czwartek, 25 lutego 2021

Słowik Kristin Hannah, czyli miłość i wojna inaczej




Kristin Hannah

Słowik

(oryg. The Nightingale)
tłumaczenie: Barbara Górecka
czyta: Danuta Stenka
wydawca: Świat Książki 10 kwietnia 2020
ISBN: 9788380316997


Kiedy sięgałem po Słowika, oczywiście uczyniłem to niemal w ciemno. Nie wiedziałem nawet, że autorka tej powieści jest znaną i uznaną współczesną amerykańską pisarką, a ta jej książka została wręcz obsypana nagrodami różnego kalibru. Przyznam, że zwróciłem uwagę na jedną – Goodreads Choice 2015 Winner. To i przeczucie wystarczyło, choć nie poluję na literaturę pisaną przez kobiety, dla kobiet i o kobietach. Co z tego wyszło?


Postawiłem na wersję audio w interpretacji Danuty Stenki, znów niejako niezbyt po linii preferencji, gdyż z reguły lektorzy mężczyźni lepiej się sprawdzają niż panie. Okazało się jednak, że w tym wypadku wybór dokonany przez wydawcę i przeze mnie okazał się strzałem w dziesiątkę, o czym byłem przekonany już po kilkunastu minutach słuchania.

We Francji, w latach trzydziestych, żyją sobie dwie siostry: Isabelle i Vianne. Można powiedzieć, że mają za sobą trudne dzieciństwo – matka je odumarła, gdy były jeszcze zbyt młode, by z dnia na dzień zdobyć się na samodzielność, a ojciec, którego złamały przeżycia Wielkiej Wojny, nie radzi sobie i za wszelką cenę próbuje pozbyć się „problemu” z jakim pozostawiła go żona. Młodsza, Isabelle, urodzona buntowniczka, jest po kolei relegowana z wciąż nowych uczelni i internatów, do których zsyła ją ojciec. Starsza wybiera drogę bierności – wychodzi wcześnie za mąż, rodzi córeczkę i zamyka swe życie w kręgu wąsko pojętej rodziny. Niestety, historia się powtarza - po Pierwszej Wojnie przychodzi ta Druga i kolejne pokolenie francuskich mężczyzn opuszcza rodziny. Obie siostry muszą stawić czoła wojennej, okupacyjnej rzeczywistości, choć wybierają całkiem odmienne drogi i z pozoru biegunowo różne postawy. Co i jak oczywiście bliżej nie zdradzę. Fabuła jest przyjemnie skomplikowana, ale bez popularnych w wielu amerykańskich powieściach udziwnień i trzeba przyznać, że losy sióstr śledziłem z dużym zainteresowaniem.

Jak wspomniałem, fabuła jest wciągająca. Napięcie stopniowo rośnie, gdyż wojna to nie jest bajka, a akcja płynie ze zmiennym tempem, co nadaje dziełu nietypową dynamikę. Nie to jest jednak główną zaletą Słowika. Wielką siłą powieści są postacie; skonstruowane w sposób bardzo nieszablonowy, a jednocześnie całkowicie realistyczne, przekonujące i będące wyznacznikami pewnych typowych postaw tamtego okresu. Warstwa psychologiczna i socjologiczna, z uwzględnieniem specyfiki czasu i miejsca, to prawdziwa uczta. Są jednak jeszcze inne aspekty, które wynoszą książkę Kristin Hannah ponad wiele innych opowieści o tamtych czasach.

Słowik jak mało która pozycja w literaturze pokazuje prawdę, która z reguły gdzieś większości z nas umyka. Pokazuje, że wojna jest piekłem nie tylko dla tych, którzy walczą, są zabijani i poddawani przemocy czy w inny sposób opresjonowani, ale również dla z pozoru nią niedotkniętych. Szczególnie cenne to dla polskiego czytelnika, który pod wpływem naszej propagandy niejednokrotnie jest przekonany, że tylko Polska, no może i Rosja, ucierpiały, a w pozostałych krajach to tylko trochę żołnierzy poginęło, zaś ludność cywilna miała się całkiem nieźle. Hannah w swej opowieści pokazuje nam, jakim piekłem jest wojna dla zwykłych ludzi, nawet tych, którzy nie chcą się mieszać i próbują tylko przeżyć, zachować choć skrawek normalności w nienormalnych czasach. Amerykańskiej pisarce udało się uniknąć tak powszechnych przy wojennej tematyce stereotypów. Wręcz przeciwnie – mamy nawet dobrego Niemca, który wysyła Żydów do obozów koncentracyjnych i wiele innych niejednoznacznych etycznie, powodujących spory dysonans moralny elementów podkreślających obraz daleki od preferowanej przez naszych historyków i polityków wizji historii malowanej w czerni i bieli. Wojna to w Słowiku świat pełen różnych odcieni szarości, ale z wielką przewagą tych blisko czerni.

Odważne jest na przykład i niezwykle celne pokazanie uchodźców jako szarańczy (z perspektywy mieszkańców miejscowości, do których docierają). O tym, co przeżywało gospodarstwo do którego zwalił się tłum uchodźców, zdesperowanych i niejednokrotnie agresywnych, w opowieściach o polskim wrześniu raczej nie usłyszycie. Ten fragment ma i aktualne konotacje, więc szczególnie polecam wszystkim, którzy nie doceniają tego, że PiS miał odwagę odmówić przyjęcia imigrantów.

Oczywiście, jak na „kobiecą literaturę” przystało, mamy i miłość, a nawet więcej niż jedną, choć nie wiem czemu ten motyw tak jest przez same czytelniczki podkreślany. Mam wrażenie, że nie jest on głównym elementem powieści, choć pozornie wiele w jej konstrukcji na nim się opiera. Stawiałbym jednak na to, że sprawy uczuciowe są tutaj cząstką normalności w nienormalnym świecie, są opozycją wobec zła, nadzieją...

Powieść inspirowana jest życiorysem bohaterki ruchu oporu Andrée de Jongh, ale to niewiele znaczy, gdyż mnóstwo książek a zwłaszcza filmów „opartych na faktach” jest dalej od rzeczywistości niż ewidentna fikcja. A tutaj niespodzianka - muszę przyznać, że jestem zaskoczony wyczuciem z jakim amerykańska pisarka, z racji urodzenia i wychowania daleka od realiów europejskich, a z racji wieku od wojennych, potraktowała tę śliską tematykę. Momentami czułem niewiele mniejszy poziom wiarygodności niż przy Spowiedzi Calka Perechodnika, więc to chyba samo może służyć za miarę ogólnego poziomu tego dzieła.

Niestety, w szczegółach nie jest już tak różowo - lekturę (słuchanie) zakłócają błędy wszelkiego rodzaju, których w ogóle nie powinno być w powieści tej klasy, a które aż rażą. Tu powtórzenie, tam błąd rzeczowy (rysowanie kredą po plakacie), tu za duży skrót myślowy pomiędzy początkiem sceny a końcem, to znowu błąd logiczny (na tej wysokości nie ma żadnych ludzkich siedzib, ale bohaterka właśnie tam udaje się do domu zamieszkanego przez członków ruchu oporu) czy alzheimer przy tworzeniu sceny (zaczynają kawkę na długo przed świtaniem, rozmawiają jedząc śniadanie i wyruszają w środku nocy). W jednym miejscu (wiadomo, że zima nadejdzie z zaskoczenia jak co roku) to już nawet nie wiedziałem, czy było to tym razem zamierzone, czy nie.

No, ale takie rzeczy powinny być wyłapane przez korektę i wielka szkoda, że tak się nie stało, bo psuje to nie tylko końcową ocenę dzieła, ale i przyjemność z obcowania z nim, a o to przecież chodzi, by lektura była satysfakcjonująca pod każdym względem. Mimo tych całkiem niepotrzebnych potknięć, mogę z pełnym przekonaniem Słowika polecić nie tylko czytelniczkom, które zapewne będą zachwycone, ale i jak najbardziej czytelnikom. Z zastrzeżeniem, że tylko od Waszej wrażliwości będzie zależeć, w jakim stopniu wspomniane wcześniej błędy zepsują Wam frajdę. Mnie naprawdę denerwowały


Wasz Andrew


  • nie podobała mi się 
  • była w porządku
  • podobała mi się 
  • naprawdę mi się podobała 
  • była niesamowita 

2 komentarze:

  1. Błędy, których nie wyłapała korekta są naprawdę denerwujące i często sprawiają, że zniechęcam się do autora. Jednak "Słowika" mam na półce więc zrobię do niego przynajmniej jedno podejście i jak to o czym wspominasz w notce będzie mnie za bardzo denerwować to po prostu puszczę tą powieść dalej w świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha - ciekaw jestem Twoich wrażeń. I z powieści jako takiej, i z konkretnego wydania (czyli na ile błędy wpłyną na odbiór książki). Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)