Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 1 listopada 2012

Na zachodzie bez zmian





Erich Maria Remarque

Na zachodzie bez zmian

oryg. Im Westen nichts Neues

przełożył Stefan Napieralski
Czytelnik Warszawa 1966

Książki wybitne poznać po tym, iż się nie starzeją. Wydana po raz pierwszy w 1929 roku powieść niemieckiego pisarza Ericha Marii Remarque'a Na zachodzie bez zmian nie straciła niczego ze swej świeżości. Dzisiaj, tak jak niemal wiek temu, wciąga czytelnika i przenosi w czasy I Wojny Światowej. Przypomina okrucieństwa i bezsens wojny tak strasznej, iż tym, którzy ją przeżyli, wydawało się, iż ludzkość po tej lekcji nigdy nie rozpocznie czegoś podobnego. Wkrótce jednak świat zafundował sobie powtórkę z rozrywki, która przyćmiła pamięć Wielkiej Wojny. Tym bardziej więc powinniśmy wracać do powieści Remarque'a i przypominać ją kolejnym pokoleniom, bowiem jej antywojenna wymowa jest jeszcze wyraźniejsza niż podobne obrazy z późniejszych konfliktów, które jako bardziej przesycone ideologiami mogą sprawiać wrażenie uzasadnionych. Na zachodzie bez zmian to nie tylko wspaniały przykład warsztatu pisarskiego, ale i niezwykle rzadko spotykany autentyzm. Nie autentyzm dat, liczb i analiz, ale realizm odczuć zwykłego człowieka wrzuconego do wojennej maszynki do mielenia ludzkiego mięsa. Remarque ukazuje nam bowiem piekło okopów i lazaretów nie z pozycji zawodowego żołnierza, dla którego wojna to szansa na awans tym szybszy, im więcej jego kolegów zginie lub zostanie kalekami. Oglądamy wszystko oczami zwykłego cywila, który trafił nie tam gdzie trzeba i patrzy, jak wszyscy, których zna, umierają. Autor szczególnie podkreśla cenę, jaką płaci pokolenie, które jeszcze nie dorosło, nie zapuściło korzeni w społeczeństwie. Stracone pokolenie. Wszyscy ci, którzy przed wojną nie założyli jeszcze rodzin, nie zdobyli dyplomów, nie do końca przestali być dziećmi. Oni po wojnie nie będą mieli do czego wracać, gdyż według dokonań i możliwości będą dorastającą młodzieżą, a według doświadczeń starcami. To jedno z najbardziej poruszających wezwań antywojennych, wręcz uderzające, napisane jest przy tym w sposób, który sprawia, iż od lektury wprost nie można się oderwać.

Jak łatwo się domyślić; polecam absolutnie i gorąco


Wasz Andrew

środa, 31 października 2012

"Lolita" Vladimir Nabokov





Vladimir Nabokov

Lolita

przełożył z angielskiego i rosyjskiego Robert Stiller
Seria Współczesna Proza Światowa
Państwowy Instytut Wydawniczy 1991

O Lolicie Vladimira Nabokova napisano już tyle, że podobną ilością zarówno pochwał, jak i ostrej krytyki, można by obdzielić książki nie z kilku półek, ale być może regałów bibliotecznych. Jedni uważają ją za arcydzieło, a inni wręcz za pornografię i autora mają za zboczeńca. Wszystko wynika z tego, iż wielu nie przeczytało jej do końca, a równie wielu nie było w stanie jej pojąć. Nie ma się o co obrażać, wszak dobry koniak nie każdy doceni; większość woli tanią wódkę. Lolita to powieść cebula. By ją naprawdę docenić, trzeba ją chyba przeczytać kilka razy, docierając do kolejnych warstw i odkrywając głębie, których w niej nie brak. Opowieść o skonsumowanej miłości podstarzałego mężczyzny do nastolatki jest bowiem tylko pretekstem do przemyśleń na bardzo drażliwy, niejednoznaczny i w wielu aspektach dyskusyjny temat pedofilii. Ale nie tylko pedofilii, gdyż to również rozważania o wolnej woli, o genezie miłości i wielu innych fundamentalnych dylematach. Lolita jest zarazem polem do niesamowitej, wielopoziomowej zabawy słowem i stylem, wyobraźnią i skojarzeniami, co udało się tylko dzięki absolutnemu mistrzostwu warsztatu pisarskiego, lecz jednocześnie stawia bardzo wysokie wymagania czytelnikowi, podobnie jak warstwa moralna, światopoglądowa i filozoficzna. Mało kto zauważa wyraźnie negatywną ocenę następstw miłości pedofilskiej, destrukcyjnej dla obu podmiotów takiego związku, zawartą w końcówce powieści. Nie jest Lolita lekturą na jeden wieczór. Wciąga, ale nie tak, jak mecz futbolowy, a raczej jak rozgrywka w brydża lub w szachy na poziomie mistrzowskim. Wymaga absolutnego zaangażowania i, niestety, nie jest dla każdego. To niepoprawne politycznie, ale trzeba to uczciwie podkreślić. Im mniejsze wyrobienie czytelnika, im bardziej zamknięty jego umysł, tym trudniej mu będzie obcować z mistrzostwem i wirtuozerią Nabokova. Jeśli jednak damy tej książce wszystko, czego będzie od nas wymagać, jeśli nie poskąpimy jej czasu, serca i myśli, okaże się ucztą jak żadna inna.

Polecam szczególnie to właśnie wydanie, gdyż Lolita stawia wysokie wymagania również tłumaczowi. Nie wiem czy inne przekłady wypadły równie dobrze, a ten sprawdziłem, więc polecam


Wasz Andrew

wtorek, 30 października 2012

Chimeryczny lokator





Roland Topor

Chimeryczny lokator

tytuł oryginału: Le locataire chimerique

Roland Topor jest jednym z tych nielicznych, których styl można rozpoznać bez trudu, choćby wydawca ukrył nazwisko autora. Chimeryczny lokator to głośna powieść, na kanwie której Roman Polański nakręcił Lokatora. Trelkovsky, szary paryski urzędnik, znajduje się pod presją, gdyż właśnie stracił mieszkanie i aby zdobyć nowe, musiał zaangażować wszystkie swe oszczędności. W dodatku udaje mu się to tylko dlatego, iż poprzednia lokatorka popełniła samobójstwo. Wkrótce okazuje się jednak, że życie w kamienicy, w której chciał uwić nowe gniazdko, nie będzie takie, jak się spodziewał. Napięcie narasta, nie tylko w umyśle głównego bohatera, ale i czytelnika, który siedząc w głowie Trelkovskiego doświadcza postępującego rozpadu osobowości i odmiennych stanów świadomości. Przejmująca atmosfera niesamowitości, makabreski i balansowania na granicy obłędu to znak firmowy Topora. Za tym wszystkim zaś ukryte drugie dno, do którego można dotrzeć tylko, jeśli będziemy czytać naprawdę uważnie. Jeśli lubicie takie klimaty, jest to książka dla Was, a jeśli nie jesteście smakoszami tego kanonu, to i tak warto po Chimerycznego lokatora sięgnąć, gdyż jest to proza najwyższej klasy, a zakończenie jest rzeczywiście przysłowiowym końcem, który wieńczy dzieło.

Tym, którzy z Toporem nie mieli dotąd do czynienia, polecałbym jednak najpierw sięgnąć po niezrównany zbiorek opowiadań Cztery róże dla Lucienne, gdzie więcej jest, również charakterystycznego dla Topora, czarnego humoru, a opowiadanka jako krótkie formy są łatwiejsze do posmakowania nowej, niepowtarzalnej maniery. Poza tym mam wrażenie, że w opowiadaniach Topor wypada lepiej niż w powieści


Wasz Andrew

poniedziałek, 29 października 2012

O dyktaturze, totalitaryzmie i całej reszcie

Okładka książki Przenicowany świat 

Przenicowany świat

Arkadij i Borys Strugaccy


Tytuł oryginału: Обитаемый остров
Tłumaczenie: Tadeusz Gosk i Magdalena Koziej
Wydawnictwo: Iskry
Liczba stron: 352




Bracia Strugaccy w literaturze science-fiction to swoista instytucja. Tytani gatunku, stawiani na równi z Lemem, czy Dickiem, których książki stały się natchnieniem zarówno dla reżyserów (Stalker Tarkowskiego nakręcony w oparciu o Piknik na skraju drogi, Przenicowany świat autorstwa Fiodora Bondarczuka) jak i twórców gier komputerowych (S.T.A.L.K.E.R., Trudno być bogiem). Bracia, którzy większość książek napisali wspólnie, odnieśli sukces zarówno w Rosji jak i poza jej granicami, docenieni zostali przez samego Stanisława Lema, który znany był przecież z tego, że do literatury science-fiction nie pałał zbyt gorącym uczuciem, mimo, że uważany był za czołowego jej przedstawiciela w naszym kraju. Strugaccy, to także kolejny egzemplarz pisarzy fantastyki naukowej zza Żelaznej kurtyny, którzy są przykładem na to, że system totalitarny, który na ziemiach Wschodniej Europy pozostawił w spadku po Jałcie Stalin  przyniósł jednak, dość nieoczekiwanie zresztą, coś dobrego. Strugaccy, podobnie jak i Lem, nie mogąc pewnych treści głosić otwarcie, ujawniać wszystkich swoich poglądów, a krytykę, szczególnie wobec systemu i władzy, stosować z rozwagą i umiarem godnym sapera na polu minowym, nabyli wspaniałą umiejętność wyrażania swoich idei nie wprost, pisania powieści-zagadek, pełnych kluczy, podwójnych znaczeń, alegorii, odniesień oraz puszczania oka do dociekliwego czytelnika.

Przenicowany świat to kolejna książka w dorobku Strugackich. W momencie jej wydania, bracia mieli już na swoim wspólnym koncie całkiem liczne grono powieści. Pozycję można zaklasyfikować jako awanturniczą robinsonadę – oto, bowiem mamy przed sobą głównego bohatera, kosmonautę, Maksyma, członka GOZ-u (Grupy Otwartego Zwiadu), który ląduje swoim statkiem na nieznanej planecie. Wkrótce pojazd ulega poważnej awarii, a jedyną szansą na wezwanie pomocy jest budowa prostego nadajnika zeroprzestrzennego ze spiralną emisją. Obcy świat, na który trafia Maksym zamieszkany jest przez istoty inteligentne, humanoidalne. W miarę lektury, zostawiając za sobą kolejne karty powieści, przekonujemy się, że owa humanoidalność tyczy się praktycznie każdego aspektu cywilizacji, z którą styka się kosmonauta. Pojazdy mechaniczne, jezdnie, budynki, windy, nakrycia głowy, ubrania, terroryzm, laboratorium, katorga, poczta, piwo – bardzo łatwo jest czytelnikowi zapomnieć, że akcja rozgrywa się gdzieś w odległych krańcach galaktyki, ba, mnie osobiście towarzyszyło nieodłączne wrażenie, że bohater po drodze gdzieś pobłądził i przypadkowo trafił po prostu na Ziemię, tyle, że w nieco innym okresie, niż wtedy, gdy ją opuszczał.

Świat, który sukcesywnie poznaje Maksym tańczy na krawędzi zagłady. Zakończyła się właśnie globalna wojna atomowa, wiele połaci planety zamienionych zostało w radioaktywne zgliszcza, wśród których jedynym przejawem życia są śmiercionośne automaty, wciąż celujące do wyimaginowanych celów. Mimo nieustannej pożogi, ogromu zniszczeń, ocalałe kraje nadal pozostają ze sobą w stanie konfliktu. Do jednego z nich, rządzonego przez Nieznanych Ojców, trafia Maksym, który początkowo zostaje wzięty za wariata, a jego paranoidalne wspomnienia puszczane są w państwowej telewizji jako znakomite filmy rozrywkowe. Badania przybysza, problemy z komunikacją ze względu na barierę językową, niemoc wzajemnego zrozumienia. Wszystkie te problemy uda się z czasem rozwiązać, a wtedy akcja rzeczywiście nabierze tempa i powieść zabarwiona zostanie awanturniczą nutką. Mak Sym zagubiony, Mak Sym żołnierz, Mak Sym rewolucjonista, Mak Sym obrońca ludu uciśnionego, Mak Sym nadgorliwy dzieciak. Tak w ogromnym skrócie, bez zdradzania poszczególnych wątków, przedstawia się fabuła powieści Przenicowany świat. Mak Sym to z kolei zawołanie bohatera, nadane mu przez tubylców.

Świat przedstawiony wykreowany przez rosyjskich mistrzów wydaje mi się dość błahy, a obcość i kosmiczność napotkanej przez Maksyma cywilizacji, sprawia wrażenie niezbyt wydumanej. W porównaniu z Solarisem, czy choćby Edenem Lema, kosmici Strugackich prezentują się naprawdę blado i nijako – brakuje w nich oczywiście owego elementu obcości. Maksym bez większych kłopotów, po krótkiej nauce języka, nawiązuje z nimi nić porozumienia. Doskonale zdaje sobie sprawę z przeżywanych przez nich stanów emocjonalnych, jest w stanie przewidzieć ich reakcje, zachowania, odczucia. Raz jeszcze zatem powtórzę, że na dobrą sprawę nasz główny bohater ma do czynienia z ludźmi, tyle, że władającymi innym językiem i żyjącym w nieco cięższych, bardziej ekstremalnych czasach. Być może Strugaccy właśnie na tym elemencie pragnęli się skupić i stąd brak pieczołowitości w odmalowywaniu mieszkańców innej planety.

Bo rzec trzeba, że kraj, który przymusowo odwiedza Maksym to sztandarowy przykład dyktatury totalitarnej, która zresztą często była obiektem zakamuflowanej krytyki ze strony Strugackich. Autorzy bardzo umiejętnie zarysowali obraz społeczeństwa ogłupianego, którego wola, sposób myślenia oraz postrzegania świat, są formowane przez niedosięgalne i nieuchwytne ze społecznych nizin władze. Świat goszczący Maksyma od razu kojarzy się ze Związkiem Socjalistycznym Republik Radzieckich. Bezustanna indoktrynacja, pranie mózgów, hiperboliczna propaganda sukcesu, uprawiana najintensywniej wtedy, gdy sytuacja wydaje się topić w morzu beznadziejności, próba eliminacji jednostek niewygodnych, a więc pragnących myśleć samodzielnie, bez wsparcia państwowego aparatu, rozdmuchiwany do czerwoności mit ciągłego zagrożenia ze strony potężnego wroga, rozsyłającego w kraju długie i niebezpieczne macki szpiegowskie, zsyłanie niepokornych na katorgę – śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że Strugaccy opisywali otaczającą ich rzeczywistość, strojąc je, niezbyt starannie wg mnie, w szaty literatury fantastycznonaukowej.

Na plus książki zaliczyć należy język, jakim ją napisano. Pierwszoosobowa narracja, którą prowadzi Maksym, sprawia, że z jeszcze większą ciekawością śledzimy losy głównego bohatera, który dość łatwo wzbudza u czytelnika sympatię. Silny, inteligentny, ale dziecięco naiwny kosmonauta od razu przywodzi na myśl nieporadnego herosa, superbohatera, którego największymi słabościami okazują się ciekawość, dociekliwość, chęć pomocy innym oraz bezgraniczna ufność. Fabuła rozwija się dość dynamicznie, przez co lektura jest szybka i przyjemna. Akcja płynie wartko, a nas podszczypuje delikatnie pytanie, co też interesującego znowu wymyśli nasz Maksym.

Generalnie powieść jest pozycją solidną, dobrą. Fani science-fiction powinni być zadowoleni z tego dzieła. Mnie osobiście brakło większej pomysłowości przy kreowaniu obcej planety – wydaje się, że całe to piękne przesłanie o trwaniu przy wartościach humanistycznych, kierowaniu się instynktem moralnym, nawet, jeśli miałoby to oznaczać rezygnację z najszczytniejszych idei, można było ubrać w nieco strojniejsze szaty. Osobom, które w literaturze science-fiction się nie lubują, by zareklamować książkę, mogę rzec jedynie, że Przenicowany świat w ciekawy sposób ukazuje starcie jednostki w walce z systemem totalitarnym, odsłania zgniliznę moralną, która toczy elity władzy. Książkę można czytać również jako klasyczną antyutopię – Maksym, przybywającego z innego, wolnego świata, od razu dostrzega wady oraz niedociągnięcia w życiu codziennym mieszkańców planety. Sami zainteresowani, w większości niebędący świadom, że można prowadzić egzystencję wygodniejszą, lepszą (przynajmniej w naszym, bardzo subiektywnym mniemaniu), są generalnie zadowoleni z tego, co mają. W przekonaniu tym utrzymuje ich dodatkowo władza, która wszelkimi dostępnymi środkami stara się utrzymać takie przeświadczenie.

Reasumując, Przenicowany świat, którego mieszkańcy, ze względu na szczególny skład atmosfery, sądzą, że zamieszkują wklęsłą płaszczyznę, wart był poznania. Pierwsza spotkanie z braćmi Strugackimi uważam za całkiem udane.

Świat diabła





Wiktor Jerofiejew

oryg. Виктор Владимирович Ерофеев

Świat diabła

Geografia sensu życia

oryg. Свет дьявола. География смысла жизни
tłumaczenie: Michał B. Jagiełło
Czytelnik 2009

Już dawno nie miałem w ręku żadnego wydania świeżej rosyjskiej prozy, więc z ciekawością sięgnąłem po Świat diabła Wiktora Jerofiejewa. Ten tomik krótkich form reklamowany jest jako owoc wędrówek niestrudzonego globtrotera zawierający błyskotliwe analizy polityczne i społeczne oparte na wnikliwych obserwacjach poczynionych podczas licznych wojaży, a wszystko to ma być okraszone humorem często podszytym ironią i sarkazmem.

Lektura nie okazała się wielką katuszą, ale nazwanie jej przyjemnością byłoby znaczącym przekłamaniem. Styl nie najwyższego lotu, w dodatku nierówny, nie wciąga, ale na szczęście teksty są krótkie. Gdyby z podobną „klasą” napisano powieść, niewielu byłoby w stanie dotrwać do jej końca.

Muszę przyznać, że bardzo sobie cenię książki, z których mogę się dowiedzieć, jak żyją ludzie w miejscach, gdzie raczej nigdy sam się nie pojawię; jak myślą, jak czują, czym różnią się od nas, a w czym są podobni, no i oczywiście – co myślą o nas, Polakach. Niestety tutaj również na Jerofiejewie się zawiodłem.

Jeśli uważacie, że można poznać kraj z okna taksówki lub limuzyny, ewentualnie z okien hotelowych apartamentów, w dodatku z reguły luksusowych, to być może jest to książka dla Was. Po przeczytaniu Świata diabła autor jawi mi się jako rodzaj dzisiejszego pieczeniarza. Bywa wśród najbogatszych, ale nie do końca jako jeden z nich, a raczej dlatego, iż jako człowiek medialny jest zapraszany przez różnych przedstawicieli elit, którzy mają potrzebę ogrzać się w blasku obieżyświata-celebryty, a w zamian fundują mu wikt i opierunek. Niestety Jerofiejew nie wychodzi poza swój świat snoba, pozera i nawet w pewnym sensie prostaka. Bardzo się na tej książce zawiodłem, gdyż jego zmysł obserwacji nawet się nie umywa choćby do naszego rodzimego Cejrowskiego, żeby daleko nie sięgać. Teksty Jerofiejewa w większości bardziej przypominają notki z działu plotek o celebrytach podrzędnego czasopisma dla gospodyń lub oszołomionych małolatów, niż materiały pretendujące do miana obserwacji i analiz z życia różnych narodów i społeczeństw. Osobnym tematem jest wiarygodność autora, mającego się za człowieka wykształconego. Jeśli ktoś pisze, iż w 1924 rosyjski car coś tam robił, to nic już nie da się powiedzieć na jego obronę, gdyż w tym czasie jedyne, co car mógł robić, to gnić.

Obrazy wielu nacji, które możemy uzyskać ze Świata diabła nie tylko są w większości płytkie i wręcz infantylne, ale wręcz fałszywe, jak choćby migawki z RPA czy Japonii. W tym świetle podtytuł tomiku (Geografia sensu życia), brzmi wręcz kuriozalnie. Mimo wszystko w książce tej uważny czytelnik zauważy kilka prawdziwych złotych myśli, jak choćby podsumowanie dorobku filozofii Wschodu* czy prawdziwa perełka – rozdział Mechanicy, w którym pięknie ujął jedną z zasadniczych różnic między mentalnością ludzi zamieszkujących na wschód od Odry i tych żyjących na zachód od niej. Szkoda tylko, że tych diamencików jest niewiele i choć błyszczą, nie są w stanie zmienić obrazu miałkości, w której toną.

Reasumując, muszę z żalem stwierdzić i przestrzec, że większość czytelników z pewnością się na tej lekturze zawiedzie, o ile w ogóle będzie w stanie dobrnąć do jej końca. Nie żeby była to pozycja całkiem bezwartościowa. Wiedza o takim sposobie życia i patrzenia na świat, jaki prezentuje Jerofiejew, też może być interesująca, ale jedynie dla wąskiego grona wyrobionych odbiorców. Nie będzie to jednak ani rozrywka wysokich lotów, ani wielkie przeżycie, ani coś, co spowoduje zmianę w naszym widzeniu rzeczywistości. Wszystkim innym proponuję więc raczej poszukanie sobie innej książki; jest przecież w czym wybierać, i wśród wartości, i w rozrywce

Wasz Andrew


*Gdyby mądrość Wschodu znała prawdę, w Chinach nie byłoby „rewolucji kulturalnej”

wtorek, 23 października 2012

"Inny kraj" James Baldwin - Trudna sztuka miłości

Okładka książki Inny kraj 

Inny kraj

James Baldwin

Tytuł oryginału: Another Country
Tłumaczenie: Tadeusz Dehnel 

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Proza Współczesna
Liczba stron: 465




Urodzony w 1924 roku, w nowojorskim Harlemie, James Baldwin to podobnie jak Ralph Ellison jeden z najwybitniejszych twórców literatury murzyńskiej w USA. Początkowo, wzorem swojego ojca, chciał zostać kaznodzieją, ostatecznie jednak nic z tego nie wyszło. Baldwin został klasycznym apostatą, ostro krytykując ojca oraz kościół, uważając, że modlitwa oraz pobożność Murzynów to jedynie odwracanie się od realnych problemów, ucieczka przed ciężarem, które niesie za sobą życie. Już w wieku siedemnastu lat opuścił rodzinne gniazdko i oddał się namiętnym podróżom po świecie, by na kilka lat zacumować w Paryżu.

niedziela, 14 października 2012

"Lidia z Kamerunu" Wojciech Albiński - Antylopa wzbogacona o Lidię

Okładka książki Lidia z Kamerunu 

Lidia z Kamerunu

Wojciech Albiński

Wydawnictwo: Twój Styk
Liczba stron: 246
 
 
 
 
 
 
 
 
Lidia z Kamerunu to zbiór opowiadań afrykańskich polskiego pisarza Wojciecha Albińskiego. Pozycja na rynku czytelniczym ukazała się w 2007 roku. Jest ona rozszerzeniem wcześniejszego zbioru z roku 2006, Antylopa szuka myśliwego, z którym miałem przyjemność się już zapoznać. Nowe wydanie wzbogacone jest o tytułowe opowiadanie Lidia z Kamerunu oraz Czekając na Rosjan.

Lidia z Kamerunu, podobnie jak i Antylopa szuka myśliwego ukazała się na łamach wydawnictwa Twój Styl w wydaniu kieszonkowym. Na okładce możemy przeczytać fragment wywiadu z Wojciechem Albińskim, który wyjaśnia, dlaczego tak późno chwycił do ręki pióro (debiutował w wieku 68 lat zbiorem Kalahari): Zdecydowałem się zasiąść do pisania dopiero wtedy, gdy uznałem, że rozumiem Afrykańczyków i ich problemy. Przez 30 lat stałem się jednym z nich. Razem z nimi mieszkałem, pracowałem, bawiłem się na weselach, znosiłem upał...

Na podstawie kilku utworów, które przeczytałem, z pełnym przeświadczeniem mogę stwierdzić, że w tłumaczeniu Albińskiego nie ma ani krztyny przesady. Pisarzowi nie można odmówić fantastycznego zmysłu obserwacji, który wykorzystuje w mistrzowski sposób, zaprzęgając go do opisywania otaczającej go prozy życia mieszkańców Czarnego Lądu. Opowiadania Albińskiego, bardzo krótkie i oszczędne w słowa, niosą ze sobą bardzo dużo treści. Styl pana Wojciecha jest bardzo wyrafinowany i subtelny, wydarzenia odmalowywane są w sposób niezwykle precyzyjny, ale bez grama zbędnych dodatków, wypełniaczy treści, czy ozdobników. Często skutkuje to oczywiście tym, że utwory sprawiają wrażenie ledwie napoczętych, nieukończonych, pozostawiając uczucie niedosytu. Wydaje się jednak, że owa krótka forma nie wynika z indolencji pisarskiej – wg mnie artysta po prostu rozumie, że w rzeczywistości żadna historia nie ma ani początku, ani końca, nie da się więc jej w pełni opowiedzieć, choćbyśmy dysponowali tonami stron do zapisania. Trwa ona nieprzerwanie, składając się tym samym na całą ludzką egzystencję. Albiński prezentuje nam wybrane momenty tej ludzkiej historii, zamykając w niej głębszą treść oraz pewne prawdy uniwersalne. Wszystko w zwięzłej oraz rzeczowej formie.

Lidia z Kamerunu to opowieść o zmierzchu rządów prezydenta jednego z afrykańskich krajów wg dość popularnego schematu: dojście do władzy na fali niezadowolenia społecznego, wielkie, rozbudzone nadzieje, rzucane na prawo i lewo obietnice, brutalna walka oraz rozprawienie się z przeciwnikami. Potem kolejne kadencje prezydenckie i stopniowe oddalanie się od codziennego życia zwykłych mieszkańców, ich problemów, niepokojów i potrzeb. Ozdobą utworu jest tytułowa Lidia oraz studium psychologiczne jej postaci – obawy przed utratą władzy, niemoc pogodzenia się z koniecznością rezygnacji z luksusów, przywilejów oraz autorytetu.

Czekając na Rosjan to opowiadanie oparte na faktach, przedstawiające tragiczną historię samozagłady plemienia Xhosa. Albiński wspaniale ukazuje tu jak silne są wierzenia niektórych ludów i do jak tragicznych skutków może doprowadzić taka niewzruszona i ślepa wiara. To chyba również ukazanie ludzkiej niemocy wobec niektórych zjawisk – człowiek bardzo często nie jest w stanie doprowadzić do ziszczenia się oczekiwanego cudu jedynie przez samą chęć i oczekiwanie połączone z gorącą wiarą. Cuda niekiedy się zdarzają, ale oprócz przekonania, potrzebna jest ciężka i konsekwentna praca, która umożliwia ich realizację.

Kończąc, rzeknę, że Lidia z Kamerunu, podobnie jak Antylopa szuka myśliwego to dość przyjemna i ciekawa lektura. To bardzo ciekawe spojrzenie na Czarny Ląd oczami białego, który, kolokwialnie rzecz ujmując, zapuścił w Afryce korzenie, poznał wielu jej mieszkańców oraz usilnie starał się zrozumieć ich zwyczaje. Albiński po raz kolejny udowadnia, że krótkie formy literackie w wykonaniu polskich pisarzy wcale nie zginęły i mają się bardzo dobrze.

P.S.
Pozycja do nabycia w Matrasie za piątaka!