Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 20 kwietnia 2012

1974





David Peace
1974
tytuł oryginału: Nineteen Seventy Four
tłumaczenie: Jan Hensel

Dzięki uprzejmości serwisu Zbrodnia w bibliotece, w moje łapki trafiła książka pod nietypowym tytułem 1974. Intrygująca okładka sprawiła, iż zabrałem się do niej pełen zarówno obaw, jak i nadziei, tym bardziej, iż miało to być moje pierwsze spotkanie z prozą z prozą Davida Peace.

Akcja powieści rozgrywa się w Yorkshire, w 1974 roku, jak łatwo się domyślić. Pierwszoplanową postacią książki jest Eddie Dunford, dziennikarz działu kryminalnego okręgowej gazety usilnie starający się wyrobić sobie nazwisko i pozycję w branży. Niedawno udało mu się poczynić pierwsze kroki na tej trudnej drodze dzięki natchnionemu cyklowi artykułów o gościu zwanym Szczurołapem, który wpatrzony w siostrzyczkę, którą wcześniej powiesił w kominku rodzinnego domku, zakończył życie przy pomocy starej flinty. Przynajmniej wszystkim się wydaje, że tak się ta historia skończyła. Dzięki Bogu Edward ma szanse na pokonanie kolejnych stopni prowadzących do panteonu pismaków, gdyż w drodze ze szkoły do domu znika dziesięcioletnia dziewczynka. Wkrótce jej wykorzystane ciało z jeszcze za życia przyszytymi do pleców skrzydłami łabędzia zostaje odnalezione w podmiejskim parowie (z tymi skrzydłami, podobnie jak z kilkoma innymi elementami, autor niepotrzebnie przesadził, ale cóż, nie ma róży bez kolców, a przynajmniej nieczęsto się zdarzają). Dunford rzuca się na temat jak pies na wygłodniałą kość, próbując powiązać ten przypadek z innymi zaginięciami dzieci, które miały miejsce w przeszłości. Co z tego wyniknie nie będę ujawniać, gdyż pomysłowa zagadka kryminalna jest mocną stroną książki, choć absolutnie nie ona stanowi o jej wartości.

Nie zabierajcie się za 1974, jeśli gustujecie w optymistycznych, słonecznych kryminałkach w stylu Księdza Mateusza i wykastrowanych, posągowych postaciach a la Sherlock Holmes. Peace zafundował nam prawdziwą bombę, ale nie strzelającą sztucznymi ogniami, a walącą w łeb niby pałka w ciemnym zaułku. To naprawdę boli.

74 jest perwersyjnie mrocznym, perfekcyjnie dołującym kawałkiem prozy. Bagno. To słowo najlepiej charakteryzuje tą część brytyjskiej społeczności, którą przyjdzie nam poznać. I bynajmniej nie będziemy się obracać tylko wśród meneli czy innego marginesu. Nasze bagno wciąga wszystko co się do niego zbliży, od przedstawicieli szczytów drabiny społecznej, aż po ludzkie odpadki z rynsztoka.

Powszechna, wszechogarniająca korupcja, która sprawia, iż nikt, a przede wszystkim władze i policja, nie robi tego, co robić powinien, gdyż przeszkadzają mu w tym układy; krycie własnych i cudzych grzeszków. Pieniądze nie śmierdzą. Nawet wtedy, gdy lepkie są od krwi gwałconych i mordowanych dzieci, tępionych mniejszości narodowych, łez rodzin i wydzielin zboczeńców. Czy nasz główny bohater odważy się zmierzyć z tym syfem? Czy okaże się prawdziwym bohaterem, czy szmatą? Jeśli chcecie wiedzieć i się nie boicie, zmierzcie się z lekturą.

Nie jestem zwolennikiem wulgaryzmów ani w życiu, ani w literaturze. Są jednak czasami niezbędne w obu tych światach. Język Davida Peace idealnie koresponduje z czasem, miejscem, tematem i postaciami jego powieści. Nie jest ani zbytnio przejaskrawiony, ani wygładzony. Wciąż najebany Eddie nie kocha się, tylko rucha w dupę. Gdy dostanie wpierdol, nie woła Pana, tylko rzuca chujami, gdy ma zagwozdkę, kurwuje. Dziwi mnie, jeśli kogoś to gorszy, gdyż takie słownictwo jest na porządku dziennym, o nocnym nie wspominając, naszych polskich, katolickich elit, nawet w Sejmie i Senacie, więc tym bardziej w mrocznym, zimnym i mokrym Yorkshire, zdołowany bohater widujący na jawie rzeczy, od których można osiwieć, innego używać nie może.

Pod koniec lektury miałem wrażenie, iż może autor nieco przesadził malując nam obraz prawdziwego piekła kryjącego się pod taflą ślepej i zadowolonej z siebie codzienności. Piekła korupcji i bezwzględniej pogoni za mamoną, seksualnego wykorzystywania dzieci i obojętności wobec zła. Hańby policji, która wrabia niewinnych, by mieć wyniki, przez co daje prawdziwym sprawcom osłonę najlepszą z możliwych. Potem jednak wspomniałem Gomorrę, wspomniałem coraz to nowe, co dzień, programy w naszej TV pokazujące niewinnie aresztowanych więzionych miesiącami, a nawet latami. Programy, do których nie brakuje wciąż nowych tematów. Wspomniałem tysiące zaginionych co roku tylko w naszym kraju, którzy nigdy się nie odnajdują. Zaginionych, co maskuje inne słowa, które można by użyć, gdyby ktoś miał odwagę wyartykułować, co się mogło z nimi stać. I już, niestety, nie mam tego wrażenia.

Jak już wspomniałem, lektura tej powieści nie daje radości. Ale wciąga i zmusza, dosłownie zmusza, do zastanowienia się. Jeśli proza może być poezją, jeśli istnieje poezja gówna, tak jak istnieje poezja kwiatów, to David Peace właśnie takie dzieło nam zaserwował. Polecam absolutnie i bezkompromisowo, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, iż wielu polegnie w konfrontacji z tą opowieścią


Wasz Andrew

czwartek, 19 kwietnia 2012

Khul-khaal



Khul-khaal. Bransolety Egipcjanek”, to książka bardzo odmienna od innych. Wyróżnia się już choćby tym, iż zanim przejdziemy do meritum, czekają nas trzy przedmowy, czy jak kto woli wprowadzenia. To, co w innej publikacji mogłoby śmieszyć, w tej nie tylko nie razi, ale wręcz wydaje się potrzebną, idealnie dopasowaną częścią całości. Każdy wstęp ma innego autora i z nieco innej perspektywy odnosi się do właściwej treści oraz jej tematyki. Każdy jest na swój osób interesujący, wyważony i dopełnia dalszą część lektury.


Nayea Atiya, autorka książki, ma wiele wspólnego zarówno ze światem Zachodu (a konkretnie Francją), jak i Egiptu. Jednak nie dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami, przeżyciami ani przemyśleniami. Na zasadniczą część jej publikacji, poza wspomnianymi trzema prolegomenami, składają się opowieści pięciu kobiet, pięciu Egipcjanek. Poza przynależnością państwową i płcią nic ich nie łączy. Nie wszystkie są muzułmankami, nie wszystkie pochodzą z najuboższych warstw społeczeństwa. Nie mają tego samego koloru skóry, umiejętności ani wykształcenia. Nie znają jedna drugiej. Nie łączą ich upodobania ani pragnienia. No może poza jednym. Poza marzeniem o szczęściu w małżeństwie.

Znajdziecie w „Bransoletach Egipcjanek", poza wspomnieniowymi opisami własnych dziejów pięciu głównych bohaterek, wiele faktów obalających powszechny nie tylko w Europie pogląd, iż kobieta w świecie arabskim jest niczym; jest permanentnie bita i poniżana. Jej pozycja jest inna, ale czy słabsza niż w naszej, europejskiej rzeczywistości, to już sprawa mocno dyskusyjna.

Khul-khaal” nie jest lekturą porywającą. Nie wciąga i nie odrywa od zajęć. By ją ocenić trzeba wybrać spokojny czas, zrelaksować się i poddać rytmowi tych pięciu opowieści. Każda toczy się w innym tempie. Każda kobieta opowiada o swym życiu własnym językiem i w specyficznej, właściwej dla niej manierze. Wielka chwała Nayea Atiyi oraz tłumaczce* za to, że potrafiły oddać niepowtarzalny klimat każdej z tych gawęd i zachować prawdziwość tchnącą z każdej historii. Jedne z nich czyta się łatwiej, inne trudniej. Jedne są bardziej chronologiczne, inne to galimatias retrospekcji i refleksji. Jednak lektura wszystkich jest prawdziwą ucztą. Pozwala się nam przenieść do Egiptu i wysłuchać tych zwierzeń jakby bezpośrednio. Nie czuje się ingerencji pośredników i można dzielić radość i rozpacz, ból, strach i szczęście. Wszystko, co się wydarzyło i co zostało nam opowiedziane.

Bransolety Egipcjanek” nie są dobrą rozrywką. Jeśli chcecie się zrelaksować po ciężkim dniu, odstresować po rozmowie z podwładnymi albo z szefem, nie jest to lektura dla Was. Jeśli jednak macie nastrój na niespieszną pogawędkę o życiu, jaką można wieść z przyjacielem nie widzianym od lat, który jakiś czas temu powrócił po długiej nieobecności, to jest to właściwa opowieść.

Khul-khaal nie jest źródłem rzetelnej wiedzy o przeciętnych Egipcjankach, o ile coś takiego w ogóle istnieje. Stereotypy nie występują w przyrodzie, a zwłaszcza wśród ludzi. Książka Atiyi jest jednak źródłem wiedzy prawdziwej i konkretnej. Jednostkowej. O dziejach tych właśnie kobiet, ich rodzin i znajomych. Także o charakterystycznych dla środowiska bohaterek mechanizmów społecznych. Oczywiście to spojrzenie jak najbardziej subiektywne, wypaczone przez braki wykształcenia, a nawet ewidentne zabobony, lecz tym bardziej przez to właśnie prawdziwe. Bo te kobiety właśnie tak widzą otaczający je świat, który bez nich przecież by nie istniał. Liczby i statystyki przefiltrowane przez bezuczuciowy mózg naukowca nie budzą współczucia, nie prowadzą czytelnika do osobistych przemyśleń i refleksji na temat rzeczy być może w życiu najważniejszych; rodziny, miłości, dzieci, seksu, pieniędzy. No i celu życia oczywiście. Również braku uniwersalności praw ludzkich i Boskich; zwłaszcza moralnych.

Jeśli znajdziecie czas na tę lekturę, na pewno nie pożałujecie. Choć nie da Wam instant rozrywki, da wiele do myślenia. Pozwoli też osiągnąć pewien rodzaj pełnej harmonii kontemplacji różnorodnych aspektów naszej coraz bardziej poplątanej rzeczywistości i uspokajającej refleksji o marności naszych problemów, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



* Agnieszka Nowak

środa, 18 kwietnia 2012

Świat oczami dziwki



Jacqueline Carey

Strzała Kusziela
tytuł oryginału: Kushiel’s Dart
tłumaczenie: Maria Gębicka-Frąc

Strzała Kusziela jest pierwszą powieścią cyklu* i zarazem moim pierwszym spotkaniem z twórczością amerykańskiej pisarki fantasy Jacqueline Carey. Książka trafiła w me ręce dzięki uprzejmości serwisu LubimyCzytać.pl. Szczerze powiedziawszy sam bym po nią nie sięgnął, gdyż tytuł mało intrygujący, a grafika na okładce w ogóle nie w moich klimatach. Przejdźmy jednak do meritum.

Świat wykreowany przez Jacqueline Carey bywa porównywany do nieprzemijającego, pomnikowego dzieła Franka Herberta, czyli Diuny. Dokonałem i ja podobnej konfrontacji. Nie wypadła ona dla pretendentki korzystnie. W Diunie porywa nas między innymi wszechświat stworzony od podstaw. Nie jest to nasz kosmos, ani nawet, w pewnych szczegółach, nie jest on napędzany naszą fizyką. Nie wiemy nawet tak naprawdę, czy akcja rozgrywa się w przyszłości, czy w przeszłości. Mimo wszystko czujemy jedność jego mieszkańców z Ludzkością jakiej jesteśmy częścią. Geniusz Herberta objawia się między innymi w tym, że tak ukrył mechanizmy swego uniwersum, iż mimo upływu dziesięcioleci, jakie minęły od powstania Diuny, nadal nie kłóci się ona z naszą wiedzą naukową – fikcja przemyka się na obrzeżach naszej wiedzy, przenika przez jej luki, by rozkwitnąć w naszej wyobraźni. Carey poszła inną, moim zdaniem dużo łatwiejszą drogą. Jej świat jest odbiciem naszego świata z czasów po upadku cesarstwa rzymskiego, oczywiście odpowiednio zniekształconym, jakby rodem z równoległej rzeczywistości, w której wiele rzeczy jest podobnych, ale tylko podobnych. Diuna okazała się kanonem samym w sobie, źródłem inspiracji całych pokoleń twórców i odbiorców. Strzała Kusziela takiej mocy nie ma, ale... Diuna jest pierwszą i zarazem najlepszą powieścią cyklu. Jest to poważna wada. Czy cykl stworzony przez Carey też jest obarczony tą skazą, z oczywistych przyczyn jeszcze nie wiem. Jeśli następne powieści okazałyby się lepsze, to wtedy może się okazać, że o ile nie udało pisarce pokonać Herberta w kategorii najlepszej powieści, to może w kategorii cyklu... Kto wie?

Powiedziałbym, iż akcja Strzały Kusziela rozgrywa się na terenach odpowiednika naszej Europy Zachodniej w alternatywnej rzeczywistości. Najważniejszą postacią opowieści jest Fedra, której nazwisko wydłuża się w miarę upływu czasu przynoszącego coraz to nowe wydarzenia. Fedra urodziła się z czerwoną plamką na tęczówce lewego oka. To delikatne muśnięcie boskiego pędzla według wierzeń jej świata zdarza się w całej populacji raz na trzy pokolenia i oznacza... masochistkę i dziwkę doskonałą. Nasza bohaterka w wyniku swej unikalności i zbiegu okoliczności nabywa również wielu innych umiejętności, które bardzo się jej przydadzą w zmaganiach, w które zostanie wciągnięta.

Dziwka jako główna bohaterka... Czy to brzmi lepiej niż kurwa, a gorzej niż kurtyzana? Niektórzy uważają, że tak, ale mnie to nie przekonuje. Rozumiem, że w salonach widuje się córy Koryntu, a w podrzędnych spelunach kurwy. Przynajmniej w teorii, bo dzisiejsze salony chyba już temu prawu nie podlegają. Autorka jednak przesadziła z tą delikatnością słownictwa. Seks zajmuje w powieści znaczące miejsce i wielu docenia jej cukierkowy język. Dla mnie jest to duży minus, gdyż jest on taki niezależnie od okoliczności. Uważam, że dobry autor powinien zauważać i oddawać zmienność manier językowych zależnie od osoby, czasu i miejsca. Tego wyraźnie brak. Fedra jest mistrzynią, ale i w słownictwie, i w dynamice opisów, brak mi tego, co naprawdę jest najważniejsze u mistrzów sztuki miłości – niepowtarzalności. Świadomości, iż wszystko zależy. Zależy od tego z kim, gdzie i kiedy.

Podobnie jak sztampowy jest język i ekspresja, tak i same sceny miłosne jako takie. Mamy dwa bieguny; seks tak delikatny, że aż sztuczny, na jednym biegunie, a BDSM** na drugim. Pomiędzy przepaść. Nie chcę być złośliwy, ale jeśli autorce brakowało wiedzy z własnego doświadczenia, mogła choć trochę podbudować się z teorii. Już starożytni wiedzieli, iż fetyszyzm w tysiącu swych odmian jest dewiacją tak powszechną, iż de facto jest normą***, choć nie mówi się o tym zbyt często ze względu na poprawność polityczną. I jest on tylko jedną z dziesiątek popularnych dewiacji. U Carey tej wielości przenikających się różnorodnych pragnień absolutnie brak. Różnica w wyczuciu tematu między Strzałą Kusziela, a choćby Panienkami Madame Cleo pióra Lucianne Goldberg, jest znaczna. Kocham autorów, którzy nie tylko mają odwagę przełamać seksualne tabu i wyłamać się swą twórczością z ciągu eunuchopodobnych produkcji, ale jeszcze potrafią uchwycić tę różnicę, jaka jest między miłosnym spotkaniem kochanków smakujących swe ciała, a pośpiesznym stosunkiem napalonego gacha i femme fatale w ciasnej klatce zatrzymanej między piętrami windy, zwłaszcza jeśli są to ci sami ludzie, a tylko okoliczności inne.

Mam wrażenie, iż autorka w ogóle nie przyłożyła się do pewnych tematów, które powinna zgłębić przed napisaniem powieści. Wiedza o wyrafinowanym, czy też jak kto woli zboczonym, seksie jest tylko jedną z tych wpadek. Druga, która mnie uraziła, to elementy marynistyki. Te na szczęście zajmują nieporównanie mniej miejsca w powieści, choć niestety rażą jeszcze boleśniej. Nie uznaję za wadę tego, iż antykoncepcja i choroby weneryczne to słowa nieznane w świecie Fedry, co pisarce zarzucają niektórzy. Może to taki właśnie świat.

Ponarzekałem? I dobrze. Wiele więcej powieści zarzucić się nie da. W swoim kanonie jest bardzo dobra. Pierwsza połowa lektury biegnie nam w miarę spokojnie, gdyż spisek dopiero się zawiązuje; główna bohaterka dorasta, poznajemy budowę fabuły i próbujemy odgadnąć w jakim kierunku ruszy główny nurt akcji. Mocną stroną Strzały Kusziela są wyraziste, przekonujące sylwetki postaci i plastyczne opisy miejsc; krajobrazów, domów. Umiejętnie oddane są klimaty życia w różnych warstwach społecznych i kulturach. Choć wszystko jest odmalowane w sposób nieco bajkowy, w fantasy wcale takie podejście nie przeszkadza, a nawet stanowi zaletę.

To, co najbardziej lubią tygrysy, zaczyna się mniej więcej w połowie książki. Akcja zaczyna przyspieszać i gna z każdą chwilą coraz szybciej. Rozległe, niejednokrotnie odległe wątki nagle stają się wiodącymi, by po chwili znów stracić na znaczeniu. Wielkie bitwy, szpiedzy i podstępne dworskie knowania, wielkie miłości i bezduszna arogancja. Rewelacja! W dodatku, dzięki temu, że tomisko jest dość opasłe, kulminacja nie jest tylko jednym, wielkim wybuchem uczuć i wydarzeń, po którym następuje zbyt szybki koniec lektury, ale narastającą i wciąż potężniejszą lawiną pełną zaskakujących spiętrzeń i zawirowań. Autorka okazuje się również mistrzynią suspensu, co nie jest normą w tym gatunku, i chwała jej za to.

Strzała Kusziela jest więc piękną bajką dla dorosłych dzieci. Na pewno spodoba się wielu. Nie jest jednak aż tak świetna, by ją w ciemno polecać każdemu, a zwłaszcza odbiorcy bardziej wyrafinowanemu, nawet lubującemu się w gatunku. Doradzałbym najpierw posmakować, a potem, jeśli się spodoba, dołączyć do swej kolekcji ulubionych lektur. Do mojej jednak się nie załapała


Wasz Andrew



* Seria Trylogia Kusziel:
  • Strzała Kusziela (Wydawnictwo MAG, 2004)
  • Wybranka Kusziela (Wydawnictwo MAG, 2005)
  • Wcielenie Kusziela (Wydawnictwo MAG, 2006)
Trylogia Imriela:
  • Potomek Kusziela (Wydawnictwo MAG, 2011)
  • Kushiel's Justice (pierwsze wydanie angielskie - 25 lipca 2007 )
  • Kushiel's Mercy
** BDSM - angielski skrót pochodzący od słów "związanie" i "dyscyplina" (bondage & discipline, B&D), "dominacja" i "uległość" (domination & submission, D&s, D/s) sadyzm i masochizm (sadism & masochism, S&M)
*** altokalcifilia, czyli upodobanie do wysokich obcasów, dotyka zdecydowaną większość mężczyzn i wiele kobiet, a jest to tylko jedna z tysiąca odmian fetyszyzmu

wtorek, 17 kwietnia 2012

Drugie spotkanie z królem



Ken Bruen

Londyński bulwar
(London Boulevard)
przekład Magdalena Koziej

Po pierwszym spotkaniu z prozą Kena Bruena, którym była lektura powieści Strażnicy bezprawia (The Guards), z utęsknieniem wyczekiwałem na kolejną jego książkę. No i nastał ten dzień – zaprzyjaźniona biblioteka powiatowa w ramach akcji „Poleć książkę” zakupiła Londyński bulwar, który w ciemno zarekomendowałem, kierując się tylko nazwiskiem autora.

O ile centralną postacią Strażników jest były policjant, o tyle głównym bohaterem Bulwaru jest Mitchell, dla znajomków Mitch, który właśnie skończył odsiadkę i rozpoczyna drugie podejście do życia na wolności z mocnym przeświadczeniem, iż nigdy więcej za kraty nie wróci. Planuje zdobyć dobrą pracę i trzymać się z dala od kłopotów, ale wiadomo – nigdy nie mów nigdy. Dawne grzechy ciążą, a dawni kumple jeszcze bardziej. Co z tego wyniknie nie będę ujawniał. Zdradzę tylko, że choć powyższy schemat jest dość klasyczny, to fabule nie brak oryginalności, a zakończenie też nie jest sztampowe. Nie oryginalność intrygi jednak, ani mocna puenta, są największymi atutami Londyńskiego bulwaru. To styl prozy Bruena, porażający jak wyprowadzony z zaskoczenia cios w splot słoneczny, potwierdza zasadność nadanego mu tytułu króla twardego kryminału noir.

Wyobraźcie sobie, że będąc przejazdem w jakiejś odległej dziurze, gdzie wasza noga już nigdy nie postanie, kupiliście sobie od ulicznego handlarza szczeniaczka* jakiegoś mocnego alkoholu bez żadnej nalepki i marki. Przez dłuższy czas nie otwieraliście go nawet, w czym pewnie miała swój udział obawa przed utratą wzroku będącą częstą konsekwencją eksperymentów z podobnymi wyrobami niewiadomej proweniencji. W końcu nadchodzi, po latach, ten dzień, gdy macie doła i musicie się napić. Nie ma niczego lepszego pod ręką i w chwili rozpaczliwej odwagi otwieracie zakurzona flaszeczkę, nalewacie setę i chlup. Okazuje się, że to najlepszy trunek, jaki piliście w życiu. Czujecie to? W butelce zostało już tylko półtorej kielonka! Jeszcze rozkoszujecie się uczuciem, jakby pogłaskał was ognisty anioł, jeszcze została ponad połowa, a już czujecie niesamowity żal, że flaszka taka malutka, że tak szybko zbliża się koniec libacji, a druga podobnie smakowita butelka może się już nigdy nie trafić. Taka jest właśnie proza Bruena. Ja ją po prostu połykam i już od pierwszych stron, gdy zauważam jak błyskawicznie się go czyta, żałuję, że jego powieści nie są grubsze.

Mistrz oszczędnego słowa. Gdyby Bruen napisał Potop, pewnie zmieściłby się jednym niewypasionym tomie. Mimo tego jego proza jest niesamowicie wyrazista. W kilku zdaniach, pozbawionych wszelki zbędnych wyrazów, potrafi zawrzeć wszystko co potrzebne, by czytelnik przeniósł się w ciemne londyńskie uliczki lub do irlandzkiego pubu, by wszedł w ciało zdesperowanego zabójcy lub napalonego kochanka. Nie są mu potrzebne wielostronicowe opisy, wystarczą zdania zamiast akapitów, słowa zamiast zdań. Dodajmy do tego zawrotne tempo akcji i otrzymamy lekturę, której jedyną wadą jest to, że tak szybko się skończy.

Czytając recenzje zawodowych krytyków, z reguły powieścią równie zachwyconych jak ja, i amatorów, z reguły mniej zachwyconych, w pierwszej chwili byłem zdziwiony. Dopiero potem zrozumiałem. Dobry krytyk literacki powinien być albo otwarty na wszelkie możliwe style, gatunki i maniery literackie, i oceniać każde dzieło w ramach konwencji, w której zostało stworzone, albo być na tyle samoświadomym, by unikać obszarów, w których się źle czuje. Najgorszy grzech krytyka, to ocenianie czegoś, czego z samego założenia się nie lubi. Ile przykładowo warta recenzja powieści Lema napisana przez kogoś, kto uważa, że fantastyka jest drugim sortem literatury? A Bruen jest prawdziwym ewenementem; oszczędności słowa, pragmatycznej brutalności i esencji życia. Koneserem przemocy i jednocześnie pełnym humanizmu filozofem ukrytym między wierszami. Mrocznym jak mało kto, ale zarazem, w postaciach swych bohaterów, jak niewielu doceniającym życie takim, jakim jest – niezależnie od tego, jakie karty dał nam los. I nie każdy jest w stanie to perwersyjne wręcz połączenie strawić. Nie piszę tego przekonany o swojej wartości, ale świadom bezcennej wielkości tego niesamowitego autora. Musiałem uzasadnić te rozbieżności ocen, z którymi możecie się spotkać i mój osobisty pogląd na ich przyczynę.

Śmieszą mnie zawsze powieści, w których opis aktu eksplozji przemocy czy namiętności jest tak długi, iż jego przeczytanie trwa wielokroć dłużej, niż samo zdarzenie. To wybija z rytmu i odbiera autentyczność. Londyński Bulwar jest wizytówką stylu Kena Bruena. By zbudować mroczny nastrój, by oddać gwałtownie wzbierające uczucia, opisy zbrodni czy wrażeń literackich - wystarczą pojedyncze słowa. Wszystko potrafi przekazać z tą szokującą oszczędnością, a do tego zdoła bez łamania stylu przemycić wiele zdrowej filozofii i życiowej mądrości przydatnej nie tylko twardzielom i zabijakom, ale każdemu. Polecam tę powieść zdecydowanie i absolutnie. Nie tylko miłośnikom twardego kryminału noir. Polecam każdemu, choć mam bolesną świadomość, iż wielu będzie zniesmaczonych, podobnie jak po lampce Frapin Cuvee 1888 czy Remy Martin Louis XIII Black Pearl Limited Edition**. Wszystko jest kwestią smaku


Wasz Andrew



* mała butelka, zwykle 0,25 l wódki
** marzenia konesera koniaków

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Co musi zostać powiedziane


Günter Wilhelm Grass by Florian K



Co musi zostać powiedziane

Dlaczego milczę, zbyt długo milczę o tym,
co oczywiste i przećwiczone w grach symulacyjnych,
na których końcu my, którzy przeżyliśmy,
jesteśmy tylko przypisami.

Chodzi o rzekome prawo do uprzedzającego uderzenia,
które mogłoby unicestwić
ujarzmiony przez zarozumialca
i regularnie zmuszany do owacji naród irański,
dlatego że na jego terenie
prawdopodobnie powstaje bomba atomowa.

Ale dlaczego zabraniam sobie
wypowiedzieć nazwę innego kraju,
w którym od lat - choć w tajemnicy -
powiększa się arsenał nuklearny,
lecz poza wszelką kontrolą, bo nikt nie jest do niego
dopuszczany?

Powszechne przemilczanie tego faktu,
które sprowokowało również moje milczenie,
odczuwam jako ciążące kłamstwo
i przymus, którego nie można zlekceważyć
pod groźbą kary;
oskarżenie o "antysemityzm" słyszy się często.

Ale teraz, gdy mój kraj,
raz po raz wzywany i odpytywany
przez własne zbrodnie,
które są nieporównywalne,
wysyła do Izraela z przyczyn wyłącznie ekonomicznych,
choć zręczny język przedstawia to jako zadośćuczynienie,
kolejną łódź podwodną, której specjalnością
jest wystrzeliwanie wszystko pustoszących głowic
tam, gdzie rzekomo istnieje
jedna bomba atomowa
(dowodem na jej istnienie jest tylko obawa)
- teraz mówię to, co musi zostać powiedziane.

Dlaczego do tej pory milczałem?
Bo sądziłem, że moje pochodzenie,
związane z nigdy nie dającą się usunąć skazą,
zabrania mi wypowiedzieć tę oczywistą prawdę
wobec państwa Izrael, wobec którego mam
i będę miał dług wdzięczności.
Dlaczego dopiero teraz, w podeszłym wieku
i u schyłku mojego pisania, mówię,
że mocarstwo atomowe Izrael
zagraża i tak już kruchemu pokojowi na świecie?
Dlatego, że musi zostać powiedziane to,
na co jutro już może będzie za późno;
i dlatego że my, Niemcy, wystarczająco już obciążeni,
moglibyśmy stać się dostawcami zbrodni,
którą łatwo przewidzieć, a więc naszej współwiny
nie dałoby się zamaskować
zwykłymi wymówkami.

I przyznaję: przerywam milczenie,
dlatego, że dość już mam
obłudy zachodu; poza tym można mieć nadzieję,
że wielu wyzwoli się z milczenia,
zmusi sprawcę widocznego niebezpieczeństwa
do rezygnacji z przemocy
i będzie nalegać, by rządy Izraela oraz Iranu
zgodziły się na swobodną i nieprzerwaną kontrolę
izraelskiego arsenału nuklearnego oraz irańskich urządzeń atomowych
przez którąś z międzynarodowych organizacji.
Tylko w ten sposób można pomóc wszystkim,
Izraelczykom i Palestyńczykom,
więcej, wszystkim ludziom żyjącym obok siebie i nienawidzącym się w tym
okupowanym przez szaleństwo regionie,
a w końcu też i nam samym.

Günter Grass
tłum. Tomasz Ososiński
źródło: PAP, GW



Te strofy znów podzieliły ludzi. Jedni piętnują poetę jako antysemitę; ślepego na irańskie zagrożenie dla pokoju i zwykłego efekciarza, który by zaistnieć medialnie wsadza kij w mrowisko odwiecznych religijnych animozji. Inni go bronią, wykazując militaryzm Izraela i jego zbrodnie. Dyskusje, w miarę trwania, zawsze uciekają szybko od meritum, od wiersza samego i zaczyna się semicki matrix. Jedni bronią Żydów, inni ich ganią.

Ja w poezji, zwłaszcza politycznie zaangażowanej, nie czuję się mocnym na tyle, by mieć się za kompetentnego do oceny artystycznej wartości wiersza. Nie mogę się jednak nie odnieść do polskich dyskusji na jego temat, których poziom jest żenujący, nawet na portalach aspirujących do miana inteligenckich*. Wypowiedzi aż ociekają jadem, osobistymi wycieczkami i są dla mnie przykładem tego, jak wygląda nasza odwieczna tolerancja. Jaka szkoda, że ci, którzy uważają się za tolerancyjnych, nie sprawdzili znaczenia tego terminu w słowniku. Wyrażenie zdania odmiennego od swego odbierają jako atak na swoją osobę. W dodatku im mniej o samym wierszu i jego wydźwięku, tym więcej wzajemnych inwektyw i sięgania do obrazu Polski rodem z... Z bajek?



Indeks z wpisem do getta ławkowego

Można wierzyć w krasnoludki i podwodne cywilizacje. Można wierzyć nawet w to, że Polska międzywojenna w swej większości nie była antysemicka. Przypomnę Piłsudskiego, który tworzył akty prawne tylko po to, by chronić Żydów polskich. On widział skalę zagrożenia. Przytoczę tylko jeden z objawów naszej odwiecznej tolerancji, dla mnie bardziej przerażający niż pogromy. Getto ławkowe. Pieczątka w indeksie nakazująca studentom wyznania mojżeszowego zajmowanie miejsc w „żydowskich ławkach”. Jestem w stanie zrozumieć rzeź dokonaną przez ciemny motłoch, najczęściej podburzony przez prowokatorów i nieświadomy na czyją korzyść działa dokonując odrażających zbrodni. Nie mogę jednak zrozumieć, jak można mówić o kraju, którego elity intelektualne wymyśliły getta ławkowe, numerus clausus i numerus nullus**, iż nie był antysemicki. Inna sprawa, iż w antysemickim kraju nie wszyscy są Żydom niechętni. Podkreślam to współistnienie obu nastawień wobec narodu żydowskiego, gdyż do wielu to nie dociera.

Osobną sprawą jest stwierdzenie polskiego międzywojennego antysemityzmu, a osobną zrozumienie jego korzeni społecznych i ekonomicznych. Kto zada sobie choć nieco trudu, pojmie dlaczego było jak było. O wiele trudniej wyjaśnić powszechne, zwłaszcza w kuluarowych wypowiedziach, postawy antysemickie w naszej dzisiejszej Polsce, w której Żydzi nie są nawet liczącą się procentowo mniejszością. Równie interesujące zjawisko, jakbyśmy byli wrogo nastawieni do Indian. W dodatku w wypowiedziach publicznych gorąco i pełni świętego oburzenia temu zaprzeczamy. To jednak temat na osobny felieton; wróćmy do wiersza.

Komentatorzy politycznego przesłania uhonorowanego noblem Gdańszczanina licytują się, kto jest gorszy: Izrael czy Iran. I to odzwierciedla brak pozytywnego przesłania w tej próbce poezji Grassa, gdyż ten akurat aspekt stosunków międzynarodowych nie ma żadnego znaczenia, a przynajmniej nie powinien mieć dla ludzi należących do kultury Zachodu i chrześcijaństwa (rozdzielam, gdyż ostatnio jest między nimi wyraźny rozdźwięk).

Islamski terroryzm, bo w istocie swej jest on islamski, jest głównym, przynajmniej w tej chwili, quasi militarnym problemem dzisiejszego Zachodu. Prewencyjne, mniej lub bardziej, działania przeciwko wrogo nastawionym państwom muzułmańskim wydawać się więc mogą usprawiedliwione. Lepiej gada dusić, póki mały, niż walczyć ze smokiem, gdy urośnie (lekcja faszyzmu i komunizmu). Ale Izrael od początków historii swej państwowości ma ręce splamione krwią mówią inni... Z drugiej strony Żydzi doznali takich cierpień w czasie wojny i przed nią... Arabowie jednak wymyślili terroryzm już przed zetknięciem się na wojennej ścieżce z Żydami... Chrześcijanie jednak też niewiele im ustępowali... Można się tak licytować sięgając coraz dalej, aż do czasów biblijnych, lub rozdrabniać aż aż po poszczególne akty ludobójstwa. To jest bezsensowne i do niczego nie prowadzi.

Przyjaźń można okazywać tym, z którymi żyjemy w pokoju. Miłosierdzie można okazywać tylko zwyciężonym. Oferowanie przyjaźni komuś, kto nas nienawidzi, kto nawet nie próbuje nas zrozumieć ani wysłuchać, jest równie bezsensowne, co okazywanie litości komuś, kto nadal chce nas zniszczyć. Polacy, w przeciwieństwie choćby do Brytyjczyków, mają słabość do rozpatrywania w problemów teraźniejszości w kategoriach zamierzchłej martyrologii zamiast zważania na własne interesy. Zwłaszcza interesy w przyszłości są dla nas trudnym do ogarnięcia tematem.

Był czas, gdy chrześcijaństwo znajdowało się na etapie agresji i wówczas nikt, żaden papież ani inny święty nie mówił o ekumenizmie czy dialogu z islamem. Każdy myślący inaczej, od wyznawców Allacha po protestantów, był wrogiem, którego należało zniszczyć, najlepiej ogniem i mieczem. Stawianie kościołów na miejscu dawnych miejsc kultu, by zatrzeć po nich wszelki ślad, wojny krzyżowe i religijne. Teraz chrześcijaństwo przypomina wilka, któremu ze starości wypadły zęby, na całe szczęście, co zmusza je do coraz większej miłości wobec innych. Nikt jednak, poza nielicznymi wyjątkami, ze względów politycznej poprawności nie chce wprost powiedzieć, że islam jeszcze nie jest na tym etapie. Oczywiście, większość wyznawców Allacha jest przepełniona miłością i marzy o pokoju. Podobnie jak Niemcy przed 1933***. Widać jednak, że są wciąż przywódcy w islamie, którzy jako naczelny cel wyznaczają sobie zniszczenie chrześcijaństwa, czyli po prostu zniszczenie kultury Zachodu i wymordowanie chrześcijan. Nawołują do tego nie tylko w państwach muzułmańskich, ale niejednokrotnie nawet na naszym własnym terenie, a my nie potrafimy się zdobyć na ich spacyfikowanie. Łatwiej nam pokarać tych, którzy zwracają uwagę na islamską ekspansję i agresję (choćby kara nałożona na Brigitte Bardot), niż zneutralizować prowodyrów wykorzystujących wyznawców Allacha do walki z naszym światem.

Wiersz Grassa w swym przesłaniu politycznym jest dla mnie chybiony. Izrael jest jak piorunochron wycelowany w arabską chmurę burzową. Od dziesięcioleci zbiera na siebie gros piorunów islamskiej agresji i perfekcyjnie judząc jednych Arabów na drugich dzieli i osłabia ich siły. Aż boję się myśleć, jakie byśmy mieli problemy, gdyby się zjednoczyli i naprawdę zajęli się nami, zamiast wyniszczać w bratobójczych walkach i ciągłej, trwającej z większym lub mniejszym natężeniem, czasami jawnej i wypowiedzianej, a czasami ukrytej pod płaszczykiem pokoju, wojny z państwem żydowskim. My zaś, zamiast cieszyć się z czasu, który nam został dany i wykorzystać go na próby znalezienia rozwiązania problemu zalewu Europy przez islamskich imigrantów, którzy nie chcą się asymilować, dyskutujemy nad słowami człowieka, który na ochotnika zgłosił się w 1942 do armii niemieckiej i nie ma nawet tak wątpliwego wytłumaczenia jak papież, czyli że zrobił to pod przymusem. Roztrząsamy kto jest gorszy, Izrael czy Iran, zamiast zwrócić uwagę na narastający na naszych oczach problem analogiczny do przedwojennego żydostwa. Żydzi byli kiedyś pożądani w każdym kraju. Byli znakomitymi kupcami, bankierami, lekarzami i przodowali w wielu innych dziedzinach życia społecznego. Jednak nie chcieli się asymilować i gdy ich ilość wzrastała powyżej pewnej wielkości, której nikt nie jest w stanie z góry przewidzieć, stawali się problemem, podobnie jak w przedwojennej Polsce. Podobnie jest z muzułmanami. Ich ilość w wielu państwach Europy rośnie niczym cicha woda na wiosnę. Oczywiście, część wrośnie w nasze struktury, ale co z tymi, którzy nie tylko nie chcą czuć przynależności do miejsc i społeczeństw, gdzie żyją, ale wręcz czynią cnotę ze swej obcości. Z wyobcowania tylko krok do wrogości, a gdy osiągną masą krytyczną, zapalnik nie będzie już nawet potrzebny.

Roztrząsamy kto gorszy; Izrael czy Iran. Poetów i humanistów rozumiem, ale reszta? Nie rozumieją braku niezbędnej części tego pytania? Brakuje mi frazy „Dla kogo?” Dla kogo gorszy? Dla nas Izrael na pewno nie jest gorszy. Jest nam niezbędny, podobnie jak Stanom Zjednoczonym. Trzyma w szachu żywioł islamski. Oczywiście, nie jestem za przemocą. Naiwnością jest jednak sądzić, że pokój można utrzymać traktatami i okazywaniem miłości bliźniemu swemu. Pamiętajmy o 1939! Si vis pacem, para bellum. Nie zmieniło tego ani nadejście Jezusa, ani Mahometa. Tak było, jest i będzie. Będąc silnymi możemy okazać łaskę słabszym lub pokonanym, ale póki wróg w swych świątyniach nawołuje do mordowania chrześcijan, Europejczyków i Amerykanów, niech nobliści spod znaku SS dalej piszą o dawnej wojnie, zamiast mieszać się do teraźniejszości.

Tym, który nieuważnie czytają, objaśnię jeszcze na zakończenie, iż nie mam nic przeciwko muzułmanom, podobnie jak Żydom czy ateistom. Każdy jest dla mnie tylko człowiekiem i już to wystarcza, by jego życie i wolność były cenne same w sobie. Jeśli jednak jakiś człowiek nawołuje innych do mordowania swych bliźnich, do nienawiści, a jedynym kryterium, według którego mają być odróżniani ci, który ocaleją, od tych, którzy zginą, jest wiara, to trzeba coś z tym zrobić. Póki czas. Bo potem, gdy zgniłych ziaren w korcu będzie zbyt dużo, by je wybierać, stanie się to co zawsze. Trzeba będzie wszystkie spalić. Po wojnie wszystkich członków SS uznano za przestępców. Nawet kucharzy i gaciowych, pisarzy kompanijnych i trębaczy. Gdyby w Die Schutzstaffel der NSDAP mieli dziwki na etatach kompanii, też byłyby winne, choć robiłyby tylko to samo, co zawsze. To obraza dla demokracji, podstaw prawa i kpina ze sprawiedliwości w ogóle. A jednak się stało. A jednak wielu do dziś to pochwala. Jeśli Zachód nie zacznie myśleć dalekosiężnie i pragmatycznie, szanować swych prawdziwych sojuszników i szukać rozwiązania prawdziwych problemów, póki można oddzielić dobrych od złych, to wcześniej czy później sytuacja się powtórzy. Maszynka do mięsa ruszy pełną parą, a na zakończenie jeszcze raz zwycięzcy orzekną, iż „wszyscy byli winni”****



Wasz Andrew




** ograniczenia procentowe liczby studentów pochodzenia żydowskiego do 10%, całkowity zakaz studiowania

*** większości społeczeństwa umyka obraz Niemiec międzywojennych jako państwa pod wieloma względami przodującymi w dążeniu do wolności (choćby ich rewolucja seksualna), co zostało zduszone przez następstwa kryzysu gospodarczego i definitywnie przerwane przez faszyzm

**** 1947 Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze uznał SS za organizację zbrodniczą (z wyjątkiem SS-Reiterei, co też jest ciekawym tematem na osobny felieton)

piątek, 13 kwietnia 2012

Wybór Zofii


William Styron
Wybór Zofii
(oryg. Sophie’s Choice)
przekład Zbigniew Batko

Nazwisko autora i tytuł powieści, jakkolwiek głośne w świecie, nie tylko świecie literatury i filmu*, było mi dotąd kompletnie nieznane. Po tę książkę sięgnąłem z premedytacją. Znajoma wykorzystała ją do pracy o obrazie II Wojny Światowej w literaturze i chciałem się przekonać, czy jest to pozycja wartościowa, czy też, jak niektóre inne książki z tego stosika, który posłużył za materiał źródłowy, wręcz przeciwnie.

Czy powieść o tak pachnącym tanim romansidłem tytule może być warta przeczytania i czy może być o wojnie? Otóż tak. Może być mocna, pełna głębi trudnych do przebycia i wymagająca od czytelnika otwartości umysłu, odwagi do zmierzenia się ze stereotypami i odmiennymi od naszych poglądami.

Przed rozpoczęciem lektury nie czytałem niczego o autorze ani jego twórczości. Świadomie zabrałem się do niej nieskażony opiniami innych; uzbrojony jedynie w zdolność myślenia i własne doświadczenie życiowe. Po jej zakończeniu sięgnąłem po recenzje i niejednokrotnie doznałem szoku. Czyżbym czytał co innego?!? Odpowiedź znalazłem w jednej z recenzji i pozwolę sobie przytoczyć z niej cytat, gdyż on wszystko wyjaśnia:

„Niestety, nieco się zawiodłam. Wątek oświęcimski, który tak bardzo lubię i... na który tak bardzo tutaj liczyłam, jest zaledwie jednym z wielu (...)”**

Kuriozalny sposób oceniania literatury; za dobrą powieść uważać taką, której autor przewidział interesującą nas tematykę oraz nasze poglądy i tylko do nich się ograniczył. To tak jakby Chopinowi zarzucać, że za mało w nim jazzu! Lubienie zaś tematyki oświęcimskiej?!? To pachnie zboczeniem. Rozumiem zainteresowanie, ale lubowanie się w Oświęcimiu? Aż mnie zatkało!

Trudno docenić książkę, jeśli się w niej szuka tego, co się chce znaleźć, a nie tego, co autor w niej zawarł! Jeśli nie szuka się nowych punktów widzenia, nowych koncepcji, tylko powtórzenia tego, co się już zna, lub co się komuś wydaje, iż zna.

Wybór Zofii to prawdziwe arcydzieło, ale niestety przez to właśnie, i przez skomplikowane, przenikające się nawzajem tematy, które podejmuje, jest trudny w odbiorze, o czym już wcześniej zresztą nadmieniłem.

O czym jest ta książka? To historia trójkąta potężnych uczuć, który uwięził w tragicznym przeznaczeniu Zofię - Polkę, która przeżyła Oświęcim, Natana – chorego psychicznie Amerykanina, w dodatku narkomana i Żyda z obsesją na punkcie holocaustu oraz początkującego pisarza z Białego Południa o ksywce Stingo, który jest jednocześnie narratorem. Trójkąty w związkach międzyludzkich nie są dobrze rokującym rozwiązaniem, ale namiętności, które łączą te dramatis personae prowadzą do szekspirowskiego wręcz tragizmu. Nawet gdyby autor tylko na tym poprzestał, stworzyłby dzieło warte polecenia.

Wybór Zofii jest solidnym kawałkiem dobrego stylu literackiego – prozy, którą bym określił amerykańską wersją Sienkiewicza; długie, niejednokrotnie wielokrotnie złożone wypowiedzi, dygresje, obszerne fragmenty liryczne podjęte równie doskonale, co obrazowe opisy i momenty wartkiej akcji. Zwłaszcza pierwsza część powieści, to prawdziwa zabawa słowami. Istna żonglerka tymi cegiełkami, z których buduje się literaturę. W dalszej części lektury ciężar tematu, nie tylko dramatu rozgrywającego się między głównymi postaciami tu i dzisiaj, ale przede wszystkim przywoływanej w retrospektywie historii okupowanej Warszawy, Oświęcimia i zagłady Żydów, każe nam zamknąć oczy na uroki warsztatu pisarza i skoncentrować się na treści. Treści, która wielu oburza, a dla wielu pozostaje niezrozumiała.

W wielu recenzjach, nawet zawodowych krytyków, stwierdza się, iż dzieje Zofii w okupowanej Polsce, zakończone wywózką do obozu koncentracyjnego i jej przeżyciami w tym przedsionku piekła, pokazują zmianę normalnych Niemców w fanatyków i sadystów. To absolutna nieprawda i nie wiem skąd się wziął ten odgrzewany przez kopiuj-wklej mit. Wielką wartością książki Styrona jest to, iż wprost i bez żadnych ogródek pokazuje, że to nie nienawiść i zaślepienie, a bezduszny rachunek ekonomiczny stworzył największe zło. Nie neguje faktu, iż druga wojna, jak każda wojna, była rajem dla wszelkiej maści degeneratów, ale podkreśla, iż Oświęcim i inne podobne miejsca, przez wielu określane jako gorsze od piekła samego, nie były wytworem sadystów, a powstały w umysłach urzędników i przez nich zostały stworzone jako logiczny środek do wykonania powierzonych im zadań. Nie byli panami życia i śmierci, ale księgowymi decydującymi o kolejnych kolumnach cyferek, które z jednego konta należy przenieść na inne. Nie bez kozery kilkakrotnie przewija się w powieści (a została ona opublikowana w roku 1979) nazwa koncernu IG Farben*** jako zakulisowego sprawcy całego szaleństwa masowej eksterminacji. Sprawcy, który do samego końca Rzeszy dyskretnie sterował kanałami śmierci stosownie do swych zapotrzebowań. Bardzo łatwo nam uwierzyć, że do stworzenia obozów koncentracyjnych zdolni są tylko dewianci. Takie przekonanie jest wygodne i bezpieczne. Niestety, co podkreśla Styron, prawda jest dużo bardziej przerażająca. Do tego zdolny jest każdy, jeśli uwierzy, że tak trzeba, że to należy do jego obowiązków. Nie bez kozery wielu zbrodniarzy wojennych to ludzie inteligentni, umiłowani ojcowie rodzin i ukochani tatusiowie dzieci. Nie przypadkiem Niemcy nie są wynalazcami obozów koncentracyjnych czy mydła z ludzi. Oni po prostu, zgodnie ze swą narodową dokładnością, wykonali to samo, co inni przed nimi i po nich, tylko na większą skalę i w sposób bardziej maszynowy, taśmowy i zbiurokratyzowany. Nie bez pomocy innych, choćby IBM, która dla obozów koncentracyjnych zapewniała wsparcie informatyczne, ale to już całkiem inna historia, za którą stoją wielkie pieniądze.

W Polsce szczególne oburzenie niektórych wywołał fakt, iż w Wyborze Zofii Polacy ratujący Żydów są raczej wyjątkami niż normą, która była w swej masie mniej lub bardziej antysemicka. Nie chcę się wypowiadać tutaj, jak było naprawdę, gdyż to osobny temat. Chodzi o to, by móc drążyć w poszukiwaniu prawdy. By ktoś odmiennie myślący nie był od razu odsądzany od czci i wiary. Niestety, nasz kraj jest od wieków największym na świecie, może poza Koreą Południową, centrum brązownictwa****. Jeśli święty, to nawet zmazy nocne musi mieć z imieniem Pana na ustach i z obrazem Pana przed oczami, jeśli bohater, to taki, co się nie boi niczego i nigdy, nawet największej właśnie popełnionej przez siebie głupoty. Jesteśmy chyba odwrotnym odbiciem USA, gdzie rozdrapywanie ran i dociekanie prawdy trwa w nieskończoność, że znów, po raz kolejny, przypomnę choćby moje ulubione bliźniacze filmy Clinta Eastwooda o Pacyfiku*****. Pojawiają się, co prawda, od jakiegoś czasu nawet dość liczne polskie książki dociekające prawdy, również stricte historyczne, ale nie czarujmy się – stereotypów nie zmienią, zwłaszcza wobec nikłej powszechności czytelnictwa w narodzie. Nie budzą nawet burz podobnych do Wyboru Zofii. Ta ostatnia zagroziła naszej wizji historii, gdyż przyszła z etykietką kontrowersyjnego bestsellera zza oceanu, a film na jej podstawie jako oscarowy raczej w zapomnienie też nie pójdzie. Wobec potencjalnego szerszego odzewu w świadomości społecznej trzeba było więc powieść oprotestować. Moim zdaniem absolutnie niesłusznie.

Jak długo będzie to nasze brązownictwo trwało? Kiedy w końcu w filmie, jedynej formie przekazu o naprawdę masowej sile oddziaływania, dowiemy się, iż ktoś z wielkich naszej historii nie był pomnikiem za życia? Kiedy w końcu przestaniemy unisono wołać, że antysemityzm jest u nas w zaniku? Pierwsze jaskółki nadziei widzę, jak choćby świetny obraz W ciemności Agnieszki Holland. Miejmy nadzieję, że to początek trwałego trendu.

Wielką moc w Wyborze Zofii ma seksualizm bohaterów. Ilość miejsca poświęconego fizycznej miłości i dosłowność opisów miejscami ocierałaby się o pornografię, gdyby nie była częścią większej całości, gdyby z niej nie wynikała i w sposób wręcz doskonały jej nie uzupełniała. Wielu krytykuje tak odważne ujęcie tematu, ale uważam, iż jest to zdecydowanie bardziej prawdziwe, niż dominujący w literaturze schemat eunuchowatych postaci, które myślą o wszystkim, tylko nie o seksie. Po wielu lekturach miałem wrażenie, że ludzie rozmnażają się chyba przez pączkowanie. Na szczęście proza Styrona nie z tych.

Eksterminacja Żydów, wielkie namiętności, potężny pociąg seksualny. Tematy o potężnym ładunku, którym można by obdzielić kilka innych powieści. A jednak pod tymi poruszającymi serce i umysł czytelnika wątkami mamy jeszcze bogactwo szczegółów tła, co także świadczy o klasie autora i jego dzieła. Zofia jako obraz kobiety w typie cierpiętnicy, która czuje się przywiązana do partnera, który ją bije i poniża. Obraz tak powszedni i w naszej codziennej rzeczywistości, gdzie partnerzy alkoholików i alkoholiczek, sadystów, narkomanów i psychicznie chorych nie potrafią im się przeciwstawić. Z różnych powodów trwają przy swych katach zamiast poszukać lepszego jutra gdzie indziej. Ojciec narratora, który stara się jak może, by pomóc synowi. Obraz powojennego (wszak to dopiero rok 1947, a więc przed wielką rewolucją seksualną) społeczeństwa USA; zakompleksionego w sprawach seksualności w sposób dziś prawie dla nas niewyobrażalny. I to, co mnie urzekło – szczególiki w drobiazgach. Stingo, od niedawna bezrobotny i balansujący na skraju biedy, a jednak ma w łazience płyn do płukania zębów, szczoteczkę do zębów o określonej twardości i maszynkę do golenia z wymiennymi ostrzami (oczywiście Schick, a nie Gilette). Ciekawe ilu ludzi w Polsce, choć mają pracę, uważa płyn do płukania jamy ustnej i porządną szczoteczkę za zbytni lub za duży wydatek, choć od czasu, w którym rozgrywa się powieść, minęło sześćdziesiąt pięć lat? Uwielbiam takie smaczki! Pokazują, jak różne są realia w różnych miejscach świata i jak to wszystko zmienia się w czasie. Jak bałamutne są reklamowe hasła i stereotypy.

Wybór Zofii ma wiele innych aspektów, których jeszcze nie wymieniłem, a które łączą się w perfekcyjną całość i sprawiają, iż warto po tę powieść sięgnąć. Właściwie zmierzyć się z nią gdyż, jak już wyżej wspomniałem, nie jest to łatwa i szybka lektura. Nie da nam wiele radości, o rozrywce nie wspominając. Na pewno jednak pozwoli na wiele rzeczy spojrzeć z innego punktu widzenia, wiele innych od nowa przemyśleć. Wzbogaci nas duchowo, jeśli wybaczycie ten patetyczny zwrot. Zdecydowanie i absolutnie polecam


Wasz Andrew



* Pod tym samym tytułem w 1982 roku nakręcono w amerykański dramat w reżyserii Alana J. Pakuli. rolach głównych wystąpili Meryl Streep (Oscar za rolę pierwszoplanową i Złoty Glob dla aktorki dramatycznej), Kevin Kline i Peter MacNicol.

** grzegorzowa (na blogu i na LubimyCzytać.pl)
**** termin ukuty przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który w swym dziele "Brązownicy", podjął kampanię przeciw tym, którzy przedstawiają nieprawdziwy, przykrojony do swoich potrzeb, czarno-biały obraz historii.
***** lustrzane filmy Clinta Eastwooda z 2006 roku: Letters from Iwo Jima, 2006 (Listy z Iwo Jimy) i Flags of Our Fathers Polskie tytuły: Sztandar chwały lub Gwiaździsty sztandar. Dlaczego takie, a nie Sztandary naszych ojców? To temat na osobne rozważania

wtorek, 10 kwietnia 2012

Polskie kino




Jaka jest przyszłość naszego kina i dlaczego jest jak jest? A w ogóle, to jak to właściwie z naszym kinem jest?


Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale zapominając o tej przestrodze powiedziałbym, że przyszłość naszego kina w najbliższych latach, o ile się nie objawi jakiś geniusz na tyle silny, by zrobić wszystko samemu, będzie taka jak dzień dzisiejszy. A jaki on jest?

Nie ma kina bez filmu. I bez widzów. Co to znaczy dobry film?

Dobry film to taki, który ja uważam za wartościowy. I nie oszukujmy się, że ktoś myśli inaczej. Oczywiście na to, co oceniamy jako dobre, mają wpływ różne czynniki. Jedni są podatni na opinie recenzentów, inni na prestiż uznanych nagród, magię nazwisk aktorów czy reżyserów, a jeszcze inni na wyniki finansowe i popularność wśród szerokich mas, nie bez powodu kiedyś nazywanych plebsem*. Są jeszcze tacy, którzy oceniają każdy film tylko za to, jaki jest, według ich własnych, świadomych kryteriów. By uniknąć więc filozoficznych dylematów i niekończących się rozważań przyjmijmy, że dobrze by było, gdyby polskie kino kolekcjonowało odpowiednio często wciąż nowe Oscary i dawało sukcesy kasowe na światową miarę. Czy to możliwie?

Prawdziwe kino, kino które ma markę, to kino zasobne w gwiazdy; twarze, które można umieścić na plakacie.

W historii dziewięć razy, o ile się nie mylę, zdarzyło się nam złapać magiczną statuetkę. Trzy dostaliśmy za muzykę (Leopold Stokowski, Bronisław Kaper i Jan Kaczmarek), dwa za zdjęcia (dwa razy Janusz Kamiński!) oraz po jednym za całokształt twórczości (Andrzej Wajda), za reżyserię (Roman Polański), za scenografię (wspólnie Allan Starski i Ewa Braun) i film animowany (Zbigniew Rybczyński). I co? Gdzie nasze gwiazdy? Nasze gwiazdy tańczą na lodzie, skaczą jak małpy i fruwają. Może przez to nie mają czasu porządnie grać?

Nie twierdzę, że nie ma u nas aktorów, którzy mogliby sięgnąć po Oscara, gdyby dostali odpowiednie wsparcie. Szczególnie spodobała mi się choćby gra Roberta Więckiewicza w filmie Agnieszki Holland W ciemności. Większość naszych „gwiazd” to jednak ledwo aktorzyny, a właśnie ich najczęściej widujemy, gdyż za pieniądze są gotowi na wszystko. Za odpowiednią kasę biorą udział nie tylko w serialach, w debilnych, niesmacznych i nieudanych reklamach, ale nawet chwytają konferansjerkę na mniej lub bardziej pijackich imprezach. Podejrzewam, że za odpowiednią sumę wielu z nich publicznie pocałowałoby mnie w zadek i jeszcze udawało rozkosz. Tymczasem mam wrażenie, że zwłaszcza aktor z małego kraju gdzieś w środku Europy, w dodatku z narodu postrzeganego przez wielu jako coś pośredniego między Rumunem, Rosjaninem i ksenofobem, miałby szansę na bycie zauważonym tylko wtedy, gdyby był promowany przez państwo, aż jego twarz stała by się synonimem jakości nie tylko samego rzemiosła aktorskiego, ale i filmów, w których występuje. I tu mamy problem. Nie ma u nas pomysłu ani woli, by coś takiego przeprowadzić, choć można, jak pokazuje choćby przykład Wielkiej Brytanii, która aktywnie promuje swój przemysł muzyczny będący dzięki temu w tej branży potęgą nieproporcjonalną do wielkości i znaczenia kraju. Druga część naszych kłopotów to same filmy.

Polski aktor musi grać w polskich filmach. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. A polskich filmów, które mogą być prawdziwym hitem na skalę światową, nie ma. Owszem, mamy czasami filmy ambitne. Nawet są doceniane. Nie na tym się jednak robi Oscary dla aktorów. Do tego trzeba, by twarz była znana, trzeba filmów, które będą znane na całym świecie. Z tego też są pieniądze. W tej zaś dziedzinie, dziedzinie filmów dla mas, jesteśmy pod kreską.

Mamy świetne filmy, które bardzo mi się podobają, i które podobają się masom. Ale w Polsce. Seksmisja, Czterej Pancerni, Psy, Sara, Jak rozpętałem II wojnę światową, Dzień Świra, seria o Kargulach i Pawlakach. Filmy bez przyszłości na globalnym rynku, a tylko to jest dla nas drogą do prawdziwych pieniędzy z filmu, pieniędzy nie tylko dla producenta, ale i dla kraju, gdyż jesteśmy zbyt małym narodem, by wystarczył nam rynek wewnętrzny. Polska to nie Indie.

Nasze produkcje są nieeksportowalne. Jedne zbyt mało wartościowe. W drugich za słaba obsada. Inne byłyby dobre, gdyby... ktoś poza nami je rozumiał. Odniesienia do polskich realiów są dla nas czytelne, ale dla większości ludzi na świecie są niezrozumiałe, co uniemożliwia odbiór naszych produkcji przez szerokie rzesze obcokrajowców. Im nawet do głowy nie przyjdzie, że w kraju, w którym prawie całość populacji wierzy w Boga i posyła potomstwo na religię normą jest ściąganie podczas egzaminów na wszystkich etapach edukacji (co jest oszustwem lub kradzieżą zależnie od tego, z czego ściągamy) i nie tylko nie widzi się w tym niczego nagannego, ale wręcz postawa odwrotna jest piętnowana. Pamiętam Anglika, profesora, który jako wolontariusz uczył na naszym uniwerku i z płaczem rzucił robotę, gdy zobaczył, że studenci zrzynają. Elementy naszej rzeczywistości, które bez specjalnych objaśnień są nie do ogarnięcia dla obcych, można mnożyć w nieskończoność, a każdy z nich w jakimś momencie sprawia, iż zagraniczny odbiorca traci kontakt z treścią naszej produkcji. Do tego dochodzi nasza, nieznana praktycznie na świecie historia i skomplikowane stosunki między Polakami a innymi narodami.

Czasami mimo wszystko zdarzy się temat, gotowy materiał na światowy hit, jak choćby Potop. I wtedy musimy wszystko spieprzyć. Mógł być z tego film naprawdę światowego formatu, a wyszło jak wyszło. Ktoś, kto czytał Trylogię wie o co w tym dziele kinematografii chodzi, aczkolwiek trudno mu zrozumieć, dlaczego w roli Oleńki obsadzono aktorkę tak odległą aparycją od powieściowego pierwowzoru. Jeśli jednak spróbujemy obejrzeć Potop okiem kogoś, kto nie zna historii Polski i w dodatku nie czytał powieści, to zobaczymy zlepek luźno powiązanych ze sobą scen, bez ładu i składu połączonych w całość. Pisałem już o tym kiedyś, ale cały czas mnie to dręczy, gdyż mogła być to nasza konkurencja dla Krzyżowców i Króla Artura.

Może i zdarzy się aktor na tyle genialny i mocarny, by wyrwać się z tego naszego piekiełka, by sięgnąć po Oscara. Ale on będzie musiał właśnie się wyrwać. Nie będzie produktem systemu nakierowanego na własną i jednocześnie światową szkołę aktorską. Nie pociągnie też za sobą innych, z tego właśnie powodu, że będzie sam. Będzie produktem własnego talentu i harówki, a nie produktem systemu, który by prorokował następne podobne produkty.

Polskie kino jest w głównym nurcie polskie. I takie chyba pozostanie, niestety.


Wasz Andrew



* Nawet nasz Jan Paweł II zauważał, iż masy jako czynnik osądzający i przewodzący się nie sprawdzają, gdyż bliższe są raczej bezrozumnej tłuszczy niż świadomemu ploretariatowi. Inna sprawa, że koliduje to nieco z resztą głoszonych przez niego haseł.

refleksja zainspirowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Krytyka krytyków


Choć temat ten dojrzewał we mnie od dłuższego czasu, to do jego napisania akurat teraz zdopingowała mnie lektura powieści American Psycho pióra Breta Eastona Eblisa. Zebrała ona swego czasu entuzjastyczne oceny wśród krytyki, co absolutnie nie pokrywało się z odczuciami tak zwanych normalnych ludzi*. I sytuacja taka trwa chyba nadal.

American Psycho oceniłem zdecydowanie negatywnie. Pisząc recenzję książki Eblisa miałem wrażenie odczuwane już wcześniej wielokrotnie przy kontakcie z różnymi wytworami sztuki naszych czasów. Coraz częściej zdanie krytyków rozmija się z ocenami innych ludzi. Dlaczego tak jest?

Kiedyś odbiorcą dzieła sztuki, jego fundatorem i krytykiem była jedna i ta sama osoba. Ktoś, kto płacił, potem ze swym nabytkiem obcował. Musiało mu się to zamówione u artysty cudo podobać. Inaczej by nie zapłacił. Dzięki temu do dziś dzieła starych mistrzów podobają się wielu ludziom. Ceną za to była trudność we wprowadzaniu na rynek dzieł awangardowych. Wielu genialnych twórców zmarło nie doczekawszy się docenienia swoich dzieł.

Sytuacja ta zaczęła się zmieniać, gdy powstały, w dodatku do starego, sprawnie działającego układu, dwa nowe elementy. Zawodowi krytycy i mecenat państwa**. Cóż się bowiem w związku z tym stało?

Krytycy byliby niepotrzebni, gdyby ich zdanie było takie samo jak pospólstwa. Po co by było zatrudniać wielce szacownego krytyka, gdyby to samo można było usłyszeć od wioskowego głupka? Naturalną więc chyba koleją rzeczy krytycy starają się pokazać, iż są mądrzejsi niż reszta, iż widzą sztukę tam, gdzie reszta widzi brzydotę.

Oczywiście, żeby racje zawodowych krytyków miały przełożenie na rzeczywistość, ktoś musiał dać papu twórcom różnych szkaradzieństw. I tu właśnie pięknie wpisał się państwowy mecenat. Płaci geniuszom tworzącym rzeczy, których większość ludzi nawet nie chce oglądać, ale które są chwalone przez „znawców”.

Zawodowi krytycy muszą być mniej lub bardziej spolegliwi wobec tych, którzy ich utrzymują. A ci z kolei też podlegają wpływom innych osób. Tylko tak można wytłumaczyć uznawanie za wielkie dzieła rzeczy wyglądające jak twory upośledzonego umysłu. Tylko tak można wytłumaczyć sukcesy wielokrotnie powtarzanych numerów z obrazami malowanymi przez zwierzęta i przemycanymi na różne wystawy oraz konkursy jako dzieła nowych artystów. Tylko tak można tłumaczyć wielki i zgodny chór, który potępia pokazywanie seksu nazywając to pornografią, ale zachwyca się pokazywaniem seksu z użyciem przemocy aż do gwałtu i morderstwa włącznie, nazywając to „studium psychopatycznego mordercy”***.

Nie żebym twierdził, iż krytycy są zbędni. Ich wiedza na pewno jest cenna, jeśli potrafimy ją właściwie wykorzystać. Przede wszystkim nie powinniśmy jednak słuchać ich bezkrytycznie i wierzyć im bardziej, niż własnym odczuciom. A przede wszystkim powinniśmy myśleć i samych krytyków też krytycznie oceniać.


Wasz Andrew



* Powieść wzbudziła w wielu odbiorcach bardzo negatywne odczucia. Najbardziej jaskrawym przykładem jest fakt, iż część kobiet zatrudnionych przy pierwszym wydaniu książki w USA odmówiło pracy po zapoznaniu się z treścią American Psycho.
** Mam tu na myśli nie dosłownie mecenat państwowy, ale wszelkie formy mecenatu inne, niż finansowanie przez osobę prywatną, lub grupę takich osób.
*** często używany zwrot w recenzjach, choćby wspomnianej powieści American Psycho