Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura wietnamska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura wietnamska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2026

"Góry śpiewają" Nguyễn Phan Quế Mai - O wojnie wietnamskiej z wietnamskiej perspektywy

Nguyễn Phan Quế Mai

Góry śpiewają

Tytuł oryginału: The Mountains Sing 
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros
Seria: Piąta strona świata 
Liczba stron464
Formatpapier
 
 
  

Niemal każda wojna – jeśli uwzględnić ogrom destrukcji, chaosu i przelewu krwi, jaki za sobą niesie – jest wydarzeniem dramatycznym i niepotrzebnym, lecz szczególnie bolesne i traumatyczne są bratobójcze walki, kiedy to po dwóch stronach barykady stają przedstawiciele tego samego narodu. Tragizm tego typu konfliktów zasadza się również w fakcie, że w przypadku krain, którym kapryśna fortuna wyznacza na mapie położenie geograficzne w bezpośrednim sąsiedztwie ważkich węzłów geopolitycznej sieci, wszelkie wewnętrzne animozje i niesnaski są podsycane przez zewnętrzne siły, które tym sposobem walczą ze sobą na neutralnej szachownicy wojen zastępczych (ang. proxy wars). Tego typu starciem jest trwająca w latach 1955 – 1975 wojna wietnamska (zwana też drugą wojną indochińską, wojną amerykańsko-wietnamską lub amerykańską interwencją w Wietnamie), w którą zaangażowane są z jednej strony Wietnam Północny, wspierany m.in. przez ZSRR oraz ChRL, z drugiej zaś Wietnam Południowy wraz z międzynarodową koalicją obejmującą Stany Zjednoczone i ich sojuszników – Koreę Południową, Tajlandię, Australię, Nową Zelandię i Filipiny. O toksycznym wpływie wojny wietnamskiej na samych Wietnamczyków przypomina Phan Quế Mai Nguyễn (ur. 1973), wietnamska pisarka i poetka, autorka powieści Góry śpiewają.

piątek, 11 października 2019

Việt Thanh Nguyễn "The Refugees" - W drodze do obczyzny

The Refugees

Việt Thanh Nguyễn

Wydawnictwo: Corsair
Liczba stron: 209
 
 
 
 
 
 
 
Zgodnie ze słownikiem języka polskiego termin migracja oznacza przemieszczanie się ludności do nowych miejsc osiedlenia, zwłaszcza do innych państw. Przyczyn zmiany obszaru zamieszkania jest wiele, chociaż do najczęstszych powodów należą czynniki ekonomiczne (migracja zarobkowa) oraz polityczne (ucieczka przed prześladowaniami czy dyskryminacją bądź ewakuacja z terenu ogarniętego konfliktem wojennym). Dla człowieka, który prowadzi egzystencję na tyle komfortową i wygodną, że jego myśli nie są zaprzątane przez plany opuszczenia rodzimej ziemi, migracja jest przede wszystkim suchymi statystykami, którymi dla własnego użytku operują serwisy informacyjne czy programy publicystyczne. Co jednak, kiedy za liczbą pragniemy ujrzeć człowieka? Wydaje się, że całkiem dobrą propozycją jest literatura, szczególnie, kiedy sam autor ma za sobą przeżycia związane przymusowym z wyjazdem z ojczyzny. Przykładem interesującej prozy poruszającej problematykę migracji jest zbiór opowiadań The Refugees, pióra amerykańskiego pisarza o wietnamskich korzeniach, Việt Thanh Nguyễna (1971), znanegoo polskiemu czytelnikowi dzięki uhonorowanej Nagrodą Pulitzera powieści Sympatyk.
 

piątek, 16 marca 2018

Việt Thanh Nguyễn "Sympatyk" - Pomiędzy ojczyzną a obczyzną

Sympatyk

Việt Thanh Nguyễn

Tytuł oryginału: The Sympathizer
Tłumaczenie: Radosław Madejski
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 480
 
 
 
 
Ameryka, kraj szybkich samochodów i ponaddźwiękowych odrzutowców, ojczyzna Supermana, supermarketów i rozgrywek Super Bowl. Kraj, któremu nie wystarczała zwyczajna nazwa, i jako pierwszy w historii kazał określać się tajemniczym akronimem USA. Dopiero po latach ZSRR zdystansował go o jedną czwartą. Chociaż każde państwo uważa się za najdoskonalsze na swój sposób, czy gdziekolwiek indziej na świecie federalny bank narcyzmu wypuścił do obiegu aż tyle słów zaczynających się od „super”? To obdarzony supermocą naród superbohaterów, który nie spocznie, dopóki inne kraje nie będą skomlały do Wuja Sama przygniecione do ziemi jego butem [1]. Tyle, że chcieć to nie zawsze móc, o czym Amerykanie przekonują się bardzo boleśnie w trakcie II wojny indochińskiej, w zachodniej kulturze znanej jako wojna wietnamska (trwającej w latach 1957 – 1975). Klęska Stanów Zjednoczonych pociąga za sobą szereg konsekwencji – władzę na Półwyspie Indochińskim przejmują komuniści, mit o amerykańskiej potędze pęka niczym mydlana bańka, a wielu obywateli Wietnamu Południowego opuszcza swoją rodzimą ziemię, w obawie przed represjami współbraci z północy. Jednym z uciekinierów jest bohater książki Sympatyk, autorstwa Việt Thanh Nguyễna, pochodzącego z Wietnamu amerykańskiego pisarza (rocznik 1971).

sobota, 7 czerwca 2014

Szybując pośród bocianów wojny

 

Podniebny front

Nguyen Dinh Thi

Tytuł oryginału: Mặt trận trên cao
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Ewa Fiszer
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 164
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Wojna oglądana oczami jej ofiar, w szczególności cywili, którzy wcale nie wykazywali chęci, by znaleźć się w samym centrum jej działań, to najczęściej piekielny chaos, krwawa rzeźnia, nieustanna udręka, ból i cierpienie. Przeraża rozmiar i bezsens okrucieństwa oraz ogromna cena, jaką musi zostać okupione zwycięstwo. Konflikt śledzony za sprawą relacji polityków oraz dyplomatów jawi się bardziej jako zaciekły spór przeciwstawnych idei, próba przedłożenia własnej racji ponad rację cudzą, głównie przy pomocy argumentów siłowych. Wydaje się, że w miarę rozwoju ludzkiej cywilizacji, człowiek, czy naród prowadzący zbrojne potyczki, właśnie do aspektu racjonalizacji swojego postępowania zaczął przykładać coraz większą wagę. Istotny jest pretekst, którym najczęściej jest wyimaginowany szczytny cel – za jego przyczyną zasadne staje się wycinanie w pień wrogiej nacji, budowanie obozów pracy dla pojmanych jeńców, czy eliminacja gatunku, sklasyfikowanego jako podludzie. Bardzo często areną starć, na której każda ze stron zaangażowanych w konflikt stara się uzasadnić słuszność podejmowanych akcji jest literatura. Z tego względu jej głosu nie mogło zabraknąć w trakcie toczonej w latach 1957 – 1975 II wojny indochińskiej, znanej też jako wojna wietnamska. Na księgarskim rynku nie brakuje powieści, pisanych w oparciu o wspomnienia amerykańskich żołnierzy, biorących udział w zbrojnej interwencji, którzy ze zgrozą wspominają piekło przeżyte w Wietnamie. Polski czytelnik, jako, że za czasów PRLu Wietnam Północny stanowił naszą bratnią republikę, otoczoną opiekuńczymi radzieckimi skrzydłami, ma również sposobność poznać ten konflikt przez pryzmat twórczości pisarzy północnowietnamskich. Wiedziony ciekawością, postanowiłem wykorzystać nadarzającą się możliwość wyprawy na Półwysep Indochiński i w takich oto okolicznościach, zagłębiłem się w lekturę Podniebnego frontu, pióra Nguyena Dinh Thi.
Żyjący w latach 1924 – 2003 Nguyen Dinh Thi to wietnamski literat oraz kompozytor. Artysta urodził się w Louangphrabang, jako syn urzędnika pocztowego, który wyemigrował do Laosu w poszukiwaniu pracy. W 1931 Nguyen Dinh Thi wrócił do ojczyzny, by podjąć studia w Hajfongu oraz Hanoi. Wkrótce przystąpił do podziemnej organizacji niepodległościowej, aktywnie walcząc z francuską okupacją. W latach 1947 – 1954 Nguyen Dinh Thi bił się na różnych frontach, zajmując się jednocześnie pisaniem oraz publikowaniem. Jest autorem esejów poświęconych filozofii, poezji, muzyce, dramatowi. Od 1955 roku piastował stanowisko sekretarza generalnego Związku Pisarzy Wietnamskich, z którego ustąpił w 1989 roku. Co interesujące w tym okresie (1966) zdołał jeszcze odbyć ponowną służbę wojskową – właśnie w trakcie wojennej zawieruchy Nguyen Dinh Thi napisał opowiadanie Vao Lua oraz króciutki utwór prozatorski Podniebny front.
Druga pozycja to cieniutka książeczka, opowiadająca o bardzo ciekawym wycinku historii ówczesnego Wietnamu Północnego, niepokornego, komunistycznego państwa, który przy wymiernym wsparciu ZSSR oraz Komunistycznej Republiki Chin, ośmielił się zadrzeć z potęgą Stanów Zjednoczonych. Powieść koncentruje się na losach pilotów należących do eskadry myśliwców, którzy toczyli podniebne boje w Północnym Wietnamie, broniąc Hanoi oraz okolicznych miast przed amerykańskimi nalotami. Nguyen Dinh Thi raczy czytelnika krótkim utworem, strojącym się w szaty rapsodii, sławiącym odwagę, hart ducha oraz ogromne umiejętności północnowietnamskich lotników, którzy stawiali skuteczny opór amerykańskim oponentom. W tym miejscu warto dodać, że Wietnam Północny dopiero w roku 1956 zaczął formować swoją podniebną armię – 110 kadetów zostało wysłanych na szkolenie do zaprzyjaźnionych krajów (ZSRR oraz Chin) w celu zyskania umiejętności pilotowania samolotów. W 1959 roku utworzono pierwszą jednostkę lotnictwa północnowietnamskiego – w jej skład wchodziły samoloty transportowe. Dopiero w roku 1964 powołano do życia pierwszą jednostkę bojową, która złożona była głównie z rosyjskich MiGów. Fabuła utworu rozgrywa się w 1966 roku, gdy północnowietnamskie lotnictwo nadal właściwie dopiero raczkowało, a mimo to zdołało osiągnąć kilka znaczących sukcesów, o których autor skwapliwie wspomina.
Głównym bohaterem jest młody lotnik Luong, którego dzieje stanowią kanwę utworu. Razem z nim czytelnik ma okazję przekonać się, jak wygląda codzienna rzeczywistość wietnamskiego pilota, spędzającego większość czasu w koszarach, w oczekiwaniu na alarm, oznajmiający przybycie amerykańskiego najeźdźcy, będącego sygnałem, że pora znów wzbić się w przestworza i podjąć kolejną próbę unieszkodliwienia przeciwnika. Autor kładzie duży nacisk na ukazanie serdecznych, przyjacielskich relacji, które rozkwitają pomiędzy towarzyszami walki. Wielu wojaków pełni służbę praktycznie bez żadnych przerw, tak, że koszary zastępują dom. Wojenni towarzysze stają się najbardziej zaufanymi osobnikami, na których pomoc zawsze można liczyć, którym można opowiedzieć o gryzących żalach, czy rodzinnych problemach. Ponadto Nguyen Dinh Thi bardzo silnie akcentuje narodową świadomość Wietnamczyków, którzy niemal bez wyjątku są gotowi wyrzec się osobistego szczęścia, byle tylko przyszłe pokolenia mogły egzystować w wolnym i niepodległym kraju. W mojej opinii, to właśnie w utrzymanej w tym podniosłym i uroczystym tonie apoteozie niezwykłości narodu wietnamskiego, należy upatrywać największych wad utworu – stwierdzenia typu Ale kto zgodziłby się odejść z frontu, kiedy wróg atakuje?; Bo [Amerykanie] nie są w stanie zrozumieć, że w każdej takiej stercie rozbitych cegieł i dachówek żyje niezwalczony duch, twardszy od ich nowoczesnej stali!, czy Każda bomba zrzucona przez wroga przyprawia lotnika o jeszcze większe cierpienia niż innych jego współziomków, rażą sztucznością, są przepełnione zupełnie zbędnym, ogromnie rozdmuchanym patosem. Na szczęście dość siermiężne sformułowania nie pojawiają się zbyt często, nie psując zbyt mocno przyjemności obcowania z lekturą. A krótką indoktrynację polityczną w pełni rekompensują zalety utworu.
Bardzo ciekawy jest język, którym operuje Nguyen Dinh Thi. Uderza jego obrazowość oraz poetyckość. Prozę autora znaczą liczne metafory oraz wyszukane porównania, które pojawiają się szczególnie często przy relacjach z prowadzonych walk powietrznych oraz przy opisie podniebnych maszyn. To interesujące, ale językowa plastyczność została w pewnym stopniu wymuszona, bowiem od momentu odzyskania niepodległości w roku 1954, w Wietnamie doszło do technicznej rewolucji. Stosunkowo młody język wietnamski, który jeszcze na początku XX wieku zapisywany był głównie za pomocą chińskich znaków (alfabet łaciński został wprowadzony przez Francuzów w okresie, gdy Wietnam stanowił francuską kolonię), niemal zupełnie pozbawiony był terminologii naukowej. Pojęcia z dziedziny matematyki, chemii, fizyki, czy mechaniki praktycznie nie istniały i musiały dopiero zostać zrodzone. Komunistyczny rząd, pragnąć podkreślić narodową jedność społeczeństwa zdecydował się na tworzenie niezbędnych neologizmów, które posiadałyby oparcie w wietnamskim źródłosłowie, a nie stanowiły wyłącznie fonetycznej transkrypcji obcojęzycznych wyrazów. Pomny na zalecenia partii, Nguyen Dinh Thi konstruuje opowiadaną historię za pomocą prostych i zwięzłych słów, których często używa do animizacji obcych i ciągle słabo znanych samolotów, czy innych maszyn. W ten sposób na kartach książki pojawiają się cysterny, powłóczące swoimi długimi trąbami, czy bociany walki wzbijające się w przestworza.
Literacką formę Nguyena Dinh Thi wyróżnia także zwięzłość oraz oszczędność. Konstruowane zdania są krótkie, zdawkowe, w pełni uproszczone, pozbawione zbędnych ozdobników. Przekazywana treść jest maksymalnie wypełniona informacją, a sceneria, w której w danym momencie rozgrywa się akcja, zostaje nakreślona niczym zgrabny szkic, za pomocą kilku wprawnych ruchów pióra. Tę lakoniczność przy kreowaniu świata przedstawionego łatwo wyjaśnić faktem, że Nguyen Dinh Thi w trakcie pisania Podniebnego frontu znajdował się w ogniu walki, służąc w jednostce artylerii przeciwlotniczej. Proza pisarza może kojarzyć się z wojskową manierą – jest rzeczowa, ale do bólu minimalistyczna, co jednak wcale nie odbiera jej uroku. Autor koncentruje się na najważniejszych elementach fabuły, pozwalając czytelnikowi dopełnić brakującą część scenerii własną wyobraźnią. Tak jakby każde słowo zostało dokładnie przemyślane i zważone, zanim autor zadecydował, że warto poświęć mu niewielką przestrzeń podręcznego notesu.
Reasumując krótko, Podniebny front okazał się całkiem przyjemną lekturą, za sprawą której miałem okazję spojrzeć na wojnę wietnamską z nieco innej perspektywy. Tyle, że jeśli utwór porównać z amerykańskimi powieściami, poświęconymi II wojnie indochińskiej (choćby z bardzo dobrym Drzewem dymu Denisa Johnsona) widać diametralną różnicę w stylu. Drzewo dymu stanowiło historię mocno opartą na faktach, koncentrującą się na wszystkich okrucieństwach, związanych z prowadzonym konfliktem. Autor nie omieszkał wspomnieć o licznych ofiarach wśród cywili, o licznych przypadkach załamania nerwowego wśród amerykańskich żołnierzy, o bezwzględnym traktowaniu jeńców przez obie strony. Na tle Drzewa dymu, Podniebny front jawi się bardziej jako baśń, idealistyczna opowieść o dzielnej walce Wietnamczyków ze złym i bezwzględnym okupantem, który musi ponieść klęskę z uwagi na intencje, które kierują jego postępowaniem – chciwość, żądza stłamszenia niepokornego narodu, etc. z góry skazują działania Amerykanów na niepowodzenie. Ponadto wojna oglądana oczami narratora wykreowanego przez Nguyena Dinh Thi kojarzy się z przygodą, wzywaniem, walką, która z pewnością zakończy się sukcesem. Śmierć gości na łamach utworu bardzo rzadko, pozwalając dominować miłości, przyjaźni oraz poczuciu braterstwa. Ciekawi mnie jeszcze, jak maluje się krwawy wietnamski konflikt z punktu widzenia obywatela nieistniejącego już Południowego Wietnamu, który Amerykanów traktował jako sojuszników w słusznej walce z komunistyczną zarazą. Liczę, że uda mi się w przyszłości odnaleźć tego typu lekturę.

Wasz Ambrose

sobota, 26 kwietnia 2014

Powinności sztuki a losy wietnamskiego nha que

Droga bez wyjścia

Nguyen Cong Hoan

Tytuł oryginału: Bước Đường Cùng
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Katarzyna Witwicka
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 206
 
 
 


Sztuka dla sztuki czy sztuka zaangażowana? Ten dylemat, przed którym staje wielu artystów nie mógł ominąć także literatury. Hasło, by sztukę traktować jako dzieło samo w sobie, które stało się myślą przewodnią XIX wiecznego estetyzmu po raz pierwszy sformułował francuski polityki oraz filozof Victor Cousin. Głosił on tezy, że działalność twórców wszelakich dziedzin powinna pozostać w pełni autonomiczna, w której prym wiodą tylko reguły artystyczne, nie będące podległe innym celom: politycznym, religijnym, czy etycznym. Można powiedzieć, że postulat powstał w opozycji do zrodzonego w XVIII wieku utylitaryzmu, głoszącego, że dobrem najwyższym jest dobro jednostki bądź społeczeństwa. Wszystkie dziedziny ludzkiego życia, nie wyłączając rzecz jasna sztuki, powinny być podporządkowane szczęściu jak największej grupy ludzi. O ile redukcja sztuki do czystego praktycyzmu jest mocno dyskusyjna, o tyle stwierdzenie, że artysta jest często pochodnią narodu, reprezentującą jego oblicze jest już do zaakceptowania. Tyle, że jeśli zgodzić się z tym założeniem, to automatycznie należy przyjąć, że twórca ponosi odpowiedzialność za skutki swojej działalności, za ich społeczny wydźwięk. Zatem sztuka zaangażowana, nie tylko stanowi immanentną część codzienności, ale i wymaga od swoich przedstawicieli przestrzegania pewnych reguł, wywiązywania się z wynikających z tego obowiązków. Dobrym przykładem artysty ideowego jest z pewnością twórca, prowadzący swoją działalność w kraju, który utracił niepodległość. W takich przypadkach sztuka bardzo często flirtuje z polityką, pozostając w ścisłych związkach z ruchami narodowowyzwoleńczymi. Jej celem jest wówczas podniesienie morale, poszukiwanie drogi do wolności, zachowanie narodowej tożsamości. Wydaje mi się jednak, że rozstrzygnięcie, czy tego typu sztuka jest bardziej wartościowa od sztuki jako tworu autotematycznego jest niemal niemożliwe. Chociaż wśród dyskutantów poruszających ten temat nie brakowało literackich tuz – błyskotliwa argumentacja Nabokova w powieści Dar, który swoje racje prezentował niejako przez negatyw poglądów Mikołaja Czernyszewskiego, czy namolny dydaktyzm postulowany przez Tołstoja – to jednak trudno o jednoznaczne potwierdzenie słuszności którejkolwiek ze stron. Zamiast prowadzić jałowe spory zdecydowanie bardziej wskazane jest zapoznawanie się z kolejnymi próbkami poszczególnych gałęzi oraz prowadzenie ich bieżącej oceny. Kierując się tą myślą zabrałem się za lekturę prozy autorstwa Nguyen Cong Hoana.

Nguyen Cong Hoan, żyjący w latach 1903 – 1977, to azjatycki pisarz, uważany za współtwórcę współczesnej literatury wietnamskiej. Autor urodził się w rodzinie zubożałego mandaryna (biurokratycznego urzędnika) w okresie, kiedy Wietnam stanowił już francuską kolonię (lata 1843 – 1940). Nauka prowadzona w języku okupanta przebiegała dość burzliwe – Hoan nie był pilnym uczniem, a ponad szkołę zdecydowanie przekładał obserwację chłopskiego życia oraz obyczajów, czy rozmowy z ojcem. Ukończywszy edukację świadomie zrezygnował z kariery urzędniczej we francuskiej administracji, wybierając znacznie bardziej żmudną pracę związaną z zawodem wiejskiego nauczyciela. Równocześnie Nguyen Cong Hoan zaczął poświęcać się działalności literackiej, na którą w sumie złoży się ponad 300 opowiadań oraz 20 powieści. Co ciekawe artysta jest także autorem pierwszej wydanej w Demokratycznej Republice Wietnamu (1963 r.) książki dotyczącej Polski – pozycja W kraju naszych walczących braci powstała w oparciu o podróże po krajach bloku komunistycznego. Ja jednak zainteresowałem się jedyną jak dotąd przetłumaczoną na nasz ojczysty język powieścią Nguyen Cong Hoana, zatytułowaną Droga bez wyjścia.

Akcja utworu rozgrywa się na wietnamskiej wsi, w czasach, gdy kraj znajdował się pod francuskim protektoratem. Głównym bohaterem jest Pha, rolnik z dziada pradziada, drobny i żylasty, ale silny i robotny chłop zasklepiony w swoim malutkim światku, którego widnokrąg ograniczają ryżowe pola. Jest to osobnik pozbawiony aspiracji, to typ człowieka pogodzonego z losem, nie wymagający od życia zbyt wiele – kochająca żona, uczynne dzieci, wśród których nie zabraknie męskiego potomka, dach nad głową oraz kawałek ziemi, przynoszącej plony, pozwalające wyżywić rodzinę, stanowią pełnię szczęścia. Tyle że, jak przekonamy się w trakcie lektury, nawet tak skromne wymagania mogą być trudne do zaspokojenia.

Nguyen Cong Hoan opisując losy nha que, czyli zwykłego chłopa serwuje czytelnikowi społeczną panoramę ówczesnego Wietnamu, którą jako mieszkaniec wsi znał doskonale z własnego doświadczenia. Autor prezentuje bardzo smutny obraz funkcjonowania państwa, w którym niemal absolutną władzę sprawują urzędnicy państwowi. Pospolici mieszkańcy stanowią przy nich robactwo, które poprzez to, że jest nieświadome własnych praw, jest ich w praktyce pozbawione. Kluczową rolę w utworze odgrywa reprezentant wsi Lai – stanowisko, które piastuje wymaga od niego obrony interesów prostego ludu, przedstawiania ich potrzeb czy żądań. W praktyce Lai dzierży niemal autorytarną władzę – jest panem, rządcą, ekscelencją, wyrocznią, a los wieśniaków, którzy de facto są jego poddanymi, zależy od jego kaprysów oraz humorów. Swoje ogromne bogactwo zawdzięcza licznym defraudacjom, machlojkom, wymuszeniom, lichwie, skąpstwu, czy unikaniu płacenia podatków, który to obowiązek niemal w całości zostaje zrzucony na barki najbiedniejszych. Lai stanowi zatem uosobienie zgnilizny moralnej władzy, która odpowiedzialna jest za fatalny stan państwa. Oczywiście najgorsza sytuacja panuje wśród chłopów. Wieś, w której mieszka Pha to las chylących się chat wzniesionych z bambusa oraz gliny z ubitą ziemią służącą za posadzkę. Brakuje utwardzonych dróg, porządnej studni, czy budynku, który mógłby służyć za szkołę. Warunki bytowania są nędzne – mało który z mieszkańców może pozwolić sobie na regularne posiłki, wielu zmuszonych jest do zaciągania pożyczek u najbogatszego osobnika, czyli u Laia. W tym morzu skrajnego ubóstwa to właśnie dom reprezentanta wyróżnia się na tle pozostałych ruder – piękna rezydencja, otoczona wysokim murem uzbrojonym w potłuczone butelki, z wieżyczką strażniczą przypomina samotną wyspę, dumnie prężącą swoje oblicze wśród otaczających ją żebraczych chat. Na tle bogactw reprezentanta Lai, dojmująca bieda chłopów rysuje się w jeszcze ostrzejszych konturach.

Godne podkreślenia, że główny ciężar zarzutów za fatalną sytuację rolników spada na przedstawicieli państwowych urzędów. Nguyen Cong Hoan bezlitośnie charakteryzuje aparat władzy kolonialnej i cesarskiej, który w sporej mierze oparty jest na ucisku, represjach, regularnie podnoszonych kontrybucjach oraz należnościach. Natomiast fundamentem, gwarantującym trwałość i niezmienność ustalonego porządku, zgodnie z którym urzędnicy wykorzystywali biedny lud niczym dojną krową jest wszechobecna ciemnota. Analfabetyzm, a więc brak umiejętności pisania, czytania, czy rachowania umożliwia bezustanne oszukiwanie ludności, pobieranie od nich większych podatków, przy zachowaniu bezkarności. Nikt nie wniesie skargi ani zażalenia, ponieważ nikt nie wie, że jest to w ogóle możliwe, nikt nie jest świadomy, że urzędnicy również są rozliczani ze swojej pracy. Brak znajomości własnych praw jest przyczyną bezbronności oraz bierności, które tylko utrwalają i pogłębiają podział na biednych i bogaczy. Przy czym spadek jakości życia mieszkańców wsi odbywa się przy wymownej pomocy lokalnych urzędników. Oprócz zawyżania podatkowych należności, na porządku dziennym jest łapówkarstwo – samo przyjęcie petenta, rozpatrzenie jego prośby wiąże się z pieniężną gratyfikacją. W przypadku sporów, sądów, urzędniczą przychylność należy sowicie opłacić. Praktycznie każdy kontakt z władzą wiąże się z ubytkiem gotówki, w związku z czym wieśniacy cierpią na jej chroniczny brak. Krótkotrwałym rozwiązaniem jest pożyczka, zaciągana u reprezentanta Lai, który jednak nie nawykł do zdradzania warunków zawieranej umowy. W konsekwencji kolejni mieszkańcy wpadają w spiralę długów, z której nie sposób się wydostać. By spłacić wzięty kredyt, zaciągane są następne pożyczki. Sytuacja trwa do momentu, kiedy ofiara zostaje ogołocona do cna – a osobnik bez domostwa, bez ziemi, bez cennych przedmiotów nie przedstawia już żadnej wartości, nie wzbudza niczyjego zainteresowania. Najlepsze na co może liczyć w takich okolicznościach to praca robotnika najemnego, który za miskę strawy haruje cały dzień, wypruwając sobie żyły dla człowieka, który stopniowo, krok po kroku pozbawił go majątku.

Wizja wietnamskiej wsi, snuta przez Nguyen Cong Hoan jest ogromnie ponura, chociaż błyszczą w niej iskierki nadziei. Hoa, młodszy brat Pha oraz jego szwagier Tan to jedyni mieszkańcy wioski wywodzący się z chłopstwa, którym udało się zdobyć wykształcenie. Za jego sprawą w zdecydowany sposób wyróżniają się od swoich ziomków – ale tym, co decyduje o ich wyjątkowości wcale nie jest umiejętność czytania, czy liczenia. Oboje, nabytą wiedzę potrafili przekuć w rozum i niezależność myślenia, co sprawie, że są osobnikami świadomymi, potrafiącymi umiejętnie przeciwstawić się urzędniczej samowoli. Nguyen Cong Hoan uzmysławia jak niewygodni są tego typu ludzie – trudno nimi manipulować, są niepokorni, nie dają się łatwo podporządkować, w dodatku głośno i bez obaw wymagają, dopominają się respektowania swoich obywatelskich swobód, zmuszają do przestrzegania prawa, a nie tylko działania w jego imieniu. Z tego powodu traktowani są jako jednostki niebezpieczne dla aparatu władzy i systemu ucisku – to groźni buntownicy, wywrotowcy, dążący do obalenia odwiecznego ustroju, z którymi należy walczyć wszelkimi dostępnymi środkami.

Wymowa utworu jest dość jasna. Obecny system reprezentowany przez mandarynów, którzy w utworze stanowią żywy symbol ucisku, pazerności, chciwości, jest przegniły, spróchniały i załamawszy się pod ciężarem własnego łajdactwa musi upaść. Katalizatorem nieuchronnych przemian, które władza ostatkiem sił próbuje blokować, są ludzie, którzy głoszą społeczną sprawiedliwość, równość. W utworze pojawia się kilka wskazówek, które pozwalają przypuszczać, że owymi mesjaszami nowego porządku są komuniści, zwolennicy jedynej doktryny, która może wyzwolić umęczony lud. Nguyen Cong Hoan zwraca jednocześnie uwagę, że kluczem do odniesienia sukcesu w walce o słuszną sprawę jest jedność, poczucie braterstwa, bezgraniczne zaufanie oraz wzajemne wsparcie. Zważywszy na fakt, że utwór powstał w 1938 roku, a więc jeszcze za czasów protektoratu francuskiego, trudno się dziwić, że władze kolonialne zakazały rozpowszechniania powieści, a autor, pracujący wówczas jako nauczyciel wiejski, co rusz przenoszony był na inną posadę, trafiając w coraz gorsze warunki, które jednak w żaden sposób nie były w stanie go zniechęcić.

Warto równocześnie zauważyć, ze twórczość artysty przypada na trudny okres w historii Wietnamu – utrata niepodległości, wegetacja w postaci francuskiej kolonii, ciężka sytuacja materialna ludności tubylczej. W tym świetle dobrze widoczne elementy edukacyjne w prozie Nguyen Cong Hoana nabierają dodatkowego znaczenia – pisarz zdaje się doskonale rozumieć, że gruntowna reforma kraju musi zostać przeprowadzona oddolnie, począwszy od najniższych warstw społecznych. Równocześnie autor prezentuje i piętnuje wady oraz przywary, które decydują o tym, że Wietnam cały czas pozostaje w rozbiciu, z niewielkimi szansami na wyzwolenie. Sama konstrukcja fabuły sprawia, że nietrudno o konstatację, iż największy wyzysk wobec ludności chłopskiej prowadziła urzędnicza kasta Wietnamczyków. Francuzi stoją na samej górze społecznej drabiny, ale zdają się oni nie mieszać do lokalnych sporów, które ich zwyczajnie nie obchodzą. Są oni jednak odpowiedzialni za mechanizmy, które powodują, że najgorszym wrogiem Wietnamczyka okazuje się drugi Wietnamczyk i chyba na tym polega największy dramat zniewolonych narodów – w każdym skupisku ludzkim znajdzie się osobnik, który za dodatkową miskę chleba jest gotów sprzedać własnego brata.
Reasumując krótko, mimo, że Droga bez wyjścia to typowa literatura ideologiczna (momentami zbyt trywialna z jednoznacznym podziałem na bohaterów pozytywnych oraz negatywnych), to pozostaje ona całkiem dobrą powieścią. Książka jest wartościowa, ponieważ dobitnie odsłania zarówno mechanizmy popadania w biedę oraz trwania w niej, znakomicie ukazuje jak łatwo jest manipulować ciemną, niewykształconą masą, która jest nieświadoma zarówno własnych praw jak i możliwości wynikających z współdziałania. Dla wielu może wydawać się to naiwne, ale uważam, że utwór dobrze wyjaśnia na czym polega spirala długów oraz jak łatwo jest się w niej zapętlić. Kwestia na pozór oczywista, ale jeśli tylko dobrze rozejrzeć się dookoła, można przekonać się ilu współczesnych ludzi, mimo, że większość z nich może pochwalić się wykształceniem średnim, albo co najmniej podstawowym, a więc przynajmniej teoretycznie, potrafi zarówno czytać jak i liczyć, pogrążonych jest w pożyczkach, czy kredytach, które oferowane są na lichwiarski wręcz procent. Nieumiejętność czytania ze zrozumieniem, braki w logicznym myśleniu, kłopoty z wyciąganiem wniosków, czy myśleniem przyszłościowym to w dalszym ciągu zajmujące kwestie – Nguyen Cong Hoan zdaje się cierpliwie tłumaczyć, co wynika z tych problemów oraz dlaczego rządzącym zależy, by większość z nich pozostała jednak nierozwiązana.


P.S.

Szukając informacji o autorze natrafiłem na ciekawy esej zatytułowany Queer Internationalism and modern Vietnameseaesthetics, autorstwa Bena Trana, który znakomicie uzmysławia jak różnie może być postrzegana artystyczna działalność tego samego osobnika. Wg przywołanego krytyka literackiego Hoài Thanha proza Nguyen Cong Hoana uchodzi za sztukę dla sztuki (estetyzujący styl, jako element formalny utworu zyskuje przewagę nad warstwą realistyczną powieści), z kolei cytowany H̉ai Trìeu uważał ją już za literaturę oddaną idei walki z nierównością społeczną (znakomity przekrój społeczny Wietnamu, podkreślający nierówności w codziennych sytuacjach; Nguyen Cong Hoan jako pisarz nie tylko ludzi, ale i nędzarzy).

Wasz Ambrose