Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 6 października 2014

O wampirach inaczej





Chuck Hogan, Guillermo del Toro


Wirus


tytuł oryginału: The Strain
tłumaczenie: Anna Klingofer
projekt okładki i stron tytułowych: Wojciech Pawlik
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2014
liczba stron: 560


Ze spółkami różnie to bywa, o czym mówi znane powiedzenie, i dotyczy to również spółek autorskich. Sięgając po Wirusa, pierwszą część trylogii będącej wspólnym dziełem amerykańskiego pisarza Chucka Hogana oraz meksykańskiego reżysera, producenta i scenarzysty filmowego Guillermo del Toro, kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać, tym bardziej, iż serialu telewizyjnego The Strain nakręconego w 2014 przez sieć FX na podstawie tego cyklu również nie oglądałem. Książka, choć w miękkiej oprawie, sprawia wrażenie solidnej, co ważne, gdyż przy takiej ilości stron nie byłoby chyba niczego bardziej denerwującego niż ich wypadanie. Szata graficzna okładki ma w sobie coś intrygującego, niepokojąco sugerującego, iż lektura, która nas czeka, albo jest inna, niż wszystkie dotychczasowe, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego określenia, albo też okaże się totalnym kiczem. Pełen nadziei na to pierwsze, choć nie bez obaw przed tym drugim, zacząłem czytać.

Po zachodzie słońca do Nowego Yorku przylatuje rejsowy samolot ze Starego Kontynentu. Jak na maszynę najnowszej generacji przystało, lądowanie przebiega bez zakłócen. Po przyziemieniu i wzorowym dobiegu wieża, jak zwykle w takich razach, przestaje sobie maszyną zawracać głowę. Nie od razu więc zostaje ujawnione, iż samolot z całkowicie nieznanych przyczyn zatrzymał się na drodze kołowania i stoi tam cichy, mroczny i tajemniczy. Wszystkie systemy wyłączone, światła pogaszone, zaciągnięte zasłony w oknach, brak jakichkolwiek ruchów czy ludzkich głosów wewnątrz.

Od pierwszych stron widać, iż tandem autorski Hogan & del Toro potrafi po mistrzowsku budować napięcie; aurę grozy i tajemniczości. Gdy do martwej maszyny, martwych pasażerów i martwej załogi zostaje wraz ze swoją ekipą wezwany Ephraim Goodweather z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób, akcja zaczyna nabierać tempa i odtąd będzie przypominać rozpędzającą się lokomotywę; będzie wciąż przyspieszać aż do ostatniej strony.

Pomimo tego niesamowitego, z wielkim polotem i wyczuciem budowanego nastroju grozy, pomimo coraz szybszej się akcji, zastanawiałem się w trakcie lektury, czy to wszystko nie skończy się tak jak zwykle. Nie lubię horrorów, gdyż najczęściej, nawet u najbardziej uznanych mistrzów gatunku, w największych ich dziełach, w końcówce objawiają się zjawiska nadprzyrodzone, nie dość, że stanowiące niejednokrotnie dysonans w stosunku do wcześniejszej części utworu, to w dodatku infantylne często aż tak, że żenujące. Wiem, że w tym kanonie jest taka praktyka uprawniona, ale nie znaczy to, iż się w tym lubuję. W Wirusie praktycznie od pierwszej strony autorzy dają nam do zrozumienia, że tym razem rzecz będzie o wampirach. Wątek ograny do szczętu i choć na szczęście pojawiają się nowe i oryginalne jego reinkarnacje, to budzi poważne obawy. I tu niespodzianka.

Del Toro i Hogan ujęli temat niezwykle przewrotnie. Całkowicie nowatorsko, całkowicie, przynajmniej w Wirusie, gdyż nie wiem jak będzie wyglądać dalszy ciąg trylogii, bez pomocy mocy nadprzyrodzonych (nie należy mylić wykraczania poza wiedzę naukową na obecnym jej poziomie z nadnaturalnością). Jednocześnie pojawiają się wszystkie tradycyjne atrybuty rodem z wampirzych opowieści – zaostrzone kołki, srebrne pociski, światło słoneczne, krzyże i lustra. Nie wszystkie jednak okazują się mieć takie znaczenie, jak nas przyzwyczajono. Fabuły nie będę oczywiście zdradzał, choć nie jest specjalnie skomplikowana. Prawdziwa siła tej powieści to świeżość pomysłu, przełomowość koncepcji ukrytej w starym temacie, niesmowity klimat, obrazowość scen i zagadki. Nie tylko te – co dalej, kto wygra i jak?

Zastanawiam się, jaki wpływ na kreatywność i mroczną wyobraźnię del Toro wywarła jego babka, która w imię katolickiej dbałości o jego duszę torturowała go psychicznie i fizycznie. Może zło w imię dobra wydaje jednak dobre owoce? Mnie się na pewno te owoce podobają. To jedna z tych powieści, które są na tyle odmienne od wszystkich wcześniejszych podejść do tematu, iż nie można ich uczciwie umieszczać w rankingach z innymi, tak jak nie można w jednej kategorii mieszać sportowych bolidów i wielkich wywrotek. W dodatku Wirus jest w pewnym sensie kategorią samą dla siebie.

Czy nie ma w tej beczce ani łyżki dziegciu? A jakżeby inaczej. Laser to synonim lampy UV! Wizjer to synonim teleskopu czy też lunety! Do tego kilka wpadek, których nie można zwalić na chochlika drukarskiego, a które kwalifikowałyby się na humor zeszytów, gdyby spłodził je uczeń podstawówki albo jakiś bloger, a przecież książka to nie dzieło jednej osoby, a całego zespołu. Ktoś powinien takie babole wyłapać. Dlaczego tak się nie stało?

Za szkodliwe uważam również powielanie stereotypu hitlerowców jako psychopatów, sadystów, jako bestii w ludzkich skórach. Łatwo jest wierzyć, że to źli ludzie czynią zło, lecz to pułapka godna napiętnowania, gdyż ona właśnie pozwala złu się szerzyć i umacniać.

Osobliwy jest również fragment, gdzie przystępnie i łopatologicznie wyjaśnione jest, czym się różni okultacja od zaćmienia, jak przebiega „zaćmienie słońca”, a potem czytamy, iż „To połączenie ciał niebieskich, wejście Słońca w cień Księżyca...”. Wiem, że czytanie ze zrozumieniem jest problemem dla wielu, ale pisanie bez zrozumienia jak widać też staje się powszechne.

Te błędy, choć dość nieliczne, są wyjątkowo denerwujące, zwłaszcza, że powieść wciąga, a przy szybkim czytaniu nawet sporadyczne wpadki sprawiają wrażenie częstych, niczym słupy trakcyjne migające za oknem pędzącego pociągu. To jednak zarazem świadectwo klasy Wirusa. Pomimo owych zupełnie niepotrzebnych potknięć, których na pewno przy większej dozie staranności można było uniknąć, całość jest świetną, wciągającą i prawdziwie mroczną lekturą, po której zakończeniu najważniejsze staje się tylko jedno pytanie:

- Kiedy będę mógł przeczytać następną część?

Okazuje się, że Wirus jest wspaniałą lekturą nie tylko dla miłośników horroru, ale nawet dla takich zagorzałych racjonalistów jak ja. Oczywiście jedynie czysto rozrywkową, ale w swej klasie niezwykle udaną.


Wasz Andrew

Ps. Po lekturze drugiej i trzeciej części trylogii Wirus (Upadek i Wieczna noc) muszę Was ostrzec. Zanim sięgniecie po Wirusa przeczytajcie recenzję następnych części i zastanówcie się, czy warto.

Wirus [Guillermo delToro, Chuck Hogan]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 4 października 2014

Per Petterson "Przeklinam rzekę czasu" - Panta rhei

Przeklinam rzekę czasu

Per Petterson

Tytuł oryginału: Jeg forbanner tidens elv
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: W.A.B.

Seria: Don Kichot i Sancho Pansa

Liczba stron: 272




Jak słusznie zauważono wiele wieków temu – wszystko płynie – czas biegnie nieubłaganie, w związku z czym nie da się wejść dwa raz do tej samej rzeki, bo już napłynęły do niej inne wody. Świat, który zapamiętaliśmy pognał naprzód, podobnie zresztą jak i my. Ząb czasu odcisnął na wszystkim swoje niezatarte piętno i tylko we wspomnieniach możemy odszukać stałą i niezmienną rzeczywistość, w której chcielibyśmy się znaleźć i za którą tak mocno tęsknimy. Nie potrafiąc odnaleźć się w aktualnej sytuacji życiowej, odczuwając bezustanną wrogość otoczenia, egzystując w poczuciu niespełnienia i bycia oszukanym przez świat, który pognał innymi torami niż to sobie wyobrażaliśmy, decydujemy się na jedną z niewielu rzeczy, która pozostała w kurczącym się wachlarzu możliwości – z wiekowej szopy wyciągamy równie sędziwą łódkę i powoli spuszczając ją do wody, wyruszamy w podróż po rzece wspomnień, tak jak uczynił to Avrid, bohater książki Przeklinam rzekę czasu, autorstwa Pera Pettersona.

piątek, 3 października 2014

eBuka 2014

Ogłoszenie drobne

 

http://duzeka.pl/news/id_news/5793/ebuke_2014_czas_zaczac
Chciałbym poinformować, że razem z Andrew postanowiliśmy zgłosić nasz wspólny projekt do konkursu "eBuka 2014". Od wczorajszego dnia uruchomiono możliwość głosowania na najlepszy blog książkowy w kategorii "Nagroda Czytelników". Jeśli znalazłby się ktoś, kto postanowiłby oddać swój jakże cenny głos na nasz płód, to będzie nam niezmiernie miło. Aby to zrobić wystarczy wysłać wiadomość na adres e-mail ebuka@duzeka.pl, a w temacie wpisać "Klub A+A". Dzięki z góry i powodzenia dla pozostałych uczestników.


poniedziałek, 29 września 2014

Valar morghulis




George R. R. Martin



Taniec ze smokami, część 2


tytuł oryginału: A dance with dragons
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia* (tom 5.2)
(ang. A Song of Ice and Fire*)
tłumaczenie: Michał Jakuszewski
wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012
liczba stron: 760


„Valar morghulis” to wyrażenie, które dorobiło się już swego miejsca w Wikipedii. Pochodzi z cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia pióra amerykańskiego pisarza Georga R. R. Martina. Znaczy ono „każdy musi umrzeć” i jak się okazuje po zakończeniu lektury drugiej części piątej odsłony cyklu, czyli Tańca ze Smokami, świetnie oddaje ono manierę, dotąd w literaturze niespotykaną, a którą Martin śmiało i bez ograniczenia wprowadził do swej prozy. Jak w życiu; każdy musi umrzeć. Główny bohater i postać drugoplanowa, dobry i zły, silny i słaby. Im mocniej się przywiążesz do którejś z person dramatu, w miarę lektury tym bardziej będziesz drżeć z obawy, iż autor zaraz ją uśmierci. Ów zabieg, konsekwentnie stosowany przez tego amerykańskiego mistrza fantastyki, pokazuje, że jak dla historii życie nawet najbardziej znamienitych ludzi jest tylko epizodem, tak i w literaturze można zerwać z tradycją nieśmiertelnego (przynajmniej do końca opowieści) herosa i poprowadzić fabułę dalej, wykraczając poza takie momenty jak śmierć. Owszem, są liczne sagi i inne historie dłuższe niż życie jednej osoby, ale zawsze dotąd śmierć kluczowej postaci stanowiła pewną granicę dzielącą wyraźnie fabułę na przed i po. U Martina każdy może umrzeć w pół marzenia, w pół słowa, w pół planu. Prawdziwa brutalna rzeczywistość, w którą niestety nawet w realnym świecie większość z nas nie chce wierzyć, pozostając w przeświadczeniu, że zawsze zdąży się przed śmiercią sporządzić testament, powiedzieć kocham, wywrzeć zemstę. Oczywiście nie każdemu musi się taka realistyczna maniera podobać, ale dla mnie jest ogromnym plusem.

Skończyła się druga część piątej powieści cyklu, a czytelnik nie ma nadal najmniejszego pojęcia czy, i kto, zdoła ponownie pod jednym berłem zjednoczyć Siedem Królestw wyniszczanych przez bratobójczą wojnę sukcesyjną i ponownie zaprowadzić ład w fikcyjnym świecie Westeros. To również bardzo interesujące i zbieżne z realiami naszego świata, gdzie nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Zarazem to kolejna płaszczyzna, na której Martin zrywa z tradycją fantasy, w której główny bohater, z reguły stojący po stronie dobra, skazany jest na sukces.

W Tańcu ze smokami, podobnie jak w poprzednich częściach serii, co też jest w opozycji do kanonu fantasy, nie tylko trudno powiedzieć, kto jest dobry, a kto zły i trudno o czarno-białe moralnie sytuacje. To jakby spostrzeżenia i przemyślenia psychologa społecznego ubrane we wciągającą formę porywającej powieści. W życiu i w powieści niczego nie ma za darmo; nawet królowie i władcy niewolników tak czy siak za wszystko muszą zapłacić. Dobrzy ludzie niekoniecznie okazują się dobrymi władcami, a źli często zostają dobrymi. Uważani za tchórzy zdobywają się na odwagę, a z wyglądu herosi nagle potrafią pokazać zajęcze serce. Przy tym wszystkie postacie wykreowane są śmiało, oryginalnie, w dodatku dynamicznie się zmieniają w miarę upływu czasu i dziejących się wydarzeń oraz idących za tym doświadczeń. Wątki intrygi krzyżujące się, połykające jedne drugie, zmieniające swe znaczenie i pozycję w stosunku do pozostałych. Jak w rzeczywistej historii. Jedyne co się nie zmienia, to ciągła walka o tron, który wciąż oczekuje na swego króla. I to jedyne, co mogę powiedzieć konkretnego o fabule, by nie zdradzić zbyt wiele tym, którzy podobnie jak ja, lubią nic nie wiedzieć o powieściowej przyszłości, gdy przystępują do lektury.

Uspokoję też wszystkich, iż choć każda powieść serii, a nawet każdy tom, prezentują inny rozkład dominujących akcentów, choć w jednych królują epickie bitwy, w innych skryte zabójstwa, a w jeszcze innych polityczne knowania, to Martin jakimś cudem wciąż sprawia, że każda kolejna książka tchnie oryginalnością, świeżością i zaskakuje czytelnika tylko w pozytywnym sensie.

Przypomnę jeszcze tym, którzy pierwszy raz słyszą o Pieśni Lodu i Ognia* (czy to możliwe, by byli jeszcze tacy?), że cykl bezwzględnie należy czytać po kolei* i recenzje zresztą też


Wasz Andrew


* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)


sobota, 27 września 2014

Hominis Caritas Est

Szaleniec?

Shūsaku Endō

Tytuł oryginału: Obaka-san
Tłumaczenie: Izabela Denysenko
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Pax
Liczba stron: 179










Zgodnie ze słownikiem języka polskiego szaleniec to osoba chora umysłowa, bądź nie panująca nad swoimi uczuciami, nielicząca się z niebezpieczeństwem, postępująca w sposób nieprzemyślany, raptowny. Określenie to zarezerwowane jest dla osobników, których działanie jest dla nas niezrozumiałe, które zdaje się nie przynosić żadnych pozytywnych konsekwencji, które w związku z tym jest daremne i próżne, a więc szalone. Wyrażenie cechuje się pejoratywnym wydźwiękiem, ale również stronniczym charakterem – o miano szaleńca nietrudno, szczególnie, jeśli idzie się przez życie własną ścieżką, nie zdradzając przy tym motywów, którymi się kierujemy. Wydaje się, że wiedział o tym doskonale Shūsaku Endō, kolejny literat z Kraju Kwitnącej Wiśni, którego miałem okazję poznać.

Shūsaku Endō przyszedł na świat w 1923 roku w Tokio. Już 3 lata później cała rodzina opuściła ojczyznę i przeniosła się do Mandżurii, gdzie ojciec autora został wysłany służbowo. Kiedy w 1933 roku, rodzice artysty rozwiedli się, matka wróciła do Japonii razem ze swoimi pociechami. Wkrótce po rozstaniu się z mężem, kobieta zainteresowała się katolicyzmem i zmieniła wyznanie, które przyjęły także jej dzieci. Endō został ochrzczony w wieku 11 lat. W 1943 roku przyszły pisarz podjął studia na Uniwersytecie Keio, które jednak przerwał z uwagi na trwającą II wojnę światową – Endō został wysłany do pracy w fabryce amunicji. Kontynuując przerwaną naukę na wydziale romanistyki, w latach 1950 – 1953 Endō przebywał we Francji w ramach stypendium naukowego. To właśnie za granicą artysta podjął pierwsze literackie próby. Także na obczyźnie Endō zachorował na gruźlicę płuc – pisarz wiele czasu spędzał w szpitalach oraz ośrodkach zdrowia, co jednak nie ograniczało jego literackiej twórczości (żył relatywnie długo, zmarł w 1996 roku, w wieku 73 lat). Jednym z całkiem licznych płodów autora, z którym polski czytelnik może zapoznać się w rodzimym języku jest interesująca powieść Szaleniec?, napisana w 1959 roku.

Akcja utworu została osadzona w XX-wiecznej Japonii. Tytułowy szaleniec to Francuz Gaston Bonaparte, wedle własnych słów potomek samego Napoleona Bonapartego. Przez kilka lat, w ramach szlifowania języka angielskiego, wymieniał on listy z japońskim przyjacielem korespondencyjnym. Wybór Japończyka na partnera do praktykowania języka Szekspira wydaje się nieprzypadkowy – Gaston od dawna marzył o poznaniu Kraju Kwitnącej Wiśni. Miłość do tego tajemniczego i odległego kraju rozpalił również wuj, który miał okazję gościć w Japonii. Francuz okrętuje się zatem na Vietnamie, statku płynącym do Jokohamy. O całym przedsięwzięciu postanawia powiadomić Takamoriego, wspomnianego pen-frienda. Młody człowiek z dalekiej Europy nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie zamieszanie w domu Takamoriego wywoła zapowiedź jego przybycia.

Główną przyczyną chaosu oraz nerwowego wyczekiwania na niespodziewanego gościa jest młodsza siostra Takamoriego, Tomoe. Autor ciekawie zarysowuje relację pomiędzy rodzeństwem. Oboje nie pałają do siebie zbyt wielkim uczuciem – starszy brat uważa swoją krewną za bezwzględną strażniczkę moralności, osobistego nadzorcę, surową cenzorkę oraz niewyżytą dręczycielkę, znającą wszystkie grzeszki oraz słabości Takamoriego, z którymi stara się zaciekle walczyć, pragnąc je do reszty wyplenić. Tymczasem Takamori to typ lekkoducha, który nie przywiązuje zbytniej wagi do swoich ułomności charakteru, budząc w ten sposób gniew i złość Tomoe. Młodsza siostra ma o wiele bardziej praktyczne podejście do życia – posiada silną osobowość, jest niezależna, zarabia o wiele więcej niż brat, realnie patrzy na świat, chociaż jest nim raczej rozczarowana, a przynajmniej jego męską częścią. Tomoe skrycie liczy, że tajemniczy Francuz, który wkrótce przybędzie do ich domu okaże się poszukiwanym oraz pożądanym typem mężczyzny, z którym, przynajmniej jak dotąd, nigdy się nie spotkała – w wyobraźni młodej dziewczyny Gaston jawi się jako silny, męski, wytworny, przystojny oraz czarujący amant, mogący pochwalić się zarówno bogatą osobowością jak i rozległymi zainteresowaniami, który w mgnieniu oka zdobywa kobiece serca. Osobnik, który ukazuje się oczom rodzeństwa, zdaje się stanowić idealne zaprzeczenie ich oczekiwań – rozczarowanie, żal oraz rozpacz to początkowo jedyne odczucia, do jakich jest zdolna Tomoe.

Niezależnie jednak od aparycji oraz lotności umysłu, należy przyznać, że Gaston Bonaparte to zdecydowanie najciekawsza i najbarwniejsza postać powieści. O jego atrakcyjności decyduje przede wszystkim aura tajemnicy, która otacza Francuza. Nikomu, nawet japońskiemu rodzeństwu, które przyjęło go pod swój dach, nie zamierza zdradzić powodu swojego przybycia do Japonii – młodzi ludzie podejrzewają, że nie jest on ani turystą, ani biznesmenem, ani tym bardziej handlarzem bądź przemytnikiem. Brakuje im jednak koncepcji, czego potomek Napoleona miałby szukać w Kraju Kwitnącej Wiśni. Kontakt z cudzoziemcem utrudnia fakt, że Gaston włada językiem japońskim jedynie w bardzo niewielkim stopniu. Jego pismo upstrzone jest gafami, które przerażają nawet nie przywiązującego większej wagi do nauki Takamoriego, a sklecane zdania nie mogą w pełni oddać tego, co myśli francuski przybysz. W rezultacie bardzo łatwo jest odnieść wrażenie, że Gaston odznacza się nie w pełni rozwiniętą umysłowością, że na jego psychice widnieje skaza, która nie pozwala rozpatrywać go jako pełnoprawnego, inteligentnego człowieka. Wrażenie tępoty, o którą często posądzany jest Gaston wzmacnia jego fizjonomia – długa, pociągła twarz przyrównywana regularnie do końskiej gęby oraz wielkie, zwaliste ciało przywodzące na myśl zapaśnika sprawiają, że Francuz uchodzi za osobnika będącego niespełna rozumu, do którego większość ludzi odnosi się z lekceważeniem, ironicznym uśmieszkiem oraz odczuciem wyższości.

Gaston Bonaparte posiada jeszcze jedną cechę, która zdecydowanie odróżnia go od reszty ludzkiej społeczności. Wbrew życiowemu doświadczeniu ze wszystkich sił pragnie on wierzyć w bliźniego, bezgranicznie ufać drugiemu człowiekowi, tym bardziej, gdy jest on osobnikiem obcym, którego intencji i zamiarów nie sposób przewidzieć. Z tego względu Francuz nie jest zdolny do odczuwania nienawiści, bądź żywienia długotrwałej urazy – zgodnie z jego osobistym kodeksem moralnym są to uczucia podłe i obrzydliwe, które nie przystają prawdziwemu człowiekowi. Gaston uzbrojony w ten osobliwy światopogląd wyrusza na swoistą pielgrzymkę, by prowadzić nieustanną i ciągłą walkę ze smutkiem, żalem, goryczą oraz zwątpieniem. O tym jak zakończy się ta niezwykła krucjata, kogo Gaston spotka na swojej drodze, najlepiej przekonać się osobiście.

Zagłębiając się w lekturę Szaleńca? warto zwrócić uwagę na portrety młodych ludzi, które zaserwował czytelnikowi Shūsaku Endō. Autor podkreśla bezrozumną i bezkrytyczną fascynację światem Zachodu, która wiąże się z całkowitą negacją dorobku kulturowego własnej ojczyzny. Wszystko co europejskie nabiera cech wyjątkowości i niepowtarzalności, z kolei idee, przedmioty czy ludzie związani z Japonią pozostają rzeczami wtórnymi, poślednimi i bezwartościowymi. Tymczasem, czego na własnej skórze doświadczył Gaston, okazuje się, że bardzo często za fasadą kultury oraz wiedzy ukryty jest głęboki egoizm, który w imię obrony własnych interesów każe zwodzić, oszukiwać, nie ufać oraz podejrzewać. Francuz pełni rolę demaskatora, obnażającego spróchniałe fundamenty europejskiego świata wartości.

Postać Gastona kojarzy się z innym szaleńcami, którzy pokładali bezgraniczną wiarę w człowieka, nawet mimo doświadczanej przemocy oraz poniżenia. W umyśle niejednego czytelnika mogą pojawić się konotacje z prostodusznym Lwem Nikołajewiczem Myszkinem, głównym bohaterem książki Idiota autorstwa Fiodora Dostojewskiego czy Jezusem Chrystusem, centralną postacią wyznawanego przez Shūsaku Endō chrześcijaństwa. Autor zdaje się zadawać uniwersalne pytanie o kondycję ludzkiej społeczności, wśród której osobnicy o zbyt wielkich pokładach ufności, którzy nie przypisują bliźniemu najgorszych intencji, pojmowani są jako idioci, bądź szaleńcy. Gaston niczym ubogi apostoł, który wyrzekłszy się materialnych dóbr oraz bliskich, przemierza odległy kraj, walcząc z własnymi słabościami charakteru oraz tchórzostwem, niosąc bezgraniczną miłość okazywaną każdemu bez wyjątku oraz głosząc radosną nowinę, że prawdziwy człowiek jeszcze nie umarł.

Godne podkreślenia jest to, że niezwykła historia równie niezwykłego bohatera napisana została pięknym językiem. Shūsaku Endō w sposób wyborny operuje słowem, uzmysławiając czytelnikowi jak potężnym narzędziem jest literatura, które w ogromnym stopniu pozwala oddziaływać na ludzką wyobraźnię. Mój szczególny zachwyt wzbudziły wyrażenia, które śmiało można określić mianem poetyckich, przemycane do codzienności bohaterów powieści – pusta kieszeń portfela, w której wieje zimny, jesienny wiatr czy prostytutki sprzedające wiosnę to tylko przykłady, obrazujące wprawę, z jaką Shūsaku Endō konstruuje kolejne zdania, które pochłania się z niesłabnącą przyjemnością.

Powieść japońskiego czyta się z ogromną przyjemnością, a lekturze towarzyszy poczucie ciepła, jakim promieniuje sylwetka Gastona. Autor w interesujący sposób zarysowuje postać człowieka, którego zachowanie stoi w wyraźniej opozycji z prądami rozwijającego się świata. Książka, szczególnie za sprawą zamieszczonego w tytule pytajnika, zdaje się prowokować oraz skłaniać do refleksji. Począwszy przemyśleń na temat samego Gastona, a skończywszy na  rozważaniach dotyczących ludzkiej natury oraz rozwoju, któremu na przestrzeni wieków rzekomo podlega nasza duchowość oraz moralność.


Wasz Ambrose


Tekst bierze udział w wyzwaniu Japonica:

Wzywanie Japonica 

sobota, 20 września 2014

"Lis z Gór i Lis z Nizin" José María Arguedas - El Zorro

Lis z Gór i Lis z Nizin

José María Arguedas

Tytuł oryginału: El zorro de arriba y el zorro de abajo
Tłumaczenie: Zofia Wasitowa
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Współczesna Proza Światowa
Liczba stron: 269






Człowiek przychodząc na świat staje się jednym z wielu niewielkich trybików ogromnej i skomplikowanej machiny. Jednak stopień złożoności tego tworu, jego wysoka miara ukształtowania oraz spora rezystywność na jakiekolwiek zmiany, na pierwszy rzut oka nie są zbyt dobrze widoczne, szczególnie dla młodego organizmu ludzkiego, który odkąd tylko dorasta, coraz lepiej odbierając różnorodne bodźce płynące z otoczeniami, karmiony jest niedopowiedzeniami, schematami oraz uproszczeniami. Jednak w miarę postępującej nauki samodzielnego myślenia, kiedy to na własną rękę poczynamy badać otaczającą nas rzeczywistość, odkrywamy, że jest ona wręcz przerażająco niejednoznaczna, a próba zrozumienia mechanizmów, jakimi się ona rządzi wykracza poza możliwości umysłowe przeciętnego człowieka. W dodatku świat coraz mocniej odsłaniający swoje prawdziwe oblicze, które naznaczone jest złośliwością, okrucieństwem, bezmyślnością, egoizmem, cierpieniem innych, dla niejednego okazuje się rozczarowujący, podobnie zresztą jak ludzie, którzy go kształtują. Z tego względu w sercach wielu młodych osobników rodzi się poczucie buntu, kontestacja, nie pozwalająca akceptować jawnej niesprawiedliwości, ułomności reguł, które decydują o pożałowania godnym losie całych rzesz ludzkich. Jednym z odruchów może być chęć poprawy dostrzeżonych wad, dokonania korekt, wprowadzenia niezbędnych poprawek – warto jednak zdać sobie sprawę, że te działania najczęściej wiążą się z koniecznością pozbawienia życia tych, którzy będą sprzeciwiali się postulowanym zmianom. Innym, wcale nie tak rzadkim, przejawem niezgody na zastany stan rzecz jest samobójcza śmierć, jako akt najwyższej desperacji, wynikający z niemożności pogodzenia się z życiem, jakie przypadło nam w udziale od losu. Można powiedzieć, że tę właśnie drogę – samobójstwa z racji braku możliwości przystosowania się do twardych i brutalnych reguł współczesnej rzeczywistości – wybrał peruwiański pisarz José María Arguedas. Ale zanim odszedł, zdołał wyrazić protest wobec tego nieprzyjaznego i niesprawiedliwego świata, który zawarł w swojej twórczości, cenionej nie tylko na kontynencie południowoamerykańskim.

piątek, 19 września 2014

Szwadrony okrętów





Colin Woodard


Republika Piratów


tłumaczenie: Bartosz Czartoryski

tytuł oryginału: The Republic of Pirates. BEING THE TRUE AND SURPRISING STORY OF THE CARIBBEAN PIRATES AND THE MAN WHO BROUGHT THEM DOWN

wydawnictwo: Sine Qua Non 2014

Po Republikę piratów autorstwa amerykańskiego pisarza i dziennikarza Colina Woodarda sięgnąłem pełen nadziei na wartościową i interesującą lekturę. Tematyka marynistyczna zawsze była jedną moich ulubionych, a piraci to temat nośny i wciągający, nadal z sukcesami eksploatowany zarówno w literaturze, jak i filmie. W dodatku nie miała to być kolejna pozycja literatury pięknej, a książka historyczna (popularnonaukowa). No i te recenzje:

Uznanie dla Woodarda najchętniej wyraziłbym pirackim „»arr«!
Juliusz Kurkiewicz, Magazyn KSIĄŻKI i Gazeta Wyborcza

Szkatuły złota, abordaże, korsarze, piraci, rum i żelazo… Wspaniała przygoda.
Tomek Michniewicz, podróżnik

Spodoba się każdemu. Czyta się lepiej niż powieści awanturnicze.
Jakub Demiańczuk, Dziennik Gazeta Prawna

Na kartach tej książki przemawiają do nas prawdziwi piraci.
Jacek L. Komuda, pisarz, autor Galeonów wojny i Czarnej bandery


Dla mnie jest to najlepsza książka o piratach jaką czytałem. Prosta, autentyczna, z autorem, który wie co chce powiedzieć swojemu czytelnikowi i ma o tym sporą wiedzę.
bloger Amras

Niewątpliwą zaletą książki Woodarda jest dbałość o najdrobniejszy detal, olbrzymia wiedza i zupełna bezstronność towarzysząca opisom kolejnych zdarzeń.
bloger Mandriell

I mógłbym tak cytować długo, gdyż wszyscy aż pieją z zachwytu na temat tej książki. Zacząłem więc czytać i...

Bum!!! Nawet notka na okładce mojego wydania, informująca, iż to „Egzemplarz próbny”, a więc „Może zawierać błędy”, nie przygotowała mnie na coś takiego. Tym bardziej, że premiera jeszcze nie nastąpiła, więc domniemywam, iż recenzje, które już się pojawiły, też dotyczyły „Egzemplarzy próbnych”.

Dawno już nie spotkałem się z takim dziadostwem, bo trudno inaczej nazwać podobne wydanie! Bywają książki pisane przez ludzi bez wyczucia stylu, których pióro boli. Bywają pozycje słabe merytorycznie. Bywają różne sposoby sknocenia wydania, ale tutaj komuś udało się połączyć w jednym tak wiele wpadek, że chyba do księgi Guinnessa powinno się to zgłosić. Nie wiem, kto jest temu winien – autor, tłumacz czy jakiś inny sabotażysta, ale jest jak jest.

Jeśli ktoś chce się zająć marynistyką czy historią konfliktów morskich, to powinien odróżniać statek od okrętu! Pisanie zaś o szwadronie okrętów to tak, jakby pisać o eskadrze koni szarżującej husarii! To zbrodnia nie tylko na czytelniku, ale po prostu na języku polskim! Jak widać nikomu, od osób zaangażowanych w wydanie, po szanownych recenzentów, skoro już się biorą za coś, o czym nie mają pojęcia, nie chciało się nawet sięgnąć do słownika lub Wikipedii!

Totalny brak wiedzy dotyczy nie tylko marynistyki, w końcu dziedziny dość specyficznej, ale nawet medycyny popularnej – obok takich jednostek chorobowych jak zatrucia i dyzenteria mamy konwulsje i gorączkę! Ba – kwiatki znajdziemy nawet w tak banalnych dziedzinach jak kuchnia – mamy jedzenie i mięso!

Nie lepiej jest też z logiką – jednostka, która od zawsze nie może dobić do brzegu ze względu na zanurzenie, chwilę później do niego dobija, choć nic się nie zmieniło. Ciągle ktoś lub coś toruje sobie drogę, tylko nie wiemy w czym sobie ją toruje. I tak dalej.

Często gęsto zadawałem sobie pytanie, czy ten, kto spłodził owego literackiego potwora, był kiedykolwiek nad morzem, o byciu na morzu już nawet nie wspominam – „Oczyma wyobraźni widziałem majaczący na horyzoncie bukszpryt, a potem połatane żagle...”. Może trzeba było się tym bukszprytem puknąć w łeb?!

Ilość i waga tych wpadek jest tak wielka, że utrudnia lekturę, odbierając z niej wszelką przyjemność. W dodatku sprawia, iż książka staje się szkodliwa – znających się na rzeczy wnerwia, żeby nie użyć bardziej „parlamentarnego” słowa zaczynającego się na „wk...”, a szczury lądowe wprowadza w błąd.

Dwa lata później pięćdziesiąt trzy angielskie i holenderskie statki starły się nieopodal Malagi w największej bitwie morskiej tej wojny; trwająca cały dzień masakra nie wyłoniła zwycięzcy.” Aż pomyślałem, że mam Alzheimera, gdyż byłem przekonany, że Anglicy byli w sojuszu z Holendrami przez całą tę wojnę (hiszpańską sukcesyjną) i poszedłem sprawdzać, czy może gdzieś tam w międzyczasie nie tłukli się między sobą! A że takich błędów wszelkiej możliwej maści jest niczym chwastów w moim ogródku, więc czytelnik z czasem zaczyna wątpić we wszystko. Trzeba każdą rzecz, której nie jesteśmy pewni, sprawdzać gdzie indziej, gdyż biorąc rzeczy z tej książki takimi, jakimi są, można wyjść na durnia.

Mało tego! Kardynalne błędy nie dotyczą tylko i wyłącznie tekstu! Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co miał na myśli artysta, który stworzył planszę „Statki handlowe z początku osiemnastego wieku” na stronie 68! Fregatę i galerę przedstawiają identyczne rysunki, a z opisu wynika, że te dwie jednostki różnią się tylko... długością!!! W dodatku nieznacznie. Za takie coś powinni sprawcę wytarzać w smole i trzy razy pod kilem przeciągnąć. Choć on i tak pewnie nie wie, co to takiego.

Można by się tak nad owymi wypocinami znęcać jeszcze długo, tylko po co. Najgorsze, że na przykładzie tej książki widać nie tylko porażkę wydawnictwa, ale i recenzentów, którzy się do niej zabrali nie tylko bez żadnej wiedzy o temacie, ale i bez chęci sprawdzenia w innych źródłach rzeczy, na których się nie znają. No chyba, że się znają, tylko co wtedy? Świadomie kłamali?

Wielka szkoda, że wyszło jak wyszło. Temat jest naprawdę ciekawy i gdyby nie wynikający z ogromnej ilości zasadniczych błędów brak wiarygodności, książka, pomijając już styl, mogłaby się stać kopalnią informacji o niezwykle interesującej epoce. Tylko jak wierzyć komuś, kto nie odróżnia galery od fregaty i na morzu widzi szwadrony okrętów?


Wasz Andrew

Republika Piratów [Colin Woodard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Republika Piratów [Colin Woodard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Republika Piratów [Colin Woodard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE