Metro (2012)
W kraju nad Wisłą jest paczka filmów, które wszystkie stacje od lat puszczają na okrągło i które każdy prawdziwy Polak, czy chciał, czy nie, przynajmniej raz oglądał. Pierwsze skojarzenie to oczywiście Kevin sam w domu (czy mogą w Polsce istnieć Święta bez niego), ale takich pozycji jest więcej, zarówno rodzimej produkcji (Stawka większa niż życie chociażby), jak i z importu. Do tego wybranego, nie wiem według jakich kryteriów, grona (może była wyprzedaż albo promocja na tysiąc emisji w ciągu trzydziestu lat) należy niezły skądinąd obraz Tunel (Daylight) z 1996 roku (jak ten czas leci) w reżyserii Roba Cohena, w którym wewnątrz nowojorskiego tunelu w wyniku eksplozji zostaje uwięziona grupa ludzi, a na pomoc wyrusza były szef grupy ratowników, samotny niczym w westernie, Kit Latura (niezapomniana rola Sylvestra Stallone’a Wyłupiaste Oko).
Już od jakiegoś czasu pojawia się w polskiej TV rosyjski film Metro z 2012 roku (w reżyserii Antona Megerdicheva*) o podobnej do Tunelu fabule. W zasadzie można powiedzieć, że to prosty remake starszej o 16 lat wersji amerykańskiej, w którym wprowadzono pewną oczywistą zmianę – tunel nowojorski zastąpiono moskiewskim metrem. Za kinem radzieckim ani rosyjskim (w przeciwieństwie do literatury) specjalnie nie przepadam, ale chyba Putin dodatnio wpływa na kinematografię byłego Kraju Rad, więc po pozytywnych wrażeniach z obrazu SF Przyciąganie skusiłem się w końcu i na Metro.








