Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 14 października 2014

Wsparcie dla projektu "Sudaz – Twoje oczy mówią wszystko"

Ogłoszenie

 
Parę dni temu do naszej siedziby, pardon, na nasze skrzynki mailowe została dostarczona nietypowa wiadomość, która okazała się prośbą o pomoc od  debiutującej polskiej pisarki. Jak w wielu tego typu przypadków, duża i oczywiście póki co anonimowa oficyna zaoferowała możliwość wydania książki pod warunkiem, że artysta również zatroszczy się o źródło finansowania swojego debiutu. Praktyka coraz częściej spotykana, doskonale świadcząca o tym, jak w naszym kraju traktowani są początkujący literaci, którzy na szczęście nie są bez szans. Z odsieczą w tego typu sytuacjach przychodzi coraz popularniejszy, także nad Wisłą, crowdfunding, czyli finansowanie społeczne. O skuteczności tej formy wsparcia miałem okazję przekonać się za sprawą portalu "Polak potrafi", na łamach którego Teatr BARAKAH zbierał fundusze na oświetlenie do swojej nowej siedziby. Cała akcja zakończyła się sukcesem, a tymczasem kolejny śmiałek, także poprzez portal "Polak potrafi", stara się przekonać tłum, czyli nas, do swojego pomysłu. Bohaterką dzisiejszego odcinka jest Aleksandra Zimnik, dwudziestoczterolatka, która potrzebuje 6 000 zł, by jej debiut, zatytułowany Sudaz. Twoje oczy mówią wszystko, ujrzał światło dzienne. Szczegóły dotyczące powieści, informacje o całym projekcie, krótki materiał wideo, próbkę literackich umiejętności oraz wszelkie wymogi formalne dotyczące ewentualnego wsparcia możecie odnaleźć pod adresem https://polakpotrafi.pl/projekt/sudaz.

Zatem jeśli podoba wam się idea powieści, wspieranie młodych polskich twórców traktujecie jako misję, albo nie wiecie, co robić ze swoją gotówką...
 

http://polakpotrafi.pl/projekt/sudaz

piątek, 10 października 2014

Ivo Andrić "Panna" - Żądza jak ogień paląca

Panna

Ivo Andrić

Tytuł oryginału: Gospodjica
Tłumaczenie: Hanna Kalita
Wydawnictwo: Czytelnik

Seria: Nike

Liczba stron: 287





Nie tak dawno, przy okazji mojej sylwestrowej wizyty w Pradze, podjąłem postanowienie, że w trakcie podróży do danego kraju, będę poznawał jego uroki nie tylko organoleptycznie, poprzez zwiedzanie jego zabytków, poznawanie panujących obyczajów, baczne przyglądanie się mieszkańcom, ale również za sprawą tamtejszej literatury. Niestety tegoroczne wakacje zorganizowałem w ostatniej chwili, do końca czekając na atrakcyjną ofertą, zaproponowaną przez któreś z biur podróży. Ostatecznie wylądowałem w Chorwacji i już kilka godzin po podjęciu decyzji znalazłem się w miejskiej bibliotece, by zaopatrzyć się w stosowną lekturę. Pech chciał, że zastana półka musiała jeszcze doskonale pamiętać okres minionego ustroju – pani bibliotekarka skierowała mnie do działu z literaturą jugosłowiańską. Gnany przez czas nie mogłem pozwolić sobie na przeglądanie poszczególnych nazwisk i sprawdzanie personaliów autora, by odkryć jego pochodzenie. W ten oto sposób, godząc się na kompromis, który jest nieodzowną składową naszej ludzkiej egzystencji, zaopatrzyłem się w dzieło Panna, autorstwa Ivo Andricia. Jak się okazało, mój wybór nie okazał się tak daleki od zamierzonego przeze mnie chorwackiego celu.

środa, 8 października 2014

Jak to się robi w wyższych sferach





Lars Bill Lundholm



Dobra dziewczyna. Morderstwa na Östermalmie


tytuł oryginału Östermalmsmorden
Tłumaczenie: Sabina Grabowska
Cykl: Axel Hake (tom 1)
wydawnictwo: Filia 2014
liczba stron464

Nie ma chyba miłośnika literatury szwedzkiej ani kryminalnej, który by nie słyszał o komisarzu Wallanderze. Jest on główną postacią cyklu powieści stworzonych przez jednego z bardziej znanych żyjących pisarzy szwedzkich - Henninga Mankella. Kiedy więc pojawiła się okazja, by poznać powieść pióra Larsa Billa Lundholma, który z kolei był scenarzystą telewizyjnej wersji przygód Wallandera, sięgnąłem po nią z wielkim zaciekawieniem. Prawie zawsze seriale są dużo płytsze niż ich książkowe odpowiedniki i Wallander nie jest tu wyjątkiem, więc pragnąłem przekonać się, czy proza Lundholma stanowi coś wartościowego, czy może będzie tylko uproszczoną wersją twórczości Mankella.

Dobra dziewczyna” to pierwsza odsłona cyklu powieściowego o perypetiach Axela Hake, szwedzkiego komisarza z wydziału zabójstw policji w Sztokholmie. Opowieść zaczyna się od ujawnienia zwłok Catherine Haldeman-Spegel, dziewczyny z wyższych sfer, w jej własnym mieszkaniu. Ponieważ clou każdej powieści kryminalnej jest fabuła, więc nie będę zdradzał jak śledztwo się potoczy. Trzeba jednak podkreślić, iż choć po zakończeniu lektury intryga wydaje się prosta, to jednak tożsamość sprawcy do samego końca pozostaje frapującą zagadką, a przebieg procesu wykrywczego urozmaicają wolty, którym towarzyszą wielokrotne zmiany na stanowisku głównego podejrzanego.

Lars Bill Lundholm w swej powieści okazał się godnym reprezentantem szwedzkiej szkoły kryminału kładącej duży nacisk na realia i problemy społeczne. Świetnie oddał klimat pracy policjantów zajmujących się ściganiem sprawców najcięższych przestępstw, którzy mają problemy nie tylko z permanentnym brakiem sił i środków, czasu na wypoczynek i życie rodzinne, ale w równym stopniu z szefostwem, najczęściej pochodzącym z politycznego klucza, nie mającym żadnej wiedzy o pracy dochodzeniowej i rozumującym nie w kategoriach sprawiedliwości czy prawdy, a statystyk, koneksji partyjnych i źródeł finansowania. Bardzo ładnie oddał autor rujnujący wpływ, jaki na efektywność śledztwa wywierają naciski na szybkie znalezienie podejrzanego, którego by można przedstawić mediom, aby odtrąbić sukces.

Odnotować należy, iż Lundholm podkreśla, że nie tylko cywile, ale nawet część policjantów uważa, iż prowadzenie śledztwa to jak wypisanie mandatu – raz, dwa, trzy i jest. Ukazuje, że przy poważnie przeprowadzonych oględzinach miejsca zbrodni samo posortowanie i skatalogowanie a potem przeanalizowanie zabezpieczonego materiału wymaga dużo czasu i pracy.

Jest w książce i to, co sobie szczególnie cenię w dobrych powieściach, nie tylko kryminalnych, czyli wypełnienie tła szczegółami. One bowiem ukazują uważnemu czytelnikowi, iż każdy kraj i każdy naród ma swoją odrębną mentalność, która sprawia, że nawet w tak podobnych dziedzinach, jak praktyka pracy służb, występują znaczące różnice. Wyobrażacie sobie na przykład, czy jest w Polsce możliwe, by jeden z głównych funkcjonariuszy ekipy pracującej przy prestiżowym śledztwie w sprawie zabójstwa poszedł na wolne z powodu grypki? Przecież nawet zwykli pracownicy na podrzędnych stanowiskach faszerują się u nas prochami, ryzykując poważne konsekwencje zdrowotne, gdyż boją się brać zwolnienie. A w Szwecji? Przeczytacie sami.

Wspomniałem już, iż fabuła stoi na najwyższym poziomie. Na wielki plus dla autora należy policzyć to, że zrezygnował z naśladowania wzorów zza oceanu i epatowania czytelnika nieuzasadnionym okrucieństwem, zmasakrowanymi zwłokami, hektolitrami krwi oraz kilometrami wnętrzności. Napięcie budowane jest nie przez infantylne pościgi samochodowe, strzelaniny rodem z westernu czy kanibalistyczne obrzędy, a przez presję czasu, mnogość możliwych rozwiązań skonfrontowaną z brakiem dowodów pozwalających wybrać prawidłowe rozwiązanie i odrzucić fałszywe tropy, zmęczenie i zagrożenie, że sprawca nie zostanie ujęty albo, co gorsza, iż w konsekwencji tego zginie ktoś jeszcze.

Oczywiście klimaty dochodzeniowe i realia środowiska policyjnego to nie jedyne aspekty poruszane w powieści. Zgodnie z kanonem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego, krytyce poddawane są realia, w tym wypadku klasy wyższej, bogaczy i arystokratów. Szczególnie dające do myślenia jest ich milczenie, tuszowanie wszystkiego, co tylko da się zatuszować, w imię unikania skandalu i nieszkodzenia interesom. Przypomina się omertà, a porównanie do mafii samo się nasuwa.

Oczywiście, co pewnikiem szczególnie ważne dla czytelniczek, ale dla mnie również bardzo pozytywne, nie zabrakło w powieści i poważnych spraw sercowych. A że są one przedstawione w typowo szwedzki sposób, znacząco odmienny od naszego punktu widzenia i sposobu myślenia, a w dodatku interakcje uczuciowo-seksualne rozgrywają się pomiędzy śmiało wykreowanymi, nieschematycznymi postaciami, więc aż miło się czyta.

Szkoda, że wydanie zostało dotknięte chorobą naszych czasów, czyli błędami, które chyba nie tyle są winą chochlika drukarskiego, co raczej spowodowane brakiem solidnej korekty po tłumaczeniu. Nie dotyczą bowiem tylko i wyłącznie końcówek oraz tym podobnych drobiazgów, ale również ewidentnych potknięć stylistycznych. Choć zauważalne, na szczęście są na tyle sporadyczne, by nie zepsuć przyjemności z lektury. Śmiem twierdzić, iż Lars Bill Lundholm pokazał się jako autor plasujący się w czołówce twórców gatunku i już nie mogę się doczekać na kolejne spotkanie z sympatycznym, choć z pozoru chropawym, komisarzem Axelem Hake.


Wasz Andrew

Seria z Axelem Hake:
  1. Östermalmsmorden (2002) - Dobra dziewczyna. Morderstwa na Östermalmie
  2. Södermalmsmorden (2003) - Oddech smoka. Morderstwa na Sodermalmie
  3. Kungsholmsmorden (2005)
  4. Gamla Stan-morden (2009)
Dobra dziewczyna. Morderstwa na Östermalmie [Lars Bill Lundholm]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Dobra dziewczyna [Lars Bill Lundholm]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 6 października 2014

O wampirach inaczej





Chuck Hogan, Guillermo del Toro


Wirus


tytuł oryginału: The Strain
tłumaczenie: Anna Klingofer
projekt okładki i stron tytułowych: Wojciech Pawlik
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2014
liczba stron: 560


Ze spółkami różnie to bywa, o czym mówi znane powiedzenie, i dotyczy to również spółek autorskich. Sięgając po Wirusa, pierwszą część trylogii będącej wspólnym dziełem amerykańskiego pisarza Chucka Hogana oraz meksykańskiego reżysera, producenta i scenarzysty filmowego Guillermo del Toro, kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać, tym bardziej, iż serialu telewizyjnego The Strain nakręconego w 2014 przez sieć FX na podstawie tego cyklu również nie oglądałem. Książka, choć w miękkiej oprawie, sprawia wrażenie solidnej, co ważne, gdyż przy takiej ilości stron nie byłoby chyba niczego bardziej denerwującego niż ich wypadanie. Szata graficzna okładki ma w sobie coś intrygującego, niepokojąco sugerującego, iż lektura, która nas czeka, albo jest inna, niż wszystkie dotychczasowe, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego określenia, albo też okaże się totalnym kiczem. Pełen nadziei na to pierwsze, choć nie bez obaw przed tym drugim, zacząłem czytać.

Po zachodzie słońca do Nowego Yorku przylatuje rejsowy samolot ze Starego Kontynentu. Jak na maszynę najnowszej generacji przystało, lądowanie przebiega bez zakłócen. Po przyziemieniu i wzorowym dobiegu wieża, jak zwykle w takich razach, przestaje sobie maszyną zawracać głowę. Nie od razu więc zostaje ujawnione, iż samolot z całkowicie nieznanych przyczyn zatrzymał się na drodze kołowania i stoi tam cichy, mroczny i tajemniczy. Wszystkie systemy wyłączone, światła pogaszone, zaciągnięte zasłony w oknach, brak jakichkolwiek ruchów czy ludzkich głosów wewnątrz.

Od pierwszych stron widać, iż tandem autorski Hogan & del Toro potrafi po mistrzowsku budować napięcie; aurę grozy i tajemniczości. Gdy do martwej maszyny, martwych pasażerów i martwej załogi zostaje wraz ze swoją ekipą wezwany Ephraim Goodweather z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób, akcja zaczyna nabierać tempa i odtąd będzie przypominać rozpędzającą się lokomotywę; będzie wciąż przyspieszać aż do ostatniej strony.

Pomimo tego niesamowitego, z wielkim polotem i wyczuciem budowanego nastroju grozy, pomimo coraz szybszej się akcji, zastanawiałem się w trakcie lektury, czy to wszystko nie skończy się tak jak zwykle. Nie lubię horrorów, gdyż najczęściej, nawet u najbardziej uznanych mistrzów gatunku, w największych ich dziełach, w końcówce objawiają się zjawiska nadprzyrodzone, nie dość, że stanowiące niejednokrotnie dysonans w stosunku do wcześniejszej części utworu, to w dodatku infantylne często aż tak, że żenujące. Wiem, że w tym kanonie jest taka praktyka uprawniona, ale nie znaczy to, iż się w tym lubuję. W Wirusie praktycznie od pierwszej strony autorzy dają nam do zrozumienia, że tym razem rzecz będzie o wampirach. Wątek ograny do szczętu i choć na szczęście pojawiają się nowe i oryginalne jego reinkarnacje, to budzi poważne obawy. I tu niespodzianka.

Del Toro i Hogan ujęli temat niezwykle przewrotnie. Całkowicie nowatorsko, całkowicie, przynajmniej w Wirusie, gdyż nie wiem jak będzie wyglądać dalszy ciąg trylogii, bez pomocy mocy nadprzyrodzonych (nie należy mylić wykraczania poza wiedzę naukową na obecnym jej poziomie z nadnaturalnością). Jednocześnie pojawiają się wszystkie tradycyjne atrybuty rodem z wampirzych opowieści – zaostrzone kołki, srebrne pociski, światło słoneczne, krzyże i lustra. Nie wszystkie jednak okazują się mieć takie znaczenie, jak nas przyzwyczajono. Fabuły nie będę oczywiście zdradzał, choć nie jest specjalnie skomplikowana. Prawdziwa siła tej powieści to świeżość pomysłu, przełomowość koncepcji ukrytej w starym temacie, niesmowity klimat, obrazowość scen i zagadki. Nie tylko te – co dalej, kto wygra i jak?

Zastanawiam się, jaki wpływ na kreatywność i mroczną wyobraźnię del Toro wywarła jego babka, która w imię katolickiej dbałości o jego duszę torturowała go psychicznie i fizycznie. Może zło w imię dobra wydaje jednak dobre owoce? Mnie się na pewno te owoce podobają. To jedna z tych powieści, które są na tyle odmienne od wszystkich wcześniejszych podejść do tematu, iż nie można ich uczciwie umieszczać w rankingach z innymi, tak jak nie można w jednej kategorii mieszać sportowych bolidów i wielkich wywrotek. W dodatku Wirus jest w pewnym sensie kategorią samą dla siebie.

Czy nie ma w tej beczce ani łyżki dziegciu? A jakżeby inaczej. Laser to synonim lampy UV! Wizjer to synonim teleskopu czy też lunety! Do tego kilka wpadek, których nie można zwalić na chochlika drukarskiego, a które kwalifikowałyby się na humor zeszytów, gdyby spłodził je uczeń podstawówki albo jakiś bloger, a przecież książka to nie dzieło jednej osoby, a całego zespołu. Ktoś powinien takie babole wyłapać. Dlaczego tak się nie stało?

Za szkodliwe uważam również powielanie stereotypu hitlerowców jako psychopatów, sadystów, jako bestii w ludzkich skórach. Łatwo jest wierzyć, że to źli ludzie czynią zło, lecz to pułapka godna napiętnowania, gdyż ona właśnie pozwala złu się szerzyć i umacniać.

Osobliwy jest również fragment, gdzie przystępnie i łopatologicznie wyjaśnione jest, czym się różni okultacja od zaćmienia, jak przebiega „zaćmienie słońca”, a potem czytamy, iż „To połączenie ciał niebieskich, wejście Słońca w cień Księżyca...”. Wiem, że czytanie ze zrozumieniem jest problemem dla wielu, ale pisanie bez zrozumienia jak widać też staje się powszechne.

Te błędy, choć dość nieliczne, są wyjątkowo denerwujące, zwłaszcza, że powieść wciąga, a przy szybkim czytaniu nawet sporadyczne wpadki sprawiają wrażenie częstych, niczym słupy trakcyjne migające za oknem pędzącego pociągu. To jednak zarazem świadectwo klasy Wirusa. Pomimo owych zupełnie niepotrzebnych potknięć, których na pewno przy większej dozie staranności można było uniknąć, całość jest świetną, wciągającą i prawdziwie mroczną lekturą, po której zakończeniu najważniejsze staje się tylko jedno pytanie:

- Kiedy będę mógł przeczytać następną część?

Okazuje się, że Wirus jest wspaniałą lekturą nie tylko dla miłośników horroru, ale nawet dla takich zagorzałych racjonalistów jak ja. Oczywiście jedynie czysto rozrywkową, ale w swej klasie niezwykle udaną.


Wasz Andrew

Ps. Po lekturze drugiej i trzeciej części trylogii Wirus (Upadek i Wieczna noc) muszę Was ostrzec. Zanim sięgniecie po Wirusa przeczytajcie recenzję następnych części i zastanówcie się, czy warto.

Wirus [Guillermo delToro, Chuck Hogan]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 4 października 2014

Per Petterson "Przeklinam rzekę czasu" - Panta rhei

Przeklinam rzekę czasu

Per Petterson

Tytuł oryginału: Jeg forbanner tidens elv
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: W.A.B.

Seria: Don Kichot i Sancho Pansa

Liczba stron: 272




Jak słusznie zauważono wiele wieków temu – wszystko płynie – czas biegnie nieubłaganie, w związku z czym nie da się wejść dwa raz do tej samej rzeki, bo już napłynęły do niej inne wody. Świat, który zapamiętaliśmy pognał naprzód, podobnie zresztą jak i my. Ząb czasu odcisnął na wszystkim swoje niezatarte piętno i tylko we wspomnieniach możemy odszukać stałą i niezmienną rzeczywistość, w której chcielibyśmy się znaleźć i za którą tak mocno tęsknimy. Nie potrafiąc odnaleźć się w aktualnej sytuacji życiowej, odczuwając bezustanną wrogość otoczenia, egzystując w poczuciu niespełnienia i bycia oszukanym przez świat, który pognał innymi torami niż to sobie wyobrażaliśmy, decydujemy się na jedną z niewielu rzeczy, która pozostała w kurczącym się wachlarzu możliwości – z wiekowej szopy wyciągamy równie sędziwą łódkę i powoli spuszczając ją do wody, wyruszamy w podróż po rzece wspomnień, tak jak uczynił to Avrid, bohater książki Przeklinam rzekę czasu, autorstwa Pera Pettersona.

piątek, 3 października 2014

eBuka 2014

Ogłoszenie drobne

 

http://duzeka.pl/news/id_news/5793/ebuke_2014_czas_zaczac
Chciałbym poinformować, że razem z Andrew postanowiliśmy zgłosić nasz wspólny projekt do konkursu "eBuka 2014". Od wczorajszego dnia uruchomiono możliwość głosowania na najlepszy blog książkowy w kategorii "Nagroda Czytelników". Jeśli znalazłby się ktoś, kto postanowiłby oddać swój jakże cenny głos na nasz płód, to będzie nam niezmiernie miło. Aby to zrobić wystarczy wysłać wiadomość na adres e-mail ebuka@duzeka.pl, a w temacie wpisać "Klub A+A". Dzięki z góry i powodzenia dla pozostałych uczestników.


poniedziałek, 29 września 2014

Valar morghulis




George R. R. Martin



Taniec ze smokami, część 2


tytuł oryginału: A dance with dragons
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia* (tom 5.2)
(ang. A Song of Ice and Fire*)
tłumaczenie: Michał Jakuszewski
wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012
liczba stron: 760


„Valar morghulis” to wyrażenie, które dorobiło się już swego miejsca w Wikipedii. Pochodzi z cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia pióra amerykańskiego pisarza Georga R. R. Martina. Znaczy ono „każdy musi umrzeć” i jak się okazuje po zakończeniu lektury drugiej części piątej odsłony cyklu, czyli Tańca ze Smokami, świetnie oddaje ono manierę, dotąd w literaturze niespotykaną, a którą Martin śmiało i bez ograniczenia wprowadził do swej prozy. Jak w życiu; każdy musi umrzeć. Główny bohater i postać drugoplanowa, dobry i zły, silny i słaby. Im mocniej się przywiążesz do którejś z person dramatu, w miarę lektury tym bardziej będziesz drżeć z obawy, iż autor zaraz ją uśmierci. Ów zabieg, konsekwentnie stosowany przez tego amerykańskiego mistrza fantastyki, pokazuje, że jak dla historii życie nawet najbardziej znamienitych ludzi jest tylko epizodem, tak i w literaturze można zerwać z tradycją nieśmiertelnego (przynajmniej do końca opowieści) herosa i poprowadzić fabułę dalej, wykraczając poza takie momenty jak śmierć. Owszem, są liczne sagi i inne historie dłuższe niż życie jednej osoby, ale zawsze dotąd śmierć kluczowej postaci stanowiła pewną granicę dzielącą wyraźnie fabułę na przed i po. U Martina każdy może umrzeć w pół marzenia, w pół słowa, w pół planu. Prawdziwa brutalna rzeczywistość, w którą niestety nawet w realnym świecie większość z nas nie chce wierzyć, pozostając w przeświadczeniu, że zawsze zdąży się przed śmiercią sporządzić testament, powiedzieć kocham, wywrzeć zemstę. Oczywiście nie każdemu musi się taka realistyczna maniera podobać, ale dla mnie jest ogromnym plusem.

Skończyła się druga część piątej powieści cyklu, a czytelnik nie ma nadal najmniejszego pojęcia czy, i kto, zdoła ponownie pod jednym berłem zjednoczyć Siedem Królestw wyniszczanych przez bratobójczą wojnę sukcesyjną i ponownie zaprowadzić ład w fikcyjnym świecie Westeros. To również bardzo interesujące i zbieżne z realiami naszego świata, gdzie nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Zarazem to kolejna płaszczyzna, na której Martin zrywa z tradycją fantasy, w której główny bohater, z reguły stojący po stronie dobra, skazany jest na sukces.

W Tańcu ze smokami, podobnie jak w poprzednich częściach serii, co też jest w opozycji do kanonu fantasy, nie tylko trudno powiedzieć, kto jest dobry, a kto zły i trudno o czarno-białe moralnie sytuacje. To jakby spostrzeżenia i przemyślenia psychologa społecznego ubrane we wciągającą formę porywającej powieści. W życiu i w powieści niczego nie ma za darmo; nawet królowie i władcy niewolników tak czy siak za wszystko muszą zapłacić. Dobrzy ludzie niekoniecznie okazują się dobrymi władcami, a źli często zostają dobrymi. Uważani za tchórzy zdobywają się na odwagę, a z wyglądu herosi nagle potrafią pokazać zajęcze serce. Przy tym wszystkie postacie wykreowane są śmiało, oryginalnie, w dodatku dynamicznie się zmieniają w miarę upływu czasu i dziejących się wydarzeń oraz idących za tym doświadczeń. Wątki intrygi krzyżujące się, połykające jedne drugie, zmieniające swe znaczenie i pozycję w stosunku do pozostałych. Jak w rzeczywistej historii. Jedyne co się nie zmienia, to ciągła walka o tron, który wciąż oczekuje na swego króla. I to jedyne, co mogę powiedzieć konkretnego o fabule, by nie zdradzić zbyt wiele tym, którzy podobnie jak ja, lubią nic nie wiedzieć o powieściowej przyszłości, gdy przystępują do lektury.

Uspokoję też wszystkich, iż choć każda powieść serii, a nawet każdy tom, prezentują inny rozkład dominujących akcentów, choć w jednych królują epickie bitwy, w innych skryte zabójstwa, a w jeszcze innych polityczne knowania, to Martin jakimś cudem wciąż sprawia, że każda kolejna książka tchnie oryginalnością, świeżością i zaskakuje czytelnika tylko w pozytywnym sensie.

Przypomnę jeszcze tym, którzy pierwszy raz słyszą o Pieśni Lodu i Ognia* (czy to możliwe, by byli jeszcze tacy?), że cykl bezwzględnie należy czytać po kolei* i recenzje zresztą też


Wasz Andrew


* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)


sobota, 27 września 2014

Hominis Caritas Est

Szaleniec?

Shūsaku Endō

Tytuł oryginału: Obaka-san
Tłumaczenie: Izabela Denysenko
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Pax
Liczba stron: 179










Zgodnie ze słownikiem języka polskiego szaleniec to osoba chora umysłowa, bądź nie panująca nad swoimi uczuciami, nielicząca się z niebezpieczeństwem, postępująca w sposób nieprzemyślany, raptowny. Określenie to zarezerwowane jest dla osobników, których działanie jest dla nas niezrozumiałe, które zdaje się nie przynosić żadnych pozytywnych konsekwencji, które w związku z tym jest daremne i próżne, a więc szalone. Wyrażenie cechuje się pejoratywnym wydźwiękiem, ale również stronniczym charakterem – o miano szaleńca nietrudno, szczególnie, jeśli idzie się przez życie własną ścieżką, nie zdradzając przy tym motywów, którymi się kierujemy. Wydaje się, że wiedział o tym doskonale Shūsaku Endō, kolejny literat z Kraju Kwitnącej Wiśni, którego miałem okazję poznać.

Shūsaku Endō przyszedł na świat w 1923 roku w Tokio. Już 3 lata później cała rodzina opuściła ojczyznę i przeniosła się do Mandżurii, gdzie ojciec autora został wysłany służbowo. Kiedy w 1933 roku, rodzice artysty rozwiedli się, matka wróciła do Japonii razem ze swoimi pociechami. Wkrótce po rozstaniu się z mężem, kobieta zainteresowała się katolicyzmem i zmieniła wyznanie, które przyjęły także jej dzieci. Endō został ochrzczony w wieku 11 lat. W 1943 roku przyszły pisarz podjął studia na Uniwersytecie Keio, które jednak przerwał z uwagi na trwającą II wojnę światową – Endō został wysłany do pracy w fabryce amunicji. Kontynuując przerwaną naukę na wydziale romanistyki, w latach 1950 – 1953 Endō przebywał we Francji w ramach stypendium naukowego. To właśnie za granicą artysta podjął pierwsze literackie próby. Także na obczyźnie Endō zachorował na gruźlicę płuc – pisarz wiele czasu spędzał w szpitalach oraz ośrodkach zdrowia, co jednak nie ograniczało jego literackiej twórczości (żył relatywnie długo, zmarł w 1996 roku, w wieku 73 lat). Jednym z całkiem licznych płodów autora, z którym polski czytelnik może zapoznać się w rodzimym języku jest interesująca powieść Szaleniec?, napisana w 1959 roku.

Akcja utworu została osadzona w XX-wiecznej Japonii. Tytułowy szaleniec to Francuz Gaston Bonaparte, wedle własnych słów potomek samego Napoleona Bonapartego. Przez kilka lat, w ramach szlifowania języka angielskiego, wymieniał on listy z japońskim przyjacielem korespondencyjnym. Wybór Japończyka na partnera do praktykowania języka Szekspira wydaje się nieprzypadkowy – Gaston od dawna marzył o poznaniu Kraju Kwitnącej Wiśni. Miłość do tego tajemniczego i odległego kraju rozpalił również wuj, który miał okazję gościć w Japonii. Francuz okrętuje się zatem na Vietnamie, statku płynącym do Jokohamy. O całym przedsięwzięciu postanawia powiadomić Takamoriego, wspomnianego pen-frienda. Młody człowiek z dalekiej Europy nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie zamieszanie w domu Takamoriego wywoła zapowiedź jego przybycia.

Główną przyczyną chaosu oraz nerwowego wyczekiwania na niespodziewanego gościa jest młodsza siostra Takamoriego, Tomoe. Autor ciekawie zarysowuje relację pomiędzy rodzeństwem. Oboje nie pałają do siebie zbyt wielkim uczuciem – starszy brat uważa swoją krewną za bezwzględną strażniczkę moralności, osobistego nadzorcę, surową cenzorkę oraz niewyżytą dręczycielkę, znającą wszystkie grzeszki oraz słabości Takamoriego, z którymi stara się zaciekle walczyć, pragnąc je do reszty wyplenić. Tymczasem Takamori to typ lekkoducha, który nie przywiązuje zbytniej wagi do swoich ułomności charakteru, budząc w ten sposób gniew i złość Tomoe. Młodsza siostra ma o wiele bardziej praktyczne podejście do życia – posiada silną osobowość, jest niezależna, zarabia o wiele więcej niż brat, realnie patrzy na świat, chociaż jest nim raczej rozczarowana, a przynajmniej jego męską częścią. Tomoe skrycie liczy, że tajemniczy Francuz, który wkrótce przybędzie do ich domu okaże się poszukiwanym oraz pożądanym typem mężczyzny, z którym, przynajmniej jak dotąd, nigdy się nie spotkała – w wyobraźni młodej dziewczyny Gaston jawi się jako silny, męski, wytworny, przystojny oraz czarujący amant, mogący pochwalić się zarówno bogatą osobowością jak i rozległymi zainteresowaniami, który w mgnieniu oka zdobywa kobiece serca. Osobnik, który ukazuje się oczom rodzeństwa, zdaje się stanowić idealne zaprzeczenie ich oczekiwań – rozczarowanie, żal oraz rozpacz to początkowo jedyne odczucia, do jakich jest zdolna Tomoe.

Niezależnie jednak od aparycji oraz lotności umysłu, należy przyznać, że Gaston Bonaparte to zdecydowanie najciekawsza i najbarwniejsza postać powieści. O jego atrakcyjności decyduje przede wszystkim aura tajemnicy, która otacza Francuza. Nikomu, nawet japońskiemu rodzeństwu, które przyjęło go pod swój dach, nie zamierza zdradzić powodu swojego przybycia do Japonii – młodzi ludzie podejrzewają, że nie jest on ani turystą, ani biznesmenem, ani tym bardziej handlarzem bądź przemytnikiem. Brakuje im jednak koncepcji, czego potomek Napoleona miałby szukać w Kraju Kwitnącej Wiśni. Kontakt z cudzoziemcem utrudnia fakt, że Gaston włada językiem japońskim jedynie w bardzo niewielkim stopniu. Jego pismo upstrzone jest gafami, które przerażają nawet nie przywiązującego większej wagi do nauki Takamoriego, a sklecane zdania nie mogą w pełni oddać tego, co myśli francuski przybysz. W rezultacie bardzo łatwo jest odnieść wrażenie, że Gaston odznacza się nie w pełni rozwiniętą umysłowością, że na jego psychice widnieje skaza, która nie pozwala rozpatrywać go jako pełnoprawnego, inteligentnego człowieka. Wrażenie tępoty, o którą często posądzany jest Gaston wzmacnia jego fizjonomia – długa, pociągła twarz przyrównywana regularnie do końskiej gęby oraz wielkie, zwaliste ciało przywodzące na myśl zapaśnika sprawiają, że Francuz uchodzi za osobnika będącego niespełna rozumu, do którego większość ludzi odnosi się z lekceważeniem, ironicznym uśmieszkiem oraz odczuciem wyższości.

Gaston Bonaparte posiada jeszcze jedną cechę, która zdecydowanie odróżnia go od reszty ludzkiej społeczności. Wbrew życiowemu doświadczeniu ze wszystkich sił pragnie on wierzyć w bliźniego, bezgranicznie ufać drugiemu człowiekowi, tym bardziej, gdy jest on osobnikiem obcym, którego intencji i zamiarów nie sposób przewidzieć. Z tego względu Francuz nie jest zdolny do odczuwania nienawiści, bądź żywienia długotrwałej urazy – zgodnie z jego osobistym kodeksem moralnym są to uczucia podłe i obrzydliwe, które nie przystają prawdziwemu człowiekowi. Gaston uzbrojony w ten osobliwy światopogląd wyrusza na swoistą pielgrzymkę, by prowadzić nieustanną i ciągłą walkę ze smutkiem, żalem, goryczą oraz zwątpieniem. O tym jak zakończy się ta niezwykła krucjata, kogo Gaston spotka na swojej drodze, najlepiej przekonać się osobiście.

Zagłębiając się w lekturę Szaleńca? warto zwrócić uwagę na portrety młodych ludzi, które zaserwował czytelnikowi Shūsaku Endō. Autor podkreśla bezrozumną i bezkrytyczną fascynację światem Zachodu, która wiąże się z całkowitą negacją dorobku kulturowego własnej ojczyzny. Wszystko co europejskie nabiera cech wyjątkowości i niepowtarzalności, z kolei idee, przedmioty czy ludzie związani z Japonią pozostają rzeczami wtórnymi, poślednimi i bezwartościowymi. Tymczasem, czego na własnej skórze doświadczył Gaston, okazuje się, że bardzo często za fasadą kultury oraz wiedzy ukryty jest głęboki egoizm, który w imię obrony własnych interesów każe zwodzić, oszukiwać, nie ufać oraz podejrzewać. Francuz pełni rolę demaskatora, obnażającego spróchniałe fundamenty europejskiego świata wartości.

Postać Gastona kojarzy się z innym szaleńcami, którzy pokładali bezgraniczną wiarę w człowieka, nawet mimo doświadczanej przemocy oraz poniżenia. W umyśle niejednego czytelnika mogą pojawić się konotacje z prostodusznym Lwem Nikołajewiczem Myszkinem, głównym bohaterem książki Idiota autorstwa Fiodora Dostojewskiego czy Jezusem Chrystusem, centralną postacią wyznawanego przez Shūsaku Endō chrześcijaństwa. Autor zdaje się zadawać uniwersalne pytanie o kondycję ludzkiej społeczności, wśród której osobnicy o zbyt wielkich pokładach ufności, którzy nie przypisują bliźniemu najgorszych intencji, pojmowani są jako idioci, bądź szaleńcy. Gaston niczym ubogi apostoł, który wyrzekłszy się materialnych dóbr oraz bliskich, przemierza odległy kraj, walcząc z własnymi słabościami charakteru oraz tchórzostwem, niosąc bezgraniczną miłość okazywaną każdemu bez wyjątku oraz głosząc radosną nowinę, że prawdziwy człowiek jeszcze nie umarł.

Godne podkreślenia jest to, że niezwykła historia równie niezwykłego bohatera napisana została pięknym językiem. Shūsaku Endō w sposób wyborny operuje słowem, uzmysławiając czytelnikowi jak potężnym narzędziem jest literatura, które w ogromnym stopniu pozwala oddziaływać na ludzką wyobraźnię. Mój szczególny zachwyt wzbudziły wyrażenia, które śmiało można określić mianem poetyckich, przemycane do codzienności bohaterów powieści – pusta kieszeń portfela, w której wieje zimny, jesienny wiatr czy prostytutki sprzedające wiosnę to tylko przykłady, obrazujące wprawę, z jaką Shūsaku Endō konstruuje kolejne zdania, które pochłania się z niesłabnącą przyjemnością.

Powieść japońskiego czyta się z ogromną przyjemnością, a lekturze towarzyszy poczucie ciepła, jakim promieniuje sylwetka Gastona. Autor w interesujący sposób zarysowuje postać człowieka, którego zachowanie stoi w wyraźniej opozycji z prądami rozwijającego się świata. Książka, szczególnie za sprawą zamieszczonego w tytule pytajnika, zdaje się prowokować oraz skłaniać do refleksji. Począwszy przemyśleń na temat samego Gastona, a skończywszy na  rozważaniach dotyczących ludzkiej natury oraz rozwoju, któremu na przestrzeni wieków rzekomo podlega nasza duchowość oraz moralność.


Wasz Ambrose


Tekst bierze udział w wyzwaniu Japonica:

Wzywanie Japonica