środa, 9 stycznia 2013

Miron Białoszewski "Pamiętnik z powstania warszawskiego" - Szaranagajama

Okładka książki Pamiętnik z powstania warszawskiego 

Pamiętnik z powstania warszawskiego

Miron Białoszewski

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 244










Powstanie Warszawskie to trudny temat we współczesnej historii Polski. Praktycznie co roku, dnia 1 sierpnia, niemal równocześnie z wyciem syren, które zaczynają swój śpiew o godzinie W, rozgrzewa dyskusja na temat jego celowości oraz sensu krwawej ofiary, w której Warszawa musiała złożyć niemal całą swoją zabudowę. Powstanie ciągle budzi żywe emocje, a na przestrzeni lat zmieniał się również stosunek do jednego z największych zrywów w naszej burzliwej, obficie podlanej posoką historii. Tuż po wojnie, kiedy Polska Rzeczpospolita Ludowa znalazła się za Żelazną Kurtyną, powstańcy, jak zresztą cała akcja Burza czy w ogóle Armia Krajowa, nie cieszyli się zbyt wielką estymą władzy państwowej. Powstanie Warszawskie, szczególnie w obliczu relacji ze Związkiem Radzieckim, traktowane było raczej jako drażliwy temat tabu, o którym najlepiej milczeć. Chłodny klimat nie sprzyjał zatem jakimkolwiek publikacjom dotyczących przeżyć z powstania. Jest to jeden z powodów, dla których Pamiętnik z powstania warszawskiego autorstwa Mirona Białoszewskiego ukazał się dopiero w 1970 roku. Inną kwestią jest fakt, że powstanie było przeżyciem na tyle traumatycznym, trudnym, a przy tym emocjonalnym, że zamknięcie wspomnień o nim w karby słów sprawiało nie lada kłopot. Właśnie ten problem porusza na samym początku książki Białoszewski.

Przez dwadzieścia lat nie mogłem o tym pisać. Chociaż tak chciałem. I gadałem. O powstaniu. Tylu ludziom. Różnym. Po ileś razy. I ciągle myślałem, że mam to powstanie opisać, ale jakoś przecież  o p i s a ć . A nie wiedziałem przecież, że właśnie te gadania przez dwadzieścia lat – bo gadam o tym przez dwadzieścia lat – bo to jest największe przeżycie mojego życia, takie zamknięte – że właśnie te gadania, ten to sposób nadaje się jako jedyny do opisania powstania.

Jak mówił, tak zrobił, chciałoby się rzec. Utwór ma rzeczywiście charaktery gawędy, opowieści, która szerokim strumieniem płynie z ust mówiącego. Relacja jest żywa i emocjonalna, sprawia jednak wrażenie niechlujnej i nieco chaotycznej. Niektóre zdania się krótkie albo bardzo krótkie, nie brakuje w nich powtórzeń, wtrąceń, skrótów, żargonu oraz neologizmów. Przy czym język jest maksymalnie prosty, by nie rzec ubogi, pozbawiony jakichkolwiek metafor, alegorii, czy stylistycznych sztuczek. Wydaje się, że wszystkie te zabiegi miały na celu uniknięcia mitologizacji Powstania Warszawskiego, obdarcia go z aury wielkości i uzmysłowienia czytelnikom, że ów zryw nie był jedynie walką pełną szlachetności i poświęcenia, pięknym umieraniem. Białoszewski poprzez swój charakterystyczny styl narracji wyraźnie podkreśla, że gdzieś tam pomiędzy kolejnymi wybuchami bomb, przeciągłymi seriami karabinów oraz płomieniami próbowało tlić się normalne życie, którego uczestnikom zależało głównie na jego zachowaniu. Bo przecież nie wszyscy mieszkańcy Warszawy chwycili za bronią i pobiegli na barykady, a mimo to brali czynny udział w powstaniu. Jak stwierdza sam Białoszewski: Chciałem, żeby wszyscy się dowiedzieli, że nie wszyscy strzelali, chciałem napisać o powszechności powstania.

Oczywiście największą zaletą książki jest fakt, że narrator, tj. Białoszewski, to uczestnik zdarzeń, które opisuje, co wzmacnia autentyczność przekazu. Na dwustu czterdziestu kilku stronach autor serwuje nam przeżycia związane z 63 dniami trwania powstania oraz tygodniem po zakończeniu walk. Poznajemy zatem zmienne nastroje panujące pośród powstańców, począwszy od gorączkowego oczekiwania, pełnego nadziei tuż przed godziną W, poprzez gorączkę walki aż do słabnącego zapału, pośród którego zaczyna przeplatać się zwątpienie oraz widmo klęski. Co ciekawe, mimo bezpośredniego udziału w powstaniu, Białoszewski przyznaje, że niektórych rzeczy, głównie okropieństw, na jego temat dowiedział się dopiero po jego zakończeniu, czy to od pozostałych świadków, czy z różnych dokumentów traktujących o wydarzeniach z 1944 roku. Pisarz nie rości sobie prawa do bycia alfą i omegą w tej kwestii, bez ogródek stwierdza, że jego wiedza na temat powstania jest niekompletna. Wg mnie to piękna lekcja skromności i przykład dla wszelakiej maści ekspertów, obecnych szczególnie na naszej scenie politycznej, którzy zabierają głos nawet wtedy, kiedy są w posiadaniu jedynie szczątek informacji, gdy dany temat tylko mgliście rysuje się na horyzoncie ich zainteresowań.

Białoszewski, snując wspomnienia (które po tych dwudziestu latach są momentami nieco postrzępione i niekompletne), zapoznaje nas bliżej z codziennością powstańczego życia, ale z punktu widzenia cywili, ludzi, którzy nie angażowali się w walkę, chociaż i tak zostali w nią zamieszani. Przekonujemy się, że nie siedzieli oni bez przerwy w schronach, drżąc jedynie o swój żywot. Często pomagali powstańcom, gasili pożary, przeszukiwali gruzowiska, stawiali barykady, troszczyli się o rannych. Jednak zdecydowana większość działań koncentrowała się na przetrwaniu oraz trosce o najbliższych. W obliczu huraganowego ognia karabinów, bezustannego huku bomb, zupełnie nowego znaczenia nabierają na pozór błahe i proste czynności, jak zdobywanie wody, czy wyprawa na wyższe piętra kamienic po życiodajną mąkę. Okazuje się, że w miarę pogarszających się warunków bytowych, człowiek sukcesywnie się do nich przystosowuje. Ludzkie potrzeby z dnia na dzień stają się coraz mniejsze, by wreszcie skurczyć się niemal wyłącznie do fizjologii. Mimo wszystko, nie następuje zdziczenie, człowiek, nawet w obliczu głodu, krążącej niczym sęp śmierci, jak tylko może chwyta się każdych strzępków kultury, stąd zbiorowe czytanie gazetki powstańczej, czy wspólna modlitwa, nabierająca znamiona mistycznego przeżycia.

Znacząca jest również inwersja, która zachodzi w obliczu działań wojennych. Ludzkie życie wydaje się być zdecydowanie mniej cenne, w końcu co dnia ktoś je traci. Człowiek nie jest w stanie ogarnąć całego dramatu, który się rozgrywa, zawężając swoją perspektywą do grona najbliższych mu osób. Stąd raczej obojętność niż współczucie na widok zwłok obcych ludzi. Pomieszaniu ulegają także wartości – domy, pokoje, mieszkania, przestają kojarzyć się z ciepłem ogniska domowego, a zaczynają jawić się bardziej jako pułapki, pod gruzami których łatwo zginąć. Rolę bezpiecznych oaz pełnią piwnice oraz kanały, które wykorzystywane są jako schrony, szpitale, etc.

Białoszewski nie stroni także od wątków filozoficznych w swoim utworze. Płynąc kipiącą od emocji rzeką wspomnień, autor oddaje się również refleksjom. Z odmętów wypływają naturalne pytania, która same cisną się do głowy – o sens tych wszystkich straconych ludzkich istnień, o cel w imię którego poświęca się własne życie, o istotę zła, które Niemcy zaserwowali całemu światu. Miron rozmyśla także nad rolą przypadku w życiu człowieka. Bo w końcu jak to się dzieje, że niektórzy giną pechowo, od zabłąkanej kuli, od stropu, który spadł akurat w miejsce, gdzie stali, a inni, cudem unikają śmierci, w porę zmieniwszy miejsce w schronie, czołgając się przez barykady w ogniu karabinowym, wygrywającym melodie tuż nad głową.

Pamiętnik to również jakże smutna, prowadzona na żywo relacja z architektonicznej śmierci przedwojennej Warszawy. Autor często wspomina o zabytkach, które ginęły wraz z powstańcami. W miejsce suchej statystyki, bezosobowych liczb, Białoszewski z uczuciem i oddaniem opisuje akty agonii poszczególnych symboli stolicy, bliskich również jego sercu. Dzięki temu łatwiej uzmysłowić sobie, jak bardzo zostało okaleczone i zdeformowane to miasto, w którym pod koniec walk, nie ostał się praktycznie żaden, nienaruszony budynek.

Reasumując krótko, Pamiętnik z powstania warszawskiego, to proza znakomita. Autor świetnie oddał grozę przeżywanych wydarzeń, ciągły, nieustanny strach, lęk, napięcie, wyczekiwanie najgorszego, towarzyszące cywilom w każdej minucie, każdego z ponad 60 dni walk. W całej książce najbardziej urzeka mnie styl Białoszewskiego, który absolutnie nie pretenduje do miana głosu pokolenia powstańców, czy czegokolwiek w tym rodzaju. Pamiętnik z powstania warszawskiego sprawia bardziej wrażenie całkiem intymnej relacji z piekła codzienności, pełnej bezsensownej i niezrozumiałej śmierci, gdzie głównym celem jest dożyć kolejnego wschodu słońca. Pan Miron po prostu oczarował mnie swoim gadaniem pozbawionym nadmuchanych patetycznością i heroizmem zdań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)