Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 10 kwietnia 2013

Si vis pacem para bellum






Nowa wersja starej maksymy (na miarę naszych czasów):

"Zawsze bądź przygotowany do wojny (…) ale wydaj tylko tyle, by wygrać ją od razu."


Christopher Whitcomb Czarne

wtorek, 9 kwietnia 2013

Śmiertelna wagina

Okładka książki Morawagin 

Morawagin

Blaise Cendrars


Tytuł oryginału: Moravagine
Tłumaczenie: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 234
 
 
 
 
 
Obsesja, inaczej natręctwo, to rodzaj zaburzeń, których objawami są irracjonalne myśli połączone przekonaniem o ich absurdalności oraz głęboką chęcią uwolnienia się od nich. Jeśli chodzi o etymologię tego słowa, to wywodzi się ono z łacińskiego obsessio, oznaczającego zamknięcie, otoczenie, opętanie. Książka Morawagin, autorstwa Blaise’a Cendrarsa ukazała się w roku 1926 na łamach paryskiego wydawnictwa Grasset, jednak bohater książki towarzyszył pisarzowi już w okopach I Wojny Światowej, podczas której Cendrars stracił prawą rękę. Pomysł opisania przygód tego niezwykłego osobnika, którego pierwowzorem był pewien gwałciciel dwóch dziewczynek spotkany w 1907 roku w Bernie, przez długie lata dojrzewał i kwitł w umyśle jego twórcy. Ale Cedrars przez ogrom czasu pozostawał bezpłodny, natomiast Morawagin stawał się na tyle przytłaczający i bezlitosny, zajmując niemal całą przestrzeń wyobraźni, że jedyną okazją na pozbycie się go i uwolnienie się od jego męczącej i bezustannej obecności stało się spłodzenie książki, dzięki której Morawagin opuścił umysłową macicę Cedrarsa.

Początek XX wieku. W medycynie panują czasy Wielkiej Histerii, jak zgrabnie narrator Rajmund określa zainteresowanie chorobami nerwowymi, w leczeniu i diagnozowaniu których prym wiódł austriacki lekarz i neurolog Zygmunt Freud. Ów tajemniczy narrator to specjalista od chorób podświadomości właśnie, jednak daleko mu do prezentowania oficjalnych poglądów. W jego opinii psychoanaliza Freuda to wydumana, wyssana z palca, sentymentalna, choć określana mianem racjonalnej, symbolika nabytych bądź wrodzonych lapsusów podświadomości, osobliwa księga snów na użytek psychiatrów. Za bardzo koncentruje się ona na skutkach, zamiast na przyczynach. Ponadto aberracja umysłowa, choroba, postrzegana jest z gruntu jako stan anormalny, szkodliwy i niepożądany, który trzeba natychmiast zahamować, a w następnej kolejności zlikwidować. Tymczasem narrator uważa, że owe choroby to znamiona stanu aktywności, który powszechnie określa się mianem życia. Ba, być może choroby to przejściowy, pośredni, przyszły stan zdrowia? A może to właśnie one są zdrowiem? Być może samo zdrowie to pewien szczególny, najczęściej chwilowy, aspekt stanu chorobowego? Bo w końcu to właśnie zbiorowe neurozy, choroby woli stają się wyznacznikami epoki ewolucji człowieka. Jak widać, już pierwsze strony stają się swoistym ostrzeżeniem dla czytelnika przed wycieczką w szaleństwo, jakim niewątpliwie jest dalsza lektura.

Narrator, tuż po ukończeniu studiów medycznych udaje się do sanatorium Waldensee w Szwajcarii, w którym wszelakiej maści bogaci oraz wpływowi wariaci spędzają całe dnie izolacji od świata zewnętrznego. Dyrektorem ośrodka jest popularny oraz ceniony doktor Stein, wielki zwolennik freudowskiej psychoanalizy. Nietrudno odgadnąć, że narrator, zatrudniając się w Waldensee kierował się osobliwymi pobudkami, a jego zamierzenia są raczej podłe oraz mało szlachetne. Uważając, że psychiatrzy najczęściej odcinają od świata fizjologicznych geniuszy, nosicieli i zwiastunów przyszłego zdrowia, narrator podejmuje się udanej próby uwolnienia pacjenta, który wywarł na nim zdecydowanie największe wrażenie. Morawagin to niepozorny człeczyna, niewielkiego wzrostu i mizernego wyglądu, chromiejący na jedną nogę, wiecznie zamyślony, błąkający się wspomnieniami gdzieś hen daleko, docierając z nimi w odległą przeszłość, gdzie wg własnych słów wiódł żywot na dworze królewskim, jako dziedzic króla Węgier. Bohater popada w zupełną fascynację tym obłąkanym człowiekiem, który potrafi z niewzruszonym spokojem na oczach personelu medycznego upuścić nieco swego życiodajnego nasienia do słoiczka z pływającą w nim rybką. Morawagin zostaje zatem wypuszczony na wolność, jego ruchy przestają krępować ciasne mury jego luksusowej celi, świat nareszcie staje otworem. Młody doktor oraz jego małpa, psychiczna bestia zaczynają wielką pielgrzymkę po całym globie.

Morawagin oraz narrator trafiają do Rosji, która w latach 1904 – 1908 ogarnięta była rewolucyjną gorączką. Niemal z miejsca obaj zostają czołowymi oraz bezkompromisowymi terrorystami. Werbują ludzi, zakładają kolejne oczka siatki swojej organizacji, przygotowują ambitne plany obalenia imperium, próbują dokonać zamachu na samego cara. Po niepowodzeniu rewolucji, obaj cudem uciekają do USA, gdzie przedzierzgają się w poszukiwaczy złota na amerykańskiej prerii. Następnie lądują w samym środku amazońskiej dżungli, gdzie Morawagin zaczyna tworzyć populację feministyczną oraz doprowadza do wybuchu seksualnej rewolucji. Salwując się ucieczką trafiają ponownie do Europy, gdzie zajmują się konstrukcją samolotów, przeżywając głęboką fascynację powszechną industrializacją. Później przychodzi jeszcze I Wojna Światowa, która rozdziela Don Kichota i jego Sancho Pansę. Finalnie narrator odnajduje Morawagina w Ośrodku Neurologicznym, by towarzyszyć mu w ostatnich momentach żywota.

Wydaje się, że narrator wypuścił Morawagina, by wspólnie z nim siać zamęt, niszczyć ustalony porządek rzeczy, burzyć normy i obyczaje. Lekarz psychiatrii, który wydaje się niewiele mniej szalony niż uwolniony przez niego pacjent, praktycznie na każdy temat ma spojrzenie zupełnie inne, niż normalny, zdrowy obywatel. Miłość to rodzaj ciężkiego zatrucia i nałogu, który pragnie się dzielić z drugą osobą. To destrukcyjna namiętność, potrzeba samounicestwienia, która niszczy, upośledza, wyjaławia, wycieńcza, okalecza, sieje spustoszenie w mózgu, objawia się nadpobudliwością błon śluzowych i zachwianiem równowagi naczyniowo-ruchowej, jest źródłem zbrodni, aktów zemsty, kłamstw i zdrady. Miłość w opinii narratora jest zatem niczym entropia - bogini chaosu dążąca do zupełnej anihilacji osób owładniętych tym uczuciem. Niewiele lepsze zdanie posiada narrator na temat kobiet, które są dla niego uosobieniem oraz nosicielem nieszczęścia. Płeć piękna, wydająca na świat potomstwo, odpowiedzialna jest za istnienie, byt, który jest wyłącznie mozolnym łańcuchem cierpienia, zakończonym śmiercią. Mimo to niemal wszystkie cywilizacje kobiety gloryfikują, doprowadzając się tym samym do powolnego upadku. Mężczyźni spychani są tymczasem na drugi plan, pochłonięci wzajemną walką o względy niewiast, przez które zostali opętani.

Fascynująca oraz niezwykle trafna jest również tzw. zasada użyteczności, którą prezentuje narrator przy okazji podróży do Ameryki. Wszelaka działalność człowieka, począwszy od prehistorycznych kamiennych siekier, skończywszy na drapaczach chmur, sprowadza się do aktywności praktycznej. Produkowane przedmioty muszą być użyteczne, przydatne. Wyrazem zasady użyteczności jest również monokultura, dokonująca monstrualnych przeobrażeń współczesnego świata, zaspokajając tym samym ludzką potrzebę upraszczania, eliminacji zbędnych ogniw. Autor ironicznie i znakomicie zaprezentował ów ludzki pęd ku nicości, rewolucję zabijającą metafizykę w imię materializmu, która przecież nadal rozgrywa się na naszych oczach, przyjmując postać m.in. szalonego konsumpcjonizmu.

Ciekawy jest również sam tytuł, będący nazwiskiem głównego bohatera. Moravagine, można utworzyć z słów: mors (z łac. śmierć) + vagina (z łac. pochwa). Neologizm dość adekwatny do poglądów narratora, mówiących o tym, że kobieta, symbolizowana przez pochwę (drogę, którą pokonuje nasienie w podróży do finalnego połączenia z komórką jajową, będącą równocześnie miejscem, przez które nowe życie przychodzi na świat) jest nosicielką istoty z góry skazanej na przyszłą zagładę, śmierć, której życie przepełnione będzie bólem i cierpieniem. To dość obrazoburcze spojrzenie na akt narodzin, które przecież w powszechnej świadomości traktowane są jako wielkie szczęście, łaska, etc.

Reasumując krótko, Morawagin to lektura bardzo specyficzna. Na pewno ciekawa, doprawiona szczyptą szaleństwa oraz ogromną ilością ironii, sprawia, że czytelnik dość często uśmiecha się pod nosem, poznając kolejne losy niezwykłego duetu. Wiele idei wyłożonych w powieści nawet dzisiaj szokuje, więc z pewnością nie dziwi wpis autora z pierwszej strony, na której Cendrars zadedykował książką swojemu wydawcy. Proza francuskiego pisarza jest również o tyle interesująca, że fikcja bardzo gęsto jest w niej przeplatana rzeczywistością. W pewnym momencie w powieści pojawia się postać samego Cendrarsa, a część zdarzeń w których uczestniczy, rzeczywiście miała miejsce w jego życiu. Wydaje się, że w ten sposób ten nieszablonowy artysta pragnął podtrzymać własną legendę człowieka-awanturnika. Tak, czy owak, lekturę uważam za godną polecenia – zresztą sam Henry Miller napisał o niej następujące słowa: Iskrząca się masa poetycka dedykowana archipelagom bezsenności.

Po co pisać?






"… nie szczędzimy trudu, by pisać książki, które i tak nie zmienią świata, niezależnie od tego, ile włożono w nie talentu i wysiłku, najbardziej szalonych idei."


Michael Cunningham Godziny

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Czarne






Christopher Whitcomb

Czarne

(oryg. Black)

Wydawnictwo Wołoszański 2006

Jakoś tak przypadkiem, podczas wizyty w bibliotece, przykolegowała się do mnie powieść Czarne Christophera Whitcomba. Już po kilku, może kilkunastu stronach zacząłem odczuwać coraz silniejsze wrażenie, iż albo ją czytałem, albo oglądałem film na jej podstawie nakręcony. Spojrzałem na notkę wydawcy, dalej niczego nie byłem pewny. Nie chciało mi się dociekać, więc przeczytałem powieść do końca i prawie do ostatniej chwili nie mogłem sobie przypomnieć jej epilogu. Po skończeniu lektury byłem już pewny, iż książkę musiałem przeczytać dawno temu, jeszcze przed tym, jak wpadłem na pomysł, by o każdej pisać recenzję. Zajrzałem do listy sprzed lat, którą przez pewien czas kiedyś prowadziłem i w której zapisywałem; co czytałem i jaką ocenę wystawiłem w tradycyjnej skali od 2 do 5. Wszystko mi się przypomniało.

Christopher Whitcomb, amerykański pisarz, spędził ponad 15 lat w FBI, gdzie brał udział w sprawach takich jak Waco Siege, LA Riots, i Ruby Ridge, które odbiły się głośnym echem nie tylko w USA. Zadebiutował książką Zimy strzał (Cold Zero: Inside the Hostage Rescue Team), w której wykorzystał swe wspomnienia ze służby w HRT. Lektura spodobała mi się na tyle, iż przeczytałem również jego następne produkcje Czarne (Black) i Białe (White). Z żadnej z nich nic już dziś nie pamiętam, co w pewnym sensie też jest jakąś oceną, choć przy wszystkich kiedyś, na gorąco, napisałem bdb. Dodam jeszcze, iż przypomniałem sobie, że debiut, może dlatego, że oparty na faktach, wypadł zdecydowane lepiej niż powieściowy tandem B&W.

Cóż dodać o samej powieści Czarne? Nie sugerujcie się absolutnie notkami, które znajdziecie na jej okładce lub na stronach dystrybutorów. Z niektórych nawet domniemywam, iż ich autorzy w ogóle nie czytali tej książki. Jest to pozornie wielowątkowa historia, której główne postacie to snajper HRT, kandydatka na fotel prezydencki USA, pewien ekscentryczny megabogacz i tajemnicza piękna kobieta. Pozornie, gdyż potem wszystko się ze sobą łączy. Od początku czujemy, iż mamy w ręku jak najbardziej klasyczną sensację, ale na czym polega intryga i jak się rozwinie nie będę Wam zdradzał. Byłoby to nie fair wobec przyszłych czytelników. Pióro Whitcomba nie jest złe, ale żadnego wkładu w rozwój literatury na pewno nie wniesie. Daleko mu pod tym względem nawet do takich klasyków gatunku, jak Ludlum z jego Bourne’m czy Morrell z jego bractwami, choć i oni raczej do literatury prawdziwie pięknej zaliczani nie są. Mocną stroną powieści jest to wszystko, co wiąże się z wątkiem snajpera i FBI HRT. Widać od razu, że facet wie o czym pisze. Niestety, pozostałe elementy nie są już tak przekonujące, podobnie jak całość fabuły. Bardzo ważki, realny i warty popularyzacji jest motyw wiodący na którym opiera się intryga, czyli spostrzeżenie, iż obecnie coraz więcej prywatnych dysponentów kapitału ma środki większe niż wszystkie państwa świata razem wzięte za wyjątkiem kilku największych. Jakie to rodzi reperkusje, gdy państwo stanie do walki z wielką firmą, nietrudno sobie wyobrazić i aż dziw, że politycy nadal bezkarnie szermują hasłami narodowymi i państwowymi, a ludzie w to wszystko wierzą. Niestety, niezbyt przekonująca intryga i naciągany epilog odbierają tej prawdziwej przecież tezie wiarygodność. Jakby tego było mało, aspekt namacalności realiów militarnych, który tygrysy lubią najbardziej, i który mógłby przyćmić inne niedostatki, jest osłabiany przez ewidentne błędy. Dotyczy to zresztą nie tylko warstwy sprzętowo-zbrojeniowej. Czy są te potknięcia winą tłumacza, czy autora, nie ma znaczenia, ale jak się czyta o karabinie UZI, o rzucaniu sobie wiecznych piór, o wyważaniu drzwi za pomocą granatów, to się można załamać. Kto choć trochę wie o obroni, ten komentując "karabin UZI" najpewniej użyje słów powszechnie uznawanych za wulgarne i obelżywe. Kto choć raz rzucił koledze wieczne pióro, ten wie, czym się taki eksperyment kończy i dlaczego lepiej robić to z długopisem. Kto miał do czynienia z granatem, lub choćby oglądał jakiś film dokumentalny na ten temat, ten nie będzie próbował go używać do wyważania drzwi. Szkoda, gdyż błędy te, wprost trywialne, niepotrzebnie ujmują wiele z punktów, które by książce można przyznać. Czytelnik mający dużą wiedzę o broni doceni miejsca, gdzie błędów nie ma, ale jak ma autorowi wierzyć ktoś, kto obycia w temacie nie ma, a i tak wyłapie błędy nawet dla niego zauważalne?

Pomimo tych wszystkich wad, można po tę książkę sięgnąć. Nie namawiam, by jej specjalnie szukać, ale pewnie jest w większości bibliotek, więc jeśli ją spotkacie, możecie spróbować. Nie ma żadnego ryzyka. Czy się Wam spodoba, czy nie, i tak ją pewnie doczytacie do końca, gdyż wciąga, zwłaszcza na początku, a potem pewnie i tak zapomnicie

Wasz Andrew

niedziela, 7 kwietnia 2013

Prawdziwy ból






"…wspomnienie bólu, obawa przed nim; zarówno pamięć o nim, jak i strach są tak żywe, że prawie niemożliwe do odróżnienia od prawdziwego bólu…"


Michael Cunningham Godziny 

Jeszcze nigdy nie spotkałem  w literaturze tak celnego sformułowania odczuć z prawdziwego bólu. Nie mogłem się powstrzymać przed zapisaniem...

sobota, 6 kwietnia 2013

Dwa światy






"Mężczyźni mogą składać sobie gratulacje z tego powodu, że z zaangażowaniem opisują prawdę o dziejach narodów, mogą uważać wojnę i poszukiwanie Boga za jedyne tematy, dla których jest miejsce w wielkiej literaturze, lecz gdyby nagle pozycja mężczyzn w świecie miała legnąć w gruzach z powodu nieodpowiedniego kapelusza, cała literatura angielska uległaby diametralnej zmianie."


Michael Cunningham Godziny 

piątek, 5 kwietnia 2013

Émile Zola "Rzym" - Spróchniała stolica katolicyzmu

Rzym

Émile Zola

Tytuł oryginału: Rome
Tłumaczenie: Hanna Szumańska - Grossowa, Irena Wieczorkiewicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 488



Niewiele jest krajów na świecie takich jak Francja, które zrodziły tak ogromną ilość wybitnych nazwisk, dokonujących tylu wiekopomnych działań w dziedzinie literatury. Spośród całej plejady gwiazd na firmamencie sławy, niejedno nazwisko błyszczy nadal zuchwale w swej wielkości, mimo, że czas płodzenia największych dzieł, czy w ogóle okres pobytu na ziemskim padole, dawno już przeminął. Do takowych klasyków, których twórczość zdaje się nigdy nie rdzewieć z całą pewnością zaliczyć można urodzonego w 1860 roku Émile’a Zolę. Ten syn włoskiego inżyniera, czołowy przedstawiciel francuskiego naturalizmu, wywarł ogromny wpływ na wielu XX-wiecznych pisarzy, zarówno europejskich jak i amerykańskich. Jego książki cieszyły się i nadal cieszą ogromną popularnością, chociaż miał z nimi niemało problemów – publikacji wielu jego dzieł towarzyszyły mniejsze lub większe skandale, a kilka tytułów trafiło nawet na Indeks Ksiąg Zakazanych. Zola znalazł się zatem w wielce znakomitym towarzystwie, m.in. Kopernika, Keplera, Galileusza, Kanta czy Woltera.