wtorek, 26 sierpnia 2014

Sieć spisków



Uczta dla wron, część 2: Sieć spisków


tytuł oryginału: A Feast for Crows: Web of Intrigues



George R. R. Martin


tłumaczenie: Michał Jakuszewski



seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire) powieść 4 część 2

wydawnictwo: Zysk i S-ka 2006

liczba stron: 528



Sieć spisków jest drugą z dwóch powieści składających się na Ucztę dla wron - czwartą część cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia pióra amerykańskiego pisarza Georga R. R. Martina. Jak pisać o powieści będącej częścią długiego cyklu, którego zaletą jest nieprzewidywalność? Cokolwiek napisze się o fabule, może okazać się za dużo, gdyż komuś, kto czyta dopiero wcześniejsze części, zdradzi za wiele i odbierze przyjemność z niepewności o losy bohaterów, która w Pieśni, jak w życiu, towarzyszy nam bez przerwy. Powiem więc tylko, iż w świecie wykreowanym przez Martina, którego centralną częścią, niczym jakiś starożytny Rzym na naszej dawnej Ziemi, jest kontynent Westeros, nadal trwa walka o tron, która rozgorzała po śmierci króla Roberta Baratheona. Walka o tron, który był symbolem władzy nad siedmioma królestwami stanowiącymi cywilizowaną część kontynentu oddzieloną od tajemniczej, zimnej i groźnej północy Wielkim Murem. Tak jak przy lekturze poprzednich powieści serii, znów będziemy drżeć o życie jednych postaci, tych, które polubiliśmy, i mieć nadzieję, iż ci uznani przez nas za złych zginą. Jedne nadzieje się spełnią, w innych wypadkach znów doznamy zawodu. Ta życiowa prawda, iż śmierć nie przebiera i kosi po równo dobrych oraz złych, jest chyba nierozerwalnie związana ze stylem Martina.

Po każdej kolejnej części cyklu obserwuję wśród czytelników te same reakcje. Oceny poszczególnych powieści są bardzo różne i sprzeczne ze sobą. Zachwyceni poprzednią narzekają na następną i odwrotnie. Czy naprawdę wartość powieści zależy od tego, czy nasze ulubione postacie przeżyją? Czy to źle, że Pieśn Lodu i Ognia, jak na prawdziwą sagę przystało, jest niczym sama historia? Ta prawdziwa – historia naszego świata? Przecież w niej też są okresy pozornego spokoju, gdy nie słychać szczęku mieczy, a tylko szmer tajnych knowań i przemykających się szpiegów. Czy te okresy nie są intrygujące i nie mniej bogate w konsekwencje niż jawne wojny? Mam wrażenie, iż Martin napisał cykl przeznaczony dla miłośników historii wiedzących, że rozpatrywanie wojen w oderwaniu od pokoju jest infantylne i nigdy nie prowadzi do prawdziwego poznania przyczyn i skutków. Polacy od dawna sprawiają wrażenie nawiedzonych przez epidemię historycznego daltonizmu, jeśli nie wręcz ślepoty i może dlatego te momenty, gdy nad mieczem zaczyna przeważać intryga i polityka, mają w naszym kraju zdecydowanie mniej zwolenników niż w innych państwach. A szkoda, bo w Pieśni Lodu i Ognia można zobaczyć te wszystkie mechanizmy, które są kołem zamachowym i historii całych narodów, i dziejów pojedynczych osób. Pożądanie władzy, pieniędzy, seksu i wszystkiego, czego można pożądać. Czynienie rzeczy najgorszych w imię dobra. Droga występku i droga cnoty oraz wszelki pośrednie ścieżki między nimi. Wpływ zmiany pozycji społecznej na przeobrażenie osoby, której ona dotyczy. Zło i kara, która za złe uczynki nadchodzi nieporówanie ospalej, niż nagroda za dobre, a często wręcz kara, która zmienia się w nagrodę i odwrotnie. Opowieść o losie dezerterów godna prawdziwie historycznej książki Dezerterzy, o której niedawno pisałem. Wszystko, czego brak w tradycyjnej fantasy, czego niedosyt w większości rycerskich opowieści, jest u Martina, ale…

No właśnie. Autor nie tylko po raz kolejny i konsekwentnie zrywa z tabu tradycyjnej powieści gatunku i ukazuje podłych rycerzy, rozwiązłe dziewice królowe, grzesznych świętych, powszechną ciemnotę i głupotę, krzywoprzysięstwa oraz wiele podobnych aspektów, ale co chyba jeszcze bardziej dla wielu niestrawne – pisze powieść jak życie. Nie wiąże początku, przebiegu, kulminacji i końca opowieści z jakąkolwiek dającą się wyodrębnić postacią lub grupą postaci, a przynajmniej na obecnym etapie nie da się takiej więzi wskazać. Podobnie ze zdarzeniami – nie wiemy, który wątek w końcowej ocenie okaże się najważniejszy i czy w ogóle któryś na to miano zasłuży. Czy zagrożenie z północy? Czy sprawa smoków? A może jeszcze co innego? Jak w rzeczywistości – kto wie, co było najważniejsze w dziejach ludzkości…

Jakby tego było mało, mając do wyboru powiedzieć trochę o dziejach każdej z głównych postaci znanych z poprzednich odsłon cyklu, albo powiedzieć wiele o niektórych i nic o pozostałych, Martin wybrał tę drugą opcję. Nie zobaczymy więc wielu bohaterów z pewnością zasługujących na miano wiodących w całej opowieści ani nawet terenów, na których rozgrywają się rzeczy, o których wiemy, iż mogą być decydujące. Co najwyżej wspomną o nich ci, których pisarz wybrał, by się objawili w Sieci spisków, a którzy w ten czy inni sposób o czymś się dowiedzieli. To ciekawy zabieg, który jeszcze wzmacnia poczucie przeniesienia się w świat sagi. Tradycyjnie każdy rozdział to opowieść o zdarzeniach widzianych z pozycji jednej osoby. A ponieważ tych osób jest w tej książce wyjątkowo niewiele, więc wrażenie bycia tam jest jeszcze wyraźniejsze - nie wiemy wszystkiego, nie wszędzie możemy spojrzeć. Wiemy i czujemy, że horyzont, i ten geograficzny, i ten zdarzeniowy, jak w dobrej grze strategicznej, przesłonięty jest mgłą wojny. To nieczęsto w literaturze spotykane odczucie i lektura wiele na tym zyskuje. Oczywiście miłośnicy literackich nawalanek, jak w świecie gier, raczej tego nie docenią. Jest to za to wielki plus dla polityków i strategów.

W mojej ocenie Sieć spisków jest godną kontynuatorką poprzednich powieści. Jest nieco odmienna od poprzednich części serii, podobnie jak i każda z nich nieco się różni od pozostałych, i jak jedna prawdziwa epoka historyczna różni się od poprzednich oraz następnych. Fascynujące jest jednak obserwować, iż mimo tych różnic, siły napędowe historii pozostają niezmienne. Niestety – chciałoby się dodać.

To naprawdę świetna rzecz, tak oblec prawdziwy szkielet mechanizmów społecznych w fikcyjne ciało powieści fantasy, iż nikt nie może powiedzieć, że jego uczucia religijne, narodowe czy inne, zostały obrażone. A wszystko to dla niepoznaki i jeszcze lepszego kamuflażu przykryte prześwietną warstwą przygodową, która sama w sobie by wystarczyła, aby zdobyć sobie spore grono czytelników. Już nie mogę się doczekać następnej części i gorąco polecam tym wszystkim, którzy jeszcze Martina nie próbowali. Oczywiście zacząć należy od Gry o tron – inaczej nie da się zapanować nad mnóstwem wątków i postaci Pieśni Lodu i Ognia


Wasz Andrew


6 komentarzy:

  1. Hmm. Niestety nie przebrnęłam przez "Grę o Tron". Utknęłam w połowie...

    OdpowiedzUsuń
  2. No nareszcie, chciałoby się rzec :) Trochę brakowało mi już Twoich recenzji tego cyklu. Cieszę się, że Martin utrzymał równie wysoki poziom, do którego przyzwyczaił Cię za sprawą wcześniejszych publikacji. Ciekaw jestem, czy uda mu się utrzymać taką kondycję do końca cyklu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że Martin dość swobodnie operuje tworzywem powieści i mam nadzieję, że da radę. No i że pojawi się więcej książek nie należących do cyklu, ale wpisanych w świat Westeros, jak Rycerz Siedmiu Królestw

      Usuń
  3. No właśnie... Trochę czasu mi zajęło zrozumienie, że autor zrywa z tradycyjnym podejściem do bohatera, i osią wokół wszystko się kręci jest po prostu tron. Niby takie proste, a rewolucyjne...

    OdpowiedzUsuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)