czwartek, 31 stycznia 2013

Książki i świat



"Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi."

Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli

środa, 30 stycznia 2013

Skąd się brali SS-mani?



Jest oczywistym, iż spośród ludzi różnego autoramentu, wśród których nie brakowało fanatyków, opętanych żądzą władzy i zwykłych sadystów. Łatwo wierzyć w to, że to były potwory. Jest to jednak z gruntu rzeczy fałszywy obraz, choć dobrze działający na naszą psychikę. Prawda, iż byli to w większości normalni ludzie, tacy jak większość z nas, jest trudna do ścierpienia. Natomiast pełna prawda - mówiąca, iż nie jest nawet potrzebna żadna ideologia, poczucie narodowej wspólnoty i wyższości rasowej czy nienawiść do dawnych wrogów, wystarczy tylko praca w odpowiednich warunkach i odrobina władzy, by z ludzi zrobić zwierzęta, wręcz boli nasze umysły. Niestety liczne badania naukowe i eksperymenty* potwierdzają, że wszyscy, za wyjątkiem nielicznych, wyjątkową prawością obdarzonych, możemy stać się SS-manami. Nie musimy nawet przytaczać owych kontrolowanych środowisk, w których do takich właśnie przemian doprowadzano, by zobaczyć, jak zwykli ludzie skazują innych na śmierć, cierpienie, upodlenie. Choć mają możliwość, by ratować, nie czynią tego i nie mają nawet sobie niczego do zarzucenia. Możemy to na co dzień zobaczyć w naszym społeczeństwie. Zajmijmy się Narodowym Funduszem Zdrowia i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych.

NFZ ma 1,8 oszczędności!** Swoją drogą, to chyba jakaś liczba dla jednych przeklęta, a przez drugich ulubiona, gdyż w 2009 roku tyle właśnie wydano na pensje pracowników ZUS, które tylko w tamtym roku wzrosły średnio o 338 złotych***! Ciekawe ilu rodaków miało takie podwyżki? Co rok to lepiej. Teraz dowiadujemy się, iż na premie dla 280 urzędników z warszawskiej centrali NFZ przeznaczono 1 milion 800 tysięcy złotych (znowu magiczna liczba 1,8). Średnia premia wyniosła więc 6428,57 zł. Urzędnicy z NFZ, poza premiami, otrzymali też nagrody, w 2012 r. średnio w wysokości 3000 zł.****. Jak to jest, że instytucje, które choćby chorym na SM nie są w stanie zapewnić refundacji leków na poziomie nawet najbiedniejszych krajów Europy, które nie są w stanie rencistom i emerytom zapewnić godziwego życia, mają oszczędności i pieniądze na premie? Czy mają sumienie ludzie, którzy zasłaniając się brakiem pieniędzy odmawiają pomocy chorym, skazując ich na cierpienia, kalectwo, a nierzadko i śmierć, sami jednocześnie obdarowując się nawzajem premiami i nagrodami? Czy naprawdę kula karabinowa, Cyklon B albo szubienica jest gorsza od kartki papieru, z której chory dowiaduje się, iż nie dostanie leku, gdyż ktoś inny musi robić oszczędności, którymi zapracuje sobie na premię? SS-mańskie metody przynajmniej były szybkie, a ludzie umierali w środku piekła zwanego wojną, a nie w środku demokratycznego społeczeństwa, którego władze przyklaskują społecznym zbiórkom na chorych, a same dzielą się pieniędzmi, które mogłyby przeznaczyć na ratowanie ich zdrowia i życia, na oszczędzenie bólu, na poprawienie bytu biedoty w kraju, w którym renciści niejednokrotnie dosłownie przymierają głodem. Dlaczego nie znajdzie się w szeregach ZUS-u i NFZ ani jeden odważny, który ratowałby ludzi, do opieki nad którymi instytucje te są powołane i przeciwstawił się takim praktykom? Który potępiłby te wyroki śmierci w białych rękawiczkach? Przecież za bunt nie grozi im ani obóz koncentracyjny, ani szubienica czy zesłanie na front wschodni. ZUS powie, że dba o rencistów i emerytów, a NFZ, iż ratuje życie. Nieprawda. To my ratujemy. To my, podatnicy, dajemy na ZUS, NFZ, na chorych i emerytów. Oni mieli tylko dzielić, a nie robić oszczędności i obrzucać się nawzajem nagrodami. Zanim więc użyjecie słowa SS-man jako synonimu zła absolutnego zastanówcie się, tym bardziej, iż choć w ZUS-ie ani w NFZ nie objawił się publicznie żaden sprawiedliwy, to wśród gwardzistów Hitlera byli tacy, którzy postawili swe życie na szalę dla ratowania przedstawicieli niższej rasy, jak choćby oficer SS Leichner, który do dziś ma ufundowaną przez miejscowych Polaków kapliczkę we wsi Biała w Puszczy Noteckiej. Marzy mi się, bym usłyszał, że ktoś w ZUS lub NFZ się zbuntował i uratował życie jakiemuś rodakowi stawiając je wyżej niż prywatę i ciepłą posadkę. I nie wstydził się publicznie pokazać, ż tak można, że inni czynią źle. To chyba jednak tylko marzenia.

Dlaczego o tym piszę? Z przebiegu Eksperymentu Stanfordzkiego* wynika, że ludzie będący częścią systemu nie mają możliwości wyrwać się ze swych ról katów i ofiar, za wyjątkiem obdarzonych osobowością herosów, ale takich jest niewielu. Jedynie osoby z zewnątrz mogą próbować wpłynąć na zmianę sytuacji. Czynię to więc na miarę moich możliwości i piętnuję, i wołam. Może ktoś to usłyszy i kogoś, kto ma większe możliwości, też sumienie ruszy i uruchomią się, niczym kawałki domina, resztki przyzwoitości we władzach naszego kraju. Choć nadziei nie mam


Wasz Andrew

Ps. Wczoraj wieczorem w Ekspresie Reporterów (TVP2) oglądałem reportaże z dwóch spraw, o których już wcześniej słyszałem. Jedna to historia eksmisji człowieka w stanie agonalnym przeprowadzona wbrew stanowisku obecnego na miejscu lekarza i komornika (!sic) przez Wojskową Agencję Mieszkaniową. Nieszczęśnik ten zmarł kilka godzin później. Urzędnicy WAM, którzy pewnie co niedzielę, o ile nie częściej, biegają do kościółka, nie mogli poczekać i przesunąć eksmisji nawet o jeden dzień! Druga to historia młodego chłopaka, który za kradzież węgla z PKP poszedł siedzieć i zmarł, gdyż nikt nie chciał słuchać ani jego, ani matki. Nikt nie przyjmował do wiadomości, że jest poważnie chory, a lekarze więzienni tak go leczyli, aż zszedł w szpitalu, choć gdyby od razu rozpoczęto prawidłowe leczenie, nie byłoby problemów. W obu wypadkach uderzająca jest postawa urzędników. Jeśli nie popełniono przestępstwa, właściwie, jeśli im go nie udowodniono, to nic się nie stało. Dla takich ludzi nie ma czegoś takiego jak współczucie, godność, bycie porządnym człowiekiem. Takie kryteria oceny dla nich nie istnieją, a słowa "szkoda", "przepraszam" czy "żałuję" nie przechodzą im przez usta. Jeśli nie ma odpowiedzialności, nie ma problemu. Na pytanie o poczucie przyzwoitości, jedna z osób odpowiedziała: „Jestem urzędnikiem, kieruję się przepisami prawa.” Szkoda, że tylko wybiórczo i trzymając się jednych przepisów narusza inne, w dodatku nadrzędne, jak ustawy i Konstytucję. Jakoś kojarzy mi się to z usprawiedliwieniem typu „Taki miałem rozkaz”.

 I Jeszcze jedno. W tym kraju prawie wszyscy deklarują się jako katolicy i mają poczucie wyższości w stosunku do niewierzących, wierzących w innego boga, a zwłaszcza wobec wyznań mniej licznych, jak choćby Świadków Jehowy. Może przyjrzyjmy się tym ostatnim, o których już kiedyś pisałem. Oni nad prawa ludzkie przekładają Prawa Boskie i kto o tym zapomina, jest wykluczony ze wspólnoty wierzących. U nas kiedyś latało się do spowiedzi, by uspokoić sumienie. Teraz już nawet tego nie ma. Może już sumień nie ma. I to niech będzie ostateczny komentarz.


* Wspomnę choćby Stanfordzki Eksperyment Więzienny (Stanford Prison Experiment – SPE) z 1971 roku (można sobie wygooglować – warto)
** http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/18-miliarda-oszczednosci-w-nfz-arukowicz-wydaj-te-pieniadze-na-leczenie-mojego-synka_299930.html 
*** http://nczas.com/wiadomosci/oblicza-socjalizmu/raport-nik-zus-rozdaje-miliony-na-premie/ 
**** http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/gigantyczne-premie-dla-urzednikow-z-nfz-otrzymali-prawie-2-miliony-zlotych_303598.html

wtorek, 29 stycznia 2013

Me gusta



"Z gustami literackimi jest po trosze jak z miłością: zdumiewa nas, co też inni wybierają"

André Maurois, właśc. Émile Salomon Wilhelm Herzog

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Sieć Wołoszańskiego



Sieć

Ostatni bastion SS

Bogusław Wołoszański

Wydawnictwo Wołoszański 2006

Powiem szczerze, iż po Sieci obiecywałem sobie dużo. Dla Bogusława Wołoszańskiego mam bardzo wiele szacunku i odnoszę wrażenie, że więcej zrobił dla tożsamości narodowej i upowszechniana prawidłowego pojmowania historii oraz zainteresowania społeczeństwa historią jako taką, niż całe rzesze polskich historyków, którzy mogą się pochwalić różnymi literkami przed nazwiskami, lecz absolutnie nie potrafią dotrzeć do szerokich rzesz odbiorców, o wpływie na rzeczywistość i ich spolegliwości wobec władzy nie wspominając. Sensacje XX Wieku to tytuł znany chyba każdemu w Polsce, a pewnie nieobcy dla wielu również za granicą. Produkcja na poziomie naprawdę światowym, tym bardziej iż raczej niskobudżetowa. Biorąc więc pod uwagę dorobek pana Wołoszańskiego, trzeba jasno powiedzieć , że na książkę się napaliłem. Co z tego wynikło?

Od razu napiszę, iż się okrutnie zawiodłem. Mamy bowiem oto powieść szpiegowską opartą na faktach, której akcja rozgrywa się pod koniec II Wojny Światowej. Głównym tematem jest walka wywiadów byłych aliantów o naukową i techniczną spuściznę po III Rzeszy. Wiąże się z tym sprawa ogromnych zasobów finansowych niemieckich koncernów oraz bogactw pochodzących z grabieży krajów podbitych, które zniknęły z hitlerowskich Niemiec przed upadkiem Hitlera oraz historia masowej ucieczki faszystowskich zbrodniarzy do Ameryki Południowej i USA. Tematyka fascynująca, ale niestety pióro nie to. Styl i maniera pisarska, przynajmniej taka, jaką widzimy w Sieci, nie porywa i w mojej ocenie zdecydowanie plasuje się poniżej określenia dobre rzemiosło. Wielka szkoda.

Kiedy myślę Wołoszański, zawsze kojarzę – Suworow. Ten drugi jako pierwszy skutecznie rozpoczął popularyzację na świecie swej wizji historii, według której za wybuch II Wojny Światowej odpowiedzialny był sowiecki komunizm, a swe wywody podpierał rzeczową argumentacją, wywodzeniem wniosków od faktów, szukaniem mechanizmów rządzących czasami, o których opowiadał. Jego dorobek pisarski obejmuje książki historyczne, powieści oparte na faktach oraz opowieści całkowicie fikcyjnie. Wołoszański prezentuje w swych programach telewizyjnych podobny styl dociekania, argumentowania i patrzenia na historię co Suworow, wzorem którego i on za spiritus movens II Wojny uznaje państwo radzieckie. Wołoszańskiego równie świetnie się ogląda, jak Suworowa czyta. Miałem więc nadzieję, iż i powieści Wołoszańskiego będą na podobnym poziomie, co w przypadku Suworowa. Niestety tak nie jest. Choć są równie interesujące, dają się we znaki braki warsztatu literackiego. Przynajmniej tak jest w przypadku tej książki. Mam nadzieję, iż inne są lepsze.

Czy nie najlepszy styl to duża wada? Nie. Gdyby chodziło tylko o wartości ściśle artystyczne, nie byłoby powodu, by po Sieć sięgać. Jednak wyznacznikiem tej książki jest treść. Opowieść o faktach wypełniona fikcją tam, gdzie faktów brakuje. Tego przecież czytelnicy u Wołoszańskiego szukają, a on im to zapewnia. Powieść przy tym nadaje się do poczytania, nawet do dobrego poczytania. Ze spokojnym sumieniem mogę więc ją polecić wszystkim, których interesuje ten intrygujący moment nie tak przecież dawnej historii. Nie tak dawnej, gdyż wciąż wszystkie mocarstwa wiele dokumentów trzymają w ukryciu klauzuli tajności uważając, iż mają one nadal moc wpływania na teraźniejszość


Wasz Andrew

Sieć. Ostatni bastion SS [Bogusław Wołoszański]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Sieć: Ostatni bastion SS [Bogusław Wołoszański]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

niedziela, 27 stycznia 2013

sobota, 26 stycznia 2013

Oni są nieużyteczni




"Homoseksualiści są nieużyteczni, nie wykonują funkcji prokreacyjnej

Krystyna Pawłowicz PiS (za gazeta.pl)  – A księża, zakonnicy i zakonnice?

Nie wspomnę już o tym, że uzależnianie praw od użyteczności człowieka pachnie mi komunizmem i faszyzmem. Wtedy też uważano, że ludzie nieużyteczni pewnych praw przysługujących pozostałym mieć nie muszą. Jeśli ktoś czuje się upoważniony do podejmowania decyzji o tym, komu jakieś prawa dać, a komu nie, ze względu na użyteczność, jeśli czuje się władny do orzekania o użyteczności innych, to chyba sam musi być... Nadczłowiekiem?

piątek, 25 stycznia 2013

Nie kradnij



"...nie ma niczego bardziej haniebnego niż kradzież, wszystkie inne grzechy są pochodne..." 

Chłopiec z latawcem (The Kite Runner) 2007, cytat może nie do końca dosłowny, ale tak go mniej więcej zapamiętałem. I nie zapomnę...

czwartek, 24 stycznia 2013

Każdy Polak powinien


The Soviet Story (2008)

Scenariusz i reżyseria : Edvins Snore

Zasadniczo wolę czytać książki niż filmy oglądać. O dokumencie stworzonym przez Łotysza Edvinsa Snore dowiedziałem się z gorącym poleceniem od osoby posiadającej nieco odmienne ode mnie przekonania, choć obdarzonej niezwykłą wiedzą i profesorskim tytułem. Z jednej więc strony był we mnie i dystans, i nadzieja na… No właśnie – na co? Na coś naprawdę nowego? Wątpię.

O czym Sowiecka historia traktuje? Jak się nietrudno domyślić o komunizmie i faszyzmie, choć zwłaszcza o tym pierwszym. Nie może być zresztą inaczej, gdyż faszyzm w Niemczech prawdopodobnie nie powstałby, w postaci takiej, jaką znamy z dziejów, bez wsparcia Moskwy, a już na pewno nie zagroziłby światu. Jak chichot historii brzmi fakt, że z kolei bez aktywnego wsparcia służb niemieckich Lenin prawdopodobnie nigdy nie dotarłby do Rosji, tym bardziej iż początki rewolucji teoretycy komunizmu przewidywali w rozwiniętych państwach kapitalistycznych, a nie w feudalnej Rosji. Nie byłoby więc nigdy Stalina i Układu Warszawskiego ani żadnych historii sowieckich. To tylko jednak taka moja luźna refleksja.

Film pokazuje ogrom zbrodni komunizmu od początku jego powstania. Ogrom, z którego przeciętny Polak nawet sobie nie zdaje sprawy, choć bez przerwy miesza mu się w głowie Katyniem i Smoleńskiem. Miesza mu się w głowie, gdyż politycy jednym tchem wymieniający wyrwane z kontekstu fakty i wydumane fantazje nic innego narodowi nie robią. Poza unikalnymi niejednokrotnie zdjęciami i filmami oraz rzeczową narracją w dokumencie występują świadkowie dawnych wydarzeń i znani historycy. Ukazane są analogie między faszyzmem i komunizmem, ich zbrodniami i strategiami, a także mechanizmy rozwoju tych prawdziwie totalitarnych systemów. Wypunktowano różnice między nimi, co sprawia, iż o dziwo okazują się jeszcze bardziej podobne, jak awers i rewers tej samej monety. Pomimo tego, że tezy o tym, iż to komuniści, a zwłaszcza Stalin, doprowadzili do II Wojny Światowej nie są nowe i całkowicie je popieram, niektóre rzeczy i dla mnie okazały się nowością, jak choćby to, że prawo brytyjskie na zasadzie domniemania prawnego nie uznaje zbrodni stalinowskich.

Dla mnie najsmutniejsza i najgroźniej brzmiąca jest końcówka filmu. Teza, iż w chwili obecnej, po rozpadzie ZSRR, Rosja jest w podobnej sytuacji świadomości społecznej jak Niemcy po I Wojnie bardzo mnie przekonuje, a fakt, że o faszyzacji naszego sąsiada w ogóle się nie mówi, napawa mnie przerażeniem. Trochę to przypomina sytuację przed wrześniem, gdy nie ogłaszano mobilizacji ani nie układano pól minowych, by nie drażnić Hitlera. Nikt nie mówił o milionach zagłodzonych przez Stalina, o masowych zbrodniach popełnianych przez jego NKWD, choć Europa o tym wiedziała. Nawet Żydzi w większości nie uciekali przed Hitlerem, choć mogli. Wierzyli, że jakoś to będzie. Znamienny wydaje się fakt, iż TVP, która afiszuje się ze swoją misją, do dziś nie dopuściła do emisji w telewizji Sowieckiej historii, choć podobno zakupiła już dawno prawa do niej. Dotąd w naszym kraju można film było obejrzeć chyba tylko na przeglądzie filmów dokumentalnych "Echa Katynia" w 2010 i na DVD dołączonym do tygodnika Gazeta Polska w 2012. Jest dla mnie haniebnym, iż nawet ugrupowania i partie wprost ociekające rusofobią nie robią nic, by tę emisję przyspieszyć. Dlaczego – mogę się tylko domyślać.

Są tacy, którzy krzyczą, że film jest tendencyjny, gdyż nazizm i komunizm to dwie sprzeczności, dwa przeciwne bieguny i nie można ich porównywać. Na temat fałszywości takich argumentów można napisać całą książkę, tylko po co? Kto uważnie oglądnie film sam sobie wszystko wytłumaczy, a kto nie chce pewnych faktów zrozumieć, i tak nie pojmie. Porównywać można tylko rzeczy różniące się między sobą. O identycznych wystarczy powiedzieć, iż są tożsame. Pewni ludzie nie wierzą w to, co im do ideologii nie pasuje, podobnie jak neonazi nie wierzą w Oświęcim. Na to się nic nie poradzi. Można się im przeciwstawiać tylko upowszechniając wiedzę, stawiając pytania i szukając odpowiedzi.

Uprzedzam, film jest okrutny, pełen naprawdę drastycznych scen. Dzieciom zdecydowanie oradzam. Niech oglądną rodzice i pociechom opowiedzą w sposób odpowiedni do ich wieku i wrażliwości. I uprzedzam lojalnie, iż jest to jeden z tych obrazów, które mają moc zmieniania świata – każdy, kto go obejrzy i zrozumie, będzie już troszeczkę innym człowiekiem niż przed seansem.

Choć, poza nielicznymi szczegółami, prawie wszystko, o czym mowa w filmie, już wcześniej wiedziałem, byłem pod wrażeniem od początku do końca seansu. Sposobem montażu obraz nieco przypomina programy Wołoszańskiego, choć zamiast jednego prowadzącego mamy wypowiedzi świadków i historyków. Może chodzi o brak ideologicznego przegięcia, o wiarygodność polegającą raczej na szukaniu odpowiedzi, na przedkładaniu własnej teorii niż na udowadnianiu tezy za wszelką cenę?

Co rusz gdzieś słyszymy, że każdy Polak powinien to, albo tamto. I krew się we mnie burzy, bowiem z reguły są to bzdury. W tytule jednak świadomie użyłem wspomnianego zwrotu, gdyż każdy człowiek, nie tylko Polak, powinien się z tym filmem zapoznać, aby się czas masowych zbrodni już nigdy nie powtórzył. Absolutnie każdy i bez żadnych wyjątków, jeśli tylko ma osiemnaście lat. A co z tego wyniknie, to już sprawa sumienia i mądrości każdego z Nas


Wasz Andrew



Upalna końcówka

Okładka książki Ostatnia noc lata 

Ostatnia noc lata 

Erskine Caldwell


Tytuł oryginału: The Last Night of Summer

Tłumaczenie: Kazimierz Piotrowski

Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza






 




Erskine Caldwell to amerykański pisarz urodzony w 1903 roku w Moreland, w stanie Georgia, zmarły w 1987 w Pradise Valley. Na swoim koncie ma 12 książek literatury faktu, 25 powieści i niemal 150 opowiadań. Jego twórczość skupia się wokół tematów związanych z codziennym życiem na Południu USA. Południu, najczęściej reprezentowanym przez jego rodzinny stan Georgia, które w prozie Caldwella przedstawione jest jako miejsce, w którym wciąż żywe są rasistowskie uprzedzenia, gdzie stosunki pomiędzy rasami białą oraz czarną są niezdarne i kalekie.


Ostatnia noc lata to stosunkowo krótka, ale bardzo piękna literacka impresja. Akcja rozgrywa się w ostatnim dniu lata, który przesiąknięty jest upałem oraz zapachem nadchodzącej burzy. W powietrzu unosi się ciężki odór spoconych ciał wystawionych na ostre słoneczne promienie. Kolejny godziny upływają leniwie i nieznośnie powoli. Wszystkie stworzenia, zarówno ludzie, uwięzieni w swoich biurach, samochodach, miejscach pracy jak i zwierzęta oczekują zbawczego powiewu chłodu, którego chociaż odrobina powinna nadejść wraz zapadnięciem zmroku. Burze nadciągają, jedna po drugiej, przynosząc chwilowe orzeźwienie. Atmosfera jest jednak wciąż gęsta. Panuje dziwne podniecenie, które udziela się niemal każdemu. Ludzie zaczynają powoli odchodzić od zmysłów. Wielu z nich oddaje się we władanie swoich instynktów, które wymykają się spod kontroli, przez co niektórzy dokonują czynów, których sami nie spodziewaliby się po sobie.


W niewielkim, prowincjonalnym miasteczku Grandport na Południu USA, panuje przesąd, że w ostatnim dniu lata, kiedy ziemia wchłonęła już możliwie największe porcje żaru, musi dojść do rozładowania zgromadzonego napięcia. Przyroda czyni to poprzez gwałtowne burze, natomiast ludzie poprzez desperackie wybory.



Brook Ingraham, właściciel firmy transportowej to stateczny mężczyzna, przykładny ojciec dwójki dzieci oraz wzorowy mąż. Od dłuższego czasu ma go na oku Roma, młoda sekretarka z jego biura, która w tajemnicy podkochuje się w swoim szefie. W ostatni wieczór lata, w opustoszałym biurze, Roma postanawia wyłożyć karty na stół. Za namową swojej współlokatorki, będącej równocześnie najbliższą przyjaciółką, wyznaje Brookowi uczucie, którym go darzy. Ingraham początkowo z pobłażaniem traktuje wszystkie amory, z czasem jednak kobiece sztuczki, których używa Roma, na czele z brakiem stanika oraz zalotnym spojrzeniem, przynoszą oczekiwany rezultat. Ściana oporu gwałtownie się wali, a Brook oddaje się we władanie miłosnego szału. Niedoszli kochankowie umawiają się na wieczorne rendez-vous. Roma z lekkim sercem oraz nieskrywaną radością udaje się do mieszkania, by przyszykować się na randkę. Ingrahama czeka natomiast znacznie trudniejsze zadanie. Musi on wyjaśnić zaborczej oraz porywczej małżonce Maureen, że nie wróci tego wieczoru na noc do domu.


Wydaje mi się, że Maureen to najciekawsza osoba tego krótkiego dramatu, który zaserwował nam Caldwell. Rozpieszczoną córkę taplającego się w bogactwie miliardera świetnie charakteryzują wszelkie przymiotniki, którymi zazwyczaj określa się mężów alkoholików. Maureen jest zaborcza, despotyczna, przyzwyczajona do rządów twardą ręką oraz bezwzględnego posłuszeństwa. Opór, nie zgadzanie się z jej zdaniem, czy jakiekolwiek próby dyskusji są dla niej obcymi rytuałami, których wszelkie przejawy bezwzględnie tępi. Z Brookiem Ingrahamem ożeniła się z kaprysu, pod wpływem impulsu. Od momentu, kiedy połączył ich święty węzeł małżeński, Maureen traktuje swojego męża niczym zabawkę. Zapewniła mu środki, by mógł otworzyć wymarzoną firmę, jednak na każdym kroku przypomina mu o tym. Podkreśla, że jest od niej zależny, wykorzystując do tego wszystkie sposobności. Często na spotkaniach ze znajomymi wytyka Brookowi jego plebejskie pochodzenie. Aby zamanifestować swój pogardliwy stosunek wobec męża, zabrania jego rodzicom widywania się z dwójką wnuków. W towarzystwie przyjaciół Maureen również bez skrępowania szydzi z ojca oraz matki Brooka, wprowadzając w zakłopotanie obecnych. Wydaje się, że Mareen to krwawa tyranka, która bezskutecznie poszukuje sensu życia, zagubionego gdzieś pośród nudy codziennej egzystencji. Od młodości przyzwyczajona do dostawania tego, czego pragnie, nie może pogodzić się z faktem, że w jej otoczeniu znajdują się osobnicy, posiadający jakikolwiek życiowy cel.


Akcja powieści jest szybka i dynamiczna. Sporo w niej dialogów. Ciekawym zabiegiem było również umieszczenie plotek, komentarzy, a więc swego rodzaju didaskaliów przy poszczególnych scenach. Czytelnik czuje się niczym widz w antycznej tragedii, informowany na bieżąco przez chór służby, przyjaciół, klientów, etc. o wszelkich szczegółach, które dopełniają obrazu danej sytuacji.


Zresztą didaskalia to nie jedyna rzecz, upodabniająca Ostatnią noc lata do dramatu. Caldwell, tak jak i jego greccy poprzednicy, również obciążył fatum działania swoich niedoszłych kochanków. Kapryśny los także w tej powieści będzie plótł swoje nieodgadnione płótna zdarzeń. Pojawiają się zarówno wątki komiczne, jak i tragiczne, bowiem śmierć też zagości w tym krótkim utworze.

Ostatnia noc lata to mój pierwszy kontakt z Erskinem Caldwellem. W opinii koczowniczki, którą przeczytałem już po lekturze książki, jest to jedna ze słabszych pozycji tego amerykańskiego pisarza. Mnie osobiście ta literacka impresja bardzo przypadła do gustu, ufam zatem, że pozostałe dzieła Caldwella zrobią na mnie jeszcze lepsze wrażenie. Tymczasem polecam Ostatnią noc lata, która jednak nie stroni od wad. Fabuła jest dość prosta i pozbawiona głębszej pointy. Problem rasizmu, który spodziewałem się znaleźć jest praktycznie niewidoczny, czarno-białe stosunki pojawiają się tylko momentami, gdzieś w tle bieżących wydarzeń. Do tego dochodzi skromna objętość książki, co czyni z niej pozycję idealną na jedną krótką noc, np. ostatnią noc lata. 

środa, 23 stycznia 2013

Podejdź bliżej



Bractwo Bang Bang

Migawki z ukrytej wojny

(org. The Bang-Bang Club)

Greg Marinovich, João Silva

tłumaczenie: Wojciech Jagielski
wydawnictwo: Sine Qua Non 2012

"Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, znaczy to tylko, że nie podszedłeś wystarczająco blisko" – Robert Capa

Sięgając po tę książkę wiedziałem, iż będzie to coś niezwykłego. Wiedziałem, jak jeździec spinający konia do skoku przez przeszkodę wie, iż koń ją weźmie z zapasem. Innej opcji po prostu nie było. Szkoda tylko, że odpowiedzialny za wydanie, w przeciwieństwie do autorów, nie do końca stanął na wysokości zadania. Jakkolwiek tomik wygląda bardzo estetycznie, interesująco i do szaty graficznej okładki nie można mieć uwag krytycznych, to jednak wkładki ze zdjęciami wrzucone w treść ni w pięć, ni w dziewięć, nie są najlepszym rozwiązaniem. Moim zdaniem, trzeba było albo wpleść fotogramy tam, gdzie pierwszy raz o nich mowa, albo, co łatwiejsze i mniej eleganckie, ale i tak lepsze od zastosowanego w tym wydaniu rozwiązania, zgrupować je wszystkie w jednej dużej wkładce na początku lub końcu książki. Dużo gorsze są straszliwe i dość częste błędy takiej wagi, iż nawet uniemożliwiają zrozumienie całych zdań, i gdyby nie kontekst, czytelnik nie mógłby się domyślić, co też autorzy mieli na myśli. Inne z kolei rozśmieszają swą infantylnością, jak choćby barki lecące kilkadziesiąt dni w górę rzeki. Czemu uciekło to wszystkim recenzentom, których opinie poznałem przed sięgnięciem po książkę… Na szczęście treść broni się tak świetnie, iż nawet wspomniane fuszerki, choć momentami mocno denerwujące, nie są w stanie nawet na chwilę przyćmić zalet Bractwa Bang Bang.

Lubię dobre książki. Prawda czy fikcja, ważne by dobre. Jest jednak rodzaj opowieści, który uwielbiam ponad wszystko. Subiektywny, niejednokrotnie wypaczony niczym zdjęcie zrobione pod złym kątem, ale prawdziwy ponad wszystko. Świadectwo. Słowo w znaczeniu bliskim biblijnemu, będące prawie na wymarciu, a jakże celne i zupełne. Io so*. Wiem, gdyż widziałem, przeżyłem, a teraz świadczę, iż tak właśnie było. Właśnie takim świadectwem jest niniejsza książka.

Było fotoreporterów wielu, ale tylko czterech było tych, których nazywano Bang Bang Club. Z początku luźna znajomość, przerodziła się w przyjaźń pod ogniem serii z kbk AK** i przy wtórze wrzasków mordowanych ludzi. Teoretycznie do bractwa mógł wejść każdy. Każdy, kto nie bał się podejść do śmierci na tyle blisko, by móc zobaczyć gasnące oczy ofiar w wizjerze swego aparatu, kto był gotów zawsze popędzić tam, gdzie miał nastąpić wybuch przemocy, kto znał Afrykę na tyle, by być dla pozostałych równorzędnym partnerem. Czterech muszkieterów fotografii wojennej; Greg Marinovich, João Silva, Ken Oosterbroek i Kevin Carter. Choć jeździli fotografować również inne wojny, to właśnie Afryka zmieniająca się z białej na czarną była ich konfliktem. Wojną, której się poświęcili od początku do końca jej trwania, a ona wyniosła ich od zera aż na szczyty kariery fotografa dokumentalisty. Dwóch zapłaciło za to życiem, dwóch pozostałych: Greg i João: choć poranieni psychicznie i fizycznie, postanowili napisać o tym, jak było, gdyż to nieprawda, iż obraz jest wart tysiąca słów. To nie obraz, a słowo stało się ciałem i oni też postanowili nadać ciało swym wspomnieniom i swym zdjęciom. Zastosowali ciekawe rozwiązanie – jedynym narratorem jest Greg, choć jest to świadectwo ich obu wzbogacone tym, czego dowiedzieli się również z relacji innych osób. Zawsze jednak podkreślone jest co widzieli sami, a czego dowiedzieli się pośrednio i w jaki konkretnie sposób.

Wbrew tytułowi nie jest to tylko opowieść o przemocy, cierpieniu i śmierci, o uwiecznianiu tego wszystkiego na zdjęciach. To również przejmująca relacja z najgorszej z możliwych wojen; z wojny domowej. Zauważamy, iż ci goniący za drastycznymi ujęciami faceci, posądzani o stworzenie snobistycznego bractwa, są w rzeczywistości wrażliwymi, otwartymi ludźmi i bystrymi obserwatorami. A wnioski z ich obserwacji nie są wesołe.

Widzimy jak Biali, którzy najpierw przenieśli Czarnych do miast, potem ich z nich wygnali i zamknęli w wiejskich gettach pozostawiając w miejskich dzielnicach biedoty tylko niewielu, których potrzebowali jako niewolniczej siły roboczej dla swego rasistowskiego raju. Gdy okazało się, iż nie da się drogą masowych represji ani zakulisowych machinacji powstrzymać wyborów, które Czarni musieli wygrać, napuścili jednych Czarnych na drugich i na nich zwalili całą winę za rozlew krwi, choć byli nie tylko animatorami, ale i czynnymi, choć tajnymi, uczestnikami niezliczonych morderstw. Widzimy, jak w każdej innej wojnie, że i ta wzięła się z pożądania władzy i pieniędzy. I jak w każdej wojnie; bogaci i ustosunkowani nie ponieśli żadnej odpowiedzialności, a szarzy, zwykli ludzie cierpieli i nawet po wygranej cierpią nadal.

Niektóre spostrzeżenia są wręcz szokujące, jak na przykład to, iż techniczne aspekty apartheidu, czyli przemoc prawna i administracyjna, mogą być bardziej okrutne i zniewalające niż przemoc fizyczna.

Dla wielu z nas, Polaków, którzy już jakby zapominamy o wartości, jaką jest wolność sama w sobie, jest ta opowieść przypomnieniem, iż wciąż wielu ludzi każdego dnia oddaje życie za to, czego my nie doceniamy, choć to mamy; za możliwość wrzucenia do urny kartki z naszym głosem. To przypomnienie, jak wielką wartością samą w sobie są wolne wybory, nawet jeśli nie załatwią one wszystkich problemów, jest jednym z wielu przesłań Bractwa.

Afryka i czarnuchy to ciemnota, brud i bieda. Nie ma się co oszukiwać – taki właśnie jest pokutujący i wciąż powszechny u nas stereotyp. A jednak czytając opowieść Marinovicha nie mogłem się powstrzymać od smutnej refleksji. W RPA, po pierwszych wolnych i powszechnych wyborach, powołano Komisję Prawdy i Pojednania, której jedynym celem było ustalenie wszystkich mechanizmów, które doprowadziły do niezliczonych zbrodni schyłku apartheidu, nawet za cenę bezkarności ich sprawców. Najważniejsze było wyjaśnić; by wiedzieć, by poznać prawdę. Ogłoszono amnestię i wielu się zgłosiło, by opowiedzieć o najciemniejszych stronach historii własnego kraju i własnej rasy. Obu ras. Wielu się nie zgłosiło, ale cel został w zasadzie osiągnięty, a wyniki działalności Komisji były porażające i przerażające. Jak się to ma do naszego IPN, którego celem, w odczuciu zbyt wielu, jest zemsta, a nie prawda? Sprzedaliśmy prawo do Prawdy, za prawo do Zemsty, z której i tak nic nie wyszło. Ciągle odżywają u nas nowe fale lustracji, dekomunizacji oraz weryfikacji i nikt nie jest niczego pewien. I kto tu jest prawdziwym czarnuchem? My, czy oni?

Tematyka historii RPA i tragedie, które ją ilustrują poprzez zdjęcia wykonywane aparatami Bractwa Bang Bang, nierozerwalnie przeplatają się z osobistymi historiami i dramatami głównych bohaterów. Postępująca degradacja ich psychiki pod wpływem stresu bojowego z jednej strony oraz wciąż obecne pytania o granice odpowiedzialności reportera i fotografa nie dawały im chwili odpoczynku. Czy ratować, czy fotografować? Nawet wtedy, gdy pomóc nie można, dylematy moralne atakują bezustannie i nie dają chwili wytchnienia. Osobiście mam wrażenie, i to potwierdza niniejsza lektura, iż idealnym fotoreporterem, podobnie jak żołnierzem, wbrew modnym tezom dzisiejszych psychologów, byłby człowiek z pewną dozą psychopatii pozwalającą na chłodną ocenę uczuć i zbagatelizowane problemów moralnych w sytuacjach, w których i tak nie ma się wyboru. A zwłaszcza wtedy, gdy nikt nie ma żadnego wyboru, gdy nikt nie może pomóc.

O szczerości opowieści świadczy wiele drobiazgów, jak choćby scena, gdy jeden z przyjaciół ma szansę przyblokować emisję zdjęcia drugiego, o którym wie, iż sięgnie ono po najwyższe trofea w branży. Myśl taka przelatuje mu przez głowę, a jednak ręka mu nie drży, gdy wybitne zdjęcie idzie w świat. Ręka nie drgnęła, ale myśl się pojawiła, i to go dręczy. Szkoda, że takie postawy są u nas tak rzadkie.

Wbrew temu, co może się wydawać, lektura nie jest dołująca. Nierówne, choć wartkie tempo, zmiany nastroju i napięcia, tematu i osób stojących na pierwszym planie, wszystko to sprawia, iż rzecz czyta się szybko i świetnie, z pewną specyficzną przyjemnością, jaką daje obcowanie z wybitnymi osobowościami, którym woda sodowa nie uderzyła do głowy. Wśród tych wszystkich okropności, które sprawiają, iż powinna być to lektura od lat osiemnastu, zdarzają się nawet perełki humoru, głównie czarnego, a scena, gdy João zostaje wysłany z zadaniem zrobienia fotoreportażu o miejskim stawie i wraca z cyklem zdjęć o kaczce to po prostu mistrzostwo świata. Na czym polega nie zdradzę – przeczytajcie sami.

I to ostanie zdanie niech będzie oceną końcową książki. Każdy musi tą opowieść przeczytać sam i sam po swojemu przeżyć. Dla mnie bomba


Wasz Andrew


* wł. Ja wiem.
** AK (ros. Автомат КалашниковаAutomat Kałasznikowa) system broni strzeleckiej konstrukcji ZSRR obejmujący modele różnych kalibrów i rodzajów, od pistoletów maszynowych, przez karabinki po karabiny, produkowana w niezliczonej ilości wersji, kopii i odmian narodowych; prawdopodobnie najpowszechniej używana broń palna na świecie.

Bractwo Bang Bang [João Silva, Greg Marinovich]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 22 stycznia 2013

Wspominki z umieraniem w tle




 

Grochów

Andrzej Stasiuk

wydawnictwo: Czarne 2012

Grochów był lekturą zaplanowaną na styczniowe spotkanie w naszym DKK. Andrzej Stasiuk – nazwisko znane, lecz muszę przyznać bez wstydu, że z jego prozą spotkałem się po raz pierwszy dopiero teraz. Bez wstydu, gdyż nie można czytać wszystkiego, a ja w szczególności nie gonię za tym, co akurat modne (czytaj promowane). Jeśli już, to raczej z żalem, gdyż Mury Hebronu, debiut Stasiuka z 1992 roku, wciąż mam zamiar przeczytać, czując przez skórę, iż to może być coś dla mnie, tylko ciągle coś innego wypada. Znów się stało inaczej i przyszedł czas na Grochów, a na Mury jeszcze nie. Klątwa jakaś czy co?

Książeczka wydana jest niezwykle przyzwoicie, prawdziwy ewenement jak na dzisiejsze czasy. Żadnych błędów, które rzucałyby się w oczy, nie mówiąc o utrudnianiu odbioru. Całość mieści się w poręcznym (przynajmniej dla mojej dłoni) formacie umożliwiającym lekturę w każdych warunkach. Solidna twarda okładka i gustowna grafika dopełniają obraz zasługujący na laurkę. A w środku?

Tomik zawiera cztery krótkie formy, zapis osobistych wspomnień i refleksji, których głównym motywem, w moim odczuciu, jest umieranie, starość i choroba. Przemijanie znajomych i bliskich, ludzi i zwierząt. Problem spychany poza horyzont świadomości przez dzisiejszą cywilizację, która przy wsparciu pokoleń marketingowców usiłuje widzieć tylko młodych, zdrowych i pięknych. Mądrych niekoniecznie. Śmierć dzisiaj najchętniej widziano by gdzieś daleko; za miastem, za murami szpitala, za horyzontem percepcji i myśli. Temat, który w ciemnych, dawnych czasach, był takim samym elementem świadomości życia jak narodziny. Autor słusznie podkreśla, iż nie tak dawnych jednak, gdyż jeszcze nasi dziadowie i babki za normalne uważali czuwanie przy zmarłych, wystawienie zwłok w kaplicy i pożegnanie pocałunkiem nieboszczyka leżącego w otwartej trumnie. Za podjęcie tej tematyki, która nie powinna zniknąć ze świadomości, jeśli społeczeństwo ma pozostać zdrowe i nie zmienić się w Nowy wspaniały świat rodem z Huxleya, pisarzowi należy się uznanie. Tym bardziej, iż rzecz, pomimo powagi problemu, czyta się przyjemnie.

Łatwość odbioru zapewnia między innymi oszczędność tekstu. Niecałe sto stronic z grafiką włącznie, duże marginesy, wyeksponowane akapity; czytania niewiele. Wielka zaleta, gdyż zapobiega przegadaniu tematu i zostawia miejsce na refleksje czytelnika. Niestety, nie same zachwyty ta książka we mnie wzbudziła. W aspekcie wspomnień o Grochowie, PRL-u i młodości Stasiuk absolutnie do mnie nie przemówił. Jawi mi się jako wyobcowany buntownik, outsider o krok od przegranej, samotnik dysfunkcyjny społecznie. Postać ciekawa, ale niereprezentatywna dla swych czasów, społeczeństwa i miejsc. Antyteza bystrego, dociekliwego obserwatora. Denerwowała mnie też jakaś taka nierówność jego prozy, której nie sposób oddać słowami, a która sprawiała, iż momentami byłem zachwycony, a momentami lekko nawet zdegustowany. Na to jeszcze nałożyła się sprawa psów.

Ćwierć książki jest poświęcona ulubionej suce autora, jej chorobie i śmierci. Staje się bardzo prowokującym pytaniem o eutanazję. W połączeniu z pozostałymi trzema tekstami jest to pytanie o prawo do śmierci; ludzi i zwierząt. Stasiuk w sprawie swego psiego ulubieńca podjął decyzję jaką podjął. Nie mnie oceniać. Nie zajmuje też wyraźnego stanowiska w sprawie eutanazji, przynajmniej ja tak to odbieram, a raczej rzuca temat. Temat, którego w Polsce z różnych powodów nikt nie chce tknąć, a odważni stają się obiektem ostracyzmu. Tutaj jednak wypływa wspomniana już wcześniej psia sprawa.

Oceniając wspomnienia nie sposób nie oceniać również autora, gdyż opowiada on o samym sobie oraz o swym życiu. Pisarz zaś bez cienia wstydu wspomina swe psy, które bez nadzoru latały po całej wsi. Zżyma się na to, że musiał płacić okolicznym gospodarzom, gdy zagryzały im owce. A ja od razu sobie pomyślałem: - A jakby zagryzły dziecko? Też by się zżymał, że musi zabulić i dalej żadna refleksja by go nie dopadła? Tyle się mówi i pisze o tej pladze, jaką są psy bez nadzoru w naszym kraju, a tu taki dół! Jestem miłośnikiem psów, zwłaszcza tych dużych. Uwielbiam takie, które można pogłaskać bez schylania się. Rozumiem jednak doskonale, co potrafi człowiekowi, zwłaszcza dziecku, taki pies zrobić, gdy uzna kogoś za zagrożenie. Pies nie odpowiada za siebie, to właściciel musi myśleć i przewidywać za niego. Trzeba wytknąć, że tutaj autor idealnie wpisał się w powszechną w Polsce bezmyślność, brak wyobraźni i odpowiedzialności. Dobrze chociaż, że o jeździe na fleku nie było mowy.

Zapytacie co to ma do oceny książki? Skoro przesłanie jest jednym z aspektów dzieł, nie tylko literackich, na równi z zaletami artystycznymi, to chyba jego brak też jest ważną przesłanką. Gdyby Stasiuk w jakikolwiek sposób odniósł się do tych swoich psów ganiających samopas po okolicy, gdyby dał znać czytelnikowi choć jednym słowem, że teraz widzi naganność swego zachowania, pal sześć. Niczego takiego jednak nie ma. A ponieważ jest to postawa w Polsce powszechna, to czynienie zła i nawet nieuświadamianie sobie tego, które choćby dla naszych sąsiadów zza Odry jest trudne do zrozumienia, więc uważam, iż takie stanowisko, zwłaszcza powielane przez, jak by nie patrzeć, elitę intelektualną i opiniotwórczą, trzeba piętnować z całą bezwzględnością.

Podobno pokutuje stwierdzenie, iż proza Stasiuka trafia raczej do panów, niż do pań. Ja nie znajduję dla tego żadnego uzasadnienia. Grochów to kawałeczek, nieduży, co też jest w tym wypadku zaletą, solidnej opowieści o życiu i o śmierci. Gdyby nie wspomniany psi aspekt, powiedziałbym nawet, że to rewelacja. Tak jednak, jak jest, nadal pozostaje dla mnie książką, którą szczerze mogę każdemu polecić, ale na pewno nie jako must have, ani nawet must read


Wasz Andrew

Grochów [Andrzej Stasiuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Grochów [Andrzej Stasiuk]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 21 stycznia 2013

30 rocznica śmierci Mariana Mazura

 Marian Mazur na przełomie lat 70-80, zdjęcie Marek Banach.

Dziś właśnie przypada 30 rocznica śmierci genialnego polskiego uczonego - Mariana Mazura. Był twórcą polskiej szkoły cybernetyki, a jego teoria systemów autonomicznych i jakościowa teoria informacji do dziś urzekają prostotą, oryginalnością i uniwersalnością. Nie będę tutaj przypominał sylwetki naszego wielkiego rodaka. Jego życiorys można znaleźć choćby w Wikipedii. Pragnę z okazji tej rocznicy zwrócić uwagę na chyba najbardziej popularną książkę Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Pozycja w Polsce dużo mniej znana niż za granicą, podobnie jak sama sylwetka autora i jego teoria. To już chyba taka nasza narodowa tradycja, by cudze chwalić, a swego nie znać. Czasami mam wrażenie, że gdyby Kopernika za swego nie uznawały inne narody, a zwłaszcza Niemcy, co przez zazdrość mobilizuje naszą pamięć o nim, to byłby w kraju zupełnie zapomniany. Analogia tym bardziej uprawniona, iż Marian Mazur dokonał rewolucji na miarę kopernikańską, nie tylko w cybernetyce jako takiej, co choćby w psychologii przy pomocy tejże cybernetyki. By przeciwstawić się zapomnieniu, zapraszam do lektury mojej opinii, a potem samej książki, która wbrew tytułowi więcej rewolucjonizuje w wiedzy o nas samych, niż cybernetyce, a zawarta w niej nowatorska teoria jest narzędziem również dla innych dziedzin. Gorąco polecam

Wasz Andrew

niedziela, 20 stycznia 2013

Jak szukać?



Wiele jest różnych tricków ułatwiających życie w sieci. Jest jednak jeden taki, który zapamiętałem od razu, gdyż niezmiernie ułatwia wyszukiwanie informacji. Wielu z Was go zna, ale przypuszczam, że są i tacy, którym się przyda.

Na wielu stronach, blogach i serwerach nie ma wyszukiwarek, a jeśli są, to nie zawsze działają tak, jak byśmy chcieli. Co zrobić, by zawęzić pole wyszukiwania, bo Google zwraca zbyt wiele wyników, albo, co ważniejsze, w ogóle nic nie zwraca, a powinno?

Powiedzmy, że chcemy wyszukać recenzję książki "Życie niewłaściwie urozmaicone" tylko wśród blogów na Bloggerze

W okienko googlowe wpisujemy:

"Życie niewłaściwie urozmaicone" site:blogspot.com

Jeśli chcemy, możemy dowolnie zawężać, np.:

"Życie niewłaściwie urozmaicone" site:klub-aa.blogspot.com

Dlaczego wybrałem przykład z własnego bloga? Gdyż właśnie na nim dowiedziałem się, iż komenda pozwala, o czym już wspomniałem, nie tylko zawęzić poszukiwanie do domeny, co jest przydatne przy nadmiarze odpowiedzi z Google, ale działa i w drugą stronę. Kiedy Google nie indeksuje materiałów lub je indeksuje źle i nie mamy żadnych wyników (może to być spowodowane różnymi przyczynami, nawet świadomym działaniem osób trzecich), możemy przeszukać wytypowane domeny i odszukać to, czego według domyślnego ustawienia wyszukiwarki nie ma. U mnie ten post o książce Kazimierza Leskiego był przeniesiony ze starego bloga i opublikowany z pierwotną datą. Google go zablokowało, pewnie z powodu niezgodności dat, nie wiem zresztą. Wpisałem powyższą komendę i już wiedziałem, że wszystko działa O.K., tylko gdzieś mechanizm indeksowania nawalił.

Mam nadzieję, że się to komuś przyda

Wasz Andrew

Jakie recenzje lubię?



Z reguły nie biorę udziału w konkursach na blogach. Czasami jednak zdarza mi się coś skrobnąć, gdy temat jest interesujący i robię to wówczas bardziej na zasadzie głosu w dyskusji raczej, niż współzawodnictwa. Jakiś czas temu na blogu Post Meridiem padło pytanie: - Za co lubicie recenzje? Odpisałem jak umiałem, ale potem naszła mnie jeszcze jedna refleksja. Wielu z Was na swoich blogach pisze, jak oceniają i jakimi kryteriami się kierują. U mnie dotąd czegoś takiego brakowało. Przeklejam więc poniżej ten wpis. Starałem się ująć to, czym się kieruję w ocenianiu wszystkich tekstów i mam nadzieję, że sam kiedyś się chociaż trochę do własnych założeń przybliżę :)

Łatwiej powiedzieć jakich recenzji nie lubię – sponsorowanych. A jakie lubię – dobre. To tak jak z literaturą: nie jest ważny gatunek, maniera literacka ani nic innego. Albo tekst ma w sobie to coś, co powoduje, iż jest wartościowy, albo, nawet jeśli nie ma formalnych wad, jest co najwyżej średni. Wolę recenzję z niedostatkami stylu, nawet z błędami, ale zawierającą własną ocenę i jej uzasadnienie, niż miernotę treści, nawet jeśli jest opakowana w nienaganną formę. Bardziej przemawia do mnie jawny subiektywizm, niż pozorny obiektywizm. Każda recenzja mówi nie tylko o przedmiocie oceny, ale i oceniającym. Uwielbiam, gdy ten ostatni jawi mi się jako ktoś interesujący, niekoniecznie zgodny ze mną w ocenach.

sobota, 19 stycznia 2013

Humor i honor



"Humoru mamy za mało, honoru – za dużo i jest lokowany nie w tych miejscach, gdzie trzeba. Mieć dobre autostrady to byłby honor."

Juliusz Machulski Źródło: rozmowa Donaty Subbotko, Więcej humoru w narodzie, poproszę, „Gazeta Wyborcza”, 22–23 września 2012 (za Wiki). Cytat wykorzystany również w powieści Piotra Gibowskiego Asymetria. Rosyjska ruletka.

piątek, 18 stycznia 2013

Niezbędna do zrozumienia świata



"...wiedza ekonomiczna jest niezbędna do pełnego zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości, a jej brak sprawia, że ludzie stają się podatni na manipulację i demagogię."

Cytat z reklamy Fundacji Instytutu Ludwiga von Misesa zamieszczonej w debiucie powieściowym Piotra Gibowskiego Asymetria. Rosyjska ruletka. Do przerywania filmów reklamami już się przyzwyczaiłem, ale coś takiego zamiast ilustracji w książce?

Niezależnie od mieszanych odczuć, jakie taka praktyka we mnie budzi (reklamę zamieszczono w środku książki, a nie na jej końcu lub początku), cytat w moim odczuciu jest na tyle ważki i aktualny, że postanowiłem go dodać do mojej kolekcji.

czwartek, 17 stycznia 2013

Konwersacje oceaniczne

Okładka książki Solaris 

Solaris

Stanisław Lem

Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 240










Stanisław Lem wielkim pisarzem był. Pisząc te zdania czuję się dokładnie jak ferdydurkowski Bladaczka. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas w zdecydowanie różny sposób odbiera rzeczywistość, a dokonując jej oceny, stosuje sobie tylko znane kryteria. Świadomość ta powinna mi wyraźnie pomóc w uzmysłowieniu sobie faktu, że sądy obiektywne na temat jakości książek, literatury, etc. nie mogą istnieć, w związku z czym wypowiadanie zdań, tego typu, od którego rozpocząłem recenzję jest absolutnie bezsensowne. Stwierdzenie takowe jest subiektywne i będzie, niezależnie od tego jak wielu ludzi jest w stanie podpisać się pod moją sentencją. Dlaczego zatem piszę w ten sposób? Dlaczego powielam schemat, który od dawna dominuje w naszej kulturze, mimo, że uważam, iż jest to coś złego? Dlaczego wreszcie ludzie tak bardzo kochają mieć rację? Odpowiedzi na te pytania raczej nie znajdziecie w jednej z powieści Lema, Solaris, ale z pewnością wyczytacie w niej całkiem sporo na temat ludzkiej psychiki.

W wydanej w 1961 roku książce, przetłumaczonej na kilkanaście języków, Stanisław Lem prezentuje nieudaną próbę kontaktu ludzkości z solaryjskim oceanem. Zacznijmy jednak od początku. Główny bohater Kris, to psycholog, który zostaje wysłany na stację badawczą krążącą wokół planety Solaris, by zbadać, co przydarzyło się jej członkom, wykazującym poważne zaburzenia natury psychicznej. Szybko jednak przekonuje się, że jego praca będzie dość niezwykła. Okazuje się, że planeta jest zamieszkała. Posiada jednego mieszkańca, którym jest rozumny ocean. Nie można się z nim jednak porozumieć w żaden sposób. Wielka, plazmatyczna, na pozór bardzo milkliwa galareta posiada za to specyficzne właściwości. Potrafi ona zmaterializować najskrytsze marzenia mieszkańców stacji. Jednak ocean jako istota przez długie lata jedyna i samotna na ogromnej planecie nie zna znaczenia słowa my. Czytając w mózgach ludzi jak w otwartej księdze, nie potrafi on rozeznać się w strukturze zawartych tam treści. Obce mu jest poczucie taktu czy przyzwoitości, mimo swej mądrości technicznej nie ma pojęcia jak niewiele prywatnych ludzkich marzeń nadaje się do ujawnienia.

Stacja kosmiczna na tle planety Solaris

Pewnej nocy, Krisa budzi Harey, jego ukochana, która 20 lat wcześniej, porzucona przez niego popełnia samobójstwo. Kris stosunkowo szybko uświadamia sobie, że jego najdroższa to tylko fantom – replika, neutrinowy twór, owoc działalności solaryjskiego oceanu. Oprócz tego, że ciągle jest piękna i młoda cechuje ją również … nieśmiertelność. O tej ostatniej cesze bohater przekona się empirycznie, próbując w akcie desperacji zgładzić koszmar, narodzony z odmętów jego wspomnień. Dwaj pozostali naukowcy nie mają tyle szczęścia co Kirs – oni w darze od oceanu otrzymują rzeczy wydobyte z najwstydliwszych zakamarków ich umysłów. Marzenia skrywane nawet przed samym sobą, stają się dla nich rzeczywistością. Dostają w prezencie ucieleśnioną własną małość i podłość, która przybrawszy formę materialną doprowadza ich na granicę obłędu.

Oto jedna z wielu warstw powieści: studium człowieka, który znalazł się w sytuacji absolutnie wyjątkowej, bo nie mającej żadnych odniesień do ziemskich doświadczeń. Wydaje się, że konfrontacja z nieznanym stanowi ulubiony temat powieści science fiction autorstwa Stanisława Lema. Pojawiają się i mnożą pytania: czy uczucie, jakie finalnie wywiązało się między Krisem a Harvey można nazwać miłością? Czy możliwe jest by człowiek kochał obcą formę życia, czy też własne, zmaterializowane wspomnienie? Wreszcie czy Harvey jest istotą ludzką? Bo co właściwie o tym stanowi? Materia, z jakiej jest stworzona, fakt urodzenia przez matkę, biologiczną istotę, czy może ludzkie odczuwanie? Zatem kimże, bądź czymże jest Harvey? Jakie wzorce moralne wobec niej zastosować? Jakie kryterium dla niej obrać? W jakich kategoriach rozpatrywać w ogóle jej byt, bo przecież Harvey posiada świadomość własnej egzystencji.

Książka to również ambitna próba ustalenia granic ludzkiego poznania. To uświadomienie nam, jak mało wiemy na temat możliwych obcych form życia. Według autora, ludzkość nie ma czego szukać w Kosmosie, tak jak i jego mieszkańcy nie mają po co przybywać na Ziemię, ponieważ porozumienie i tak nie jest możliwe. Owa niemożność kontaktu wynika z wzajemnej obcości, którą Lem znakomicie uwypukla plastycznymi i żywymi opisami form, tworzonych przez Ocean. Naukowcy, których całe rzesze przewinęły się przez planetę Solaris, mimo lat żmudnej pracy ciągle nie są dokładnie ich zbadać, czy raczej w pełni zrozumieć ich znaczenia. Potrafią jedynie porządkować, katalogować owe formy, nadawać im pozostające bez znaczenia, wymyślone nazwy, które skrywają jedynie pustkę i bezsilność. Całość przypomina próbę opisania kolorów osobie niewidomej od urodzenia – to wyraz bezradności naszego intelektu.

Idąc dalej, utwór możemy rozpatrywać również jako swoistą transgresję od porządku ludzkiego, dobrze nam znanemu ku temu, co obce, nieludzkie. Pisarz zabiera nas w fascynującą wędrówkę w nieznane. Czytelnik ciągle musi operować na granicy dwóch światów – pomiędzy tym, co zrozumiałe, oswojone, a tym, co niepojęte. Przy czym otchłań obcości rozpościera się nie tylko w kosmosie, ale również w samym człowieku. Lem posługując się myślącym oceanem jako wykładnią, uzmysławia nam, jak ogromne, dziewicze i niezbadane obszary znajdują się w naszych własnych umysłach. Istota ludzka okazuje się tylko cienką warstwą sensu, pokrytą licznymi tajemnicami materii, psychiki. Przesłanie płynące z książki jest zatem proste. Zanim zdecydujemy się na podbój Kosmosu, powinniśmy dokładnie poznać siebie samych, jako istoty ludzkie.

Wielce ciekawy jest również odbiór powieści przez wszelakiej maści krytyków. Sam Stanisław Lem w wywiadzie rzece Tako rzecz Lem przyznał, że czytał omówienia Solarisa tak uczone, że mało co z nich zrozumiał (a kogo jak kogo, ale pana Staszka do ułomków umysłowych z pewnością zaliczyć nie można). Książka odczytywana była z użyciem klucza m.in. freudowskiego. Pojawiały się również sugestie, że to manifest antykomunistyczny. Rolę ZSRR miał odgrywać solaryjski ocean, z którym żadnej nici porozumienia nie mogły osiągnąć pozostałe państwa, czyli badacze ze stacji. Co jeszcze bardziej interesujące, mnogość odczytań dzieła Solaris, dowolność krytyki literackiej, stały się bodźcem dla Stanisława Lema do napisania Filozofii przypadku, opasłego eseju (moje wydanie posiada prawie 600 stron!), poświęconego teorii literatury.

Podsumowując Solaris nie możemy analizować tylko na jednej płaszczyźnie. Książka zawiera w sobie elementy psychologiczne, filozoficzne, opisuje problem kontaktu z obcą cywilizacją, pojawia się również wątek romantyczny, przez co jej lektura okazuje się niezwykłym doświadczeniem. Lem zwraca także uwagę, że aby móc poznać coś radykalnie nowego, obcego, kompletnie innego, człowiek musi najpierw dokładnie zrozumieć sam siebie. I niekoniecznie pomogą mu w tym owoce najnowszych technologii.

P.S.
Zdecydowana większość recenzji, z wyjątkiem przydługawego wstępu i kilku wstawek, pochodzi z mojej pracy maturalnej, w której rozwodziłem się na temat fascynacji nowoczesnością w kulturze i sztuce w XIX i XX wieku. Co ciekawe Solaris to także mój powrót do Lema po dobrych 10 latach. Jako młody berbeć, gdzieś na początku szkoły podstawowej byłem zmuszany przez mamę do czytania. Jako, że nie przejawiałem ku temu zbytnich chęci, mama postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i wypożyczyła dla mnie Opowieści o pilocie Pirxie. Pamiętam, że wówczas książka wydawała mi się koszmarnie nudna. Byłem tak zły brnąc przez kolejne jej strony, że po prostu się gotowałem. Nie mogłem zrozumieć, jakim prawem ta pozycja w ogóle egzystuje. Książka, w której w Kosmos lata się za pomocą pojazdów przypominających pociski to relikt, a nie żadna tam literatura science fiction. Tak wówczas sądziłem, nie bacząc na inne spektra pierwszego opowiadania, na którym poprzestałem lekturę. Na szczęście czas leczy rany i gdy sięgnąłem po Lema powtórnie, z własnej woli, po tych 10 latach, okazało się, że wpadłem bezpowrotnie. W chwili obecnej przeczytałem prawie wszystkie pozycje tego wyjątkowego pisarza, w tym oczywiście nieszczęsnego Pilota Pirxa. Ale jak widać, do niektórych lektur trzeba po prostu dojrzeć, a przymus nie jest najlepszą metodą do pozyskiwania kolejnych czytelników.

Wasz Ambrose




Solaris [Stanisław Lem]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE
 

Debiutant pozywa recenzenta!




2 stycznia niespodzianie odezwał się do mnie Piotr Gibowski, który niedawno zadebiutował jako autor powieści Asymetria. Rosyjska ruletka. Chciał mi przesłać egzemplarz tej książki, bym napisał jej „SZCZERĄ”* recenzję. Uprzedziłem, że nie stosuję wobec nikogo taryfy ulgowej słowami „Nie wiem, czy moje pisanie można określić jako lekkie pióro, gdyż często recenzowanym książkom czy filmom zdarza się zbierać solidne cięgi.”**, żeby nie spodziewał się, iż w podzięce za przesłanie książki zrównam go z Sienkiewiczem, co jest dość częstym zjawiskiem w sieci, jednak książka została przysłana i przystąpiłem do lektury. Najpierw napisałem recenzję grafikiozdabiającej frontową okładkę wydania, a następnie opinię o samej powieści. Starałem się oddać uczciwie swoje wrażenia i przedstawić zarówno mocne strony Asymetrii, jak i to, co oceniam negatywnie. Spodziewałem się ewentualnie jakiejś polemiki z autorem, którą widziałbym nader chętnie, jako że temat do dziś dzieli i historyków, i polityków, i zwykłych ludzi, jednak ani słowem się pisarz do mnie nie odezwał. Aż do wczoraj, gdy w skrzynce mailowej znalazłem list z wieczora dnia poprzedniego. Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłem w nim takie oto pismo od Piotra Gibowskiego, które przytaczam w całości wraz z formatowaniem:

Drogi panie,
To, że naduzył pan mojego zaufania i wyłudził ksiązkę wprowadzajac w błąd - pal sześć. Ale za publiczne szkalowanie mnie, wytocze sprawe cywilna. Albo pan natychmiast tego zaniecha (i usunie te wpisy), albo radze sie szykowac na wycieczki do Warszawy na rozprawy
.
.
Dzięki za dokładną analizę. Teraz nie żałuję, że nie przeczytałem jej wcześniej. Również nie popieram bolszewizmu, ani nawet socjalizmu, czy choćby lewicowych poglądów, ale zaślepienie w nienawiści mnie drażni bez względu na temat jakiego dotyka. W mojej recenzji za ten aspekt książce dostałoby się pewnie o wiele bardziej ;)
Odpowiedz
Odpowiedzi
http://3.bp.blogspot.com/-FmCMNnnVlhM/TxQ3L1-VqKI/AAAAAAAAAD0/F0PiVfAQFsE/s45/14117-110x110.jpg
Szkoda, że tak mało jest u nas ludzi podobnie myślących. Daleko nam niestety do społeczeństwa otwartego. Wciąż mamy ciągotki do Jednego Boga, Jednej Polski, Jednego Narodu i zapominamy, że po niemiecku i po rosyjsku brzmiało to bardzo podobnie ;)

Wypadałoby teraz, po ocenie grafiki i książki, zrecenzować również osobowość tego debiutanta, ale zostawię to Wam, każdy potrafi to zrobić na własny użytek.

Wasz Andrew


*
Dzień dobry,

Jestem autorem Asymetrii. Rosyjskiej ruletki. Szukam kogoś z „lekkim piórem", lubiącego historię alternatywną do napisania SZCZEREJ recenzji. Zależy mi na uczciwym układzie. Ja przesyłam książkę, a w zamian otrzymuję opinię osoby lubiącej ten gatunek. Czytanie powinno sprawiać przyjemność, a nie być udręką. A Pańska recenzja Potopu sugeruje, że te pierwszą opcję :)

Tematyką książki jest historia alternatywna. Dwie świeżo poznane grupy Polaków - maturzyści i żołnierze, przez przypadek, zamiast zwiedzić CERN, przenoszą się w czasie do 1927 roku. Chcąc nie chcąc, muszą się włączyć w poprawianie historii. Powieść uwzględnia realia historyczne, polityczne, militarne, ekonomiczne i obyczajowe. Akcja toczy się w Europie, Ameryce i Azji. Główny wątek to walka wywiadów oraz wojna ekonomiczna i militarna. Podwójni agenci, nieoczekiwanie zwroty akcji, odrobina humoru oraz zaskakujące zakończenie.

Ostrzegam, książka nie jest łatwa, ale osoby inteligentne są zadowolone z lektury. Grupa docelowa, to raczej mężczyźni. Pewien znany autor stwierdził, że „zbyt szeroko objąłem temat i nie ma głównego bohatera”. A mnie właśnie już irytował dotychczasowy płytki i prosty sposób opisywania skomplikowanych spraw. Książka jest tak napisana z rozmysłem.

Więcej informacji o książce można znaleźć na stronie: 
www.asymetria.info.pl oraz na fb.http://www.facebook.com/Asymetria.RosyjskaRuletka?ref=hl
Zamieściłem tam dwa fragmenty powieści.
Dla lepszej orientacji polecam recenzje na portalu Lubimy czytać:

Czy jest Pan zainteresowany?

pozdrawiam

Piotr Gibowski


**
Szanowny Panie Piotrze

Nie wiem, czy moje pisanie można określić jako lekkie pióro, gdyż często recenzowanym książkom czy filmom zdarza się zbierać solidne cięgi. Jeśli jest Pan zainteresowany moją opinią oczywiście zgadzam się na Pańską propozycję i z ciekawością przeczytam Asymetrię. Ze swej strony mogę obiecać, że podejdę do niej jak do każdej innej powieści, czyli bez żadnych z góry przyjętych założeń czy oczekiwań. Uważam, że każde dzieło niech mówi za siebie. Jeśli jest dobre, samo się obroni, a jeśli złe, nie pomoże mu nazwisko sławnego autora, podobnie jak autor mniej znany nie będzie żadnym obciążeniem. Nie mam jakiegoś szczególnie ulubionego gatunku prozy, który bym mógł zdecydowanie postawić ponad innymi, choć po niektóre sięgam częściej niż inne. Historia alternatywna to temat niewątpliwie równie fascynujący co trudny i szczerze mówiąc jestem już zaintrygowany Pańską powieścią, na ile to możliwe na podstawie opinii innych osób.

(…) Recenzja zostanie opublikowana na moim blogu, być może również w serwisie lubimyczytac.pl oraz nakanapie.pl, Jeśli chciałby Pan, bym umieścił ją jeszcze gdzieś indziej, proszę dać znać.

Pozdrawiam serdecznie
Andrew Vysotsky