piątek, 5 lutego 2021

Don DeLillo "Nazwy" - O języku i jego meandrach

Don DeLillo

Nazwy

Tytuł oryginału: The Names
Tłumaczenie: Robert Sudół
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 350
 




O rzeczach, które z człowieczej perspektywy wydarzyły się w czasach niewyobrażalnie odległych, ciężko mówi się z niezachwianą pewnością, dlatego na tyle, na ile to możliwe, ośmielę się zaryzykować twierdzenie, że język wyewoluował po to, by umożliwić tudzież ułatwić międzyludzką komunikację. Fakt, że obecnie służy nam jako narzędzie do porozumiewania się z innymi jest przy tym na tyle oczywisty, że na co dzień umyka to naszej uwadze – a stąd już niedaleka droga, by nie doceniać złożoności, utylitarności i niezwykłości tego cudownego systemu, jakim jest język. Z tego właśnie względu, przynajmniej w mojej skromnej opinii, jak najbardziej wskazane jest, być chociaż od czasu do czasu poobcować z płodami kapłanów bądź kapłanek słowa, którzy badając elastyczność języka, wyruszają na jego antypody, tj. tam gdzie granica między tym, co odkrywcze i świeże, a tym, co zbyt śmiałe, a przez to rozmyte i nieczytelne, jest niebezpiecznie cienka. Natykając się bowiem na dzieło oporne, które nastręcza nam trudności w jego odczytaniu, zdecydowanie łatwiej jest należycie uszanować potęgę zaklętą nawet w najbardziej prozaicznych zdaniach. Idąc tym tokiem rozumowania, uważam, że warto czytać prozę Dona DeLillo (ur. 1936), pisarza uchodzącego za czołowego, obok Thomasa Pynchona i Johna Bartha, przedstawiciela amerykańskiego postmodernizmu. Kolejną, po End Zone (polskie wydanie jako Mecz o wszystko), powieścią utwierdzającą mnie w tym przekonaniu są Nazwy.

Akcja utworu, który rozgrywa się na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku, osadzona została w greckich Atenach. Czytelnik śledzi perypetie pierwszoosobowego narratora, którym jest 38-letni Amerykanin James Jim Axton. Mężczyzna pracuje dla amerykańskiej korporacji jako: Wicedyrektor do spraw analizy ryzyka na Bliskim Wschodzie [1]. Zajęcie wiąże się nie tylko ze strukturyzowaniem, systematyzowaniem i porządkowaniem danych i materiałów spływających z basenu Morza Śródziemnego, Zatoki Perskiej i Morza Arabskiego od najróżniejszych czynników kontroli, lecz także z licznymi podróżami służbowymi. Oprócz tego pobyt na placówce w Grecji to okazja, by podtrzymać relację z żoną zajmującą się wolontariatem archeologicznym na jednej z wysp otaczających Peloponez. Relację coraz bardziej kruchą i wyniszczoną, po której w opinii Jamesa pozostały jedynie (…) krwawe strzępy naszych wspólnych jedenastu lat [2] – separacja, w jakiej obecnie znajdują się małżonkowie oznacza dla Axtona również zanikającą więź z synem, wkraczającym powoli w wiek dojrzewania. Tę naznaczoną osobistymi problemami, ale i schematycznością i znużeniem egzystencję głównego bohatera ożywia wpadnięcie na trop tajemniczego kultu, którego członkowie dokonują rytualnych mordów według trudnego do ustalenia klucza. Sekta staje się dla Axtona źródłem fascynacji przechodzącej w fiksację – można wręcz odnieść wrażenie, że usilne usiłowania zrozumienia logiki, jaką kierują się wyznawcy kultu wiążą się z poszukiwaniami odpowiedzi, w jaki sposób własny byt nakierować na właściwie tory. Czyż jednak w odprawianych obrządkach i ceremoniałach związanych z nazwami i znakami, faktycznie zawarta jest tak potężna moc?

Nazwy to dzieło z dwoma zagadnieniami stanowiącymi fundamenty, na których wsparta jest fabuła. Pierwsze z nich to tożsamość kulturowa rozpatrywana na przykładzie licznego grona Amerykanów (bankierów, inżynierów i biznesmenów) przebywających służbowo na Półwyspie Peloponeskim oraz Bliskim Wschodzie, których Axton kpiąco kategoryzuje w ramach tej samej subkultury: Wszyscy lataliśmy. Tworzyliśmy subkulturę, przedsiębiorcy w drodze, starzejący się w samolotach i na lotniskach. Znaliśmy się na procentach, wskaźnikach bezpieczeństwa, na humorze płonącej śmierci. (…) Wiedzieliśmy, gdzie obowiązuje stan wojenny, gdzie dokonują rewizji osobistej, gdzie na porządku dziennym są tortury albo na weselach strzelają z karabinów na wiwat, gdzie porywają szefów firm dla okupu [3]. James, podobnie jak rodacy, szybko przekonuje się, że w Grecji podlega on postępującej dezindywiduacji – brak znajomości lokalnej kultury i języka (i brak woli i wytrwałości, by ten stan rzeczy zmienić) skutkuje tym, że traktowany jest on jako jeden z wielu obcych elementów, które składają się na potężną machinę amerykańskiego imperializmu funkcjonującej wedle następującej schematu: (…) Amerykanie uczą się geografii i historii powszechnej, w miarę jak ich interesy ponoszą szkody w jednym kraju za drugim. (…) Uczą się religioznawstwa komparatywnego, ekonomii Trzeciego Świata, polityki ropy naftowej, polityki ras i głodu. (…) Amerykanie dostrzegają inne narody tylko wtedy, gdy następuje kryzys. I musi to być oczywiście kryzys amerykański. Jeśli walczą ze sobą dwa kraje, które nie dostarczają Ameryce żadnych cennych towarów, społeczeństwo niczego się nie uczy. Ale kiedy upada dyktatura, kiedy dostawy ropy są zagrożone, wtedy ludzie włączają telewizor i dowiadują się, gdzie leży ten kraj, jakim tam się mówi językiem, jak należy właściwie wymawiać nazwiska przywódców, jakie wyznanie dominuje, i może nawet wytną z gazety przepisy na (…) potrawy [4]. Z tego powodu bycie trybikiem w oczach tubylców wiąże się z szeregiem niedogodności i niebezpieczeństw, bowiem jednostka definiowania jest wyłącznie przez pryzmat narodowości i tym samym traci indywidualny rys, bowiem zastąpiona zostaje masą, którą znacznie łatwiej odczłowieczyć, zdehumanizować i pozbawić praw: Ameryka to żywy mit dla całego świata. Kiedy zabijasz Amerykanina albo obwiniasz Amerykę o jakiś własny miejscowy kataklizm, nie masz poczucia, że robisz coś złego. Na tym polega nasza rola, mamy być typami charakterologicznymi, ucieleśniać powracające tematy, których ludzie mogą używać, żeby znaleźć pocieszenie, żeby się usprawiedliwić i tak dalej [5]. Co ciekawe, gdyby wyraz Ameryka zastąpić wyrazem LBGT, książka DeLillo napisana w 1982 roku zyskuje jeszcze bardziej na aktualności – okazuje się, że nazwy mogą piętnować czy stygmatyzować. Jednocześnie, żeby nie było taka jednoznacznie, protagonista to człowiek odrobinę nijaki, bez właściwości, do momentu zetknięcia się z kultem bez zainteresowań, bez wyraźnie określonego światopoglądu, raczej oportunista i ignorant, będący w zasadzie znikąd, wszędzie czujący się jak turysta, wyobcowany, tracący więzi nawet z najbliższą rodziną (pogarszające się relacje z żoną i synem stają się bodźcem do konstatacji: Przez nas się zastanawiasz, czy nie jesteś outsiderem w tym towarzystwie [6]) – trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Don DeLillo chętnie pogrywa sobie z czytelnikiem, posyłając do niego sprzeczne sygnały, które wspaniale podkreślają jak niejednoznaczna i nie zamykająca się w tonacjach bieli i czerni jest otaczająca nas rzeczywistość.

Drugą kwestią, która zajmuje ogromne połacie książki jest szeroko rozumiany język i wszystko, co się z nim wiąże. Don DeLillo pochyla się nad sztuką komunikacji, starając się pochwycić w karby słów jej istotę, co wcale nie jest rzeczą prostą. Przyznać jednak trzeba, że wysiłki czynione przez Amerykanina są godne podziwu, choćby z racji uporu oraz tego, z jak wielu stron próbuje on ugryźć tę materię. Autor, na ogół za sprawą przewijających się w tekście postaci, raczy nas szeregiem refleksji, począwszy od tych najbardziej ewidentnych, jak choćby wtedy, gdy sygnalizowany jest fakt, że aby doszło do porozumienia, to nadawca i odbiorca muszą posługiwać się jednakowymi desygnatami (To nie ma sensu, jeśli nie znasz tajemnic, szyfrów. Wtedy to nic nie znaczy, nic nie wyraża, do niczego się nie odnosi, tak naprawdę jest absolutnie bezużyteczne [7]); poprzez zaakcentowanie sprawczej siły języka (Alfabet jest męski i żeński. Jeśli znamy właściwy porządek liter, stwarzamy świat, dokonujemy kreacji. Dlatego ten porządek jest skrywany. Jeśli znamy kombinacje, stajemy się panami życia i śmierci [8]); a skończywszy na podkreśleniu, że język w niemały sposób kształtuje jego użytkownika (Ma dużo zrozumienia i tolerancji, jest zdolny do cywilizowanego myślenia. Nie śpieszy się, nie szuka rozpaczliwie satysfakcji. Oto, co oznacza znajomość języków [9]). Wracając jeszcze do problematyki sprawczości, to wspomnieć należy o świetnym wątku związanym z jednym z trzecioplanowych protagonistów, lękającym się, że zginie w zamieszkach bądź w zamachu terrorystycznym, o których nie pojawi się żadna wzmianka w mediach – zatem od śmierci jeszcze gorszą rzeczą jest przemilczenie czy wymazanie ze świadomości innych, bo gdy się o nas nie mówi, bądź nie pisze, to jakbyśmy wcale nie istnieli.

Godny uwagi jest także styl, jakim operuje Don DeLillo. Autor jawi się jako demiurg, który ze słownej materii niczym kowal wykuwa zdania najróżniejszego sortu. Wyróżnikiem są rozbudowane partie dialogowe (niekiedy meandrujące po bezdrożach absurdu), które przechodzą w monologi, jakie wygłaszają do siebie nie potrafiące się porozumieć postacie. Interesującym zabiegiem jest również nakładanie na siebie i przeplatanie dwóch strumieni narracyjnych. Ponadto ciekawie prezentują się opisy, bowiem autor kreśli daną scenerię w sposób, którzy przywodzi na myśl szkicowanie – kilka krótkich zdań (albo równoważników) wystarcza, by odmalować obraz na tyle realistyczny, że w wyobraźni bez trudu usłyszymy szum morskich fal czy poczujemy posmak słonego powietrzu na ustach.

Składając w całość wszystkie te elementy, jakie stosuje w Nazwach Don DeLillo, uzyskujemy powieść niełatwą w odbiorze z racji przyjętej formy, ale bardzo interesującą z uwagi na treść. Książkę można uznać za literacki eksperyment będący apoteozą słowa i mocy, jaka jest w słowie zaklęta oraz (…) opowieść o tym, jak daleko mogą posunąć się ludzie, żeby zaspokoić potrzebę wzoru, znaleźć wzór, dopasować elementy [10].  

 

Ambrose




[1] Don DeLillo, Nazwy, przeł. Robert Sudoł, Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2012, s. 61

[2] Tamże, s. 31

[3] Tamże, s. 17

[4] Tamże, s. 72

[5] Tamże, s. 135

[6] Tamże, s. 19

[7] Tamże, s. 191

[8] Tamże, s. 178

[9] Tamże, s. 237

[10] Tamże, s. 97

4 komentarze:

  1. Mam tę książkę na półce i - po przeczytaniu Twojej recenzji - zdaję sobie sprawę, że nie będzie to łatwa lektura. Zachwyciły mnie fragmenty, które przytoczyłeś, głównie te dotyczące języka, międzyludzkiej komunikacji, lęku przez zniknięciem z ludzkiej pamięci. Mam wrażenie, że okładka tej książki (przepiękna) nawiązuje do podróżowania, płynięcia z prądem, odkrywania głębin (nie dosłownie morskich). A sam tytuł "Nazwy" do czego się odnosi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, książka nie jest łatwa w odbiorze, ale bardzo intrygująca. Lektura mocno mnie wciągnęła, mimo iż przewracanie kolejnych kartek szło raczej opornie. Właśnie te rozważania poświęcone językowi, słowom oraz komunikacji najbardziej mnie ujęły. No i podoba mi się figura głównego bohatera, będącego poszukiwaczem czegoś stałego, trwałego i pewnego w kwestii międzyludzkiego porozumienia właśnie. A Twoja interpretacja okładki bardzo mi się spodobała - ja odczytałem ją zdecydowanie płyciej, tj. jako nawiązanie do kultury antycznej Greków, gdzie rozgrywa się akcja :)

      A co do "Nazw" to wiążą się one właśnie z kultem, którego członkowie dokonują rytualnych mordów wg pewnego klucza. Więcej nie zdradzę, żeby nie zepsuć przyjemności płynącej z samodzielnego odkrywania meandrów fabuły :)

      Usuń
  2. Pynchona czytałem niejednego, Bartha ciut też... Wypadałoby i prozę pana DeLillo poznać. Zwłaszcza, że do postmodernizmu słabość mam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie "Nazwy" to drugie spotkanie z autorem, ale na pewno nie ostatnie. W formie elektronicznej nabyłem niedawno "Americanę", a na papierze czeka zbiorek "Anioł Esmeralda". Czytajmy zatem Dona DeLillo, bo wg mnie warto poświęcić mu swój czytelniczy czas!

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)