Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Poświata wielkości

Okładka książki Blady ogień 

Blady ogień

Vladimir Nabokov


Tytuł oryginału: Pale fire
Tłumaczenie: Stanisław Barańczak
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 357
 
 
 
 
 
Władimir Nabokow, autor znanej powszechnie Lolity, czy nie mniej cenionego Zaproszenia na egzekucję, to pisarz, należący do grona szczęśliwców, których twórczość została doceniona jeszcze za życia. Jego geniusz literacki mieścił się w granicach artystycznego zmysłu współczesnej mu populacji, stąd uznanie i pochwały, płynące pod adresem jego płodów. Oczywiście ten fakt nie dziwi, zważywszy na dzieła, jakie wydał na świat Nabokow. Pośród nich znalazło się m.in. tłumaczenie na język angielski Eugeniusza Oniegina Puszkina, do którego Nabokow dołączył pokaźnych rozmiarów, czterotomową książeczkę z notami oraz komentarzami do poszczególnych wersów. Niejakim nawiązaniem do monumentalnej pracy nad Eugeniuszem Onieginem jest powieść Blady ogień.

Blady ogień to dzieło niezwykłe oraz wyjątkowe. To cudowna kompozycja fikcji, przeplatana motywami nawiązującymi do życia oraz twórczości Nabokowa. Powieść tworzą poemat amerykańskiego poety Johna Shade’a, składający się z 999 wersów, napisany rymowanymi dystychami, podzielony na cztery pieśni oraz obszerny komentarz do tegoż poematu, będący w ogromnej mierze przypisami do wybranych wersów, autorstwa doktora Charles’a Kinbote’a.

Czytając jednak przedmowę Kinbote’a, bystry czytelnik szybko dostrzeże pewien dysonans. W tekście, który przynajmniej początkowo przyjmuje ścisły i naukowy charakter, tj. dokładnie taki, jakiego oczekuje się od literaturoznawcy, zaczynają pojawiać się zgrzyty oraz trzeszczenia. Szokują wtrącenia typu Naprzeciw mojej siedziby znajduje się okropnie hałaśliwe wesołe miasteczko, czy (...) i niech szlag trafi tę muzykę, zupełnie nie związane z przedmiotem literackich badań. Znajdując takie zdania w środku naukowego materiału, mamy prawo być odrobinę skonfundowani. A dalej wcale nie jest lepiej! W miarę posuwania się naprzód, Przedmowa zaczyna przyjmować charakter pamiętnika Kinbote’a, w którym zwierza się on nawet ze swoich nieudanych, homoseksualnych zalotów. Chaotyczna składnia sprawia, że nietrudno wyrobić sobie opinię, że Kinbote, to rasowy wariat, a ostatnia sentencja Przedmowy, w której stwierdza on, że bez moich przypisów poemat Johna Shade’a nie odzwierciedla żadnej ludzkiej rzeczywistości, ponieważ (...) rzeczywistość ta nie ma innego fundamentu prócz rzeczywistości autora, jego otoczenia, przywiązań i tym podobnych, ukazać zaś mogą ją tylko moje przypisy. Mój drogi poeta pewnie by się nie podpisał pod powyższym stwierdzeniem, ale ostatnie słowo tak czy owak należy do komentatora jest poważnym ostrzeżeniem na temat autonomii dzieła Johna Shade’a, a już na pewno sygnalizuje, że wykładnia, jaką zaproponuje nam Kinbote daleko odbiega od pierwotnych zamierzeń poety.

Sam poemat Johna Shade’a jest po prostu przepiękny. Ma on charakter autobiograficzny, poeta spowiada się czytelnikowi praktycznie z całego swojego żywota. Dowiadujemy się z niego m.in, o udanej, samobójczej próbie córki oraz, że przedmiotem zainteresowań Shade’a była śmierć oraz zagadnienie życia po życiu. Przeżywszy poważną zapaść, Shade był przeświadczony, że przez chwilę znajdował się po drugiej stronie. Po intensywnych poszukiwaniach, będących błądzeniem we własnej duszy, Shade doszedł do wniosku, że ten drugi świat musi istnieć, a świadczy o tym delikatna sieć sensu, którą tworzy artysta, bowiem:

Jeśli mój mały wszechświat ma rytm do tej pory
Równy, to i puls boskich galaktyk nie zamęt
Ma u swych podstaw, ale jambiczny pentametr.

Poeta był tak pewny swojego odkrycia o życiu po śmierci jak tego, że obudzi się kolejnego dnia o szóstej rano. Okrutny los zakpił jednak niemiłosiernie ze słów artysty, bowiem John Shade zginął przypadkowo z rąk mordercy wieczorem (wg Kinbote’a, on sam był celem zabójcy), nie dożywszy kolejnego poranka. Czyż humor Nabokowa nie jest makabryczny?

Po kilkudziesięciu stronach Bladego ognia przychodzi kolej na Komentarz Charlesa Kinbote’a, którego objętość kilkukrotnie przewyższa objętość poematu. Pierwsze zdania zacierają niemiłe wrażenie, które pozostało w czytelniku po lekturze Przedmowy. Wariat w duszy Kinbote’a został na pozór poskromiony, i zdaje się, że znów mamy do czynienia z poważnym literaturoznawcą. Ale po kilku stronach zaczynają się nieśmiałe próby, będące czymś na wzór sondy, szukające odpowiedzi na pytanie, na ile autor komentarza może sobie pozwolić wodzić czytelnika za nos. Dalej Kinbote poczyna sobie coraz śmielej. Pojawiają się dygresje niemające niemal zupełnie nic wspólnego z Bladym ogniem Shade’a. Wkrótce analiza literacka, przedzierzga się w opowieść o królu-banicie, ostatnim władcy królestwa Zemblii. Losy zbiegłego króla stają się wątkiem dominującym, a Kinbote stara się przekonać czytelnika, że poemat Shade’a powstał właśnie na kanwie przygód zbiegłego króla Zemblii, którymi to historiami Kinbote faszerował Shade’a w czasie licznych spotkań.

Jak widać, utwór, który zaserwował nam Nabokow jest po prostu unikatowy i jedyny w swoim rodzaju. Chociaż sam pisarz się przed tym wzbraniał, w książce zdają się pobrzmiewać echa jaskini Platona – czytelnik na podstawie cienia dzieła Shade’a musi zorientować się, jakie jest jego oryginalne przesłanie. Nabokow znany był z zamiłowania do szachów oraz szarad, nie dziwi więc, że nazwisko Shade w języku angielskim, w którym powstał utwór, znaczy cień. Zatem John Shade, zgodnie ze swoim nazwiskiem we własnym poemacie zaczyna przyjmować rolę cienia. Ponieważ martwy, nie może w żaden sposób bronić swojego dzieła przed działaniami zuchwałego komentatora – pozostaje ukryty, ale niejako wciąż żywy, pomiędzy strofami swojego monumentalnego wiersza. Obecność jego jest jednak o tyle problematyczna, iż nie jesteśmy w stanie ustalić, w jakim stopniu Kinbote ingerował w oryginalny tekst i jak daleko posunął się w tej ingerencji ów osobnik, zdradzający przecież tendencję do konfabulacji. Bo skoro bajdurzy, taką przynajmniej ścieżką nakazuje podążać logika, to, dlaczego nie miałby zmieniać, mieszać, wycinać, czy też ukrywać? Nasze podejrzenia potwierdza zresztą sam Kinbote, który w jednym z omawianych fragmentów wyznaje ze skruchą, że dopuścił się drobnej korekty bezczeszcząc dzieło Shade’a. Dzieło, które nie jest zastygła masą – na pracy artysty ciągle możliwe są różnorakie operacje, mające na celu uformowanie je tak, by w mniejszym lub większym stopniu odpowiadało ono poświęconym mu przypisom. Być może właśnie krocząc tą dróżką należy tłumaczyć tytuł książki – objaśnienia Kinbote’a do poematu są tylko ułudą i mirażem, bladym odbiciem żarzącego się płomienia. Kinbote jest niczym księżyc, kradnący słońcu jego blask, świecąc dzięki temu bladym ogniem.

Wydanie polskie jest również o tyle wartościowe, że zostało wzbogacone o posłowie autorstwa Leszka Engelkinga, który uważany jest za jednego z czołowych znawców twórczości Władimira Nabokowa. Dzięki profesorowi Engelkingowi poznamy okoliczności powstania utworu, przekonamy się do jak wielu motywów się on odwołuje (ciekawy jest choćby fakt, że ojciec Nabokowa, Władimir Dmitriewicz Nabokow, podobnie jak Shade, zginął od kuli, który była przeznaczona dla kogoś innego). Engelking ukaże również czytelnikowi, jakie poruszenie wywołał w literackim świecie Blady ogień, do którego ilość opracowań śmiało może konkurować choćby z Ulissesem Joyce’a. Zabawne są również przedstawione zmagania znawców literatury, prezentujących klucze, wg których należy odczytywać utwór – Kinbote, ukazywany jest najczęściej jako szaleniec (prawdopodobnie ze Skandynawii), który otaczającą go rzeczywistość przekształca w motyw zemblański. Pojawiają się również bardzo ciekawe głosy, mówiące o tym, że rzeczywistym autorem, zarówno poematu jak i całej analizy jest John Shade, który jedynie wymyślił swój zgon. Oczywiście nie obyło się od sporów, wysnuwania dowodów na poparcie swoich hipotez, etc. Wydaje mi się, jeśli przyjąć tezę Shade’a o życiu po śmierci, że Nabokow musi wręcz pokładać się ze śmiechu, obserwując zmagania literaturoznawców z całego świata, próbujących zgłębić wszystkie sekrety jego prozy. Książka Blady ogień jest wg mnie niezwykle udanym żartem i kpiną amerykańskiego pisarza o rosyjskich korzeniach. Wystarczy popatrzeć na polskie wydanie: mamy tutaj poemat (autentyczny, bardzo piękny zresztą), autora Johna Shade’a (fikcyjnego, bowiem takowy poeta nie istniał), komentarz i przedmowę (obie autentyczne, choć mocno zwariowane), kolejnego autora Kinbote’a (fikcyjnego), do tego posłowie (autentyczne i bardzo wartościowe) oraz ostatniego już autora prof. Engelkinga (postać autentyczną, egzystującą w naszej rzeczywistości) – patrząc na ten cały misz-masz, uwzględniając kłótnie, co do tożsamości autora poematu i komentarza (dziwne, że w całej dyskusji nikt nie zauważył, że autorem jest Nabokow), trudno jest nie spojrzeć na wygłupy badaczy z nutką ironii. Czytając nawet poważnego profesora Engelkinga, mimowolnie zaczynają pojawiać się skojarzenia z Kinbote’m.

Reasumując, lektura Bladego ognia Władimira Nabokowa to piękna przygoda po jednym z wielu literackich światów. Pisarz zaskakuje wyobraźnią oraz pomysłowością, tworząc dzieło niesamowicie oryginalne i mocno zagmatwane, jakby chcąc potwierdzić własne słowa, że coś takiego jak powieść w ogóle nie istnieje. Kontakt z książką zapewnia zarówno doznania estetyczne (uroczy poemat Shade’a) jak i masę śmiechu i dobrej zabawy (przypisy Kinbote’a). Intrygujące jest także posłowie Engelkinga, które w dziele Nabokowa pozwala odnaleźć nawet nutkę spirytyzmu oraz echa zaświatowości. Uważam, że powieść w pełni zasługuje na uznanie, jakim cieszy się na całym świecie.

P.S.
Mój Blady ogień udało nabyć mi się w Empiku w ramach akcji 1+1, czyli dwóch książek w cenie jednej (tej droższej).

Cytat na niedzielę



"Gdyby zwierzę zabiło z premedytacją, byłby to ludzki odruch."

Stanisław Jerzy Lec

Czy ktoś wie, z  jakiej publikacji  ta sentencja pochodzi?

sobota, 13 kwietnia 2013

Na co 1% podatku?



Nadchodzi ostateczny termin rozliczenia rocznego. Jeśli dotąd nie zdecydowaliście na co przeznaczyć swój 1% podatku, to Was rozumiem. Ostatnio mam coraz większe wątpliwości, co do celowości wspierania fundacji mających wyręczać państwo w jego zadaniach, i do wielu innych też. Może takie wyjście będzie rozwiązaniem - bezpośrednie wsparcie dla placówki zajmującej się konkretną ochroną i ratowaniem zagrożonych gatunków: Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt Chronionych w Przemyślu.


czwartek, 11 kwietnia 2013

Stuart In Action i nieoczekiwane znalezisko


 

Steve Zaloga 

STUART 

U.S. Light Tanks in Action 

squadron/signal publications 
ARMOR NO. 18

Dziś przedstawiam kolejną broszurę z serii ARMOR wydawnictwa squadron/signal, jak się można domyślić z tytułu, poświęconą głównie czołgom lekkim Stuart, ale nie tylko, gdyż w podtytule mamy informację, iż będziemy się mogli zapoznać nie wyłącznie z jedną konstrukcją i jej linią rozwojową, ale i ogólniej; z lekkimi czołgami amerykańskimi II Wojny Światowej.

Zawsze zadziwia mnie ten cykl wydawniczy; ile informacji i zdjęć można zmieścić na 50 stronach; jak przemyślany wybór pomiędzy tym, co zostawić, a tym, co odrzucić, może skutkować sukcesem i sporą ilością wiedzy, którą udało się zawrzeć w tak skromnej objętościowo publikacji.

Dzięki książeczce poznamy przedwojennych protoplastów czołgów lekkich Stuart, rozwój tej ostatniej konstrukcji pod wpływem rosnących wymagań pól bitewnych II Wojny, aż po krótką historię następcy Stuartów, czyli lekkiego czołgu M24 Chaffee, który jednakowoż był całkiem nową konstrukcją nie będącą pod względem zastosowanych rozwiązań kontynuacją M3/M5 Stuart.

W mojej ocenie publikacja jest bardzo udana. Zdjęcia dobrane z dużym wyczuciem i znawstwem, a zasób wiedzy, o czym już wspomniałem, niesamowity, biorąc pod uwagę objętość wydania. Oczywiście nie jest to pozycja godna polecenia miłośnikom romansów, ale dla zainteresowanych bronią pancerną, II Wojną, czy w ogóle zainteresowanych techniką lub historią, jest ta pozycja wydawnicza warta poznania.

Wielu „historyków” uważa, że takie informacje nie są im potrzebne. Wystarczą im relacje i liczby. Ja się z tym nie zgadzam. Wiedza o datach i nazwiskach to nie jest historia. W gromadzeniu jej, wyszukiwaniu i podawaniu na życzenie, i tak nigdy człowiek nie prześcignie komputera. Nie mylmy narzędzia z działalnością. To nie pług orze pole, ale rolnik przy pomocy pługa. To nie znajomość faktów czyni historyka, ale jest ona jego narzędziem. Nie jedynym, jeśli historyk ma być cokolwiek wart.

Prawdziwa historia jako nauka, to dla mnie poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które wciąż się pojawiają przy ustalaniu przyczyn i skutków zdarzeń, które zaistniały. Nowe odpowiedzi rodzą nowe pytania i tak w kółko. Może nie aż tak, jak w matematyce czy fizyce, ale podobnie. A odpowiedzi czasami przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach, z najmniej spodziewanych miejsc.

Polacy byli najlepszymi pilotami na świecie. Prawie każdy słyszał ten durny slogan. Durny już z samej swej konstrukcji. Od razu można zapytać - kiedy? Od razu można zapytać - w jakiej kategorii? Wiadomo, że takie oceny łechcą dumę wszystkich nieudaczników, którzy własnej wartości nie czując, muszą się pod coś podczepić i nie jest ważne, czy to Legia, Małysz, czy polscy lotnicy. Co to ma wszystko wspólnego z amerykańskim czołgiem lekkim? Spójrzcie na zdjęcie poniżej pochodzące z omawianej publikacji. Czy ci amerykańscy piloci, których maszyny widzimy ponad formacją czołgów, nie byli aby co najmniej równie szaleni i dobrzy w swym fachu co nasi? Nieoczekiwane odpowiedzi w nieoczekiwanych okolicznościach.

 (kliknij aby powiększyć)


Czołg lekki nie jest specjalnie popularnym tematem. Większość pancerniaków podnieca się czołgami ciężkimi, tą potęgą ognia, silników i pancerza. Wielu myśli, iż ta gałąź genealogiczna broni pancernej, której przedstawicielem był Stuart, obumarła całkowicie, gdyż na dzisiejszych teatrach działań wojennych królują MBT (Main Battle Tank), które w prostej linii wywodzą się od Tygrysa, jak Abrams, Leopard, Leclerc czy Challenger. Tak jednak nie jest. Historia znów mrugnęła oczkiem. Spójrzcie na niemiecki lekki pojazd gąsienicowy Wiesel poniżej. Niczego Wam nie przypomina?

(Niemiecki pojazd pancerny Wiesel zdjęcie: Nick-D Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0)

No – dość tych dygresji. By jakoś w miarę zgrabnie zakończyć, podkreślę, iż pomimo pozornie niezbyt porywającego tematu i niewielkiej objętości, lektura tego zeszytu i zapoznanie się z zawartymi w nim zdjęciami to rzecz ciekawa. Polecam wszystkim, którzy choć trochę interesując się tematyką


Wasz Andrew



(kliknij aby powiększyć)







środa, 10 kwietnia 2013

Si vis pacem para bellum






Nowa wersja starej maksymy (na miarę naszych czasów):

"Zawsze bądź przygotowany do wojny (…) ale wydaj tylko tyle, by wygrać ją od razu."


Christopher Whitcomb Czarne

wtorek, 9 kwietnia 2013

Śmiertelna wagina

Okładka książki Morawagin 

Morawagin

Blaise Cendrars


Tytuł oryginału: Moravagine
Tłumaczenie: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 234
 
 
 
 
 
Obsesja, inaczej natręctwo, to rodzaj zaburzeń, których objawami są irracjonalne myśli połączone przekonaniem o ich absurdalności oraz głęboką chęcią uwolnienia się od nich. Jeśli chodzi o etymologię tego słowa, to wywodzi się ono z łacińskiego obsessio, oznaczającego zamknięcie, otoczenie, opętanie. Książka Morawagin, autorstwa Blaise’a Cendrarsa ukazała się w roku 1926 na łamach paryskiego wydawnictwa Grasset, jednak bohater książki towarzyszył pisarzowi już w okopach I Wojny Światowej, podczas której Cendrars stracił prawą rękę. Pomysł opisania przygód tego niezwykłego osobnika, którego pierwowzorem był pewien gwałciciel dwóch dziewczynek spotkany w 1907 roku w Bernie, przez długie lata dojrzewał i kwitł w umyśle jego twórcy. Ale Cedrars przez ogrom czasu pozostawał bezpłodny, natomiast Morawagin stawał się na tyle przytłaczający i bezlitosny, zajmując niemal całą przestrzeń wyobraźni, że jedyną okazją na pozbycie się go i uwolnienie się od jego męczącej i bezustannej obecności stało się spłodzenie książki, dzięki której Morawagin opuścił umysłową macicę Cedrarsa.

Początek XX wieku. W medycynie panują czasy Wielkiej Histerii, jak zgrabnie narrator Rajmund określa zainteresowanie chorobami nerwowymi, w leczeniu i diagnozowaniu których prym wiódł austriacki lekarz i neurolog Zygmunt Freud. Ów tajemniczy narrator to specjalista od chorób podświadomości właśnie, jednak daleko mu do prezentowania oficjalnych poglądów. W jego opinii psychoanaliza Freuda to wydumana, wyssana z palca, sentymentalna, choć określana mianem racjonalnej, symbolika nabytych bądź wrodzonych lapsusów podświadomości, osobliwa księga snów na użytek psychiatrów. Za bardzo koncentruje się ona na skutkach, zamiast na przyczynach. Ponadto aberracja umysłowa, choroba, postrzegana jest z gruntu jako stan anormalny, szkodliwy i niepożądany, który trzeba natychmiast zahamować, a w następnej kolejności zlikwidować. Tymczasem narrator uważa, że owe choroby to znamiona stanu aktywności, który powszechnie określa się mianem życia. Ba, być może choroby to przejściowy, pośredni, przyszły stan zdrowia? A może to właśnie one są zdrowiem? Być może samo zdrowie to pewien szczególny, najczęściej chwilowy, aspekt stanu chorobowego? Bo w końcu to właśnie zbiorowe neurozy, choroby woli stają się wyznacznikami epoki ewolucji człowieka. Jak widać, już pierwsze strony stają się swoistym ostrzeżeniem dla czytelnika przed wycieczką w szaleństwo, jakim niewątpliwie jest dalsza lektura.

Narrator, tuż po ukończeniu studiów medycznych udaje się do sanatorium Waldensee w Szwajcarii, w którym wszelakiej maści bogaci oraz wpływowi wariaci spędzają całe dnie izolacji od świata zewnętrznego. Dyrektorem ośrodka jest popularny oraz ceniony doktor Stein, wielki zwolennik freudowskiej psychoanalizy. Nietrudno odgadnąć, że narrator, zatrudniając się w Waldensee kierował się osobliwymi pobudkami, a jego zamierzenia są raczej podłe oraz mało szlachetne. Uważając, że psychiatrzy najczęściej odcinają od świata fizjologicznych geniuszy, nosicieli i zwiastunów przyszłego zdrowia, narrator podejmuje się udanej próby uwolnienia pacjenta, który wywarł na nim zdecydowanie największe wrażenie. Morawagin to niepozorny człeczyna, niewielkiego wzrostu i mizernego wyglądu, chromiejący na jedną nogę, wiecznie zamyślony, błąkający się wspomnieniami gdzieś hen daleko, docierając z nimi w odległą przeszłość, gdzie wg własnych słów wiódł żywot na dworze królewskim, jako dziedzic króla Węgier. Bohater popada w zupełną fascynację tym obłąkanym człowiekiem, który potrafi z niewzruszonym spokojem na oczach personelu medycznego upuścić nieco swego życiodajnego nasienia do słoiczka z pływającą w nim rybką. Morawagin zostaje zatem wypuszczony na wolność, jego ruchy przestają krępować ciasne mury jego luksusowej celi, świat nareszcie staje otworem. Młody doktor oraz jego małpa, psychiczna bestia zaczynają wielką pielgrzymkę po całym globie.

Morawagin oraz narrator trafiają do Rosji, która w latach 1904 – 1908 ogarnięta była rewolucyjną gorączką. Niemal z miejsca obaj zostają czołowymi oraz bezkompromisowymi terrorystami. Werbują ludzi, zakładają kolejne oczka siatki swojej organizacji, przygotowują ambitne plany obalenia imperium, próbują dokonać zamachu na samego cara. Po niepowodzeniu rewolucji, obaj cudem uciekają do USA, gdzie przedzierzgają się w poszukiwaczy złota na amerykańskiej prerii. Następnie lądują w samym środku amazońskiej dżungli, gdzie Morawagin zaczyna tworzyć populację feministyczną oraz doprowadza do wybuchu seksualnej rewolucji. Salwując się ucieczką trafiają ponownie do Europy, gdzie zajmują się konstrukcją samolotów, przeżywając głęboką fascynację powszechną industrializacją. Później przychodzi jeszcze I Wojna Światowa, która rozdziela Don Kichota i jego Sancho Pansę. Finalnie narrator odnajduje Morawagina w Ośrodku Neurologicznym, by towarzyszyć mu w ostatnich momentach żywota.

Wydaje się, że narrator wypuścił Morawagina, by wspólnie z nim siać zamęt, niszczyć ustalony porządek rzeczy, burzyć normy i obyczaje. Lekarz psychiatrii, który wydaje się niewiele mniej szalony niż uwolniony przez niego pacjent, praktycznie na każdy temat ma spojrzenie zupełnie inne, niż normalny, zdrowy obywatel. Miłość to rodzaj ciężkiego zatrucia i nałogu, który pragnie się dzielić z drugą osobą. To destrukcyjna namiętność, potrzeba samounicestwienia, która niszczy, upośledza, wyjaławia, wycieńcza, okalecza, sieje spustoszenie w mózgu, objawia się nadpobudliwością błon śluzowych i zachwianiem równowagi naczyniowo-ruchowej, jest źródłem zbrodni, aktów zemsty, kłamstw i zdrady. Miłość w opinii narratora jest zatem niczym entropia - bogini chaosu dążąca do zupełnej anihilacji osób owładniętych tym uczuciem. Niewiele lepsze zdanie posiada narrator na temat kobiet, które są dla niego uosobieniem oraz nosicielem nieszczęścia. Płeć piękna, wydająca na świat potomstwo, odpowiedzialna jest za istnienie, byt, który jest wyłącznie mozolnym łańcuchem cierpienia, zakończonym śmiercią. Mimo to niemal wszystkie cywilizacje kobiety gloryfikują, doprowadzając się tym samym do powolnego upadku. Mężczyźni spychani są tymczasem na drugi plan, pochłonięci wzajemną walką o względy niewiast, przez które zostali opętani.

Fascynująca oraz niezwykle trafna jest również tzw. zasada użyteczności, którą prezentuje narrator przy okazji podróży do Ameryki. Wszelaka działalność człowieka, począwszy od prehistorycznych kamiennych siekier, skończywszy na drapaczach chmur, sprowadza się do aktywności praktycznej. Produkowane przedmioty muszą być użyteczne, przydatne. Wyrazem zasady użyteczności jest również monokultura, dokonująca monstrualnych przeobrażeń współczesnego świata, zaspokajając tym samym ludzką potrzebę upraszczania, eliminacji zbędnych ogniw. Autor ironicznie i znakomicie zaprezentował ów ludzki pęd ku nicości, rewolucję zabijającą metafizykę w imię materializmu, która przecież nadal rozgrywa się na naszych oczach, przyjmując postać m.in. szalonego konsumpcjonizmu.

Ciekawy jest również sam tytuł, będący nazwiskiem głównego bohatera. Moravagine, można utworzyć z słów: mors (z łac. śmierć) + vagina (z łac. pochwa). Neologizm dość adekwatny do poglądów narratora, mówiących o tym, że kobieta, symbolizowana przez pochwę (drogę, którą pokonuje nasienie w podróży do finalnego połączenia z komórką jajową, będącą równocześnie miejscem, przez które nowe życie przychodzi na świat) jest nosicielką istoty z góry skazanej na przyszłą zagładę, śmierć, której życie przepełnione będzie bólem i cierpieniem. To dość obrazoburcze spojrzenie na akt narodzin, które przecież w powszechnej świadomości traktowane są jako wielkie szczęście, łaska, etc.

Reasumując krótko, Morawagin to lektura bardzo specyficzna. Na pewno ciekawa, doprawiona szczyptą szaleństwa oraz ogromną ilością ironii, sprawia, że czytelnik dość często uśmiecha się pod nosem, poznając kolejne losy niezwykłego duetu. Wiele idei wyłożonych w powieści nawet dzisiaj szokuje, więc z pewnością nie dziwi wpis autora z pierwszej strony, na której Cendrars zadedykował książką swojemu wydawcy. Proza francuskiego pisarza jest również o tyle interesująca, że fikcja bardzo gęsto jest w niej przeplatana rzeczywistością. W pewnym momencie w powieści pojawia się postać samego Cendrarsa, a część zdarzeń w których uczestniczy, rzeczywiście miała miejsce w jego życiu. Wydaje się, że w ten sposób ten nieszablonowy artysta pragnął podtrzymać własną legendę człowieka-awanturnika. Tak, czy owak, lekturę uważam za godną polecenia – zresztą sam Henry Miller napisał o niej następujące słowa: Iskrząca się masa poetycka dedykowana archipelagom bezsenności.

Po co pisać?






"… nie szczędzimy trudu, by pisać książki, które i tak nie zmienią świata, niezależnie od tego, ile włożono w nie talentu i wysiłku, najbardziej szalonych idei."


Michael Cunningham Godziny

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Czarne






Christopher Whitcomb

Czarne

(oryg. Black)

Wydawnictwo Wołoszański 2006

Jakoś tak przypadkiem, podczas wizyty w bibliotece, przykolegowała się do mnie powieść Czarne Christophera Whitcomba. Już po kilku, może kilkunastu stronach zacząłem odczuwać coraz silniejsze wrażenie, iż albo ją czytałem, albo oglądałem film na jej podstawie nakręcony. Spojrzałem na notkę wydawcy, dalej niczego nie byłem pewny. Nie chciało mi się dociekać, więc przeczytałem powieść do końca i prawie do ostatniej chwili nie mogłem sobie przypomnieć jej epilogu. Po skończeniu lektury byłem już pewny, iż książkę musiałem przeczytać dawno temu, jeszcze przed tym, jak wpadłem na pomysł, by o każdej pisać recenzję. Zajrzałem do listy sprzed lat, którą przez pewien czas kiedyś prowadziłem i w której zapisywałem; co czytałem i jaką ocenę wystawiłem w tradycyjnej skali od 2 do 5. Wszystko mi się przypomniało.

Christopher Whitcomb, amerykański pisarz, spędził ponad 15 lat w FBI, gdzie brał udział w sprawach takich jak Waco Siege, LA Riots, i Ruby Ridge, które odbiły się głośnym echem nie tylko w USA. Zadebiutował książką Zimy strzał (Cold Zero: Inside the Hostage Rescue Team), w której wykorzystał swe wspomnienia ze służby w HRT. Lektura spodobała mi się na tyle, iż przeczytałem również jego następne produkcje Czarne (Black) i Białe (White). Z żadnej z nich nic już dziś nie pamiętam, co w pewnym sensie też jest jakąś oceną, choć przy wszystkich kiedyś, na gorąco, napisałem bdb. Dodam jeszcze, iż przypomniałem sobie, że debiut, może dlatego, że oparty na faktach, wypadł zdecydowane lepiej niż powieściowy tandem B&W.

Cóż dodać o samej powieści Czarne? Nie sugerujcie się absolutnie notkami, które znajdziecie na jej okładce lub na stronach dystrybutorów. Z niektórych nawet domniemywam, iż ich autorzy w ogóle nie czytali tej książki. Jest to pozornie wielowątkowa historia, której główne postacie to snajper HRT, kandydatka na fotel prezydencki USA, pewien ekscentryczny megabogacz i tajemnicza piękna kobieta. Pozornie, gdyż potem wszystko się ze sobą łączy. Od początku czujemy, iż mamy w ręku jak najbardziej klasyczną sensację, ale na czym polega intryga i jak się rozwinie nie będę Wam zdradzał. Byłoby to nie fair wobec przyszłych czytelników. Pióro Whitcomba nie jest złe, ale żadnego wkładu w rozwój literatury na pewno nie wniesie. Daleko mu pod tym względem nawet do takich klasyków gatunku, jak Ludlum z jego Bourne’m czy Morrell z jego bractwami, choć i oni raczej do literatury prawdziwie pięknej zaliczani nie są. Mocną stroną powieści jest to wszystko, co wiąże się z wątkiem snajpera i FBI HRT. Widać od razu, że facet wie o czym pisze. Niestety, pozostałe elementy nie są już tak przekonujące, podobnie jak całość fabuły. Bardzo ważki, realny i warty popularyzacji jest motyw wiodący na którym opiera się intryga, czyli spostrzeżenie, iż obecnie coraz więcej prywatnych dysponentów kapitału ma środki większe niż wszystkie państwa świata razem wzięte za wyjątkiem kilku największych. Jakie to rodzi reperkusje, gdy państwo stanie do walki z wielką firmą, nietrudno sobie wyobrazić i aż dziw, że politycy nadal bezkarnie szermują hasłami narodowymi i państwowymi, a ludzie w to wszystko wierzą. Niestety, niezbyt przekonująca intryga i naciągany epilog odbierają tej prawdziwej przecież tezie wiarygodność. Jakby tego było mało, aspekt namacalności realiów militarnych, który tygrysy lubią najbardziej, i który mógłby przyćmić inne niedostatki, jest osłabiany przez ewidentne błędy. Dotyczy to zresztą nie tylko warstwy sprzętowo-zbrojeniowej. Czy są te potknięcia winą tłumacza, czy autora, nie ma znaczenia, ale jak się czyta o karabinie UZI, o rzucaniu sobie wiecznych piór, o wyważaniu drzwi za pomocą granatów, to się można załamać. Kto choć trochę wie o obroni, ten komentując "karabin UZI" najpewniej użyje słów powszechnie uznawanych za wulgarne i obelżywe. Kto choć raz rzucił koledze wieczne pióro, ten wie, czym się taki eksperyment kończy i dlaczego lepiej robić to z długopisem. Kto miał do czynienia z granatem, lub choćby oglądał jakiś film dokumentalny na ten temat, ten nie będzie próbował go używać do wyważania drzwi. Szkoda, gdyż błędy te, wprost trywialne, niepotrzebnie ujmują wiele z punktów, które by książce można przyznać. Czytelnik mający dużą wiedzę o broni doceni miejsca, gdzie błędów nie ma, ale jak ma autorowi wierzyć ktoś, kto obycia w temacie nie ma, a i tak wyłapie błędy nawet dla niego zauważalne?

Pomimo tych wszystkich wad, można po tę książkę sięgnąć. Nie namawiam, by jej specjalnie szukać, ale pewnie jest w większości bibliotek, więc jeśli ją spotkacie, możecie spróbować. Nie ma żadnego ryzyka. Czy się Wam spodoba, czy nie, i tak ją pewnie doczytacie do końca, gdyż wciąga, zwłaszcza na początku, a potem pewnie i tak zapomnicie

Wasz Andrew