Ostatnimi czasy w naszym społeczeństwie
można zaobserwować swoisty dysonans związany z wyborem miejsca do
prowadzenia egzystencji. Na naszych oczach odbywa się wielka wędrówka
ludów – następuje masowa migracja z terenów wiejskich do metropolii.
Trend ten może być tłumaczy z faktem, że od wieków miasto kojarzone jest
z szeroko rozumianą nowoczesnością, perspektywami rozwoju osobistego,
wachlarzem szans na odniesienie zawodowego sukcesu. Patrząc jednak na
miasta z innego punktu widzenia, można postrzegać je jako swoiste
bezkresne pustynie, na których spotkanie człowieka w pełnym, a w
szczególności moralnym tego słowa znaczeniu należy do coraz rzadszych
zjawisk. Absurdalne, ale żyjąc w coraz większej gromadzie, istoty
ludzkie stają się coraz bardziej wyobcowane. Nieufność, izolacja oraz
wytwarzany wokół siebie dystans to oręż, którym człowiek stara się
bronić przed bliźnim, po którym spodziewa się najgorszego. Ponadto
dostrzegalna jest tendencja do otaczania się mnóstwem niepotrzebnych
gadżetów, które mają świadczyć o wysokiej pozycji społecznej.
Rzeczywiste ludzkie kontakty zastępowane są ich wirtualnymi
substytutami. Prowadzony jest nieustanny wyścig szczurów, w którym każdy
pragnie okazać się lepszym od pozostałych na wszystkich płaszczyznach.
Ludzie starają się uchodzić za postępowych i otwartych na nowe idee,
które co rusz wypluwa ze swoich trzewi coraz bardziej zwariowany świat. W
tym szaleńczym pędzie ponad wszystko pogardzani są osobnicy, których
podejrzewa się o zaściankowość, o ciasne horyzonty myślowe. Nie ma
społecznego, czy raczej medialnego przyzwolenia dla prowincjonalizmu,
który jest bezlitośnie linczowany, chociaż na dobrą sprawę ciężko
doszukać się klarownej definicji tego słowa.
Z pewnością ciekawą interpretację proponuje redaktor Bogdan Białek, który w tekście otwierającym zbiór zatytułowany Prowincje, wydany z okazji 40-lecia pracy dziennikarskiej pisze:
Co to jest prowincja? Nie wiem.
Wszystko jest prowincją. Niektóre miejsca są zaściankiem ze swoim
charakterem, narracją, indywidualnością, inne są zadupiem, miejscami
takimi, jak wszystkie inne, tylko o zmienionych dekoracjach.
Jak pisał Siegfried Lenz: prawdziwe
metropolie są w nas. I prawdziwe prowincje też. Ostatecznie, jak powiada
Tadeusz Słobodzianek, każdy ma taką prowincję, jaką sobie wybiera.
Warto wiedzieć, gdzie w nas przebiega granica między metropolią a
prowincją, zaściankiem a zadupiem. Ale to przecież inna opowieść.
Bogdan Białek, urodzony w 1955 roku w
Białymstoku to dość barwna postać. W chwili obecnej pracuje jako
dziennikarz, wydawca oraz psycholog. Jest także prezesem Stowarzyszenia im. Jana Karskiego,
którego działalność skupia się na propagowaniu szacunku wobec
mniejszości religijnych, etnicznych, etc. Białek w swojej karierze
dziennikarskiej pisał dla Gazety Białostockiej, natomiast po przenosinach do Kielc stworzył pierwszy regionalny dodatek do Gazety Wyborczej. Po zakończeniu współpracy z GW zaczął wydawać magazyn psychologiczny Charaktery, a niedługo potem założył także Wydawnictwo Charaktery.
Publicysta znany jest również z racji wymiernego wkładu w działanie na
rzecz pojednania polsko-żydowskiego oraz chrześcijańsko-żydowskiego.
Prowincje to wybrany przez
Piotra Żaka zbiór tekstów autorstwa Bogdana Białka, publikowanych na
łamach różnych czasopism oraz gazet na początku lat 90’, czyli w okresie
polskiej transformacji. Starannie wyselekcjonowane reportaże składają
się na interesujący zapis zmian, które zaczęły zachodzić w Polsce po
upadku systemu komunistycznego. Przy czym działanie potężnych trybów
historii oglądane jest z perspektywy tytułowych prowincji, tzn.
z dala od najwyższych szczebli władzy. Radom, Kielce, Białystok,
Sandomierz, Starachowice czy Tarnobrzeg to miasta, którym pod każdym
względem daleko do Warszawy, skupiającej wokół siebie ministrów,
prominentnych polityków oraz największą uwagę opinii publicznej, ale
również tam rozgrywają się wydarzenia, które są nieodzownym świadectwem
nieodwracalnych przemian, związanych z narodzinami nowego państwa.
Ponadto historyczne procesy, mające miejsce na prowincji zdają
się być lepiej widoczne, bowiem jest na nich mniej pudru. Fakty są
bardziej obnażone, wiele z nich trudniej jest zatuszować niż w
stołecznym mieście, w którym na podorędziu pozostaje prasa czy
telewizja. Być może z tego powodu wdrażania demokracji nie wygląda zbyt
różowo.
Książka Bogdana Białka jest swoistym
zapisem i świadectwem degeneracji zachodzącej w naszym kraju, która jest
wynikiem skażenia politycznego środowiska u podstaw. Brak
przeprowadzonej dekomunizacji, ideologiczne spory, wybuchające w Solidarności,
przyczyniające się do jej osłabienia, będące zresztą niczym rana,
jątrząca się do dzisiaj, okazały się przeszkodami, które skutecznie
uniemożliwiły nawiązanie dialogu oraz podjęcie efektywnych działań,
mających na celu ustabilizowanie zarówno polskiej gospodarki jak i sceny
politycznej. W konsekwencji do władzy doszła dziwna mieszanina, złożona
z byłych komunistów oraz skłóconych związkowców, której brakowało
wyrazistej koncepcji na budowę niepodległego i silnego państwa
polskiego. W reportażach Białka pojawiają się podejrzani biznesmeni,
którzy współtworzyli dziki polski kapitalizm. Wielu z nich zostawało
następnie politykami, przy czym karierę polityczną często łączyli z
zajęciami biznesowymi. Efektem jest cała lawina głośniejszych i
skuteczniej wyciszanych afer, które zresztą nadal przetaczają się przez
III Rzeczpospolitą. Z kolei część politycznych biznesmenów po
zakończeniu pracy w służbie narodu znajdowało zatrudnienie w firmach
konsultingowych, czy otrzymywało ciepłe posady członków rad nadzorczych
różnych prężnych spółek.
W jednym z reportaży Białek cytuje: Społeczeństwo
jest rozbite, sprzeniewierzone, żyje bez wiary, bez entuzjazmu i bez
nadziei, kryzys jest nie tylko polityczny i gospodarczy, ale też moralny.
Przytoczone słowa Wiesławy Grochowi z 1989 roku są niestety nadal
bardzo aktualne. Społeczeństwo wciąż pogrążone jest w beznadziei, z tą
tylko różnicą, że obecnie kiepskie nastroje są zręczniej maskowane.
Wiele popularnych mediów koloryzuje rzeczywistość, prezentując ją w o
wiele jaśniejszych barwach. O realnych problemach trapiących
przeciętnego Polaka solidarnie się milczy, nie podejmując niemal wcale
tematów tak trudnych i niewygodnych jak plaga nepotyzmu, nękająca
zakłady pracy oraz administrację, powszechna bieda i ubóstwo wielu
polskich rodzin, ogromne koszty życia, nieproporcjonalnie duże w
stosunku do innych krajów europejskich, wysokie podatki, czy brak
politycznej kultury. Te uwierające kwestie są skrzętnie spychane na bok
przez plastikową rzeczywistość, której symbolami są tania sensacja,
blichtr, głupota oraz silikonowe piersi. Czytając rzeczowe, bardzo
trafne, chociaż często pozbawione wyraźnego komentarza twórcy, reportaże
autorstwa Białka, uzmysławiamy sobie także, że dzisiaj brakuje tego
typu trzeźwego spojrzenia na postępowanie polskich polityków, zarówno
tych z samej elity władzy, jak i tych lokalnych. Brakuje rzeczowych
analiz, obiektywnej krytyki. Rzadkością jest również umiejętność
kulturalnej wymiany opinii, czy sztuka prowadzenie sporów. Media
pozostają stronnicze, nierzadko nawet nie siląc się na pozory
obiektywizmu, a co gorsze w prowadzonych dyskusjach, którym nadawane są
merytoryczne znamiona, powszechny jest prostacki ton oraz wulgarny
język, czy obrażanie interlokutora.
Tym co rzuca się w oczy w przypadku
pióra Białka jest również zwyczaj prezentowania nagich faktów. Autor
często powstrzymuje się od komentowania przedstawianych wydarzeń, przez
co zmusza czytelnika do przemyśleń oraz własnej interpretacji. Próżno
szukać w tekstach Bogdana Białka ganienia, pouczania, propagandy,
jedynie słusznego spojrzenia. Początkowo sprawiają one wrażenie suchych,
ale dzięki temu pozostają one rzeczowe i bardzo interesujące. Autor
ciekawie odmalowuje problemy, jakie niesie ze sobą zmiana ustroju. Opory
milicji przed przyjmowaniem w jej szeregi byłych pracowników Służby
Bezpieczeństwa, uzyskiwanie ogromnych wpływów politycznych przez kościół
katolicki, kulawo działające sądy, zamykanie państwowych zakładów pracy
oraz wyprzedawanie ich mienia za bezcen, skomplikowane sieci powiązań,
układów oraz znajomości na różnych szczeblach władzy, uniemożliwiające
skuteczną restrukturyzację przemysłu zbrojeniowego to tylko część
tematów, podejmowanych przez Bogdana Białka. Co najważniejsze jest to
przecież historia współczesna, która jednak coraz bardziej zaciera się i
to na naszych oczach. Wiele faktów odchodzi w mroki niepamięci, wiele
jest z niej wymazywanych. Reportaże zebrane w tomie Prowincje to zatem żywe świadectwo bolesnego procesu transformacji, przez który chyba ciągle przechodzi nasz kraj.
Reasumując, zbiór Prowincje to
frapująca lektura, która skłania do głębokiej refleksji nad przemianami,
które dokonały się w naszym kraju od 1989 roku. Teksty Bogdana Białka
to relacja przejścia od komunizmu do demokracji, prowadzona wkrótce po
rozpoczęciu tego procesu. Reportaże mogą stać się bodźcem do analizy
tego, czego udało się nam, państwu oraz społeczeństwu przez ten czas
dokonać. W moim przypadku odczucia nie są zbyt pozytywne. W mojej opinii
w sporej mierze wynika to z faktu, że zbyt wielu ludzi sprawujących
władzę przejawia objawy myślenia prowincjonalnego. Politycy
często koncentrują się na własnych interesach, przypominając świnie,
którym udało dorwać się do koryta władzy. Wzniosłe hasła wyborcze
stanowią wyłącznie puste slogany, wyciągane z szuflad na czas wyborów,
po przeprowadzeniu których odchodzą w niebyt. Dlatego mimo, iż reportaże
Bogdana Białka przypadły mi do gustu, to nie napawają mnie one
optymizmem.
Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości portalu:
oraz wydawnictwa: