Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 22 maja 2013

Stanisław Ignacy Witkiewicz "Nienasycenie" - Żądza Wszystkiego (koniecznie przez W)

 

Nienasycenie

Stanisław Ignacy Witkiewicz


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 463











Stanisław Ignacy Witkiewicz, lepiej znany jako Witkacy to jedna z najbarwniejszych postaci polskiego dwudziestolecia międzywojennego. Ten urodzony w Warszawie w 1985 roku artysta pełną gębą zajmował się malarstwem oraz fotografią. Z powodzeniem pisał dramaty, wydał kilka powieści, parał się także filozofią. Do tego może pochwalić się niezwykłą biografią, która spokojnie może w przyszłości stanowić kanwę dla wielu książek przygodowych. Witkacy w mniejszym lub większym stopniu doprowadził do samobójstwa swojej narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej. Wyrzuty sumienia próbował zagłuszyć uczestnicząc w wyprawie naukowej na Nową Gwineę, z której szybko zrezygnował, by wziąć udział w I wojnie światowej, zaciągając się do Lejb-Gwardyjskiego Pułku Pawłowskiego, elitarnej jednostki piechoty armii rosyjskiej. Na froncie Witkacy wywalczył awans oficerski na dowódcę kompanii, nabawił się także poważnej kontuzji, która wykluczyła jego dalsze wojenne wojaże. Jako rekonwalescent Witkacy włóczył się tu i tam i mimo, ciągle pozostając w wirze epokowych wydarzeń. Przebywając w Moskwie Witkiewicz był świadkiem wybuchu rewolucji październikowej. Krążą nawet plotki, że brał w niej bezpośredni udział, są to jednak wyłącznie domysły. Pewne jest natomiast to, że w 1918 roku Witkacy wyrwał się z ogarniętej rewolucyjnym szałem Rosji i osiadł w swojej rodzinnej willi w Zakopanem.

sobota, 18 maja 2013

czwartek, 16 maja 2013

Millenarystyczna bomba

Okładka książki Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii 

Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii

John Gray

Tytuł oryginału: Black Mass: Apocalyptic Religion and the Death of Utopia
Tłumaczenie: Adam Puchejda, Karolina Szymaniak
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 368
 
 
 
 
John N. Gray, urodzony w 1948 roku, to znany angielski filozof, zajmujący się również politologią oraz publicystyką. Uchodzi za jednego z najpopularniejszych współczesnych myślicieli, a za jego nauczycieli, uważa się sir Isaiaha Berlina oraz Michaela Josepha Oakeshotta. W tym miejscu pragnąłbym zaznaczyć, że John N. Gray nie ma absolutnie nic wspólnego z Amerykaninem Johnem Grayem, autorem bestsellerowej książki Mężczyźni są z Marsa, Kobiety z Wenus. Przypadkowa zbieżność wynikająca z ogromnej popularności imiona John oraz nazwiska Gray po obu stronach oceanów (w samym tylko XX wieku narodziło się około 20 Johnów Grayów na tyle sławnych, że wspomina o nich źródło wiedzy wszelakiej - Wikipedia).

Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii to znakomity esej Johna N. Graya, będący przenikliwą analizą myślenia utopijnego, które w mniemaniu autora odpowiedzialne jest za największe tragedie, jakie dotknęły ludzkość.

Utopia (z języka greckiego ou - "nie", topos - "miejsce", czyli "miejsce, którego nie ma") to projekt idealnego ustroju politycznego, który funkcjonuje na zasadach sprawiedliwości, solidarności oraz równości, gdzie wszyscy obywatele cieszą się wolnością oraz szeroko rozumianym szczęściem. Termin ten został ukuty przez Tomasza Morusa, autora dzieła pt. Utopia, opublikowanego w 1516 roku (co ciekawe dzieło Morusa tłumaczone jest niekiedy jako eutopia, gdzie eu oznacza dobry, pomyślny). Jednak korzenie utopii są znacznie starsze – już platonowskie Państwo poszukuje rozwiązań harmonijnego funkcjonowania społeczeństwa. Utopijną ideą jest także Królestwo Niebieskie, głoszone przez Jezusa oraz jego uczniów. W mniemaniu autora, nauczanie Jezusa, szczególnie z etycznego punktu widzenia, tj. broniące słabszych oraz wyrzutków, jest bezprecedensowe oraz godne uwagi. Jednocześnie jednak Jezus nauczający o powstaniu z martwych oraz przeniesieniu się do królestwa, w którym nie ma chorób fizycznych, psychicznych oraz całego doczesnego zła jest wieszczem eschatologii, tj. sposobu myślenia o historii ludzkiej jako rzeczy skończonej, ostatecznej. Wg Jezusa nadejście Królestwa Niebieskiego jest bliskie – nastąpi koniec świata w jego obecnej formie i zostanie on zastąpiony bytem lepszym i doskonalszym. Historia ludzka nie jest zatem postrzegana ani jako koło, cykl powtarzających się wydarzeń, ani jako relacje przyczyna-skutek, ale jako proces, który ma zarówno swój początek, jak i finisz, do którego nieuchronnie zmierza. Stąd właśnie bierze się myślenie apokaliptyczne, które jest podwaliną całej zachodniej myśli filozoficznej, a echa tej idei sięgają naszych czasów. Właśnie na tej po części obrazoburczej dla chrześcijan tezie został oparty cały esej Johna N. Graya, w którym autor przedstawia zagrożenia oraz niebezpieczeństwa wynikające z myślenia utopijnego.

Chrześcijaństwo, to w mniemaniu autora pierwsza religia, twierdząca, że historia to proces teleologiczny. Życie człowieka, czy może ogólnie, egzystencja całej ludzkości ma z góry ustalony cel, po osiągnięciu którego nastąpi definitywny koniec, rozumiany jako przeznaczenie, destynacja. Dla wybranych będzie wiązało się to ze zbawieniem i życiem wiecznym, dla reszty będzie to ostateczne i nieodwołalne potępienie. Diametralnie inną filozofię charakteryzuje szczególnie myśl wschodnia. W religiach hinduistycznych, czy buddyzmie, życie ludzkie rozumiane jest wyłącznie jako krótki moment w nieskończonym, kosmicznych cyklu, odpowiednikiem zbawienia jest natomiast wyzwolenie się z pęt powtarzających się reinkarnacji. Byt człowieczy nie jest w żadnej mierze lepszy niż byt jakiegokolwiek innego stworzenia. Wg autora cała współczesna filozofia zachodnia w głównej mierze ukształtowana została przez chrześcijaństwo na czele z eschatologią, natomiast fundamentem obecnych kultur wschodnich są prądy buddyjskie. O tym, że religie Wschodu oraz Zachodu różnią się znacząco można się przekonać śledząc ich wpływ na konflikty zbrojne. Otóż buddyści nie wszczęli żadnej wojny na tle religijnym – zgodnie z ich koncepcją zło jest cechą immanentną zastanego świata, której nie można pozbyć się definitywnie. Dobre życie polega na tym, by tego zła nie powiększać, by go unikać, o ile to możliwe. Jako działanie pozytywne rozpatrywane jest takie, które nie powoduje eskalacji zła. Religia chrześcijańska opiera się natomiast na założeniu, że zło, to czynnik, który jest możliwy do wyeliminowania, wykorzenienia. Człowiek jest z natury istotą dobrą i powinien on podejmować trudy i starania, by zło usunąć ze swojego życia. Wydaje się, że Św. Augustyn, który początkowo był wyznawcą manichenizmu, systemu religijnego opartego w ogromnej mierze na dualizmie, tj. tezie, że świat to arena bezustannej walki światła i ciemności, a więc dobra ze złem, poprzez wprowadzenie pojęcia grzechu pierworodnego ograniczył nieco chrześcijańską eschatologię, ale i tak nie wiązało się to z wykorzenieniem przekonania o konieczności rozszerzania religijnych wpływów. Chrześcijaństwo, które głosi, że celem człowieka jest zbawienie, stara się zanieść dobrą nowinę do każdego. Wiara w możliwość definitywnego wyplenienia zła wiąże się z potrzebą działalności misyjnej, tj. nawracaniem niewiernych. W średniowieczu, czy za czasów Inkwizycji, wszelkie odstępstwa od wiary były bezlitośnie tępione. Tak naturalne i oczywiste wręcz pozbawianie życia heretyków nierozerwalnie wiązało się z przekonaniem, że lepiej jest zginąć na ziemskim padole, niż nie nawrócić się i cierpieć wieczne męki w piekle.

Myśl chrześcijańską cechuje również oczekiwanie na bliski koniec czasów, świata, etc. Idea te jest szczególnie silna wśród millenarystów, tj. chrześcijan wierzących, że Jezus powróci na ziemię, by władać nią przez tysiąc lat (milenium). Wg Graya to właśnie połączenie obu tych przekonań, tj. wiary, że historia to proces teleologiczny, a ludzkość rozwija się nie tylko z technologicznego, ale i z duchowego punktu widzenia oraz ufność, że nadejście nowego, lepszego świata można przyspieszyć oraz, że taki lepszy świat jest w ogóle możliwy, jest podwaliną do myślenia utopijnego. Autor bardzo błyskotliwie wykazał, że niemal wszystkie współczesne prądy polityczne, określane przez niego mianem świeckich religii, czy też religii politycznych, jedynie przetwarzały wierzenia millenarystyczne, starając się im nadać naukowy charakter. Wg Graya religią polityczną był czy też jest jakobinizm, bolszewizm, nazizm a nawet neoliberalizm.

Równie interesujące są rozdziały, w których autor rozlicza się z wojną rozpętaną w Iraku za czasów George’a Busha. Trzeba przyznać, że Gray poddaje bezlitosnej krytyce niemal wszystkie działania, które podjęła ówczesna administracja byłego już prezydenta USA. Natomiast sama próba zbrojnej interwencji oraz towarzyszące jej przekonanie, że Irak można w ciągu zaledwie kilku lat przekształcić w demokrację liberalną na wzór amerykańskiego odpowiednika, to w mniemaniu autora właśnie przejaw myślenia millenarystycznego. Na przykładzie Iraku, kraju, który po zbawiennej akcji Amerykanów stał się państwem balansującym na krawędzi anarchii, Gray znakomicie uwypukla wszelkie zagrożenia oraz ograniczenia, którego wynikają oraz wiążą się z myśleniem millenarystycznym.

Reasumując, Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii to bardzo obszerny i rzetelny esej czołowego brytyjskiego myśliciela Johna N. Graya. Tezy przedstawione przez autora są momentami dość zaskakujące oraz bardzo oryginalne, nie brakuje również twierdzeń odważnych (jak choćby wiązanie oświecenia z nazizmem). Należy jednak oddać Grayowi, że dał on popis akrobatycznych wręcz umiejętności argumentacji i w sposób klarowny oraz zrozumiały przedstawił dowody, na potwierdzenie swoich teorii. Przyznaję, że autor zaimponował mi erudycją oraz rozległą wiedzą, zarówno historyczną jak i dotyczącą wydarzeń współczesnych. Gray w swoim eseju przywołuje m.in. cytaty Hellera, czy Miłosza, pisząc na temat komunizmu. Ponadto pojawia się wiele adresów stron internetowych, na których możemy znaleźć przemówienia, czy pisma, do których się odwołuje. Pozytywnie zaskoczyło mnie również samo zakończenie. Mimo nieprzychylności wobec myślenia millenarystycznego oraz podkreślanego ateizmu, Gray jednoznacznie stwierdza, że z życia ludzkiego nie można wyeliminować religii, która jest tak samo ważna jak i nauka. Zwraca natomiast uwagę, że religia powinna być postrzegana bardziej jako akceptacja tajemnicy, niż próba wyjaśnienia absolutnie wszystkiego.

Przesłanie, które niesie ze sobą Czarna msza jest w gruncie rzeczy dość oczywiste i zaskakująco proste. Człowiek to istota ułomna oraz niedoskonała. Niemożliwe jest zatem, aby stworzenie to było w stanie stworzyć królestwo wiecznej szczęśliwości. Odpuśćmy sobie próby wprowadzenia utopii do naszego świata – dzięki temu życie nasze oraz w szczególności życie naszych bliźnich będzie o wiele szczęśliwsze.

P.S.
Książkę Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii miałem przyjemność przeczytać dzięki Dadzie. Pozycję wygrałem w jednym z organizowanych przez niego konkursów.

wtorek, 14 maja 2013

Mądrości Moniki Olejnik


czyli wrażenia z jej spotkania z Leszkiem Millerem





W ostatnim poście narzekałem trochę na poziom dziennikarzy telewizyjnych, i nie tylko, a tu proszę - znowu z tej samej szufladki biorę. Wczoraj w Radio Zet usłyszałem zapowiedź, iż gwiazda naszych ogólnokrajowych mediów Monika Olejnik będzie rozmawiać z premierem Leszkiem Millerem. O ile pani Monika ani mnie ziębi, ani grzeje, a często wręcz denerwuje, o tyle jej goście często mówią bardzo ciekawie. Że zaś Leszka Millera uważam za bardzo interesującą postać, która w innym miejscu i czasie mogłaby zostać uznana za męską wersję Margaret Thatcher , byłem mocno zainteresowany. Niestety, prowadząca audycję wyraźnie próbowała ośmieszyć osiągnięcia PRL, co stało się motywem wiodącym rozmowy. Żałosne. To oczywiście tylko wystawia jej świadectwo jako osobie i jako dziennikarzowi, jednak nie byłoby dla mnie impulsem do skreślenia o tym chociażby jednego słowa. Najciekawsze przyszło później.

Gdy pani Olejnik zbytnio się już zagalopowała, pan Miller próbował ją ostudzić mówiąc, że on nie uważa, by PRL był czasem, który zapisał się tylko negatywnie na kartach historii. Powiedział, że nie wiadomo, gdzie byśmy dziś byli, gdyby nie PRL. Wówczas dziennikarka tonem świadczącym o wyraźnym zamiarze wyszydzenia stwierdziła, że pewnie chodzi mu o darmowe studia, likwidację analfabetyzmu oraz elektryfikację miast i wsi. Premier odpowiedział spokojnie, że właśnie o to mu między innymi chodzi. Dodał, że faktycznie dzięki PRL-owi oboje ukończyli studia i wcale tego nie zamierza się wypierać. Monika Olejnik odparowała, że ona niczego PRL-owi nie zawdzięcza, gdyż w realiach dzisiejszej szczęśliwej Polski, nawet gdyby nie miała pieniędzy, poszłaby na zmywak i zarobiła na studia. Oczywiście były jeszcze infantylne wręcz zaczepki pod adresem Millera typu przepełnione więzienia PRL-u, cenzura, itd. Szkoda, że pan Leszek, ani co dziwne nikt inny wcześniej w podobnych sytuacjach, nie odpowiedział, żeby porównała to, co się w tym samym czasie działo na cudownym Zachodzie. Strzelanie ostrą amunicją nie do zbuntowanych górników dążących do obalenia ustroju, co nawet teraz spotkałoby się z podobną reakcją, ale do pokojowych, antywojennych demonstracji studenckich czy wieców popierających reformy, a nie zmianę ustroju. Strzelano jak do psów do Irlandczyków i Murzynów, a sprawcy tych morderstw nigdy nie zostali napiętnowani. Do dziś noszą medale, dostają wysokie emerytury, a okaleczone ofiary, w przeciwieństwie do naszych kombatantów, nie mają żadnych świadczeń z tego tytułu. O tym, co działo się na wschód od nas, nawet nie ma co wspominać. Nie o tym jednak chciałem, więc wróćmy do najważniejszego. Do dnia dzisiejszego. Do tego zmywaka.

Z wyjątkiem tych, którzy są u przysłowiowego żłobu, wszyscy w Polsce już zauważyli, że klasa polityczna, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma u nas żadnego powiązania z realiami, w jakich żyje większość społeczeństwa. Żyją w innym świecie, zresztą trudno, by było inaczej, wobec przepaści między ich dochodami (określenie zarobki byłoby tutaj niewłaściwe), a wielu z nich uważa się za nadludzi; stojących ponad prawem i moralnością. Teraz jednak wyraźnie się okazuje, że i niektórzy dziennikarze utracili kontakt z rzeczywistością.

Wyobraźmy sobie, że ktoś, kto nie ma w nikim innym oparcia, samotnie chce utrzymać się tylko ze swojej pracy i jeszcze opłacić studia wieczorowe. Po pierwsze praca musi mu zapewnić wystarczające zarobki, by mógł się samodzielnie utrzymać (jedzenie, mieszkanie, ubranie, itd.) oraz pozostawić wolne środki na studia (nie tylko czesne, ale różne inne wydatki, które wcale nie są małe). Nie można przecież mieszkać w norze pod mostem, bo po ciemku nie można się uczyć, a projektów nie można kreślić na kolanie. Nie może być to też praca, w której nadgodzinami nadrabia się niską stawkę godzinową, gdyż przecież kiedyś trzeba się uczyć. Jakby tego było mało, pracodawca musi zapewniać wolne w czasie zjazdów, egzaminów i inne ulgi, bez których nie da się ukończyć studiów w naszym kraju, w którym nawet na najlepiej ocenianych uczelniach, jak w podstawówce, sprawdza się obecność nie tylko na ćwiczeniach, ale nawet wykładach. Jeśli komuś (szczególnie kieruję te słowa do Moniki Olejnik), uda się znaleźć taki zmywak, niech szybko da mi znać. Mam wielu znajomych, którzy natychmiast podejmą na nim pracę, choć mają i rodziców, i zatrudnienie, tylko na wiele gorszych warunkach. Za groszowe stawki, bez ustalonych godzin, bez prawa do urlopu, bez ubezpieczenia. Nie wspomnę o sierotach i biedakach bez pracy.


Wasz Andrew

niedziela, 12 maja 2013

Georges Simenon "Wdowa Couderc" - Obcy

Okładka książki Wdowa Couderc 

Wdowa Couderc

Georges Simenon


Tytuł oryginału: La veuve Couderc
Tłumaczenie: Hanna Igalson-Tygielska
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Nowy Kanon 
Liczba stron: 167



Georges Joseph Christian Simenon to belgijski pisarz tworzący w języku francuskim, w szerszych kręgach literackich kojarzony za sprawą powieści detektywistycznych z komisarzem Maigret w roli głównej, które płodził z zadziwiającą szybkością oraz regularnością. W sumie Simenon napisał aż 75 powieści oraz 28 opowiadań o dzielnym detektywie, a cały jego dorobek literacki przekracza imponującą liczbę 450 powieści oraz opowiadań. Łączny nakład jego dzieł to ponad 550 mln sztuk. Liczby te robią wrażenie. Wielu śmiertelników nie jest w stanie przeczytać takiego ogromu książek w przeciągu całego swojego żywota, a wydanie kilku powieści jest dla całej rzeszy literatów szczytem możliwości. Mimo tego imponującego dorobku, Simenon nie cieszył się zbytnim poważaniem francuskich profesorów literatury. Wydaje się jednak, że Belg miał również spory udział w tym jawnym ignorowaniu jego twórczości. Jako samouk, Simenon kreował się na antyintelektualistę, który za nic ma sobie krytykę innych, wykazując lekceważenie i zaczepność wobec literaturoznawców. Ci nie pozostawali dłużni i w rezultacie Simenon uchodził raczej za twórcę tanich kryminałów niż za pełnoprawnego pisarza. Na szczęście solidna literatura cechuje się tym, że sama świetnie potrafi się bronić i prędzej czy później czytelnik odda jej należną cześć. Nie inaczej było w przypadku dzieł Simenona i jego Wdowy Couderc, powieści psychologicznej wydanej w 1942 roku, a zekranizowanej w 1971 roku. Do dzisiaj książka cieszy się ogromną popularnością. Polski czytelnik może zapoznać się z nią dzięki wydawnictwu WAB i jego serii Nowy Kanon, która to kolekcja skupia się na utworach pisarzy na świecie cenionych, a w Polsce raczej niepublikowanych.

Złotouści

Czyli o kryminaliście Hołyście




Gdybym chciał się wyśmiewać z błędów popełnianych przez dziennikarzy, komentatorów i inne osoby występujące publicznie w mediach o zasięgu ogólnokrajowym, musiałbym chyba codziennie pisać nowe posty tylko na ten temat. Pamiętam czasy, gdy wpadki językowe zdarzały się głównie komentatorom sportowym, gdyż w „ferworze walki” łatwo o pomyłkę. Dziś jednak zastanawiam się, czym się kierują ludzie prowadzący nabór pracowników do mediów. Zastanawiam się, ale tematu z reguły nie podejmuję, gdyż już dawno się przekonałem, iż celebrytów z reguły lepiej nie poznawać bliżej. Aktorzy uważani za symbol inteligencji przy bliższym poznaniu okazują się kimś z drugiej strony średniej tego atrybutu, a autorytety i symbole nie potrafiłyby się wyczołgać z imprezy, gdyby nie pomoc ochroniarzy. Czemu się więc czepiać się dziennikarzy? Teraz jednak nie wytrzymałem.

Znacie „znanego kryminalistę Brunona Hołysta”? Nie? A ja znam. Poznałem go w czasie oglądania wiadomości w TVP Polonia (trzy czy cztery dni temu około 20:09) Jego wypowiedź wstawiono pomiędzy materiał o "szaleńcu", który sterroryzował turystów na Wawelu, a reportaż o biegłym, który dowodził, iż kierowca jadący 150 km/h pod wpływem narkotyków, który zabił trzech rowerzystów, nie jest winny, gdyż wypadek spowodowały ofiary, bo… jechały po jezdni. Oczywiście chodziło o profesora Brunona Hołysta, znanego kryminologa. Muszę dodawać, że prezenterka nawet się nie poprawiła? Nie wie jaka jest różnica między kryminologiem, a kryminalistą? A reszta ludzi w studio? Ciekawe jakie walory uznano za kluczowe przyjmując członków tej ekipy do pracy, a zwłaszcza prezenterkę?

Jakby tego było mało, kilka dni temu w wielu telewizjach, z okazji rozpoczęcia matur, dziennikarze z zaskoczenia zadawali różnym osobom, od przypadkowo spotkanych na ulicy po VIP-ów, pytania i zadania z „wiedzy maturalnej”. Ciekawe, że nie zadawali ich sobie nawzajem. To pewnie byłoby znacznie ciekawsze.

Kiedyś, czytając gazety, słuchając radia, oglądając telewizję, nie wspominając o czytaniu książek, człowiek się „ukulturalniał”. Robił coraz mniej błędów w pisaniu, w wypowiedziach używał coraz poprawniejszej polszczyzny. Teraz jest tyle lapsusów wszelkiej maści, od ortograficznych, przez stylistyczne, aż po merytoryczne, że zgłupieć można. Dotyczy to wszystkich mediów, a internetu w szczególności. Do tego już się przyzwyczaiłem, ale „znany kryminalista Brunon Hołyst” zasługuje na szczególne wyróżnienie i dlatego pani z TVP Polonia, której nazwisko litościwie pominę, dostaje ode mnie moje prywatne „Złote usta”


Wasz Andrew

piątek, 10 maja 2013

Radary niczym zwierciadło

polskiej moralności




foto: Cezary Piwowarski Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana, 2.5 zlokalizowana, 2.0 zlokalizowana oraz 1.0 zlokalizowana.
 
Od jakiegoś już czasu przysłuchuję się, wbrew swojej woli zresztą, odgłosom walki o radary. Nie chcę tutaj określać swojego do nich stosunku ani analizować, dlaczego parlamentarzyści i inni wszelkiej maści politycy tak chętnie poświęcają temu czas, jakby nie brakowało im go na sprawy nieporównanie ważniejsze. Nie chcę dociekać w tym momencie, dlaczego to albo tamto. Chcę tylko zwrócić uwagę na pewien szczegół. Szczegół, ale diabeł tkwi przecież w szczegółach.

Stoi sobie radar. I co z tego? Jedzie sobie samochodzik. Co ma jedno do drugiego? Jeśli jedzie zgodnie z przepisami, co go obchodzi ile jest tych radarów, czy też jaka jest wysokość mandatów? Czemu więc tak wielu tak głośno przeciw tym radarom protestuje? Znamy przecież odpowiedź. Każdy, kto jest przeciwnikiem radarów, jest po prostu warchołem, który uważa, iż stoi ponad prawem, które jest dla innych, a nie dla niego. Gdyby myślał o sobie, jako o porządnym obywatelu, zakładałby, iż będzie jeździć zgodnie z przepisami, a wtedy radary miałby w… dużym poważaniu. Tak jednak nie jest. Publicznie potępia wariatów drogowych, ubolewa nad ofiarami wypadków przez nich spowodowanych, a w razie, gdyby ktoś rozjechał kogoś z jego bliskich, żądałby kary śmierci. Sam jednak łamie przepisy dzień w dzień i dlatego boi się tych radarów. Jeździ jak debil, który uważa się za superkierowcę, takiego z licencją na zabijanie za kierownicą. Nawet Kubica się rozwalił, i wielu innych prawdziwych mistrzów też, ale on uważa się za nieśmiertelnego, a pomyślenie o tym, że to on może kogoś zabić, przekracza po prostu możliwości jego mózgu. W dzień, w centrach dużych miast za bardzo tego nie widać, gdyż natężenie ruchu uniemożliwia takie ekscesy, ale na trasie albo wśród uroków prowincji… Codziennie widzę ciężarówki jadące dziewięćdziesiątką przez teren zabudowany, w dodatku po dziadowskich drogach, i wyprzedzające je osobówki, które lecą co najmniej 130. Jakie mają szanse w razie, gdyby nagle na jezdnię, zza stojącego na chodniku auta, wybiegło dziecko? Takie pytania są im obce. Nawet w przybliżeniu nie znają długości drogi hamowania swego pojazdu przy danej prędkości. I tacy właśnie ludzie są za ograniczeniem ilości radarów. No bo co one przeszkadzają tym rozsądnym i praworządnym? W dodatku mogą liczyć na biegłych, którzy poświadczą, iż prędkość rzędu 150 km/h i jazda na dopalaczu nic nie szkodzi, a winni są ci, którzy stanęli im na drodze.

Z radarem ze słupa nie można się „dogadać”. I to druga przyczyna jego niepopularności. Nie przekona się go łapówką, nie zastraszy znajomościami. To też wpisuje się w mentalność przeciwników radarów.

Antyradarowcy zaraz podniosą argumenty, że to albo tamto. A ja im powiem, że żyjemy w państwie demokratycznym i jeśli uważają, iż ograniczenie prędkości w danym miejscu jest niepotrzebne, to z nim powinni walczyć, po czemu są zresztą możliwości i procedury, ale im nie o to chodzi. Oni nie chcą ograniczeń dla siebie. Ograniczenia dla innych wcale im nie przeszkadzają. Oni uważają się za godnych decydowania jak i kiedy jechać. To takie polskie.

Faktem jest, że wiele znaków w naszym kraju jest bez sensu. Niedługo cały kraj będzie bez sensu. A pomagają w tym właśnie takie warchoły i ci, którzy nie zauważają, iż dają się wmanewrować w popieranie bezprawia. Ci porządni, którzy jednak sprzeciwiają się radarom, są być może jeszcze gorsi, gdyż są na tyle ślepi i głupi, że nie zauważają, iż się nimi manipuluje. To tak, jakby w ramach buntu przeciw nauce wierszy na pamięć, żądać zamknięcia szkoły.

Przemyślcie więc swoje postępowanie i zanim wypowiecie się w sprawie radarów, pomyślcie jak ta wypowiedź będzie świadczyć o Was


Wasz Andrew





czwartek, 9 maja 2013

Wyczyn Gagarina





Kargul do Pawlaka:
- Kaźmirz, ty słyszał? Wydarzenie się stało.
- Wydarzenie? Gdzie, jakie?
- Ruskie w kosmos polecieli
- Nie gadaj, wszystkie???

foto:  V.Vizu - Юрий Гагарин на граффити на бетонном заборе. Харьков, Харьковская набережная (левый берег). Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0