Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 20 sierpnia 2013

O strachu powtórnie



Plakat Tadeusza Trepkowskiego z 1953

„Strach jest bronią psychologiczną wybieraną przez państwo po to, by zmusić obywateli do poświęcenia swych podstawowych swobód i różnych form ochrony prawnej, w zamian za bezpieczeństwo obiecane przez ich wszechmocny rząd.”

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

O strachu




„Strach jest metodą: terror wywołuje strach, a strach nie pozwala ludziom myśleć racjonalnie. Sprawia on, że ludzie myślą abstrakcyjnie o wrogu, o terrorystach, o powstańcach, którzy nam zagrażają, a zatem muszą zostać zniszczeni. Gdy zaczynamy myśleć o ludziach jako klasie istot, jako abstrakcjach, wtedy łączą się one w „twarze wroga”, a pierwotne impulsy do zabijania ich i torturowania ujawniają się nawet wśród ludzi zwykle nastawionych pokojowo.”

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

niedziela, 18 sierpnia 2013

Kanon fotografii




Bruce Barnbaum

Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu


(oryg. The Art of Photography: An Approach to Personal Expression)
tłumaczenie: Piotr Cieślak
wydawnictwo: HELION 2012


Podręczników fotografii, cokolwiek by to miało znaczyć, miałem już w rękach wiele. Niektóre z nich nawet przeczytałem; częściej fragmentarycznie, rzadziej w całości. Przyczyna jest oczywista – jako podręczniki zwykle powielają te same informacje, do znudzenia, a nawet do bólu. Kiedy w lokalnym konkursie fotograficznym wygrałem książkę Bruce’a Barnbauma Kanon fotografii. W poszukiwaniu indywidualnego stylu i przeczytałem na okładce, iż jest to „najbardziej literacki, przystępny i przekrojowy podręcznik poświęcony fotografii”, ale jednak podręcznik, od razu powędrował na dół stosu zaległych lektur czekających na moje zmiłowanie, gdzie odleżał ładnych kilka miesięcy. Jedyną podręcznikową książką o fotografii, którą dobrze wspominam, jest Książka o fotografowaniu Andrzeja A. Mroczka, właśnie dlatego, że nie jest to stricte podręcznik, a po prostu przypominająca rozmowę z mistrzem książka o fotografowaniu.

W końcu, jakiś czas temu, przyszła kolej i na dzieło Barnbauma. Autor jest z wykształcenia matematykiem, z przekonania obrońcą natury, a z hobby i profesji znanym, uznanym i docenianym fotografem amerykańskim, instruktorem fotografii oraz pisarzem. Kanon nie jest jego pierwszą książką, która odniosła sukces, a lista jego wiktorii na niwie foto jest zbyt długa, by się nią tutaj zajmować. Będąc przekonanym, iż poziom merytoryczny będzie wysoki, w końcu to jednak najwyższa liga światowa, ale nie przekonany, iż lektura będzie ciekawa, otworzyłem książkę.

Od razu zauważyłem jedno i wyraźnie to podkreślam; nie jest to książka dla absolutnie początkujących, o ile nie ma być tylko interesującą lekturą, ale i służyć ku nauce. Jeśli nie masz w małym paluszku absolutnych podstaw, jeśli nie do końca wiesz, do czego służy przysłona i migawka, co to czułość i głębia ostrości oraz co je ze sobą łączy, uzupełnij te braki zanim zaczniesz czytać. To jednak tylko taka dygresja – wróćmy do meritum.

Wydanie, choć prezentuje się elegancko, jest w bardzo nieporęcznym formacie, w dodatku czcionka jest mała, co nie ułatwia lektury, zwłaszcza poza fotelem. O czytaniu w pociągu, nie mówiąc o autobusie, zapomnijcie. Na leżąco też są z tym kłopoty. To minusy dotyczące nośnika. Teraz o tłumaczeniu. Największy (i na szczęście jedyny) mój żal do tłumacza, to… Tytuł. Kanon fotografii to w moim odczuciu nie to samo co Sztuka fotografii, a W poszukiwaniu indywidualnego stylu to nie to samo co Dochodzenie do osobistej ekspresji. Wiem, moje brzmi może nie tak ładnie, można to zrobić lepiej, ale czyż tytuł nie powinien być w zgodzie z treścią? A niestety wydźwięk książki jest taki, iż nie należy szukać własnego stylu, co grozi określonymi konsekwencjami, ale starać się przez swą sztukę pokazać to, co się czuje. Styl sam się pojawi. Drugie ogólne przesłanie jest takie, że na ma, tak jak chyba w każdej innej dziedzinie sztuki, żadnego kanonu. Są pewne reguły, ale tylko po to, by je świadomie łamać, jeśli mamy przekonanie, iż jest to celowe. Polski tytuł, w przeciwieństwie do oryginału, jest niejako tych tez zaprzeczeniem. Ta niezgodność tytułu oryginalnego i polskiego, jak się później okazało przekładająca się na wspomnianą rozbieżność z treścią i przesłaniem książki, też na pewno wpłynęła na niechęć, z jaką zabierałem się do lektury. Na szczęście ta niechęć bardzo szybko się ulotniła.

Nieczęsto się okazuje, by górnolotne sformułowania z okładek odpowiadały prawdzie. Bruce Barnbaum jednak jest i literacki, i przystępny, i przekrojowy. Być może jego ścisły umysł nadał jego sztuce fotograficznej i książce to coś, czym tchną dzieła Leonarda. Finezję i subtelność z nienaruszalnym szkieletem konkretnej wiedzy. Świadomość względności, absolutu i granicy między nimi. Gdy pisze o technice, jest prosty, klarowny i przypomina styl wykładu uzdolnionego pedagogicznie matematyka lub fizyka. Gdy opowiada o sztuce, jego proza staje się poezją. Widać, że nie tylko wie, o czym pisze, ale i potrafi pisać o tym, co czuje.
Jak już napisałem, Kanon fotografii nie omawia żadnych kanonów. Jeśli już o jakichś wspomina, to tylko po to, by zachęcić do ich łamania. Otwiera jednak oczy czytelnika na wiele aspektów, do których bystry obserwator uzbrojony w odpowiednią wiedzę i mający duszę artysty mógłby dojść sam po pewnym czasie i przy odrobinie szczęścia. Niewielu z nas jednak ma równą jak autor wiedzę, dziesiątki lat na zbieranie doświadczeń i równie wrażliwą artystyczną duszę. Jest to więc szansa by pójść na skróty w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie kopiować kolejne triki czy kompozycje, ale poznać najbardziej wartościowe elementy wiedzy fotograficznej – przemyślenia mistrza na głębsze tematy, które stanowią o różnicy między sztuką a kiczem.


Oczywiście w książce znajdziemy też i wiedzę bardziej konkretną. Choćby system strefowy objaśniony w sposób perfekcyjny – pełny i przystępny jednocześnie, czego dotąd spotkać mi się nie zdarzyło. Ciekawe wiadomości z optyki mogą zainteresować nie tylko fotografów, a bezkompromisowy sposób w jaki autor rozprawił się z mitem „obrazu bez obróbki” szczególnie mi przypadł do gustu, tym bardziej, iż ten bezsensowny zwrot ma wciąż zbyt wielu zwolenników i pojawia się coraz częściej już nawet w regulaminach konkursów. Takich „legend fotograficznych”, funkcjonujących na podobieństwo legend miejskich (urban legend), jest zresztą dużo więcej, jak choćby ta o celowości noszenia na stałe na obiektywie filtru (najczęściej UV) i podatni na plotki czytelnicy dzięki lekturze Kanonu mogą się od nich uwolnić, gdyż autor zawsze pisze dlaczego. Dlaczego uważa tak, dlaczego nie robi inaczej.

Klasę prawdziwego mistrza widać też w jego stosunku do innych Wielkich. Bruce często powołuje się na osiągnięcia innych tytanów fotografii oraz podkreśla ich dokonania, choć i potrafi wytknąć błędy nawet samemu Anselowi Adamsowi. Robi to jednak w taki sposób, iż jeszcze bardziej podkreśla szacunek jakim go darzy jako niedoścignionego w swej manierze artystycznej perfekcjonistę. Jednocześnie, podobnie jak wspomniany nasz rodzimy wirtuoz, czyli Andrzej Mroczek, ilustruje tekst tylko swoimi fotografiami. Jest to uzasadnione, gdyż tylko o nich wie wszystko; od technik, których użył, aż do najgłębszych odczuć, które doprowadziły do powstania tak pięknych i poruszających obrazów. A fotografie Barnbauma, których na szczęście w książce jest mnóstwo, są niesamowite. Choć przyznam, że kilka mi się nie podobało, a kilka innych nie do końca mnie przekonało, to obejrzenie pozostałych naprawdę było dla mnie dużym przeżyciem i na pewno niejednokrotnie będę się w nie jeszcze wpatrywał, że nie wspomnę o kilkunastu, a może kilkudziesięciu, w których zaiste widać tchnienie geniuszu.


Jeśli więc szukacie książki, która nauczy absolutnych podstaw lub poda na tacy zestaw algorytmów pozwalających obrobionymi w określony sposób fotkami zadziwić „znajomych” z sieci, to nie jest to raczej lektura dla Was. Jeśli natomiast chcecie czegoś, co da Wam wiedzę, przyniesie niezaprzeczalne przeżycia porównywalne z wizytą w najlepszej galerii sztuki w dodatku w towarzystwie mądrego przewodnika, który zadziwi Was wiedzą o fotografii, świecie i dziełach, które stworzył, jeśli pragniecie zajrzeć w siebie i spróbować rozwinąć zdolność zrozumienia, a potem ukazania własnego ja, to jest to rzecz, po którą warto sięgnąć.

Polecam absolutnie i z pełnym przekonaniem


Wasz Andrew



sobota, 17 sierpnia 2013

Cienka granica

Plakat spektaklu Kłamczucha 

Kłamczucha

Andrzej Sadowski


Reżyseria: Andrzej Sadowski
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: 55 min.






Teatr BARAKAH, który znajduje się (jeszcze, ale o tym później) na krakowskim Kaziemierzu przy ulicy Szerokiej, w podziemiach kamienicy Klezmer Hois to teatr niezwykle specyficzny. Salka, która pełni rolę zarówno sceny jak i widowni odznacza się bardzo niewielkimi rozmiarami, tak, że na spektaklach przebywa nie więcej niż dwudziestu, czy trzydziestu widzów. Ponadto aktorzy są dosłownie na wyciągnięcie ręki – od publiki dzielą ich centymetry, a niekiedy jakiekolwiek bariery po prostu przestają istnieć. Na niejednym spektaklu jeden z widzów okazywał się nagle aktorem, nie raz, nie dwa gość z publiki wchodził w bezpośrednie interakcje ze sztuką (słynne gumowe dłonie, którymi można było oberwać na Jednorękim ze Spokane). Nic zatem dziwnego, że gra aktorska w takich warunkach jest wyjątkowa, a przy tym wymagająca. Artysta z łatwością może poczuć na sobie spojrzenie każdego widza z osobna – jest ich tak mało, że pod koniec spektaklu w jego oczach dostrzec może osąd na temat własnej, wykonanej przed chwilą pracy. Można przy tym rzec, że odpowiedzialność za jakość spektaklu nie jest jeszcze tak ogromna, kiedy jej ciężar rozciąga się na barki kilku aktorów. Jaka jednak presja musi towarzyszyć artyście, który niemal przez całe przedstawienie samotnie zmaga się z oczekiwaniami publiki? Ileż odwagi i pewności siebie trzeba mieć, by zdecydować się na takie występy?

Kłamczucha autorstwa i reżyserii Andrzeja Sadowskiego to właśnie ten typ spektaklu, kiedy niemal nagi i bezbronny aktor, pozbawiony jakiegokolwiek wsparcia ze strony towarzyszy czy rekwizytów, musi stawić czoła złaknionej rozrywki publiczności. Tytułowa Kłamczucha w rolę której wcieliła się Anna Piróg-Karaszkiewicz, to kobieta oskarżona o zabójstwo. Podejrzana zostaje wprowadzona do sali przesłuchań przez mężczyznę (Zbigniew Kozłowski), który próbuje wymóc od niej podpis, stanowiący przyznanie się do zbrodni. Od samego pojawienia się na scenie kobieta zwraca na siebie uwagę widza. Potok słów, który wylewa się z jej ust zdaje się żyć własnym życiem. Nieustanna potrzeba mówienia, artykułowania, wyduszania z siebie zgłosek, wyrazów, dźwięków, nie pozwala na jakąkolwiek interakcję oskarżonej z mężczyzną, który bezskutecznie stara się z nią porozumieć. W końcu, zrezygnowany, bezsilny, uruchamia kamerę i prosi kobietę, by opowiedziała przed nią całą historię, jaką ma do przekazania, po czym wychodzi.

Jako widzowie jesteśmy jedynymi świadkami swoistej spowiedzi, słuchaczami brutalnej i przerażającej opowieści o miłości zachłannej, chciwej, toksycznej i niebezpiecznej. Początek jest niezwykle chaotyczny, stanowi plątaninę faktów, trudnych do połączenia ze sobą, absurdalnych, niewiarygodnych, nielogicznych. Facet paradujący w sukienkach kobiety, która go przygarnęła, wynoszący z jej pokoju meble, przedmioty, etc., by zrobić miejsca dla pudeł, w które mógłby łapać jej powietrze. Nie brzmi to jak standardowa historia nieszczęśliwej miłości. Życie kobiety zaczyna przypominać egzystencję więźnia, pozostającego w zimnej i mrocznej celi ślepego uczucia, objawiającego się bezwzględnym, wręcz masochistycznym posłuszeństwem. Cudowna bezmyślność w oddaniu się we władanie drugiemu człowiekowi z biegiem czasu staje się uciążliwa – jest niczym ciężki kloc, który ciągnie nas w dół, który w geście samoobrony postanawiamy odciąć, by wypłynąć jeszcze ku powierzchni, nad którą świeci przecież słońce. Droga ku wolności nie jest jednak taka łatwa, jak mogłoby się wydawać. Okazuje się, że kaleka, a więc pozornie słaba i bezbronna kobieta, jest ofiarą, której przeznaczono funkcję morderczyni. Jej los został ukartowany, rola, jaką ma odegrać, ściśle zaplanowana, bez oglądania się na jej odczucia. Jak można zatem winić kobietę, która tak skrzywdzona wzniosła się ponad własne słabości, poświęciła swoją miłość, by w najwyższym akcie miłosierdzia wziąć na własne ramiona zbrodnię własną i cudzą? Ale, ale? Czy ta na pierwszy, drugi i kolejny rzut oka wariatka mówi prawdę? Czy można wierzyć zdaniom, którymi tak hojnie i niegospodarnie rzuca na prawo i lewo?

Anna Piróg-Karaszkiewicz jako Kłamczucha - foto by Katarzyna Gałek [http://www.teatrbarakah.com]
Anna Piróg-Karaszkiewicz stworzyła niesamowitą kreację głównej bohaterki. Nieprzytomne spojrzenie, którym wodzi po sali, by tylko na moment wbić świdrujący wzrok w któregoś z widzów, powoduje, że skóra mimowolnie cierpnie. Do tego fantastyczna kontrola własnego ciała – szklące się od łez oczy, zasmarkana twarz, nerwowe tiki, sprawiają, że widz już po chwili zapomina, że ma do czynienia wyłącznie z aktorską grą. Całość uzupełnia znakomity ton głosu, który zdaje się biec równo z rytmem oszalałego, głośno bijącego serca. Z niezdrową fascynacją, niemal przez godzinę, śledzimy groteskowo-tragicznie rozwijającą się historię miłosną, przez cały czas głowiąc się, że kobieta, to rzeczywiście, jak wskazuje tytuł, kłamczucha, czy też z ust jej spijamy słowa najczystszej prawdy, która ma przecież tendencję do strojenia się w szaty niezwykłości.

Zatem siedzimy, słuchamy, niedowierzamy i analizujemy. Patrzymy na kobietę, która zdaje się być wrakiem człowieka, coraz mniej zdolnym do rozróżnienia tego, co rzeczywiste, od ułudy, snu, nocnego koszmaru. Podejrzewamy, że cienka granica, która rozdziela psychiczne zdrowie od umysłowego zwichrowania, została być może przekroczona i bohaterka znalazła się na drugim brzegu, na którym zjadanie serc partnerów nie jest już takie niezwykłe. Chociaż, nadciąga kolejna refleksja, być może wszystko to jest wyłącznie grą, umiejętnym kamuflażem, który sprytnie maskuje okropieństwa, jakich dopuściła się kobieta. Być może przyczyną morderstwa była zdrada, zazdrość, chorobliwa podejrzliwość, nieufność, czy cokolwiek innego, co pcha nas w ramiona zbrodni. A schronienie w skórze wariata wydaje się całkiem bezpieczne i wygodne, bowiem zrzuca z nas sporą odpowiedzialność za popełniane czyny. Jak zatem traktować wyznania, których jesteśmy świadkami? Trzeba przyznać reżyserowi, że przez nadanie tak jednoznacznego tytułu swojej sztuce, zdecydowanie namieszał w głowie odbiorcy, który nawet po zakończonym, czy też, z nagła urwanym, spektaklu, zastanawia się, jak to wszystko mogło wyglądać naprawdę.

Reasumując, Teatr BARAKAH po raz kolejny zaserwował widzom niebanalne widowisko teatralne, o którym myśli się również po opuszczeniu murów teatru. W małej, ciasnej piwnicznej sali, przy równie małej widowni rozegrał się ogromny dramat psychologiczny, zaserwowany przez Annę Piróg-Karaszkiewicz, która stworzyła świetną kreację głównej bohaterki, bez przerwy koncentrując na sobie uwagę widza.

P.S.
Kłamczucha była prawdopodobnie ostatnim przedstawieniem, które miałem przyjemność obejrzeć w podziemiach Klezmer Hois. Nie oznacza to rzecz jasna, że ekipa BARAKAHu kończy działalność, albo, że ja definitywnie rezygnuję z kolejnych spektaklów mojego ulubionego teatru. Sprawa przedstawia się zupełnie inaczej – od września tego roku, Teatr BARAKAH przenosi swoją działalność na ulicę Paulińską 28 (czyli w dalszym ciągu pozostaje na urokliwym krakowskim Kazimierzu), gdzie wcześniej swoją siedzibę miał Teatr Łaźnia, gdzie z kolei jeszcze wcześniej znajdowała się mykwa, czyli rytualna łaźnia żydowska. Przeprowadzka łączy się oczywiście ze sporymi kosztami, związanymi z renowacją opuszczonego do tej pory budynku. O większość środków zatroszczyły się założycielki teatru, Ana Nowicka oraz Monika Kufel, jednak nie na wszystkie niezbędne rzeczy udało się pozyskać pieniądze. W związku z tym, na fali rosnącej popularności finansowania społecznego, tzw. crowdfundingu, dziewczyny zdecydowały się zaprosić do pomocy nas, czyli zwykłych obywateli. Kwota, jaką chcą zebrać to 20 000 zł – pieniądze przeznaczone zostaną na zakup sprzętu nagłaśniającego. Jeśli zastanawiacie się, w jaki sposób możecie wesprzeć naszą rodzimą kulturę, serdecznie zachęcam was do zainwestowania właśnie w Teatr BARAKAH. Uczęszczam na ich spektakle już od dłuższego czasu i uważam, że w pełni zasługują oni na naszą pomoc.

P.S.2
Szczegóły na temat projektu znajdziecie na portalu Polak Potrafi, po kliknięciu w poniższy obrazek. Jeszcze raz zachęcam do pomocy!
Teatr BARAKAH

P.S.3 Zdjęcie autorstwa Katarzyny Gałek pochodzi ze strony www.teatrbarakah.com

O co naprawdę walczył Wałęsa?


Aby sobie odpowiedzieć na to pytanie, najpierw należałoby uważnie przeczytać 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1980. Przytaczam je poniżej (za Wiki):

1. Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.
2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku, publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
4. a) przywrócić do poprzednich praw: – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976, – studentów wydalonych z uczelni za przekonania,
b) zwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego),
c) znieść represje za przekonania.
5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania.
6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:
a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej,
b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenie w dyskusji nad programem reform.
7. Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.
8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł na miesiąc jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.
9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.
11. Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnej sprzedaży itp.
14. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub [zaliczyć] przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
16. Poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
17. Zapewnić odpowiednią liczbę miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka.
19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.
20. Podnieść diety z 40 zł do 100 zł i dodatek za rozłąkę.
21. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie 4-brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy


Przeczytaliście uważnie? Jak wrażenia z lektury? Nie narzuca się Wam pytanie jak to możliwe, że Wałęsa, wielki bojownik o wolną i demokratyczną Polskę, w ogóle z niczym nie walczy od czasu, gdy jego własna sytuacja, i sytuacja jego rodziny, nagle się polepszyła, choć dzisiejsze realia w kraju są karykaturalnym wręcz zaprzeczeniem jego własnych postulatów z czasów końca komuny? Czyż nie dotyczy to też wszystkich innych bojowników i patriotów z tamtego okresu? Czyż ich punkt widzenia nie zmienił się wraz ze zmianą punktu siedzenia?

A sprawy ogólnoludzkie? Te najbardziej podstawowe? Jak tacy miłośnicy praw i wolności mogą w ogóle podawać ręce amerykańskim politykom, którzy wręcz mówią, że Konwencja Genewska ich nie obowiązuje, że mają prawo torturować wrogów, jeśli tylko przylepią im etykietkę terrorystów, przez co niczym nie różnią się w tym zakresie swej mentalności od hitlerowców. Jak mogą nazywać się przyjaciółmi ludzi, którzy podobnie jak Adolf wywołują wojny na podstawie fałszywych oskarżeń?

Ile razy popatrzycie na zadowolone z siebie twarze naszych polityków mówiących, że jest fajnie, że kochać trzeba właśnie taką demokrację, jaką mamy, wróćcie myślą do tych 21 postulatów, a jeśli je zapomnicie, przeczytajcie je raz jeszcze.

piątek, 16 sierpnia 2013

O ikonie demokracji



„W miesiącach, jakie nastąpiły po publicznym ujawnieniu zdjęć [z Abu Ghraib] stawało się coraz bardziej oczywiste, że tego typu okrucieństwa nie były wynikiem działań poszczególnych żołnierzy, którzy łamali przepisy. Były one spowodowane decyzjami podjętymi przez administrację Busha, żeby przepisy naginać, ignorować lub odrzucać. Polityka administracji stworzyła klimat dla Abu Ghraib i dla znęcania się na różne sposoby nad zatrzymanymi na całym świecie.”

Stany Zjednoczone: Unikanie odpowiedzialności za tortury? (United States: Getting Away with Torture?) raport Human Rights Watch


 przytoczył Philip Zimbardo w książce Efekt Lucyfera

czwartek, 15 sierpnia 2013

O grzechu bezczynności



„To dobrzy biskupi i kardynałowie (oraz papieże, a być może nawet i święci - przyp. A.V.) kryli grzechy swych krzywdzących dzieci proboszczów, motywowani przeważającą nad wszystkimi innymi względami troską o wizerunek Kościoła katolickiego. Wiedzieli oni, co było nie w porządku, i nie robili nic, żeby naprawdę przeciwstawić się temu złu, w ten sposób pozwalając zboczeńcom, aby nadal grzeszyli przez całe lata (przy czym ostatecznym kosztem dla Kościoła były miliardowe odszkodowania i wielu rozczarowanych wyznawców).”

Philip Zimbardo Efekt Lucyfera

środa, 14 sierpnia 2013