piątek, 22 maja 2020

Ian McDonald "Luna: Wschód" - Tylko przyzwoite zakończenie lunarnej trylogii


Ian McDonald

Luna: Wschód

Tytuł oryginału: Moon Rising
Tłumaczenie: Wojciech Próchniewicz
Wydawnictwo: MAG
Seria: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 400



Księżyc, jedyny naturalny ziemski satelita, to także jedyne ciało niebieskie, na którym udało się wylądować człowiekowi. Ostatnia tego typu misja – w ramach programu Apollo 17 – miała miejsce 7 grudnia 1972 roku. Od tej pory powierzchnię Srebrnego Globu eksplorują wyłącznie bezzałogowe sondy, chociaż obecnie pojawiają się plany, by po raz kolejny wysłać ludzi na Lunę. Najbliżej realizacji tego kosztownego przedsięwzięcia zdaje się być Program Artemis, amerykański program lotów kosmicznych realizowany przez Narodową Agencję Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej NASA (ang. National Aeronautics and Space Administration), prywatne spółki kosmiczne oraz partnerów międzynarodowych, którego celem jest wylądowanie na Księżycu w roku 2024. I o ile lot na Srebrny Glob jest rzeczą możliwą do realizacji, o tyle kolonizacja tego ciała niebieskiego jest jak na razie tylko domeną literatury science fiction. Przyznać jednak trzeba, że owe wizje rodzące się w wyobraźni pisarzy potrafią być niezwykle przekonujące, o czym najlepiej świadczy trylogia Luna autorstwa Brytyjczyka Iana McDonalda, której zwieńczeniem jest powieść Luna: Wschód.

Trzeci tom trylogii jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń, jakie opisane zostały w utworach Luna: Nów oraz Luna: Wilcza pełnia. Jeden z Pięciu Smoków, czyli klanów a zarazem korporacji w praktyce sprawujących władzę na Srebrnym Globie, zostaje niemal doszczętnie rozbity. Część jego członków próbuje zredefiniować swoją dalszą egzystencję i odnaleźć się w nowej rzeczywistości, inni zaś nie mogą pogodzić się z tym, co zaszło i szukają okazji do zemsty. Tarcia i zgrzyty trwają też w strukturach pozostałych Czterech Smoków, kiedy młode pokolenia walczą ze sobą o schedę po ojcach i matkach założycielach. Luna pogrąża się w spirali brutalnych spisków i domowych wojen. Tyle, że z punktu widzenia Ziemi, Księżyc postrzegany jest jako kolonia, której celem jest zapewnienie dostaw niezbędnych surowców – wszelkie działania zakłócające ten zaopatrzeniowy cykl są wysoce niepożądane i postrzegane w kategoriach problemów, którymi należy zająć się z najwyższym priorytetem. Tym samym rodzi się pytanie o charakter, jaki przyjmie ludzka bytność na Srebrnym Globie – czy uda się tutaj stworzyć nowy wspaniały świat?

W poprzednich tomach Ian McDonald był niczym pająk cierpliwie tkający swoją misterną sieć – Brytyjczyk postawił na wielowątkową fabułę za sprawą bardzo licznego grona bohaterów, których losy śledzimy, obserwując spektakularne klęski czy niespodziewane zwycięstwa. Tymczasem w Lunie: Wschód autor bardziej kojarzy się z muchą zaplątaną w pułapkę, z której nie potrafi się wydostać. Nadmiar otwartych wątków, które trzeba zamknąć skutkuje tym, że akcja gna na złamanie karku, momentami bardzo chaotycznie. Do tego wiru zdarzeń oraz sytuacji zmieniającej się niczym w kalejdoskopie okraszonych brutalnością i erotyzmem można z czasem przywyknąć, tym bardziej, że McDonald bardzo umiejętnie buduje napięcie oraz sprawnie operuje językiem, ale oznacza to, że czytelnicy, którzy po Lunę: Wschód sięgają po dłuższej przerwie (w Polsce między premierą 2. i 3. tomu upłynęły blisko 3 lata), z pewnością będą musieli przypomnieć sobie najważniejsze wypadki z wcześniejszych części.

O ile nadążanie za kaskadą scen jest momentami nużące, o tyle przebywanie w tworach wyobraźni McDonalda to niezmienne czysta przyjemność. Panorama skolonizowanego Księżyca jest odmalowana tak realistycznie, że ilekroć w trakcie lektury zdarzy nam się spojrzeć w kierunku ziemskiego satelity, prawdopodobnie nie raz zapytamy się, czy faktycznie ludzkość jeszcze nie zdołała się tam osiedlić. Warto przy tym zaznaczyć, że w swoim obrazie Brytyjczyk poświęca wiele uwagi zarówno aspektom technicznym jak i socjologiczno-ekologicznym. W rezultacie otrzymujemy portret księżycowej społeczności skrzący się technicznymi oraz kulturowymi aspektami – windy kosmiczne, elastyczne kombinezony do prac na powierzchni, efektowne konstrukcje do pozyskiwania energii z życiodajnego słonecznego światła, takie jak potężna lustrzana iglica na biegunie czy czarny pierścień przetopionego regolitu na równiku to część pomysłów McDonalda, które przeplatają się z wizjami dotyczącymi międzyludzkich kontaktów opartych na zasadzie, że wszystko jest umowne, czyli z jednej strony stronnicze i nieobiektywne, z drugiej zaś – poddające się negocjacjom i kontraktom. Dzięki temu Luna McDonalda jawi się wręcz jako ostoja swobód, przede wszystkim seksualnych oraz wyznaniowych, ale jednocześnie to miejsce, w którym nie można pozwolić sobie na chwilę słabości czy dekoncentracji, bowiem każda nieostrożność może zakończyć się śmiercią.

Ciekawie prezentują się również dywagacje autora dotyczące szeroko rozumianej ekologii. W jego ujęciu człowiek przywodzi na myśl pasożyta, który niestrudzenie dewastuje każde środowisko, w jakim przyjdzie mu bytować, po to, by zaspokoić nie tylko podstawowe potrzeby, ale i ambicje. Stąd księżycowy krajobraz przedstawiony w powieści naznaczony jest ludzką obecnością nierzadko sprowadzającą się do bezmyślnego niszczenia oraz śmiecenia: Ani śladu nowych pasażerów, tylko tory, skarpy, nasypy i labirynty z przeoranego spychaczami regolitu. Rozwalone maszyny, porzucone habitaty, przestarzałe stacje przekaźnikowe. Rozbite, zezłomowane, zepsute i roztrzaskane. Siedemdziesiąt lat kopania w poszukiwaniu cennych metali zadało Księżycowi głębokie rany. Rany po ciężkim sprzęcie mogą się nigdy nie zagoić [1]. Tym samym wydaje się, że pisarz pozostaje pesymistą w kwestii naszej zbiorowej odpowiedzialności i świadomości za otoczenie, w jakim przyszło nam egzystować – naturę postrzegamy bardzo instrumentalnie i na ogół nie czujemy się jej integralną częścią, czego podkreśleniem są zmiany, jakie zachodzą na Ziemi. Błękitna Planeta z Luny: Wschód to świat coraz mniej przyjazny człowiekowi – topienie się lodowców i związany z tym podnoszący się poziom mórz i oceanów, długotrwałe susze, kolejne szczepy śmiercionośnych bakterii to część z niedogodności, za sprawą których coraz większe grupy ludzi decydują się szukać szczęścia na Srebrnym Globie. Jeśli jednak nie zmienimy swojego podejścia, to wciąż będziemy jedynie szarańczą, przemieszczającą się i niosącą destrukcję następnym i następnym światom.

Reasumując, Luna: Wschód, mimo iż nie utrzymała poziomu poprzedniczek, to pozostaje solidną książką, która dostarcza zarówno rozrywki jak i intelektualnych bodźców do samodzielnych rozważań. Ian McDonald po raz trzeci zaprasza nas na Srebrny Glob i gości nas w wytworach swojej wyobraźni, przybliżając dzieje księżycowej społeczności, która czuje się coraz bardziej odrębna i niezależna od Ziemi. Byłoby cudownie, gdybyśmy doczekali się czasów, w których będziemy mogli zweryfikować, na ile wizja McDonalda sprawdziła się, a na ile rozminęła z rzeczywistością, która zawsze lubi podążać swoimi nieprzewidywalnymi drogami.



[1] Ian McDonald, Luna: Wschód, przeł. Wojciech M. Próchniewicz, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2020, s. 80

4 komentarze:

  1. Ha - zaciekawiłeś mnie i to na tyle, że dodałem pierwszą część trylogii do listy pożądanych :) Sprostuję tylko, że Księżyc nie jest jedynym naturalnym satelitą Ziemi. Mamy jeszcze Księżyce Kordylewskiego; dwa obłoki pyłowe o których warto wspomnieć choćby dlatego, że ich odkrywcą był nasz rodak Kazimierz Kordylewski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę, człowiek uczy się całe życie. Bardzo ciekawa informacja.

      Usuń
  2. Z tym pasożytowaniem trudno się nie zgodzić i aż przypomina się mowa agenta Smitha z Matrixa. Aż sobie pozwolę podrzucić: "Chciałbym podzielić się z Tobą odkryciem, którego dokonałem będąc tutaj. Odkryłem to kiedy próbowałem sklasyfikować wasz gatunek. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie jesteście ssakami. Każdy ssak na tej planecie instynktownie zachowuje równowagę z otaczającym środowiskiem. Ale wy ludzie nie. Przemieszczacie się na jakiś obszar i rozmnażacie się i rozmnażacie, aż wszystkie naturalne zasoby zostaną skonsumowane. Jedynym sposobem na przetrwanie jest przemieszczenie się na kolejny obszar. Są jeszcze jedne organizmy na tej planecie, które hołdują takim zachowaniom. Wiesz jakie? Wirusy. Istoty ludzkie to choroba."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, piękny cytat. Niestety, ale sporo w nim prawdy.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)