jaskinia. Autor udowadnia, że za praktycznie całe zło, wyrządzone innym ludziom, odpowiedzialna jest tylko i wyłącznie nasza człowiecza natura. Nie może tu być mowy o żadnym pechu, serii nieszczęśliwych zdarzeń, czy splocie niesprzyjających okoliczności. Najgorszym fatum, z którym nijak nie można sobie poradzić są ludzie wraz ze swoją kaleką moralnością, skłonnościami do krzywdzenia innych oraz obłudnym przekonaniu o wyższości nad pozostałymi członkami rodzaju ludzkiego.

Jedynymi fragmentami książki, które z czystym sumieniem mogę nazwać pięknymi, były wspomniane na początku opisy przyrody. Wydaje się, że giętki język francuskiego pisarza jest w stanie powiedzieć wszystko, co pomyśli głowa, stąd budzące zachwyt cytaty:

Dni stawały się dłuższe. Pierwsze upały wyzwoliły zapach sosen. Powietrze miało smak miodu i oceanu, koniki polne brzęczały. Niesfornie błękitne morze wgryzało się w brzegi. Wieczorem żurawie lecące w rozsypce raniły lazur niebieskim fioletem.

Lato płonęło. (...) Burza kłębiła się, ale nie wybuchała na niebie czarnym i miedzianym nad wycieńczonym morzem zapomnianym przez wiatr.

Jeszcze niezdecydowana wiosna przedłużała popołudnia, nie ogrzewając ich. Poziome światła nacierały na ściany jadalni, plącząc się, przecinając złotem półmrok i zamieniając najmniejszą miseczkę w zjawę; można było śledzić inwazję nocy na wieczór.

Oraz nie mniej ciekawe naturalistyczne wstawki:

Grze szczęk, dziwnie przesuniętych na boki i obracających się jak u wołu, towarzyszyły uderzenia języków, delikatne drżenie podbródka, lekkie ruchy brwi i zginanie szyi powodujące dygot piór na kapeluszach.

Całość tworzy naprawdę przejmującą oraz niesamowitą lekturę, którą pochłaniałem z masochistyczną wręcz przyjemnością. Książka balansuje na krawędzi melodramatu oraz porządnego psychologicznego studium człowieka skrajnie samotnego, odrzuconego niemal przez wszystkich. Zrozumiałe jest zatem, że powieść została osadzona na solidnych fundamentach sentymentalizmu, autor nie szasta jednak czytelniczymi uczuciami, wystrzegając się łzawego tonu. Queffélec z chłodną obojętnością uświadomił nam, jak marną istotą jest człowiek oraz z jaką naturalną wręcz łatwością potrafimy krzywdzić innych. Powieść może i przytłaczająca, ale z pewnością godna uwagi.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)