Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 15 stycznia 2014

wtorek, 14 stycznia 2014

Żądza krwi




Val McDermid


Żądza krwi

tytuł oryginału: The Torment of Others
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*

Żądza krwi” jest czwartą powieścią z cyklu o perypetiach profilera ** Tonny’ego Hilla i policjantki Carol Jordan, której autorką jest Val McDermid; znana i uznana szkocka pisarka specjalizująca się w tematyce kryminalnej z mocnym zacięciem psychologicznym. W tej książce Carol, dochodząca do siebie po traumie będącej wynikiem przeżyć opisanych w poprzedniej powieści, jest już nadinspektorem brytyjskiej policji i przełożeni powierzają jej dowodzenie elitarną, samodzielną jednostką do zwalczania najcięższych przestępstw. Z kolei Tonny Hill, którego umiejętności zostały docenione przez policje kilku państw europejskich, co sprawiło, że stał się pewnego rodzaju sławą, postanawia na powrót zająć się tym, do czego ma prawdziwy talent, czyli praktyką kliniczną i profilowaniem. Po porzuceniu kariery wykładowcy uniwersyteckiego podejmuje pracę w szpitalu psychiatrycznym Bradfield Moor i postanawia znów zaoferować swe usługi konsultanta profilera służbom zwalczającym seryjnych przestępców. Jak można się spodziewać, los wkrótce znów splecie losy dwóch wiodących postaci – Tonny’ego oraz Carol i będziemy mogli obserwować ich współpracę na polu zawodowym, jak również kolejne figury ich uczuciowego tańca, w którym krążą wokół siebie, coraz sobie bliżsi, ale wciąż fizycznie odlegli, niczym Ziemia i Księżyc.

Podobnie jak w poprzednich odsłonach serii, tak i tym razem, wielowątkowa, misternie skonstruowana fabuła osnuta jest wokół dwóch równoległych śledztw. Jednego w sprawie zaginięć nieletnich chłopców i drugiego dotyczącego makabrycznych zabójstw prostytutek. Będę się powtarzał, ale nie mam innego wyjścia. Val McDermid znów pokazała klasę i zaprosiła na prawdziwą czytelniczą ucztę miłośników kryminałów, mrocznych klimatów i tajemnic spaczonych umysłów. Jak zwykle w przypadku tej autorki, lektura jest naprawdę wciągająca, czyta się książkę szybko i, co warto podkreślić, całość jest jak zwykle bardzo dobrze podbudowana merytorycznie. Warstwa pierwszoplanowa, czyli charakterystyka i dynamiczna ewolucja postaci, zarówno pod wpływem zdarzeń, jak i ich wzajemnych relacji oraz oddziaływań, jest absolutnie przekonująca. Również społeczne tło, bliższe i dalsze, jest niezwykle wyrazistym rysem twórczości Val McDermid, która okazuje się po raz kolejny bystrym obserwatorem brytyjskiej rzeczywistości, potrafiącym zawrzeć w swej prozie perełki szczegółów sprawiające, iż czytelnik czuje się wręcz uczestnikiem wydarzeń z kart powieści. Niezwykle celnie oddane środowisko policji ze wszelkimi smaczkami i niuansami tak daleko odbiega od większości naszej sztampy pisarskiej, że dusza czytelnika aż się raduje. Zagmatwanie relacji międzyludzkich odpowiednie do komplikacji osobowości , trudne tematy odmienności seksualnych i psychicznych - wszystko ukazane przekonująco i naturalnie. W dodatku połączone z plastycznymi opisami miejsc; od dzielnic sprzedajnej miłości po romantyczne pustkowia, a wszystko to okraszone specyficznym klimatem noir tak charakterystycznym dla najlepszych szkockich piór. Nieskonsumowany, nawet niedopowiedziany romans pary głównych bohaterów, o którym już wspominałem, to już prawdziwy brylancik tematów damsko-męskich w literaturze.

Już tylko z powyższego wynika, iż „Żądza krwi” jest pozycją prześwietną w swym kanonie. Ja jednak wielokrotnie podkreślam, że poza kryminałem lubię znajdować w powieściach tego typu perełki rzeczywistości umieszczone w fikcyjnym tworzywie opowieści o zbrodni. I na tym polu autorka również nie zawodzi. Lektura cały czas daje do myślenia i sprawia, że dzieli ją przepaść od popularnych w tym gatunku zgadywanek typu „Kto zabił?”. Tym razem na pierwszy plan wysuwają się sprawy prostytucji, motywacji działań policji i wewnętrznych w niej układów. Nie brak jednak i głębszych, rzadziej rozpatrywanych problemów, jak na przykład rola nowoczesnego stylu życia w ułatwianiu polowania społecznym drapieżnikom. Mądra Szkotka wprost zwraca naszą uwagę na fakt, iż w tradycyjnym społeczeństwie, opartym na bezpośrednich kontaktach, ludzkie owce chroniły się przed ludzkimi wilkami samą swoją obecnością; jedni rozmawiali z drugimi, razem spędzali czas wolny i razem byli w pracy. Samą swoją obecnością chronili się nawzajem, a ich czujne oczy śledziły każdą odmienność i każdego obcego. Teraz rozmawiamy przez sieć czy SMS-y. Jedna owca drugiej nie widzi i nie daje jej ochrony. A to jest marzenie każdego drapieżnika - samotne owce. W dodatku przy pomocy protez nowoczesnej technologii tak łatwo wilkowi udawać owieczkę…

Innym kardynalnym tematem do przemyśleń jest wpływ tzw. trudnego dzieciństwa. Autorka ma u mnie wielkiego plusa za to że, podobnie jak Zimbardo, przeciwstawia się infantylnemu usprawiedliwianiu zła okolicznościami z przeszłości. Ponieważ w naszym kraju ten punkt widzenia jakoś nie może się przebić, tym bardziej wartościowe jest podkreślenie, że trudne dzieciństwo na pewno wpływa na przyszłość osób, które go doświadczyły, ale w żadnej mierze nie definiuje, czy pod jego wpływem dana jednostka stanie się lepsza, czy gorsza, niż w byłaby w innych warunkach. Nie może być więc żadnym usprawiedliwieniem, podobnie jak w przypadku człowieka sukcesu, nie wywodzimy jego osiągnięć z tego, że był w młodości molestowany czy też że wyszedł z dzielnicy biedoty.

Takich tematów do przemyśleń jest sporo, jak również miejsc do romantycznych drgnień serca czy nawet drobinek humoru. Dużo też niuansów, które uważnemu, ale tylko uważnemu, czytelnikowi pokazują, czym tak naprawdę różnimy się od cywilizowanej reszty Europy. I nie chodzi bynajmniej o poziom życia, wysokość PKB czy długu publicznego.

I jeszcze moja osobista uwaga. Być może dlatego tak polubiłem tę serię, gdyż wiodąca dwójka bohaterów jest sztandarowym wręcz przykładem myślenia lateralnego i pracy systematycznej. Były one u nas zawsze w małym poważaniu, gdyż stawiamy tradycyjnie na jedność, sporadyczną akcyjność i permanentne pijaństwo, a ostatnio mam wrażenie, iż skutki tego są coraz bardziej opłakane dla naszej polskiej rzeczywistości. Tym bardziej więc warta upowszechnienia jest seria Hill & Gordon. Może jakoś oswoi nas z tą obcą nam kulturą myślenia i pracy.

Pisanie tych recenzji, jeśli tak dalej pójdzie, będzię męką, a one same staną się nudne, o ile już się takie nie stały. Cóż bowiem można napisać ciekawego o kolejnej i kolejnej świetnej lekturze, w dodatku podobnej do poprzedniej? Nie może być zresztą inaczej, skoro to dalsza część opowieści o życiu tej samej pary, której życie biegnie w tym samym środowisku i koncentruje się na walce z tymi samymi problemami. I jeśli Val McDermid niczego nie zepsuje następnym razem, to będę w prawdziwym kłopocie. Co napisać, by już całkiem Was nie zanudzić. No, ale zobaczymy. Was gorąco zachęcam do poznania cyklu od początku, choć i od „Żądzy krwi” też można rozpocząć znajomość ze szkocką mistrzynią, a sam już z niecierpliwością otwieram „Trujący ogród


Wasz Andrew


* cykl Tony Hill & Carol Jordan:

  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn
** tutaj psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Alain Robbe-Grillet "Dom schadzek" - Nowe idzie

Okładka książki Dom schadzek 

Dom schadzek

Alain Robbe-Grillet


Tytuł oryginału: La Maison de rendez-vous
Tłumaczenie: Wiera Bieńkowska
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Liczba stron: 198
 
 
Nowa powieść, czyli gatunek literacki, który narodził się w latach 50’ XX wieku we Francji miał być swoistą łaźnią. Obmywszy się z niej z tradycyjnego psychologizmu, czy egzystencjalizmu, które przywarły do literatury niczym brud, powieść miała przerodzić się w powieść obiektywną, zwaną też powieścią fenomenologiczną, kontynuując w ten sposób swój rozwój po latach zastoju. Twórcy nouveau roman podnosili szumne hasła o odnowie gatunku, o zerwaniu z dotychczasową wtórnością, etc. Narzędzia, które miały posłużyć renesansowi wybrano dość oryginalne – głęboki subiektywizm podmiotu lirycznego, towarzyszące mu zaburzenia chronologiczne fabuły, wreszcie rezygnacja z ciągów przyczynowo-skutkowych, zgodnie z którymi jedno wydarzenie jest następstwem uprzedniego. Jeśli połączyć to z mało przejrzystą narracją oraz specyficznymi bohaterami, którzy byli pozbawieni głębszych cech osobowościowych to nietrudno o skojarzenie ze swoistym kolażem, do którego coraz bardziej zaczynała upodabniać się nowa powieść – kompozycja literacka formowana była dość przypadkowo, przy zastosowaniu równie przypadkowych materiałów i tworzywa. Mimo ambitnych zapowiedzi i całkiem pokaźnej ilości interesujących dzieł idea nouveau roman samoczynnie wygasła jeszcze w latach 70’ ubiegłego stulecia. Oczywiście do dziś widnieją po niej ślady – o antypowieści wspomina się na studiach humanistycznych na przedmiotach związanych z historią literatury, istnieje też dość pokaźne grono książek, które pozostawili po sobie w spadku twórcy nouveau roman, do których zalicza się także Alain Robbe-Gillet.

piątek, 10 stycznia 2014

Motto manipulatorów



Ludzie z reguły słyszą to, co chcą usłyszeć, zwłaszcza kiedy łudzą się, że zaraz spełnią się ich marzenia.

Krwawa blizna Val McDermid

czwartek, 9 stycznia 2014

środa, 8 stycznia 2014

Ostatnie kuszenie




Val McDermid


Ostatnie kuszenie

tytuł oryginału: The last Temptation
tłumaczenie: Maciejka Mazan
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012

Było mistrzów kryminału wielu. Nie sposób wybrać tego naj. Wszystko zależy od kryteriów. Miłośników Królowej Agaty** i Króla Artura*** muszę jednak zmartwić. Już dawno tę dwójkę zdetronizowałem i nie jest to bynajmniej wynikiem moich antymonarchistycznych przekonań. Choć ich twórczości pod względem stylu, nawet w najszerzej pojętym rozumieniu, rozciągniętym aż na fabułę nawet, niczego zarzucić nie można, to wyraźnym brakiem jest dla mnie nieobecność szerszego tła. Mam przekonanie, że dobra rozrywka jest wielką rzeczą, o którą bardzo trudno, ale jeszcze lepszą jest przemycanie wiedzy i tematów do bolesnych nieraz refleksji w takim właśnie opakowaniu. Science fiction, kryminał i sensacja zdają się do tego wprost wymarzonymi gatunkami, choć dopiero w ostatnich dziesięcioleciach sięgnięto do tych kanonów, by zająć się sprawami chyba najważniejszymi, czyli społecznymi.

Mechanizmy władzy, walka dobra ze złem i pochodzenie tych dwóch sił, istota bycia człowiekiem… Tematy wielkie, które jednak nie do końca wychodziły dawnej literaturze pięknej, gdyż albo były zbyt płytkie, albo zbyt niestrawne dla szerokiego odbiorcy. Tymczasem teoretycznie lżejsze gatunki, jak fantastyka i kryminał, pozwalają jako fikcji dotknąć każdego tematu bez powodowania reakcji cenzury, a taka istnieje zawsze i wszędzie, tylko różne przybiera postacie. Do niedawna w drużynowym współzawodnictwie kryminały skandynawskie były dla mnie zdecydowanym liderem, ale zauważam, iż na Wyspach mają znaczącą konkurencję. Wyspiarze zawsze byli mocni w tym temacie, poczynając już choćby od wspomnianego Artura C.D., a kończąc na moim ulubionym kanonie, jakim jest tartan noir****. Jakiś czas temu natrafiłem jednak, dość przypadkowo, na autorkę, która łączy najlepsze tradycje z Wysp ze skandynawską wrażliwością społeczną. To Val McDermid.

Szkocka pisarka, o której mowa, specjalizuje się w pisaniu kryminałów i to specjalizuje w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jej twórczość została doceniona przez krytykę i uhonorowana wieloma nagrodami. Poza samodzielnymi powieściami stworzyła trzy cykle powieściowe: z Lindsay Gordon w roli głównej, z Kate Brannigan oraz z parą Tonym Hillem i Carol Jordan. Tę ostatnią serię mam okazję poznawać w ostatnim czasie i właśnie, po świetnej drugiej powieści „Krwawa Blizna”, przyszedł czas na „Ostatnie kuszenie”, czyli kolejną, trzecią w chronologii odsłonę dziejów sympatycznego profilera***** Tony’ego Hilla i pięknej policjantki Carol Jordan.

Autorka znów serwuje nam mocną, wielowątkową fabułę, której osią są postępowania w dwóch niezależnych od siebie sprawach – seryjnego mordercy polującego na psychologów, czyli kolegów po fachu głównego bohatera, i mafijnego bossa, nawiasem mówiąc Polaka, którego imperium rozrosło się do rozmiarów stanowiących sól w oku nie tylko konkurencji, ale i policji, zwłaszcza że wydaje się on nietykalny z powodu swej inteligencji, bogactwa, układów i bezwzględności. Jak poprzednio, tak i teraz, akcja pędzi na łeb na szyję, napięcie jak na głównej magistrali energetycznej, a wszystko to okraszone przekonującymi charakterologicznie postaciami, plastycznymi opisami miejsc oraz mistrzowskim klimatem zagrożenia i nienasyconego zła wciąż pragnącego zwycięstwa nad dobrem. I ponownie autorka od początku ujawnia nam kto jest kim, jak i dlaczego, a mimo wszystko nie można się od książki oderwać. Już tylko tego by wystarczyło na pełną zachwytów opinię, i choć brzmi to mocno oklepanie, to taka właśnie jest rzeczywistość. Mamy jednak i to, od czego rozpocząłem.

Utalentowana Szkotka, bo autorka pochodzi z ojczyzny tartan noir właśnie, co wyraźnie czuje się w klimatach jej powieści przytłaczających psychikę czytelnika, dorzuca do tego zestawu ukazane z wyczuciem i znawstwem realiów problemy. W „Ostatnim kuszeniu” przyszła kolej na nierozliczoną plamę na honorze nauki, czyli dzieje niepełnosprawnych Niemców poddanych przez swych uczonych rodaków okrutnej eksterminacji w czasie II Wojny Światowej i na zorganizowaną przestępczość, tą światową plagę XXI wieku. Nie jest to tylko ograniczenie się do ukazania zła, co byłoby trywialne, i na czym pewnie skończyłaby się taka próba w wykonaniu wielu innych autorów. Dużo ważniejsze są pytania i odniesienia. Pytania o to, kiedy zaczynają się rzeczy nieludzkie. O to, jak daleko można się posunąć w imię walki ze złem. Jak wielkie zło można czynić w imię dobra? I kto ma decydować, czy dobro poświęcone jeszcze jest mniejsze, niż spodziewany zysk w postaci zła, które może uda się ukrócić, czy już się „nie opłaca”. Nie zabrakło nawet kardynalnego pytania – a co, jeśli osobą, która będzie decydowała o tym, co jest większym dobrem, co większym złem, będzie nie Dobry, a Zły? A przecież z samej istoty Złego wynika, że będzie on zawsze dążył do zajęcia takiej pozycji, by mieć władzę, która da mu możliwość czynienia zła rękami ludzi, którzy chcą zło zwalczać.

Jak widać, na pewno nie jest „Ostanie kuszenie”, podobnie jak i poprzednie powieści cyklu, lekkim kryminałkiem dla rozrywki. Rozrywka jest przednia, ale raczej z tych, od których oderwać się nie można, choć serce i dusza bolą. W swojej klasie powieść absolutnie wspaniała, nieprzeciętna i można po nią sięgnąć zarówno po lekturze dwóch poprzednich, jak i „nie po kolei”, jako po pierwsze dzieło Val McDermid. Gorąco polecam i zapraszam do lektury



Wasz Andrew


* cykl Tony Hill & Carol Jordan

  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn
** Agatha Christie, Lady Mallowan, a właściwie Agatha Mary Clarissa Miller Christie (znana także jako Dame Agatha Christie) ur. 1890 zm. 1976 – angielska autorka powieści kryminalnych i obyczajowych.
*** Sir Arthur Ignatius Conan Doyle ur. 1859 zm. 1930 – szkocki pisarz, znany głównie jako twórca powieści kryminalnych, których głównym bohaterem jest Sherlock Holmes.
**** tartan noir – forma mrocznego kryminału, nazwa odnosząca się w szczególności do Szkocji i szkockich pisarzy.
***** tutaj psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców

wtorek, 7 stycznia 2014

Krwawa blizna




Val McDermid

Krwawa blizna

tytuł oryginału: The Wire in the Blood
tłumaczenie: Magdalena Jędrzejak
wydawnictwo: Prószyński i S-ka Warszawa 2011

Sięgając po „Krwawą bliznę”, drugą* powieść szkockiej pisarki Val McDermid z cyklu opowiadającego o perypetiach psychologa Tony’ego Hilla specjalizującego się w tworzeniu profili seryjnych przestępców i policjantki Carol Jordan, wiedziałem czego oczekuję. Miałem nadzieję na specyficzne mroczne klimaty, może nie całkiem noir, lecz jednak zdecydowanie mroczne i zdecydowanie brytyjskie. Pragnąłem intrygującej zagadki kryminalnej i profesjonalnego podejścia do tematu kryminalistyki i psychologii, które odnalazłem w pierwszej odsłonie tej serii powieściowej.

Są dwa podstawowe rodzaje kryminałów, jeśli chodzi o stosunek wiedzy czytelnika do wiedzy głównych bohaterów. W jednych ci pierwsi wiedzą więcej, a nawet wszystko, czyli znają sprawcę, w drugim odwrotnie – nie wiedzą więcej niż postacie z kart powieści, i bardzo często nie mają, z braku danych, szans na odgadnięcie, kto jest przestępcą, zanim nie dojdą do tego powieściowi detektywi. W moim odczuciu ujawnienie „kto” już na samym początku, jest manierą dużo bardziej wymagającą, niż postawienie czytelnika przed zagadką, która go będzie absorbować i z reguły oderwie od ewentualnych braków merytorycznych czy warsztatowych.

W „Krwawej bliźnie” Val McDermid zastosowała ciekawą koncepcję. Mamy dwie równolegle toczące się główne sprawy. W jednym postępowaniu sprawca jest czytelnikowi znany od początku, choć bohaterowie powieści są w gorszej sytuacji, gdyż tą wiedzą nie dysponują, a w drugim nikt nie zna tożsamości przestępcy. O jakie czyny chodzi nie będę oczywiście zdradzał nawet w zarysie, gdyż fabuła jest prawdziwie wielowątkowa, mistrzowsko poprowadzona, rozwiązania zaskakujące, a zwroty akcji częste i niespodziewane. To brzmi nieco oklepanie, ale w tym przypadku tak właśnie jest - intryga zbudowana została z prawdziwym mistrzostwem. Jest to jedna z najlepszych powieści kryminalnych z pogranicza kryminału psychologicznego i thrillera, jakie miałem w ręku. Znacznie lepsza niż część pierwsza. Do świetnie skonstruowanej pary wiodącej cyklu dołączyło wiele przekonujących figur, w tym rewelacyjnie wręcz wykreowana postać młodej ambitnej policjantki Shaz Bowman. Prawdziwy majstersztyk.

Czytając „Krwawą bliznę” miałem wrażenie, jakby interakcje między bohaterami, wpływ środowisk i sytuacji, w jakich się znajdują, na ich decyzje, były konsultowane z kimś na miarę Zimbardo. Absolutnie przekonujące i tym bardziej godne podziwu, że mamy w tym wypadku do czynienia z tak odmiennymi grupami społecznymi jak policja czy świat wielkich mediów. Każde ma swą biegunowo odmienną specyfikę, a mimo tego udało się je pisarce idealnie uchwycić. Oczywiście najcenniejsze jest oddanie zajmującego najwięcej miejsca środowiska policji, pełnego przeróżnych mniejszych i większych patologii. Widzimy policjantów leni, którzy odbębniają służbę, widzimy szowinistów i zazdrośników, ludzi głupich i zgorzkniałych, którzy rzucają, świadomie i nie, kłody pod nogi ambitnym, prawym i mądrym. Widzimy, iż nie zawsze ambitny jest mądry. Widzimy, jak zaniedbanie jednego rutyniarza może narazić jego kolegę nawet na śmierć. I przede wszystkim widzimy jedną rzecz, która jest tematem tabu w większości powieści, a prawie we wszystkich produkcjach filmowych też jej nie zobaczymy.

Im większy kaliber zbrodni, tym większe zagrożenie. Łapanie groźnych przestępców, to nie zabawa w rodzaju rozwiązywania krzyżówek. To ciężka, wyczerpująca praca w warunkach braku środków, czasu i energii. Bez snu, bez odpoczynku, bez prywatnego życia. Zagrożenie nie tylko dla policjantów, ale i dla ich bliskich. Zwykle to ostatnie nie jest ukazywane i aż się ciśnie na usta pytanie, dlaczego tak rzadko filmowi czy powieściowi przestępcy zamiast porywać się na dość jednak trudny cel, jakim jest sam policjant, nie próbują osiągnąć swych celów poprzez działanie dużo bardziej racjonalne, czyli wywarcie na niego presji poprzez zagrożenie rzeczy dla niego najcenniejszych. Zdrowia lub życia jego bliskich, jego ukochanego domu, zwierzęcia, czy czegokolwiek, co dla niego ważne.

Niestety, wydźwięk „Krwawej blizny” w odniesieniu do polskich realiów nie jest zbyt optymistyczny. Powieściowy obraz brytyjskiej policji, choć nie pozbawiony rys i niedoskonałości, daje jednak nadzieję. Między innymi właśnie poprzez wiarygodne ukazanie i złych, i dobrych elementów ichniej policyjnej rzeczywistości. Szkoda, że w tym samym stopniu nie możemy odnieść tego do naszych realiów. Przypomniał mi się znów komentarz pewnej bystrej damy, która po przeglądnięciu albumów zdjęć sygnalitycznych w jednostce policji, w której składała zawiadomienie o przestępstwie, skonstatowała, iż „w Polsce ładnego, bogatego i inteligentnego nigdy nie złapią”. I przypominają mi się głośne sprawy, jak choćby zabójstwa Jaroszewiczów i Papały. I rodzi się pytanie, ilu u nas może być seryjnych przestępców pozostających na wolności nawet nie tylko dzięki swej inteligencji, pozycji czy urokowi, ale po prostu dzięki temu, że każdy z ich czynów jest umarzany jako pojedyncza, niewyjaśniona sprawa tonąca w morzu innych podobnych. To jedyny minus „Krwawej blizny”, no może jeszcze poza tym dziwacznym polskim tytułem. Ale ani za jedno, ani za drugie, autorki nie można winić. Powieść prawdziwa, fascynująca i dająca do myślenia, choć całkowicie fikcyjna. Jedna z najlepszych, w tym kanonie, jakie zdarzyło mi się czytać. Pozostaje mi jedynie jeszcze raz podkreślić, iż jest to pozycja absolutnie must read dla każdego miłośnika gatunku, a pewnie i dla każdego lubiącego dobrą powieść jako taką


Wasz Andrew


* Cykl Tony Hill i Carol Jordan

  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Zamarznięta tafla

Okładka książki Przezroczyste przedmioty 

Przezroczyste przedmioty

Vladimir Nabokov

 

Tytuł oryginału: Transparent Things

Tłumaczenie: Jolanta Kozak

Wydawnictwo: MUZA S.A.

Liczba stron: 143





 






Nie raz i nie dwa wspominałem, że w powszechnej świadomości czytelników nazwisko Vladimira Nabokova kojarzone jest głównie za sprawą Lolity. Przez wielu dorobek autora zostaje niesłusznie zredukowany do jednego dzieła, które pozostałe owoce twórczości spycha na margines, zmuszając je na egzystencję na uboczu czytelniczej uwagi. Silna koncentracja na Lolicie jest o tyle krzywdząca, że inne pozycje z bogatego dorobku Nabokova to dzieła równie wybitne, a niejednokrotnie nawet lepsze. Ale z drugiej strony, czy gdyby nie Lolita, amerykański pisarz o rosyjskich korzeniach cieszyłby się taką samą popularnością? Powieść o uczuciu, będącym czymś na wzór miłości (a może jej karykaturą?) podstarzałego mężczyzny do dojrzewającej dziewczynki jest o tyle szokująca, co łatwa w odbiorze. Lektura zawiera w sobie sporo niuansów, ale nawet bez ich wychwycenia Lolita wciąż jest tekstem interesującym. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o większości z pozostałych utworów, w których na jaw wychodzą skłonności Nabokova do mistyfikacji, do mataczenia, do kręcenia, słowem do bezczelnego igrania z czytelnikiem, który wodzony za nos w pewnym momencie zaczyna gubić się w natłoku informacji, podtekstów, przesłanek, niedopowiedzeń. Gdyby wyłącznie tego typu teksty składały się na twórczość Nabokova, mniemam, że dziś interesowaliby się nim głównie literaturoznawcy, z pieczołowitością rozbierający na czynniki pierwsze poszczególne słowa, wyrażenia, zdania, rozdziały, by dociec w pełni ich znaczeń oraz odkryć skomplikowane wzory, w której się układają.

Znakomitym przykładem powieści, w trakcie lektury której Vladimir Nabokov wyzywa czytelnika na swoisty pojedynek są Przezroczyste przedmioty. Ta cieniutka i niepozorna książeczka to przedostatnie ukończone dzieło amerykańskiego pisarza, które powstawało w latach 1969 – 1972. Tuż po ukazaniu się na rynku wywołało wśród czytelników prawdziwą konsternację – recenzje przyjmowały wszystkie odcienie krytyki, oscylując między rozpaczliwą adoracją a bezsilną nienawiścią, jak to zgrabnie ujął w sowim dzienniku sam Nabokov.

Na pierwszy rzut oka Przezroczyste przedmioty to banalna historia o człowieku, który odbywa swoistą pielgrzymkę w przeszłość, pragnąc lepiej zrozumieć wydarzenia, jakie przywiodły go do obecnego punktu na osi czasu. Główny bohater, Hugo Person (zniekształcone „Peterson”, przez niektórych wymawiane „Parson”), obywatel Stanów Zjednoczonych po raz czwarty przybywa do niewielkiej szwajcarskiej mieściny, leżącej u podnóża malowniczych Alp. Ten region odgrywa dość istotną rolę w życiu Hugo. To właśnie w Szwajcarii, podczas pierwszej wizyty w tym kraju zmarł ojciec Persona. Druga wyprawa okazała się bardziej szczęśliwa. Hugo jako korektor uznanego wydawnictwa, został wyznaczony do kontaktów z amerykańskim pisarzem niemieckiego pochodzenia, mieszkającym na co dzień w Szwajcarii. W drodze do pana R., główny bohater poznał swoją przyszłą żonę Armadę. Trzecia eskapada to ostatnie spotkanie z kontrowersyjnym literatem R. i równocześnie początek sielankowej egzystencji Hugo Persona.

Książka nie posiada zbyt wyrafinowanej fabuły. Dojrzały mężczyzna, wdowiec, przechodzący w dodatku wyraźny kryzys wieku średniego wraca do miejsc kojarzonych z ukochaną osobą, która odeszła w niecodziennych okolicznościach. Cała akcja sprowadza się do stopniowego odsłaniania tajemnicy, jaką skrywa miniony czas. Ale to obnażanie przeszłości odbywa się powoli, bez wyraźnej eskalacji napięcia. Dlatego przy przewracaniu ostatniej strony towarzyszy nam raczej konstatacja niż zdumienie, czy niedowierzanie. Ot, kolejna historia ludzkiego żywota, momentami dość smutna, miejscami absurdalna dobiegła właśnie końca.

Ale tak jak przy wnikliwszym wpatrywaniu się w taflę wody, w której początkowo widzimy jedynie odbicie otaczającego nas krajobrazu z wolna zaczynamy dostrzegać to, co skrywają głębiny, tak przy uważniejszym przeczytaniu Przezroczystych przedmiotów na prostym obrazku zaczynają pojawiać się zmarszczki, sygnalizujące, że drobne cienie skrywają rzeczy nade istotne, które zostały przez nas przeoczone. Zabawne, że to właśnie sam tytuł (w oryginale brzmiący Transparent Things) staje się bodźcem do poszukiwań i naprowadza nas na pierwszy trop. Słowo transparentny można tłumaczyć jako przeźroczysty, ale może oznaczać ono również przeświecający – podobnie jest z fabułą powieści, spod której zdaje się prześwitywać nieco inna historia.

Zastanawiający jest już pierwszoosobowy, wszechwiedzący narrator, który przejawia zaskakującą tendencję do stosowania apostrofy. Pierwsze zdania powieści rozpoczynają się od słów Oto właściwa persona. Hej tam, persono! Nie słyszy. Zatem już na wstępie czytelnik zostaje niejako przygwożdżony przez dziwacznego narratora, któremu w trakcie przybliżania historii życia Hugo Persona zdarzy się wpleść jeszcze niejedną niezwykłą sentencję (Hej tam, persono! O co chodzi, nie szarp mnie za rękaw. Ja mu się wcale nie narzucam). O ile możemy domyślać się, że tajemniczą personą, do której zwraca się narrator jest nie kto inny jak Hugo Person (nazwisko zobowiązuje), o tyle odgadnięcie adresata bezpośrednich zwrotów jest już nie lada kłopotliwe. Zaskakujące są również przejścia z liczby pojedynczej na liczbę mnogą (gdy my koncentrujemy się; nasz biedny przyjaciel; nasz poczciwy Hugo), które dodatkowo potęgują zamęt. Niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że słuchamy opowieści telewidzów, relacjonujących nam reality show, w którym główną rolę odgrywa nieświadomy niczego Hugo Person, niczym Truman Burbank w Truman Show. Ale kim u licha jest ta zgraja cudaków, która próbuje bawić się narratora?

Nicią, która wyprowadzi nas z tego labiryntu zagadek mogą okazać się dzieła rąk ludzkich, jak i dzieła natury, same w sobie bezczynne, lecz ustawicznie używane przez nonszalancki czas. Każdy przedmiot skrywają w sobie długą historię – moment i okoliczności narodzin, warunki użytkowania. W końcu nawet maleńka rzecz, drobnostka i błahostka oprócz materii fizycznej, z której jest stworzona, posiada także otoczkę czasu, który wyciska na niej swoje niezatarte piętno. O jakże pięknym byłoby móc zanurzyć się w opowieściach, które skrywają w sobie owoce naszej pracy. Kto je stworzył, ilu wysiłku to kosztowało, przez kogo były użytkowane, w jakim celu je wykorzystywano? Oczywiście część tych historii możemy wydrzeć naszym milczącym przedmiotom, ale ile pozostaje zakrytych i nigdy nie poznanych?
Przyznaję, że Przezroczyste przedmioty stanowiły dla mnie dość ciężki orzech do zgryzienia i wielce pomocne okazało się posłowie autorstwa niezastąpionego Leszka Engelkinga, który naprostował nieco skomplikowane meandry nabokovskiej prozy. Ale powieść, nawet jeszcze nie w pełni zrozumiała, także przedstawia się nader intrygująco. Relacja Hugo Persona z Personem seniorem oraz zmiany, które zachodzą w bohaterze po zgonie ojca uzmysławiają, że nierzadko stosunki z rodzicami stanowią pęta, zrywane dopiero w momencie ich śmierci, która wywołuje u świeżo osieroconego dziecka szokującą i nieprzyzwoitą wręcz euforię, płynącą z poczucia odzyskania wolności, niezależności, swobody działania, możliwości dokonywania wyborów na własną rękę. Ciekawa jest także kreacja psychologiczna Hugo Persona, niekompletnego geniusza, którego wszystkie wyjątkowe umiejętności skażone są jakimś ale, uniemożliwiającym ich pełne rozwinięcie i wykorzystanie.

Reasumując, Przezroczyste przedmioty to literatura na wskroś nietuzinkowa. Mimo, że bardzo krótka, bowiem moje wydanie liczy raptem 125 stron, jest wręcz przeładowana treścią, która tak gęsto upakowana sprawia, że istotna staje niemal każda kartka. Czytelnik otrzymuje od autora swoistą zagadkę, z którą przyjdzie mu się zmierzyć, jeśli chce poznać maksymalną ilość płaszczyzn, na których można rozpatrywać utwór. Kilka tematów oraz motywów takich jak sen, czy pożar jest nagminnie powtarzanych, ale większość została ledwie muśnięta, tak, że poszukiwania wszystkich smaczków pobudzają do rzeczywistego intelektualnego wysiłku. Nabokov po raz wtóry sprawił nam psikusa, bowiem lektura tej krótkiej książki może okazać się znacznie mniej czasochłonna niż intensywne rozmyślanie na jej temat. Rzecz jasna powieść nie jest wyłącznie szaradą, a o tym, że posiada kilka punktów stycznych z naszą rzeczywistością niech zaświadczy fragment: W dziedzinie sztuki „awangarda” oznacza niewiele więcej niż uległość tej czy owej wyzywającej, filisterskiej modzie (…), który można przytoczyć choćby w odniesieniu do wydarzeń, dla niektórych gorszących, dla innych komicznych, które rozgrywają się ostatnio w Teatrze Starym w Krakowie (i to nie tylko na scenie).

P.S. 
Nurkując w odmętach wspomnień dotyczących lektury Przezroczystych przedmiotów do bram moich świadomości puka niestrudzenie poniższy wiersz Cypriana Kamila Norwida, który szczególnie polecam w wykonaniu zespołu De Press (utwór Świenty Pokój z albumu Product utrzymany w klimacie new wave jako żywo przypominający najlepsze nagrania Joy Division, którym zespół w tym czasie mocno się inspirował).

Święty spokój
*
Jeszcze tylko kilka ciężkich chmur
Nie-porozpychanych nozdrzem konia;
Jeszcze tylko kilka stromych gór,
A potem już słońce i harmonia!...
— Jeszcze tylko z hełmu kilka piór
W wiatru odrzuconych próżnię;
Jeszcze, tylko jeden pękły grot,
Błyskawica jedna — jeden grzmot —
A potem — już nie!...
*
Tak samo i w życiu: czasów wir
Jezdnego na hipogryfie ima;
Gruby mu rozrywać każe. kir,
Trumny przeskakiwać, których nie ma.
— Za czarnością trumien świta mir,
Wynagradzający słusznie;
I wciąż tylko jeden jeszcze trud,
Wysilenie jedno — jeden cud —
A potem — już nie!...