Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 12 czerwca 2014

O wyzwalaniu






Zdarzało się, że oczyszczając budynki, przypadkowo zabijaliśmy całe rodziny: gdy rzucasz granat, nie masz czasu pytać, kto jest w piwnicy. To było przerażające doświadczenie. Na dodatek czasami jakieś dziecko wybiegało z jedną lub dwoma urwanymi rączkami, krzycząc histerycznie i dziko ze strachu.


Alfred T. Whitehead 2 batalion 38 pułku piechoty 2 DP

przytoczył Charles Glass w książce Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej

środa, 11 czerwca 2014

O nieustraszonych




W każdej armii jest garstka ludzi, którzy nie znają strachu – ale tylko garstka. Ci ludzie jednak nie są normalni.

Psychologia dla żołnierzy opracowana przez żołnierzy Komitet Narodowej Rady Badań Naukowych we współpracy ze Służbą Naukową, jako wkład w wysiłek wojenny The Infantry Journal, Washington DC 1943

wtorek, 10 czerwca 2014

Niech żyje wojna!




Wojna była rajem dla bandytów. To były najbardziej ekscytujące i dochodowe czasy w moim życiu. Jak Hitler się poddał [sic!], to myślałem, że mi serce pęknie.



„Szalony” („Mad”) Frankie Fraser, nastoletni dezerter i gangster

przytoczył Charles Glass w książce Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Naprawdę zapomniani

Charles Glass

Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej

tytuł oryginału: Deserter. The Last Untold Story of the Second World War

tłumaczenie: Tomasz Fiedorek

wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS 2013

liczba stron: 464


Nie dalej jak kilka dni temu, mogliśmy w migawkach telewizyjnych oglądać inscenizacje z okazji kolejnej rocznicy Dnia D, czyli inwazji w Normandii. Znów politycy, czyli ci, którzy z odwagą mają chyba najmniej ze wszystkich wspólnego, grzali się przy wspomnieniach chwały dawnych bohaterów. Znów historycy klepali te same bajeczki, które się opowiada przy podobnych rocznicach. Tylko tym razem pewnie ich myśli krążyły wokół czego innego. Oto ktoś, nawet nie będący formalnie historykiem, sprzątnął im sprzed nosa temat, który czekał od wieków na kogoś, kto będzie miał odwagę go poruszyć. Odważnemu obiecywał, że od razu jego nazwisko na zawsze zapisze się w annałach historii. Ten temat to dezerterzy. Teraz wszyscy historycy plują sobie w brodę, iż sami poń nie sięgnęli. Może nie tylko odwagi im brakło. Każde szkolenie, nie tylko wojskowe, ale również akademickie, zwane zdobywaniem wykształcenia, odciska na swych adeptach piętno, które doświadczony obserwator jest w stanie odczytać. Wpływa ono również na percepcję rzeczywistości i trzeba wybitnie niezależnego umysłu, by zachować na zawsze, mimo usilnych prób społeczeństwa, które usiłuje to zniszczyć, dziecięcą ciekawość, oryginalność myślenia, nieschematyczność, by pozostać umysłowym outsiderem, prawdziwie wolnym, prawdziwie niezależnym. Takie osoby są rzadkimi wyjątkami, zwłaszcza w nowoczesnych, medialnych społeczeństwach, piorących mózgi swych obywateli przez okrągłą dobę, napełniających ich umysły komercyjną papką. To chyba nawet ważniejsza przyczyna faktu, niż brak cywilnej odwagi, że dopiero teraz znalazł się ten pierwszy, który od razu stał się obiektem zazdrości wszystkich kolegów po fachu. Zbiegiem okoliczności akurat w rocznicę D-Day, w czasie blokady wszystkich mediów przez newsy o przebiegu obchodów tego święta, zakończyłem lekturę, która rzuca całkiem nowe światło na całą wojnę aliantów, również na sam D-Day.

Charles Glass był dotąd osobą dla mnie całkowicie nieznaną. Nazwisko to nic mi nie mówiło, choć powinno. Ten urodzony w 1951 roku Amerykanin jest znanym i uznanym pisarzem, dziennikarzem prasowym i telewizyjnym. Wystarczy wspomnieć, iż współpracuje z takimi pismami jak The Spectator, Newsweek czy The Obserwer oraz stacjami klasy ABC News, by wiedzieć, iż nie jest to ktoś, kto zajmuje się ploteczkami i propagandowymi newsami politycznymi. Markę wyrobił sobie jako specjalista od spraw przemocy na Bliskim Wschodzie. Ostatnio jednak, w książce Americans in Paris: Life and Death Under the Nazi Occupation, 1940-1944 (2009) dał wyraz swej fascynacji historią II Wojny Światowej. Najnowszą jego książką jest Deserter: The Last Untold Story of the Second World War opublikowana w 2013. Kiedy tylko dowiedziałem się, iż ukazała się w Polsce pod tytułem Dezerterzy: Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej, zagiąłem na nią parol. Nie ze względu na dotychczasowe osiągnięcia autora, gdyż jak wspomniałem do niedawna niczego o nim nie wiedziałem, nie ze względu na recenzje – żadnych nie czytałem, a z powodu odwagi. Pierwszy raz trafiłem na kogoś podejmującego ten temat dla niego samego.

Niech płaczą historycy, którzy przed Glassem nie wpadli na ten pomysł albo nie mieli odwagi na jego realizację. Jestem przekonany, że z czasem to opracowanie stanie się obowiązkową pozycją dla każdego, kto interesuje się wojskowością, historią, psychologią i w ogóle zalicza się do tych, którzy lubią wiedzieć.

Książka zaczyna się mocną opowieścią o pierwszym Amerykaninie, na którym wykonano wyrok śmierci za dezercję podczas II wojny światowej, a stało się to… Nie zdradzę, gdyż już ten jeden zaskakujący epizod daje do myślenia.

Dotychczas jednym z głównych synonimów słowa „dezerter” był „tchórz”. Nawet w słowniku PWN (internetowym, ale jednak PWN) w rozwinięciu hasła „dezercja” czytamy „odejście skądś lub rezygnacja z czegoś z braku odwagi, by stawić czoła trudnościom”. Nigdy się z tym nie zgadzałem, podobnie jak wielu psychologów, psychiatrów i weteranów, ale ponieważ taki właśnie stereotyp jest na rękę wszystkim władzom we wszystkich miejscach na świecie, więc dotąd miał się dobrze. Chwała Glassowi, iż przypomina w swej pracy wszystkich tych, którzy już wieki przed Zimbardo publicznie udowadniali, że dezerter, za wyjątkiem szczególnych przypadków, to nie tchórz ani dekownik, tylko taka sama pozycja na liście strat wojennych, jak ranny czy zabity. Taka sama również z tego powodu, iż nikt z tych, którzy wyruszają na wojnę, nie wie, czy to nie właśnie on „załapie się” do którejś z tych trzech kategorii. Jak powiedziała nasza genialna poetka* – „Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono”.

Świetnym wprowadzeniem do lektury jest sama okładka ozdobiona zdjęciem wykonanym jakby wprost na zamówienie do tej publikacji. Nie można przejść koło niego obojętnie, a miłośnik starych i dobrych fotografii może się w nie wpatrywać bez końca. Mam wrażenie, iż jest ono nawet lepsze niż świetny fotogram zdobiący okładkę wydania oryginalnego. Na papierze te obrazy wyglądają nieporównanie lepiej niż poniżej, na Waszych monitorach.






Dezercja, zwłaszcza wśród „naszych” to wątek niemal wykreślony z opowieści o wojnie. U nas mówi się tylko o bohaterstwie (naszym), o krwi i śmierci, o okrucieństwie (ze strony przeciwnika). Dezercja w obrazie II Wojny Światowej w naszej świadomości społecznej w ogóle nie występuje. Tymczasem Glass pokazuje, że skala jej w szeregach zachodnich aliantów, bo nimi właśnie autor się zajmuje, była wręcz szokująca. Do Anzio 1/3 wszystkich przypadków wracających do USA zza oceanu stanowiły przypadki neuropsychiatryczne. Około 10 tysięcy ludzi miesięcznie było zwalnianych z wojska z przyczyn psychicznych. Dla porównania trzeba za autorem podkreślić, że nawet gdy w szczytowym okresie w Europie były ponad 3 miliony amerykańskich żołnierzy, to w walce uczestniczyło naraz nie więcej niż 325 tysięcy z nich. Po D-Day było jeszcze gorzej. Straty z powodu traumy bitewnej wynoszące u Brytyjczyków w pierwszym tygodniu inwazji około 3 procent, w następnym tygodniu wzrosły do 13 procent. Po miesiącu niemal co czwarty ranny był nie skutkiem urazów fizycznych, a psychicznych.

Ci ludzie, te prawdziwe masy ludzkie, gdzieś musiały się podziać, z czegoś musiały żyć. Łączna liczba dezerterów alianckich jednocześnie przebywających na europejskim teatrze działań sięgała w przeliczeniu na związki taktyczne 10 dywizji. Tworzyli uzbrojone bandy zagrażające alianckim liniom dostaw, a przez to i działaniom na froncie. Opanowali czarny rynek w całej Europie. Ilość dezerterów i bandy napadające na transporty momentami były większym problemem niż sami hitlerowcy. Żołnierz nie może walczyć bez amunicji, jedzenia, a im bardziej nowoczesna wojna, tym większe są ilości i różnorodność materiałów, bez których nie można jej prowadzić. Problem jeszcze się komplikuje, gdy uzupełnienia ludzkie traktuje się tak samo jak dostawy paliwa, amunicji czy części zamiennych. Jakie to rodzi implikacje nie będę opowiadał. Przeczytajcie sami.

O czym są Dezerterzy? Nie tylko o dezerterach, co może sugerować tytuł, ale o wojnie w ogóle, o tym, czym jest dla wszystkich, których dotyka. A dla każdego jest czym innym. U nas w ogóle się nie wspomina, iż wojna powoduje zdeprawowanie i dewaluację wszelkich wartości. Nie tylko w wymiarze jednostkowym, ale całych społeczeństw, i to po obu stronach frontu. Nie mówi się też u nas, iż wojna niszczy dziedzictwo kulturalne, największy skarb ludzkości. Amerykanie, choć są najmłodszym narodem na świecie, a może właśnie dlatego, jakoś to zauważają.

Glass w swym opracowaniu opiera się na ogromie materiału dokumentalnego, również oficjalnego, wojskowego. W równiej mierze korzysta też ze wspomnień weteranów, co bardzo korzystnie wpływa na całość. Przy okazji wynikają bowiem całkiem inne wątki, poszerzające tematykę i wyraźnie zwiększające wartość książki. Miejscami polskiego czytelnika, przyzwyczajonego do autocenzury, stereotypów i dętego patriotyzmu, pewne fragmenty mogą wręcz porazić. Mordowanie jeńców przez aliantów, nie zorganizowane, na modłę niemiecką, ale samodzielne, indywidualne i zabijanie, bez premedytacji, ale nie do końca nieumyślnie, własnej ludności cywilnej, to prawdziwe realia wojny, których jednak nasi autorzy raczej nie ukazują. A rabowanie trupów, również tych, którzy jeszcze przed chwilą byli kumplami, towarzyszami broni, to inny z takich obrazków. Dotychczas tylko Clint Eastwood tak jawnie pokazał rabowanie zwłok, ale wrogów. Zaś rabowanie swoich, w biały dzień i na masową skalę? A przecież wiara, że tak nie było, jest infantylna. Skoro żołnierz zabierał trupowi jego amunicję, lepsze buty, racje żywnościowe i inne niezbędne rzeczy, których wciąż brakowało, to czy można wierzyć, że nie zabrał rzeczy cenniejszych, by zostawić je dekownikom ze służb tyłowych?

Niesamowitym motywem powtarzającym się i we wspomnieniach dezerterów, i w danych oficjalnych, był rozkład sympatii i antypatii wobec AWOL*. Prawdziwi weterani z pierwszej linii, otrzaskani w ogniu, z reguły okazywali im nie tylko sympatię, ale i każdą możliwą w danej chwili pomoc. Im zaś mniej miał ktoś wspólnego z prawdziwą wojną, tym bardziej wrogi miał wobec „tchórzy” stosunek. W szczególności nienawiścią wykazywali się ci, którzy w ogóle prochu nie wąchali – wszelkiej maści gaciowi, logistycy, żandarmi jednostek tyłowych i ci z oficerów liniowych, którzy nigdy w walce udziału nie brali i uważali, iż im to nie zagraża.

To mi przypomina dyskusję z jedną z blogerek, której ksywkę litościwie pominę, która u siebie wypisywała pochwały na rzecz „dobrych wojen” i posuwała się nawet do takich określeń, jak „wojna może być piękna”. Gdy po dłuższej wymianie komentarzy zauważyła, że sama sobie zaczyna przeczyć, że sama się ośmiesza, jako właścicielka bloga skasowała zarówno moje, jak i swoje wypowiedzi, by nikt nie wiedział o czym była mowa. Piszę o tym, gdyż u nas te infantylne przekonania o pięknych wojnach są wyjątkowo powszechne, zwłaszcza wśród ludzi, którym się wydaje, że skoro przeszli jakieś dziecinne szkolenie strzeleckie lub „wojskowe”, to coś wiedzą. Glass przez to, że otwiera oczy czytelnika na wiele aspektów wojny, jest tym cenniejszy dla polskiego odbiorcy, niszczy bowiem wiele złudzeń na ten temat.

Wracając do dezercji i jej konsekwencji, zwrócić należy uwagę, iż z reguły najsurowiej byli karani szeregowi piechoty, którzy jednocześnie byli najbardziej zagrożeni i mieli do dezercji największe powody. Im wyżej w hierarchii służbowej, tym kary mniejsze, aż do bezkarności całkowitej.

Ciekawostką jest też, iż zbyt realistyczne filmy dokumentalne, nawet zamówione przez wojsko u znanych reżyserów, cenzurowano. Choć płacono za nie spore pieniądze, nigdy ich nie publikowano.

Wątków, które nie przystają do popularnego obrazu wojny, jest mnóstwo. Jak choćby to, iż były momenty, że w Anglii wojskowe obozy jednostek alianckich były lepiej strzeżone przed ucieczkami niż mieszczące się w Wielkiej Brytanii obozy jenieckie, a do piechoty, by uzupełnić straty, werbowano nie tylko złapanych dezerterów, ale nawet zwykłych kryminalistów, którym obiecywano darowanie więzienia i zatarcie wyroków.

Wielką zasługą autora jest, iż nie tylko podaje fakty, często takie, które mogą szokować, nie tylko szuka prawidłowości i wniosków, ale równie wielką wagę przykłada do poszukiwania przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. I jest w tym bardzo dobry. Między innymi wyraźnie ukazuje negatywną selekcję do piechoty (dostawała ochłapy pozostałe po wszelkich innych rodzajach wojsk, a nawet po przemyśle, który był ważniejszy).

Ciekawym wątkiem, który mnie uderzył, nie pierwszy raz zresztą, były tematy damsko-męskie. Burdel wydaje się nieodzownym elementem i wojny, i pokoju, tymczasem w naszym, polskim obrazie świata, jakby nie istniał. Może dlatego, że uwiedzenie niewinnej dziewczyny czy namówienie mężatki do zdrady uważa się za coś lepszego, niż odwiedziny w domu publicznym. Jeszcze ciekawsza sprawa, to rzecz, która szokowała wielu Amerykanów, czyli polsko-francuski zwyczaj znęcania się nad kobietami, które świadczyły usługi seksualne żołnierzom państw Osi. Te „wyroki”, w rzeczywistości prawdziwe samosądy, to najgorsza parodia sprawiedliwości, a ich wykonawcy… Takie litościwe niedomówienie. Raz, że te w większości biedne kobiety nie miały innego wyjścia i Bóg wie jak bardzo zostały skrzywdzone przez los. Dwa, to analogia. Co myśleć o bojownikach, którym nie starczyło siły, by karać tych, którzy naprawdę wspierali faszystów, czyli właścicieli i pracowników wszelkich firm działających pod okupacją? Fabryki, rolnictwo, usługi... Od milionera do przysłowiowego szewca, każdy pod okupacją świadczył usługi okupantom. A znęcano się tylko nad dziwkami. Wielce wymowne.

Jedynym naprawdę wielkim minusem naszego wydania jest tragiczny spis treści, który uwzględnia tylko spis ksiąg, ale rozdziałów już nie. Inna sprawa, do której można się przyczepić, to miejscami nienadzwyczajny styl***. Daleko tutaj do precyzji, klarowności i płynności, które była taką frajdą przy poprzedniej mojej lekturze faktu – Wyspie Klucz. Czasami zdarzają się też sformułowania wynikające z założenia, iż czytelnik już ma pewną wiedzę na omawiany temat, co sprawia, że nieobeznany będzie musiał przerwać lekturę i sięgnąć choćby do internetu. A wystarczyłoby jedno lub dwa zadania objaśnienia.

Nie są to jednak wady istotne wobec wymowy tej przełomowej książki i wielkiej wartości, jaką jest ona dla skierowania świadomości społecznej na tory normalności i prawdy. Prawdopodobnie, gdybym miał wybrać jedną, jedyną książkę o froncie zachodnim, by pokazać prawdziwy obraz tej wojny, to byłaby to właśnie ta.


Zdecydowanie i absolutnie polecam


Wasz Andrew


* Wisława Szymborska
** AWOL - Absent WithOut Leave, nieobecny bez usprawiedliwienia
*** Oczywiście nie wypowiadam się, kto za to odpowiada – tłumacz czy autor. Nie czytałem oryginału.

sobota, 7 czerwca 2014

Szybując pośród bocianów wojny

 

Podniebny front

Nguyen Dinh Thi

Tytuł oryginału: Mặt trận trên cao
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Ewa Fiszer
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 164
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Wojna oglądana oczami jej ofiar, w szczególności cywili, którzy wcale nie wykazywali chęci, by znaleźć się w samym centrum jej działań, to najczęściej piekielny chaos, krwawa rzeźnia, nieustanna udręka, ból i cierpienie. Przeraża rozmiar i bezsens okrucieństwa oraz ogromna cena, jaką musi zostać okupione zwycięstwo. Konflikt śledzony za sprawą relacji polityków oraz dyplomatów jawi się bardziej jako zaciekły spór przeciwstawnych idei, próba przedłożenia własnej racji ponad rację cudzą, głównie przy pomocy argumentów siłowych. Wydaje się, że w miarę rozwoju ludzkiej cywilizacji, człowiek, czy naród prowadzący zbrojne potyczki, właśnie do aspektu racjonalizacji swojego postępowania zaczął przykładać coraz większą wagę. Istotny jest pretekst, którym najczęściej jest wyimaginowany szczytny cel – za jego przyczyną zasadne staje się wycinanie w pień wrogiej nacji, budowanie obozów pracy dla pojmanych jeńców, czy eliminacja gatunku, sklasyfikowanego jako podludzie. Bardzo często areną starć, na której każda ze stron zaangażowanych w konflikt stara się uzasadnić słuszność podejmowanych akcji jest literatura. Z tego względu jej głosu nie mogło zabraknąć w trakcie toczonej w latach 1957 – 1975 II wojny indochińskiej, znanej też jako wojna wietnamska. Na księgarskim rynku nie brakuje powieści, pisanych w oparciu o wspomnienia amerykańskich żołnierzy, biorących udział w zbrojnej interwencji, którzy ze zgrozą wspominają piekło przeżyte w Wietnamie. Polski czytelnik, jako, że za czasów PRLu Wietnam Północny stanowił naszą bratnią republikę, otoczoną opiekuńczymi radzieckimi skrzydłami, ma również sposobność poznać ten konflikt przez pryzmat twórczości pisarzy północnowietnamskich. Wiedziony ciekawością, postanowiłem wykorzystać nadarzającą się możliwość wyprawy na Półwysep Indochiński i w takich oto okolicznościach, zagłębiłem się w lekturę Podniebnego frontu, pióra Nguyena Dinh Thi.
Żyjący w latach 1924 – 2003 Nguyen Dinh Thi to wietnamski literat oraz kompozytor. Artysta urodził się w Louangphrabang, jako syn urzędnika pocztowego, który wyemigrował do Laosu w poszukiwaniu pracy. W 1931 Nguyen Dinh Thi wrócił do ojczyzny, by podjąć studia w Hajfongu oraz Hanoi. Wkrótce przystąpił do podziemnej organizacji niepodległościowej, aktywnie walcząc z francuską okupacją. W latach 1947 – 1954 Nguyen Dinh Thi bił się na różnych frontach, zajmując się jednocześnie pisaniem oraz publikowaniem. Jest autorem esejów poświęconych filozofii, poezji, muzyce, dramatowi. Od 1955 roku piastował stanowisko sekretarza generalnego Związku Pisarzy Wietnamskich, z którego ustąpił w 1989 roku. Co interesujące w tym okresie (1966) zdołał jeszcze odbyć ponowną służbę wojskową – właśnie w trakcie wojennej zawieruchy Nguyen Dinh Thi napisał opowiadanie Vao Lua oraz króciutki utwór prozatorski Podniebny front.
Druga pozycja to cieniutka książeczka, opowiadająca o bardzo ciekawym wycinku historii ówczesnego Wietnamu Północnego, niepokornego, komunistycznego państwa, który przy wymiernym wsparciu ZSSR oraz Komunistycznej Republiki Chin, ośmielił się zadrzeć z potęgą Stanów Zjednoczonych. Powieść koncentruje się na losach pilotów należących do eskadry myśliwców, którzy toczyli podniebne boje w Północnym Wietnamie, broniąc Hanoi oraz okolicznych miast przed amerykańskimi nalotami. Nguyen Dinh Thi raczy czytelnika krótkim utworem, strojącym się w szaty rapsodii, sławiącym odwagę, hart ducha oraz ogromne umiejętności północnowietnamskich lotników, którzy stawiali skuteczny opór amerykańskim oponentom. W tym miejscu warto dodać, że Wietnam Północny dopiero w roku 1956 zaczął formować swoją podniebną armię – 110 kadetów zostało wysłanych na szkolenie do zaprzyjaźnionych krajów (ZSRR oraz Chin) w celu zyskania umiejętności pilotowania samolotów. W 1959 roku utworzono pierwszą jednostkę lotnictwa północnowietnamskiego – w jej skład wchodziły samoloty transportowe. Dopiero w roku 1964 powołano do życia pierwszą jednostkę bojową, która złożona była głównie z rosyjskich MiGów. Fabuła utworu rozgrywa się w 1966 roku, gdy północnowietnamskie lotnictwo nadal właściwie dopiero raczkowało, a mimo to zdołało osiągnąć kilka znaczących sukcesów, o których autor skwapliwie wspomina.
Głównym bohaterem jest młody lotnik Luong, którego dzieje stanowią kanwę utworu. Razem z nim czytelnik ma okazję przekonać się, jak wygląda codzienna rzeczywistość wietnamskiego pilota, spędzającego większość czasu w koszarach, w oczekiwaniu na alarm, oznajmiający przybycie amerykańskiego najeźdźcy, będącego sygnałem, że pora znów wzbić się w przestworza i podjąć kolejną próbę unieszkodliwienia przeciwnika. Autor kładzie duży nacisk na ukazanie serdecznych, przyjacielskich relacji, które rozkwitają pomiędzy towarzyszami walki. Wielu wojaków pełni służbę praktycznie bez żadnych przerw, tak, że koszary zastępują dom. Wojenni towarzysze stają się najbardziej zaufanymi osobnikami, na których pomoc zawsze można liczyć, którym można opowiedzieć o gryzących żalach, czy rodzinnych problemach. Ponadto Nguyen Dinh Thi bardzo silnie akcentuje narodową świadomość Wietnamczyków, którzy niemal bez wyjątku są gotowi wyrzec się osobistego szczęścia, byle tylko przyszłe pokolenia mogły egzystować w wolnym i niepodległym kraju. W mojej opinii, to właśnie w utrzymanej w tym podniosłym i uroczystym tonie apoteozie niezwykłości narodu wietnamskiego, należy upatrywać największych wad utworu – stwierdzenia typu Ale kto zgodziłby się odejść z frontu, kiedy wróg atakuje?; Bo [Amerykanie] nie są w stanie zrozumieć, że w każdej takiej stercie rozbitych cegieł i dachówek żyje niezwalczony duch, twardszy od ich nowoczesnej stali!, czy Każda bomba zrzucona przez wroga przyprawia lotnika o jeszcze większe cierpienia niż innych jego współziomków, rażą sztucznością, są przepełnione zupełnie zbędnym, ogromnie rozdmuchanym patosem. Na szczęście dość siermiężne sformułowania nie pojawiają się zbyt często, nie psując zbyt mocno przyjemności obcowania z lekturą. A krótką indoktrynację polityczną w pełni rekompensują zalety utworu.
Bardzo ciekawy jest język, którym operuje Nguyen Dinh Thi. Uderza jego obrazowość oraz poetyckość. Prozę autora znaczą liczne metafory oraz wyszukane porównania, które pojawiają się szczególnie często przy relacjach z prowadzonych walk powietrznych oraz przy opisie podniebnych maszyn. To interesujące, ale językowa plastyczność została w pewnym stopniu wymuszona, bowiem od momentu odzyskania niepodległości w roku 1954, w Wietnamie doszło do technicznej rewolucji. Stosunkowo młody język wietnamski, który jeszcze na początku XX wieku zapisywany był głównie za pomocą chińskich znaków (alfabet łaciński został wprowadzony przez Francuzów w okresie, gdy Wietnam stanowił francuską kolonię), niemal zupełnie pozbawiony był terminologii naukowej. Pojęcia z dziedziny matematyki, chemii, fizyki, czy mechaniki praktycznie nie istniały i musiały dopiero zostać zrodzone. Komunistyczny rząd, pragnąć podkreślić narodową jedność społeczeństwa zdecydował się na tworzenie niezbędnych neologizmów, które posiadałyby oparcie w wietnamskim źródłosłowie, a nie stanowiły wyłącznie fonetycznej transkrypcji obcojęzycznych wyrazów. Pomny na zalecenia partii, Nguyen Dinh Thi konstruuje opowiadaną historię za pomocą prostych i zwięzłych słów, których często używa do animizacji obcych i ciągle słabo znanych samolotów, czy innych maszyn. W ten sposób na kartach książki pojawiają się cysterny, powłóczące swoimi długimi trąbami, czy bociany walki wzbijające się w przestworza.
Literacką formę Nguyena Dinh Thi wyróżnia także zwięzłość oraz oszczędność. Konstruowane zdania są krótkie, zdawkowe, w pełni uproszczone, pozbawione zbędnych ozdobników. Przekazywana treść jest maksymalnie wypełniona informacją, a sceneria, w której w danym momencie rozgrywa się akcja, zostaje nakreślona niczym zgrabny szkic, za pomocą kilku wprawnych ruchów pióra. Tę lakoniczność przy kreowaniu świata przedstawionego łatwo wyjaśnić faktem, że Nguyen Dinh Thi w trakcie pisania Podniebnego frontu znajdował się w ogniu walki, służąc w jednostce artylerii przeciwlotniczej. Proza pisarza może kojarzyć się z wojskową manierą – jest rzeczowa, ale do bólu minimalistyczna, co jednak wcale nie odbiera jej uroku. Autor koncentruje się na najważniejszych elementach fabuły, pozwalając czytelnikowi dopełnić brakującą część scenerii własną wyobraźnią. Tak jakby każde słowo zostało dokładnie przemyślane i zważone, zanim autor zadecydował, że warto poświęć mu niewielką przestrzeń podręcznego notesu.
Reasumując krótko, Podniebny front okazał się całkiem przyjemną lekturą, za sprawą której miałem okazję spojrzeć na wojnę wietnamską z nieco innej perspektywy. Tyle, że jeśli utwór porównać z amerykańskimi powieściami, poświęconymi II wojnie indochińskiej (choćby z bardzo dobrym Drzewem dymu Denisa Johnsona) widać diametralną różnicę w stylu. Drzewo dymu stanowiło historię mocno opartą na faktach, koncentrującą się na wszystkich okrucieństwach, związanych z prowadzonym konfliktem. Autor nie omieszkał wspomnieć o licznych ofiarach wśród cywili, o licznych przypadkach załamania nerwowego wśród amerykańskich żołnierzy, o bezwzględnym traktowaniu jeńców przez obie strony. Na tle Drzewa dymu, Podniebny front jawi się bardziej jako baśń, idealistyczna opowieść o dzielnej walce Wietnamczyków ze złym i bezwzględnym okupantem, który musi ponieść klęskę z uwagi na intencje, które kierują jego postępowaniem – chciwość, żądza stłamszenia niepokornego narodu, etc. z góry skazują działania Amerykanów na niepowodzenie. Ponadto wojna oglądana oczami narratora wykreowanego przez Nguyena Dinh Thi kojarzy się z przygodą, wzywaniem, walką, która z pewnością zakończy się sukcesem. Śmierć gości na łamach utworu bardzo rzadko, pozwalając dominować miłości, przyjaźni oraz poczuciu braterstwa. Ciekawi mnie jeszcze, jak maluje się krwawy wietnamski konflikt z punktu widzenia obywatela nieistniejącego już Południowego Wietnamu, który Amerykanów traktował jako sojuszników w słusznej walce z komunistyczną zarazą. Liczę, że uda mi się w przyszłości odnaleźć tego typu lekturę.

Wasz Ambrose

piątek, 6 czerwca 2014

O naszym ustroju


Napędzany chciwością kapitalizm jest samowystarczalny, traktuje więc wszystkich i wszystko poza sobą, włączając w to środowisko, jako coś, bez czego można się obyć. Staje się rodzajem administracyjnego zła, w którym prognozy najniższego poziomu zysków są ustaleniami, uzasadniającymi stosowanie nieetycznych środków w drodze do osiągnięcia tych zysków. »Wszystko jest dozwolone«, jeśli tylko korporacyjni doradcy prawni potrafią to uzasadnić.


czwartek, 5 czerwca 2014

O władzy




Władza ma to do siebie, że ci, którzy ją mają, zawsze chcą mieć więcej. Władza absolutna korumpuje absolutnie.


Żądza Krwi Val McDermid

środa, 4 czerwca 2014

O drodze do szczęścia




Nie potrzebujemy pieniędzy, nie potrzebujemy większego sukcesu ani sławy, nie potrzebujemy doskonałego ciała ani nawet doskonałego partnera – w tej chwili, w tym momencie, mamy umysł, który jest całym podstawowym wyposażeniem, jakie jest nam potrzebne do osiągnięcia pełnego szczęścia.