Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Naprawdę zapomniani

Charles Glass

Dezerterzy. Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej

tytuł oryginału: Deserter. The Last Untold Story of the Second World War

tłumaczenie: Tomasz Fiedorek

wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS 2013

liczba stron: 464


Nie dalej jak kilka dni temu, mogliśmy w migawkach telewizyjnych oglądać inscenizacje z okazji kolejnej rocznicy Dnia D, czyli inwazji w Normandii. Znów politycy, czyli ci, którzy z odwagą mają chyba najmniej ze wszystkich wspólnego, grzali się przy wspomnieniach chwały dawnych bohaterów. Znów historycy klepali te same bajeczki, które się opowiada przy podobnych rocznicach. Tylko tym razem pewnie ich myśli krążyły wokół czego innego. Oto ktoś, nawet nie będący formalnie historykiem, sprzątnął im sprzed nosa temat, który czekał od wieków na kogoś, kto będzie miał odwagę go poruszyć. Odważnemu obiecywał, że od razu jego nazwisko na zawsze zapisze się w annałach historii. Ten temat to dezerterzy. Teraz wszyscy historycy plują sobie w brodę, iż sami poń nie sięgnęli. Może nie tylko odwagi im brakło. Każde szkolenie, nie tylko wojskowe, ale również akademickie, zwane zdobywaniem wykształcenia, odciska na swych adeptach piętno, które doświadczony obserwator jest w stanie odczytać. Wpływa ono również na percepcję rzeczywistości i trzeba wybitnie niezależnego umysłu, by zachować na zawsze, mimo usilnych prób społeczeństwa, które usiłuje to zniszczyć, dziecięcą ciekawość, oryginalność myślenia, nieschematyczność, by pozostać umysłowym outsiderem, prawdziwie wolnym, prawdziwie niezależnym. Takie osoby są rzadkimi wyjątkami, zwłaszcza w nowoczesnych, medialnych społeczeństwach, piorących mózgi swych obywateli przez okrągłą dobę, napełniających ich umysły komercyjną papką. To chyba nawet ważniejsza przyczyna faktu, niż brak cywilnej odwagi, że dopiero teraz znalazł się ten pierwszy, który od razu stał się obiektem zazdrości wszystkich kolegów po fachu. Zbiegiem okoliczności akurat w rocznicę D-Day, w czasie blokady wszystkich mediów przez newsy o przebiegu obchodów tego święta, zakończyłem lekturę, która rzuca całkiem nowe światło na całą wojnę aliantów, również na sam D-Day.

Charles Glass był dotąd osobą dla mnie całkowicie nieznaną. Nazwisko to nic mi nie mówiło, choć powinno. Ten urodzony w 1951 roku Amerykanin jest znanym i uznanym pisarzem, dziennikarzem prasowym i telewizyjnym. Wystarczy wspomnieć, iż współpracuje z takimi pismami jak The Spectator, Newsweek czy The Obserwer oraz stacjami klasy ABC News, by wiedzieć, iż nie jest to ktoś, kto zajmuje się ploteczkami i propagandowymi newsami politycznymi. Markę wyrobił sobie jako specjalista od spraw przemocy na Bliskim Wschodzie. Ostatnio jednak, w książce Americans in Paris: Life and Death Under the Nazi Occupation, 1940-1944 (2009) dał wyraz swej fascynacji historią II Wojny Światowej. Najnowszą jego książką jest Deserter: The Last Untold Story of the Second World War opublikowana w 2013. Kiedy tylko dowiedziałem się, iż ukazała się w Polsce pod tytułem Dezerterzy: Ostatnia nieopowiedziana historia II wojny światowej, zagiąłem na nią parol. Nie ze względu na dotychczasowe osiągnięcia autora, gdyż jak wspomniałem do niedawna niczego o nim nie wiedziałem, nie ze względu na recenzje – żadnych nie czytałem, a z powodu odwagi. Pierwszy raz trafiłem na kogoś podejmującego ten temat dla niego samego.

Niech płaczą historycy, którzy przed Glassem nie wpadli na ten pomysł albo nie mieli odwagi na jego realizację. Jestem przekonany, że z czasem to opracowanie stanie się obowiązkową pozycją dla każdego, kto interesuje się wojskowością, historią, psychologią i w ogóle zalicza się do tych, którzy lubią wiedzieć.

Książka zaczyna się mocną opowieścią o pierwszym Amerykaninie, na którym wykonano wyrok śmierci za dezercję podczas II wojny światowej, a stało się to… Nie zdradzę, gdyż już ten jeden zaskakujący epizod daje do myślenia.

Dotychczas jednym z głównych synonimów słowa „dezerter” był „tchórz”. Nawet w słowniku PWN (internetowym, ale jednak PWN) w rozwinięciu hasła „dezercja” czytamy „odejście skądś lub rezygnacja z czegoś z braku odwagi, by stawić czoła trudnościom”. Nigdy się z tym nie zgadzałem, podobnie jak wielu psychologów, psychiatrów i weteranów, ale ponieważ taki właśnie stereotyp jest na rękę wszystkim władzom we wszystkich miejscach na świecie, więc dotąd miał się dobrze. Chwała Glassowi, iż przypomina w swej pracy wszystkich tych, którzy już wieki przed Zimbardo publicznie udowadniali, że dezerter, za wyjątkiem szczególnych przypadków, to nie tchórz ani dekownik, tylko taka sama pozycja na liście strat wojennych, jak ranny czy zabity. Taka sama również z tego powodu, iż nikt z tych, którzy wyruszają na wojnę, nie wie, czy to nie właśnie on „załapie się” do którejś z tych trzech kategorii. Jak powiedziała nasza genialna poetka* – „Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono”.

Świetnym wprowadzeniem do lektury jest sama okładka ozdobiona zdjęciem wykonanym jakby wprost na zamówienie do tej publikacji. Nie można przejść koło niego obojętnie, a miłośnik starych i dobrych fotografii może się w nie wpatrywać bez końca. Mam wrażenie, iż jest ono nawet lepsze niż świetny fotogram zdobiący okładkę wydania oryginalnego. Na papierze te obrazy wyglądają nieporównanie lepiej niż poniżej, na Waszych monitorach.






Dezercja, zwłaszcza wśród „naszych” to wątek niemal wykreślony z opowieści o wojnie. U nas mówi się tylko o bohaterstwie (naszym), o krwi i śmierci, o okrucieństwie (ze strony przeciwnika). Dezercja w obrazie II Wojny Światowej w naszej świadomości społecznej w ogóle nie występuje. Tymczasem Glass pokazuje, że skala jej w szeregach zachodnich aliantów, bo nimi właśnie autor się zajmuje, była wręcz szokująca. Do Anzio 1/3 wszystkich przypadków wracających do USA zza oceanu stanowiły przypadki neuropsychiatryczne. Około 10 tysięcy ludzi miesięcznie było zwalnianych z wojska z przyczyn psychicznych. Dla porównania trzeba za autorem podkreślić, że nawet gdy w szczytowym okresie w Europie były ponad 3 miliony amerykańskich żołnierzy, to w walce uczestniczyło naraz nie więcej niż 325 tysięcy z nich. Po D-Day było jeszcze gorzej. Straty z powodu traumy bitewnej wynoszące u Brytyjczyków w pierwszym tygodniu inwazji około 3 procent, w następnym tygodniu wzrosły do 13 procent. Po miesiącu niemal co czwarty ranny był nie skutkiem urazów fizycznych, a psychicznych.

Ci ludzie, te prawdziwe masy ludzkie, gdzieś musiały się podziać, z czegoś musiały żyć. Łączna liczba dezerterów alianckich jednocześnie przebywających na europejskim teatrze działań sięgała w przeliczeniu na związki taktyczne 10 dywizji. Tworzyli uzbrojone bandy zagrażające alianckim liniom dostaw, a przez to i działaniom na froncie. Opanowali czarny rynek w całej Europie. Ilość dezerterów i bandy napadające na transporty momentami były większym problemem niż sami hitlerowcy. Żołnierz nie może walczyć bez amunicji, jedzenia, a im bardziej nowoczesna wojna, tym większe są ilości i różnorodność materiałów, bez których nie można jej prowadzić. Problem jeszcze się komplikuje, gdy uzupełnienia ludzkie traktuje się tak samo jak dostawy paliwa, amunicji czy części zamiennych. Jakie to rodzi implikacje nie będę opowiadał. Przeczytajcie sami.

O czym są Dezerterzy? Nie tylko o dezerterach, co może sugerować tytuł, ale o wojnie w ogóle, o tym, czym jest dla wszystkich, których dotyka. A dla każdego jest czym innym. U nas w ogóle się nie wspomina, iż wojna powoduje zdeprawowanie i dewaluację wszelkich wartości. Nie tylko w wymiarze jednostkowym, ale całych społeczeństw, i to po obu stronach frontu. Nie mówi się też u nas, iż wojna niszczy dziedzictwo kulturalne, największy skarb ludzkości. Amerykanie, choć są najmłodszym narodem na świecie, a może właśnie dlatego, jakoś to zauważają.

Glass w swym opracowaniu opiera się na ogromie materiału dokumentalnego, również oficjalnego, wojskowego. W równiej mierze korzysta też ze wspomnień weteranów, co bardzo korzystnie wpływa na całość. Przy okazji wynikają bowiem całkiem inne wątki, poszerzające tematykę i wyraźnie zwiększające wartość książki. Miejscami polskiego czytelnika, przyzwyczajonego do autocenzury, stereotypów i dętego patriotyzmu, pewne fragmenty mogą wręcz porazić. Mordowanie jeńców przez aliantów, nie zorganizowane, na modłę niemiecką, ale samodzielne, indywidualne i zabijanie, bez premedytacji, ale nie do końca nieumyślnie, własnej ludności cywilnej, to prawdziwe realia wojny, których jednak nasi autorzy raczej nie ukazują. A rabowanie trupów, również tych, którzy jeszcze przed chwilą byli kumplami, towarzyszami broni, to inny z takich obrazków. Dotychczas tylko Clint Eastwood tak jawnie pokazał rabowanie zwłok, ale wrogów. Zaś rabowanie swoich, w biały dzień i na masową skalę? A przecież wiara, że tak nie było, jest infantylna. Skoro żołnierz zabierał trupowi jego amunicję, lepsze buty, racje żywnościowe i inne niezbędne rzeczy, których wciąż brakowało, to czy można wierzyć, że nie zabrał rzeczy cenniejszych, by zostawić je dekownikom ze służb tyłowych?

Niesamowitym motywem powtarzającym się i we wspomnieniach dezerterów, i w danych oficjalnych, był rozkład sympatii i antypatii wobec AWOL*. Prawdziwi weterani z pierwszej linii, otrzaskani w ogniu, z reguły okazywali im nie tylko sympatię, ale i każdą możliwą w danej chwili pomoc. Im zaś mniej miał ktoś wspólnego z prawdziwą wojną, tym bardziej wrogi miał wobec „tchórzy” stosunek. W szczególności nienawiścią wykazywali się ci, którzy w ogóle prochu nie wąchali – wszelkiej maści gaciowi, logistycy, żandarmi jednostek tyłowych i ci z oficerów liniowych, którzy nigdy w walce udziału nie brali i uważali, iż im to nie zagraża.

To mi przypomina dyskusję z jedną z blogerek, której ksywkę litościwie pominę, która u siebie wypisywała pochwały na rzecz „dobrych wojen” i posuwała się nawet do takich określeń, jak „wojna może być piękna”. Gdy po dłuższej wymianie komentarzy zauważyła, że sama sobie zaczyna przeczyć, że sama się ośmiesza, jako właścicielka bloga skasowała zarówno moje, jak i swoje wypowiedzi, by nikt nie wiedział o czym była mowa. Piszę o tym, gdyż u nas te infantylne przekonania o pięknych wojnach są wyjątkowo powszechne, zwłaszcza wśród ludzi, którym się wydaje, że skoro przeszli jakieś dziecinne szkolenie strzeleckie lub „wojskowe”, to coś wiedzą. Glass przez to, że otwiera oczy czytelnika na wiele aspektów wojny, jest tym cenniejszy dla polskiego odbiorcy, niszczy bowiem wiele złudzeń na ten temat.

Wracając do dezercji i jej konsekwencji, zwrócić należy uwagę, iż z reguły najsurowiej byli karani szeregowi piechoty, którzy jednocześnie byli najbardziej zagrożeni i mieli do dezercji największe powody. Im wyżej w hierarchii służbowej, tym kary mniejsze, aż do bezkarności całkowitej.

Ciekawostką jest też, iż zbyt realistyczne filmy dokumentalne, nawet zamówione przez wojsko u znanych reżyserów, cenzurowano. Choć płacono za nie spore pieniądze, nigdy ich nie publikowano.

Wątków, które nie przystają do popularnego obrazu wojny, jest mnóstwo. Jak choćby to, iż były momenty, że w Anglii wojskowe obozy jednostek alianckich były lepiej strzeżone przed ucieczkami niż mieszczące się w Wielkiej Brytanii obozy jenieckie, a do piechoty, by uzupełnić straty, werbowano nie tylko złapanych dezerterów, ale nawet zwykłych kryminalistów, którym obiecywano darowanie więzienia i zatarcie wyroków.

Wielką zasługą autora jest, iż nie tylko podaje fakty, często takie, które mogą szokować, nie tylko szuka prawidłowości i wniosków, ale równie wielką wagę przykłada do poszukiwania przyczyn takiego, a nie innego stanu rzeczy. I jest w tym bardzo dobry. Między innymi wyraźnie ukazuje negatywną selekcję do piechoty (dostawała ochłapy pozostałe po wszelkich innych rodzajach wojsk, a nawet po przemyśle, który był ważniejszy).

Ciekawym wątkiem, który mnie uderzył, nie pierwszy raz zresztą, były tematy damsko-męskie. Burdel wydaje się nieodzownym elementem i wojny, i pokoju, tymczasem w naszym, polskim obrazie świata, jakby nie istniał. Może dlatego, że uwiedzenie niewinnej dziewczyny czy namówienie mężatki do zdrady uważa się za coś lepszego, niż odwiedziny w domu publicznym. Jeszcze ciekawsza sprawa, to rzecz, która szokowała wielu Amerykanów, czyli polsko-francuski zwyczaj znęcania się nad kobietami, które świadczyły usługi seksualne żołnierzom państw Osi. Te „wyroki”, w rzeczywistości prawdziwe samosądy, to najgorsza parodia sprawiedliwości, a ich wykonawcy… Takie litościwe niedomówienie. Raz, że te w większości biedne kobiety nie miały innego wyjścia i Bóg wie jak bardzo zostały skrzywdzone przez los. Dwa, to analogia. Co myśleć o bojownikach, którym nie starczyło siły, by karać tych, którzy naprawdę wspierali faszystów, czyli właścicieli i pracowników wszelkich firm działających pod okupacją? Fabryki, rolnictwo, usługi... Od milionera do przysłowiowego szewca, każdy pod okupacją świadczył usługi okupantom. A znęcano się tylko nad dziwkami. Wielce wymowne.

Jedynym naprawdę wielkim minusem naszego wydania jest tragiczny spis treści, który uwzględnia tylko spis ksiąg, ale rozdziałów już nie. Inna sprawa, do której można się przyczepić, to miejscami nienadzwyczajny styl***. Daleko tutaj do precyzji, klarowności i płynności, które była taką frajdą przy poprzedniej mojej lekturze faktu – Wyspie Klucz. Czasami zdarzają się też sformułowania wynikające z założenia, iż czytelnik już ma pewną wiedzę na omawiany temat, co sprawia, że nieobeznany będzie musiał przerwać lekturę i sięgnąć choćby do internetu. A wystarczyłoby jedno lub dwa zadania objaśnienia.

Nie są to jednak wady istotne wobec wymowy tej przełomowej książki i wielkiej wartości, jaką jest ona dla skierowania świadomości społecznej na tory normalności i prawdy. Prawdopodobnie, gdybym miał wybrać jedną, jedyną książkę o froncie zachodnim, by pokazać prawdziwy obraz tej wojny, to byłaby to właśnie ta.


Zdecydowanie i absolutnie polecam


Wasz Andrew


* Wisława Szymborska
** AWOL - Absent WithOut Leave, nieobecny bez usprawiedliwienia
*** Oczywiście nie wypowiadam się, kto za to odpowiada – tłumacz czy autor. Nie czytałem oryginału.

sobota, 7 czerwca 2014

Szybując pośród bocianów wojny

 

Podniebny front

Nguyen Dinh Thi

Tytuł oryginału: Mặt trận trên cao
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Ewa Fiszer
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 164
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Wojna oglądana oczami jej ofiar, w szczególności cywili, którzy wcale nie wykazywali chęci, by znaleźć się w samym centrum jej działań, to najczęściej piekielny chaos, krwawa rzeźnia, nieustanna udręka, ból i cierpienie. Przeraża rozmiar i bezsens okrucieństwa oraz ogromna cena, jaką musi zostać okupione zwycięstwo. Konflikt śledzony za sprawą relacji polityków oraz dyplomatów jawi się bardziej jako zaciekły spór przeciwstawnych idei, próba przedłożenia własnej racji ponad rację cudzą, głównie przy pomocy argumentów siłowych. Wydaje się, że w miarę rozwoju ludzkiej cywilizacji, człowiek, czy naród prowadzący zbrojne potyczki, właśnie do aspektu racjonalizacji swojego postępowania zaczął przykładać coraz większą wagę. Istotny jest pretekst, którym najczęściej jest wyimaginowany szczytny cel – za jego przyczyną zasadne staje się wycinanie w pień wrogiej nacji, budowanie obozów pracy dla pojmanych jeńców, czy eliminacja gatunku, sklasyfikowanego jako podludzie. Bardzo często areną starć, na której każda ze stron zaangażowanych w konflikt stara się uzasadnić słuszność podejmowanych akcji jest literatura. Z tego względu jej głosu nie mogło zabraknąć w trakcie toczonej w latach 1957 – 1975 II wojny indochińskiej, znanej też jako wojna wietnamska. Na księgarskim rynku nie brakuje powieści, pisanych w oparciu o wspomnienia amerykańskich żołnierzy, biorących udział w zbrojnej interwencji, którzy ze zgrozą wspominają piekło przeżyte w Wietnamie. Polski czytelnik, jako, że za czasów PRLu Wietnam Północny stanowił naszą bratnią republikę, otoczoną opiekuńczymi radzieckimi skrzydłami, ma również sposobność poznać ten konflikt przez pryzmat twórczości pisarzy północnowietnamskich. Wiedziony ciekawością, postanowiłem wykorzystać nadarzającą się możliwość wyprawy na Półwysep Indochiński i w takich oto okolicznościach, zagłębiłem się w lekturę Podniebnego frontu, pióra Nguyena Dinh Thi.
Żyjący w latach 1924 – 2003 Nguyen Dinh Thi to wietnamski literat oraz kompozytor. Artysta urodził się w Louangphrabang, jako syn urzędnika pocztowego, który wyemigrował do Laosu w poszukiwaniu pracy. W 1931 Nguyen Dinh Thi wrócił do ojczyzny, by podjąć studia w Hajfongu oraz Hanoi. Wkrótce przystąpił do podziemnej organizacji niepodległościowej, aktywnie walcząc z francuską okupacją. W latach 1947 – 1954 Nguyen Dinh Thi bił się na różnych frontach, zajmując się jednocześnie pisaniem oraz publikowaniem. Jest autorem esejów poświęconych filozofii, poezji, muzyce, dramatowi. Od 1955 roku piastował stanowisko sekretarza generalnego Związku Pisarzy Wietnamskich, z którego ustąpił w 1989 roku. Co interesujące w tym okresie (1966) zdołał jeszcze odbyć ponowną służbę wojskową – właśnie w trakcie wojennej zawieruchy Nguyen Dinh Thi napisał opowiadanie Vao Lua oraz króciutki utwór prozatorski Podniebny front.
Druga pozycja to cieniutka książeczka, opowiadająca o bardzo ciekawym wycinku historii ówczesnego Wietnamu Północnego, niepokornego, komunistycznego państwa, który przy wymiernym wsparciu ZSSR oraz Komunistycznej Republiki Chin, ośmielił się zadrzeć z potęgą Stanów Zjednoczonych. Powieść koncentruje się na losach pilotów należących do eskadry myśliwców, którzy toczyli podniebne boje w Północnym Wietnamie, broniąc Hanoi oraz okolicznych miast przed amerykańskimi nalotami. Nguyen Dinh Thi raczy czytelnika krótkim utworem, strojącym się w szaty rapsodii, sławiącym odwagę, hart ducha oraz ogromne umiejętności północnowietnamskich lotników, którzy stawiali skuteczny opór amerykańskim oponentom. W tym miejscu warto dodać, że Wietnam Północny dopiero w roku 1956 zaczął formować swoją podniebną armię – 110 kadetów zostało wysłanych na szkolenie do zaprzyjaźnionych krajów (ZSRR oraz Chin) w celu zyskania umiejętności pilotowania samolotów. W 1959 roku utworzono pierwszą jednostkę lotnictwa północnowietnamskiego – w jej skład wchodziły samoloty transportowe. Dopiero w roku 1964 powołano do życia pierwszą jednostkę bojową, która złożona była głównie z rosyjskich MiGów. Fabuła utworu rozgrywa się w 1966 roku, gdy północnowietnamskie lotnictwo nadal właściwie dopiero raczkowało, a mimo to zdołało osiągnąć kilka znaczących sukcesów, o których autor skwapliwie wspomina.
Głównym bohaterem jest młody lotnik Luong, którego dzieje stanowią kanwę utworu. Razem z nim czytelnik ma okazję przekonać się, jak wygląda codzienna rzeczywistość wietnamskiego pilota, spędzającego większość czasu w koszarach, w oczekiwaniu na alarm, oznajmiający przybycie amerykańskiego najeźdźcy, będącego sygnałem, że pora znów wzbić się w przestworza i podjąć kolejną próbę unieszkodliwienia przeciwnika. Autor kładzie duży nacisk na ukazanie serdecznych, przyjacielskich relacji, które rozkwitają pomiędzy towarzyszami walki. Wielu wojaków pełni służbę praktycznie bez żadnych przerw, tak, że koszary zastępują dom. Wojenni towarzysze stają się najbardziej zaufanymi osobnikami, na których pomoc zawsze można liczyć, którym można opowiedzieć o gryzących żalach, czy rodzinnych problemach. Ponadto Nguyen Dinh Thi bardzo silnie akcentuje narodową świadomość Wietnamczyków, którzy niemal bez wyjątku są gotowi wyrzec się osobistego szczęścia, byle tylko przyszłe pokolenia mogły egzystować w wolnym i niepodległym kraju. W mojej opinii, to właśnie w utrzymanej w tym podniosłym i uroczystym tonie apoteozie niezwykłości narodu wietnamskiego, należy upatrywać największych wad utworu – stwierdzenia typu Ale kto zgodziłby się odejść z frontu, kiedy wróg atakuje?; Bo [Amerykanie] nie są w stanie zrozumieć, że w każdej takiej stercie rozbitych cegieł i dachówek żyje niezwalczony duch, twardszy od ich nowoczesnej stali!, czy Każda bomba zrzucona przez wroga przyprawia lotnika o jeszcze większe cierpienia niż innych jego współziomków, rażą sztucznością, są przepełnione zupełnie zbędnym, ogromnie rozdmuchanym patosem. Na szczęście dość siermiężne sformułowania nie pojawiają się zbyt często, nie psując zbyt mocno przyjemności obcowania z lekturą. A krótką indoktrynację polityczną w pełni rekompensują zalety utworu.
Bardzo ciekawy jest język, którym operuje Nguyen Dinh Thi. Uderza jego obrazowość oraz poetyckość. Prozę autora znaczą liczne metafory oraz wyszukane porównania, które pojawiają się szczególnie często przy relacjach z prowadzonych walk powietrznych oraz przy opisie podniebnych maszyn. To interesujące, ale językowa plastyczność została w pewnym stopniu wymuszona, bowiem od momentu odzyskania niepodległości w roku 1954, w Wietnamie doszło do technicznej rewolucji. Stosunkowo młody język wietnamski, który jeszcze na początku XX wieku zapisywany był głównie za pomocą chińskich znaków (alfabet łaciński został wprowadzony przez Francuzów w okresie, gdy Wietnam stanowił francuską kolonię), niemal zupełnie pozbawiony był terminologii naukowej. Pojęcia z dziedziny matematyki, chemii, fizyki, czy mechaniki praktycznie nie istniały i musiały dopiero zostać zrodzone. Komunistyczny rząd, pragnąć podkreślić narodową jedność społeczeństwa zdecydował się na tworzenie niezbędnych neologizmów, które posiadałyby oparcie w wietnamskim źródłosłowie, a nie stanowiły wyłącznie fonetycznej transkrypcji obcojęzycznych wyrazów. Pomny na zalecenia partii, Nguyen Dinh Thi konstruuje opowiadaną historię za pomocą prostych i zwięzłych słów, których często używa do animizacji obcych i ciągle słabo znanych samolotów, czy innych maszyn. W ten sposób na kartach książki pojawiają się cysterny, powłóczące swoimi długimi trąbami, czy bociany walki wzbijające się w przestworza.
Literacką formę Nguyena Dinh Thi wyróżnia także zwięzłość oraz oszczędność. Konstruowane zdania są krótkie, zdawkowe, w pełni uproszczone, pozbawione zbędnych ozdobników. Przekazywana treść jest maksymalnie wypełniona informacją, a sceneria, w której w danym momencie rozgrywa się akcja, zostaje nakreślona niczym zgrabny szkic, za pomocą kilku wprawnych ruchów pióra. Tę lakoniczność przy kreowaniu świata przedstawionego łatwo wyjaśnić faktem, że Nguyen Dinh Thi w trakcie pisania Podniebnego frontu znajdował się w ogniu walki, służąc w jednostce artylerii przeciwlotniczej. Proza pisarza może kojarzyć się z wojskową manierą – jest rzeczowa, ale do bólu minimalistyczna, co jednak wcale nie odbiera jej uroku. Autor koncentruje się na najważniejszych elementach fabuły, pozwalając czytelnikowi dopełnić brakującą część scenerii własną wyobraźnią. Tak jakby każde słowo zostało dokładnie przemyślane i zważone, zanim autor zadecydował, że warto poświęć mu niewielką przestrzeń podręcznego notesu.
Reasumując krótko, Podniebny front okazał się całkiem przyjemną lekturą, za sprawą której miałem okazję spojrzeć na wojnę wietnamską z nieco innej perspektywy. Tyle, że jeśli utwór porównać z amerykańskimi powieściami, poświęconymi II wojnie indochińskiej (choćby z bardzo dobrym Drzewem dymu Denisa Johnsona) widać diametralną różnicę w stylu. Drzewo dymu stanowiło historię mocno opartą na faktach, koncentrującą się na wszystkich okrucieństwach, związanych z prowadzonym konfliktem. Autor nie omieszkał wspomnieć o licznych ofiarach wśród cywili, o licznych przypadkach załamania nerwowego wśród amerykańskich żołnierzy, o bezwzględnym traktowaniu jeńców przez obie strony. Na tle Drzewa dymu, Podniebny front jawi się bardziej jako baśń, idealistyczna opowieść o dzielnej walce Wietnamczyków ze złym i bezwzględnym okupantem, który musi ponieść klęskę z uwagi na intencje, które kierują jego postępowaniem – chciwość, żądza stłamszenia niepokornego narodu, etc. z góry skazują działania Amerykanów na niepowodzenie. Ponadto wojna oglądana oczami narratora wykreowanego przez Nguyena Dinh Thi kojarzy się z przygodą, wzywaniem, walką, która z pewnością zakończy się sukcesem. Śmierć gości na łamach utworu bardzo rzadko, pozwalając dominować miłości, przyjaźni oraz poczuciu braterstwa. Ciekawi mnie jeszcze, jak maluje się krwawy wietnamski konflikt z punktu widzenia obywatela nieistniejącego już Południowego Wietnamu, który Amerykanów traktował jako sojuszników w słusznej walce z komunistyczną zarazą. Liczę, że uda mi się w przyszłości odnaleźć tego typu lekturę.

Wasz Ambrose

piątek, 6 czerwca 2014

O naszym ustroju


Napędzany chciwością kapitalizm jest samowystarczalny, traktuje więc wszystkich i wszystko poza sobą, włączając w to środowisko, jako coś, bez czego można się obyć. Staje się rodzajem administracyjnego zła, w którym prognozy najniższego poziomu zysków są ustaleniami, uzasadniającymi stosowanie nieetycznych środków w drodze do osiągnięcia tych zysków. »Wszystko jest dozwolone«, jeśli tylko korporacyjni doradcy prawni potrafią to uzasadnić.


czwartek, 5 czerwca 2014

O władzy




Władza ma to do siebie, że ci, którzy ją mają, zawsze chcą mieć więcej. Władza absolutna korumpuje absolutnie.


Żądza Krwi Val McDermid

środa, 4 czerwca 2014

O drodze do szczęścia




Nie potrzebujemy pieniędzy, nie potrzebujemy większego sukcesu ani sławy, nie potrzebujemy doskonałego ciała ani nawet doskonałego partnera – w tej chwili, w tym momencie, mamy umysł, który jest całym podstawowym wyposażeniem, jakie jest nam potrzebne do osiągnięcia pełnego szczęścia.


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Planowa zamiana miejsc




Perfect General 2


W roku 1994 dzięki firmie Quantum Quality Productions ujrzała światło dzienne druga odsłona gry Perfect General z roku 1991. Tytuł ten jest mało znany, a szkoda, gdyż to gra nie tylko kultowa dla koneserów strategii rozgrywanych w systemie turowym, ale warta poznania przez nowych graczy i dzisiaj, gdy większość produkcji w pierwszej chwili olśniewa grafiką, ale szybko się nudzi.

Największym problemem przy tworzeniu gry strategicznej, która ma być ponadczasowa, jest stworzenie takiej sytuacji, by rozgrywka była odpowiednio trudna, ale żeby jeszcze dało się w nią wygrać. Gra zbyt łatwa szybko się nudzi, zbyt trudna szybko zniechęca. Zwykle rozwiązuje się to za pomocą możliwości wyboru spośród kilku stopni trudności. Gorzej jest, gdy człowiek ma grać z człowiekiem. Wówczas nie można manipulować poziomem trudności przeciwnika i jeśli obaj gracze nie dostaną do ręki idealnie zbalansowanych sił, gra szybko zbierze złe recenzje – nikt nie będzie chciał grać „gorszymi”. Jeśli z kolei siły, którymi dysponują gracze, są dobrze zrównoważone, łatwo wpaść w drugą pułapkę – pata defensywy. Może dojść do sytuacji, gdy obaj gracze nie będą się czuli na siłach, by atakować, i gra straci dynamikę.

Perfect General 2 jest unikalny. Rozwiązuje powyższe problemy w sposób unikatowy i aż dziw, że pomysłów w nim użytych nie kontynuowano. Choć sztuczna inteligencja zaimplementowana w programie nawet na najwyższym poziomie trudności nie satysfakcjonuje, przynajmniej mnie, to w trakcie rozgrywki w ogóle nie przeszkadza to graczowi. Jak to możliwe? Za pomocą tricku, który sprawia, iż grając z komputerem do końca nie wiemy, czy wygraliśmy, co przy okazji załatwia również wszystkie problemy przy grze dwóch ludzi. Oto jak genialne w swej prostocie rozwiązanie zastosowano.



Na początku gracz, lub gracze, wybierają spośród kilkudziesięciu plansz tę, która będzie stanowić pole walki. Do wyboru są zróżnicowane tereny, od pagórków, przez dżunglę i równiny, aż po pustynie i wybrzeże morskie. Potem pierwszy gracz decyduje, czy chce być atakującym, czy broniącym się. Sęk w tym, że broniący dostanie tak mało punktów na zakup jednostek, że o ataku może zapomnieć. Z kolei atakujący otrzyma dużo więcej punktów na starcie, ale będzie zmuszony do zdecydowanego szturmu. W jaki sposób? Broniący na starcie rozmieszcza swe jednostki na terenie, na którym znajduje się dużo więcej miejsc generujących punkty zwycięstwa. Po każdej turze zliczane są punkty za posiadane przez graczy strategiczne miejsca. Atakujący musi więc za wszelką cenę przeć do przodu niczym Ruskie na Berlin, by przejąć jak najszybciej ważne lokalizacje, inaczej przegra. W grze mamy do wyboru piechotę, pojazdy pancerne, artylerię stacjonarną i samobieżną, a nawet saperów i lotnictwo. Po zakończeniu przewidzianej dla danego scenariusza liczby tur zliczane są sumy punktów dla każdego z graczy i następuje najważniejsze – zamiana miejsc. Teraz poprzednio atakujący musi się bronić, a broniący atakować. Oczywiście każdy dostaje do dyspozycji teren posiadany przez przeciwnika w poprzedniej potyczce i jego punkty na zakup jednostek, ale może dokonać całkiem odmiennych wyborów i przyjąć inną strategię. Potem znów przystępujemy do walki. Po jej zakończeniu komputer porównuje punkty z obu partii i ogłasza całościowe rezultaty.



Takie rozwiązanie sprawia, iż gra jest fascynująca. Dynamika jest wymuszona i nie ma możliwości, by się jej nie poddać, a jednocześnie trzeba cały czas przewidywać i uważać. Jedna salwa artylerii trafiająca w kluczowe miejsce, na przykład w wybrany na drogę ataku most, jeden dobrze ustawiony w zasadzce ciężki czołg, który zmasakruje nieostrożne jednostki rozpoznawcze przeciwnika, jedna zła decyzja – wszystko może zaważyć na końcowym wyniku. Nie ma możliwości, by dwa razy rozegrać taką samą partię, tym bardziej, że wchodzi w grę również czynnik losowy – trafienia obliczane są z uwzględnieniem prawdopodobieństwa zależnego od różnych czynników, a rozrzut artylerii jest proporcjonalny do odległości. Mgła wojny, którą zastosowano w grze jako ówczesną nowość, również swoje robi. Dodatkowym smaczkiem są cytaty z najsławniejszych strategów w historii wojen pojawiające się w grze.

Oczywiście, grafika nie wygląda imponująco, ale czołgi kręcą wieżami przy strzelaniu, artyleria obraca się w kierunku wroga, widać wybuchy pocisków i leje po nich oraz wraki pojazdów. To w zupełności wystarcza, zwłaszcza miłośnikom turówek. Grywalność zaś jest niesamowita. Aż dziw, że gra poszła w zapomnienie. Prawdziwą zagadką jest zaś to, dlaczego ten pomysł z zamianą stron nie znalazł naśladowców.

Polecam szczerze i gorąco wszystkim miłośnikom strategii i taktyki



Wasz Andrew








sobota, 31 maja 2014

Niezwykłe podróże dookoła kresomózgowia



Oko umysłu

Oliver Sacks

Tytuł oryginału: The Mind's Eye
Tłumaczenie: Jacek Lang
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron:289









Mózg to najważniejsza, centralna część układu nerwowego wszystkich kręgowców. Stanowi on swoiste centrum dowodzenia, które odpowiada zarówno za wyższe funkcje nerwowe jak i sterowanie, nadzorowanie działania oraz homeostazę organizmu. Mózg to także najbardziej złożony narząd człowieka, a jego wysoki stopień rozwoju decyduje o wyjątkowości naszego gatunku. Organ ten pełni rolę przetwornika bodźców, które docierają do nas z otoczenia, jest także magazynem pamięci, podstawą naszej tożsamości. Z biologicznego punktu widzenia jest on skupiskiem połączonych ze sobą za pomocą synaps komórek nerwowych, zwanych neuronami, których ilość waha się w granicach od 90 do 200 mld. Mózg człowieczy stanowi średnio 2 % masy ciała, ale zużywa on aż 20 % dostarczanego do organizmu tlenu. O ile jednak na temat samej budowy mózgu, jako ludzkość wiemy już całkiem sporo, o tyle jego funkcjonowanie cały czas skrywa przed nami wiele sekretów i niejasności. Można chyba śmiało pokusić się o stwierdzenie, że ten organ to największe wyzwanie dla cywilizacji człowieka – gdyby udało się poznać zasady jego działania, wydrzeć wszelkie tajemnice, które jeszcze przed nami chowa, z pewnością byłoby o wiele łatwiej skonstruować jego sztuczny odpowiednik, będący marzeniem niejednego naukowca, czy pisarza zajmującego się literaturą science fiction. O tym jednak jak daleka czeka nas droga, zanim w pełni zrozumiemy istotę własnego rozumu można łatwo przekonać się na podstawie lektury Oko umysłu, autorstwa Olivera Sacksa.
Oliver Sacks to urodzony w 1933 roku w Wielkiej Brytanii, lekarz, profesor neurologii oraz autor książek popularnonaukowych poświęconych sekretom pracy ludzkiego mózgu oraz związanych z nimi schorzeniom układu nerwowego. Sacks przyszedł na świat w bardzo medycznej rodzinie – jego matka była chirurgiem, z kolei ojciec oraz starsi bracia lekarzami ogólnymi. Oliver podtrzymał domową tradycję – w 1954 roku uzyskał licencjat z zakresu biologii oraz fizjologii na Uniwersytecie Oksfordzkim (Queen College), a 4 lata później Sacks był już lekarzem medycyny. Swoją karierę rozpoczął w Kanadzie, ale bardzo szybko przeniósł się do USA. Jako rezydent oraz stypendysta pracował w Mt. Zion Hospital w San Francisco oraz na Uniwersytecie Kalifornijskim. Od 1965 roku, po przeprowadzce do Nowego Jorku, Oliver Sacks zajął się praktyką jako neurolog. Wkrótce potem młody lekarz trafił do szpitala Beth Abraham w Bronksie, który stanowił wówczas placówkę dla chronicznie chorych pacjentów, bez żadnych realnych szans na wyleczenie. Sacks zajął się najtrudniejszymi przypadkami, osobami, które przeżyły śpiączkowe zapalenie mózgu. Swoje niezwykłe doświadczenia zawarł w książce pt. Przebudzenia, która z miejsca uzyskała status bestsellera. Oliver Sacks nie osiadł na laurach i nie poprzestał na jednej publikacji. Pracując cały czas jako neurolog, styka się z dalszymi, rzadkimi schorzeniami, które sukcesywnie opisuje na łamach swoich utworów. W 2010 roku ukazało się kolejne dzieło Olivera Sacksa, zatytułowane Oko umysłu.
Kanwę książki stanowią historie siedmiu pacjentów oraz schorzeń, którymi zostali oni dotknięci. Większość poszkodowanych łączą dysfunkcje związane ze zdolnością postrzegania zmysłowego. Sacks prezentuje sylwetki kolejnych osobników, którzy mimo dobrego wzroku, na skutek uszkodzenia pewnych obszarów mózgu, nie potrafią ujrzeć niektórych rzeczy. Autor opisuje przypadki aleksji, a więc częściowej lub całkowitej niemożności rozumienia słowa pisanego (tekstu drukowanego, zapisu muzycznego, cyfr, etc.), której wcale nie musi towarzyszyć agrafia, czyli pełna bądź częściowa nieumiejętność pisania. Intrygujące są również przytaczane agnozje, czyli stany zaburzonej zdolności rozpoznania znanych elementów otoczenia (np. postrzeganie portretów, czy fotografii wyłącznie przez pryzmat ich faktury, bez możności uchwycenia podmiotu obrazu, które od razu przywiodło mi na myśl Alaina Robbe-Grilleta i jego Żaluzję – można chyba rzec, że francuski twórca, protoplasta noveu roman uprawiał swego rodzaju agnozję literacką). Wśród nich najciekawsza jest chyba prozopagnozja, zaburzenie polegające na nie rozpoznawaniu twarzy widzianych już osób oraz ich wyrazu emocjonalnego, której lekką formą dotknięty jest sam autor – zwykłemu śmiertelnikowi z pewnością trudno jest uwierzyć, że można przechadzać się ulicą i obojętnie mijać stojącego nieopodal małżonka, zupełnie nie identyfikując go z ukochaną osobą, ale z tego typu kłopotami musi radzić sobie wcale nie mały odsetek naszej populacji. Lekturę uzupełniają doświadczenia związane ze ślepotą, odzyskaniem widzenia stereoskopowego (rodzaju postrzegania, charakteryzującego się percepcją głębi i odległości, umożliwiającego ocenę dystansu względem widzianych przedmiotów, występującego m.in. u ludzi, które jednak może nie rozwinąć się, np. u osób z zezem) oraz afazją, będącą zaburzeniem funkcji językowych.
Cechą charakterystyczną książki Olivera Sacksa jest z pewnością wielowymiarowe podejście do danego schorzenia. Przede wszystkim jest ono traktowana jako część pacjenta (a nie odwrotnie, jak to często ma miejsce w placówkach szpitalnych na całym świecie). W centrum zainteresowania autora stoją żywi ludzie, osobnicy z krwi i kości, których mózgi zostały w mniejszym bądź większym stopniu uszkodzone, wyraźnie utrudniając codzienną egzystencję. Z tego względu Sacks bardzo wiele miejsca poświęca na przybliżenie sylwetek badanych pacjentów – czytelnik poznaje zarówno pobieżną biografię, zawód chorego, życie prywatne oraz historię jego choroby. Autor niczym rasowy detektyw, telefonicznie, listownie, czy poprzez rozmowę przyjmuje zlecenia na zbadanie niezwykłych przypadków, wokół których rzesze lekarzy przechodzą dość obojętnie, nie mając ochoty marnowania czasu na neurologiczne defekty (wręcz anomalie), przytrafiające się bardzo rzadko, albo niemal w ogóle. Ale Sacksa, oprócz głębokiej dociekliwości, chęci wyjaśnienia natury zaburzenia, odznacza podejmowanie próby bardzo szczegółowego opisu, jak dana dysfunkcja wpływa na codzienne życie poszkodowanego. Poprzez zaprezentowanie charakteru wcześniej wykonywanej pracy, uprawianego hobby, czy stałych zwyczajów, autor znakomicie uzmysławia, w jaki sposób cały świat dosłownie wywraca się do góry nogami, kiedy osobnik nabawia się neurologicznego urazu. Za sprawą zestawienia przedtem z teraz Sacks uwypukla wszystkie niedogodności, trudności oraz problemy, wynikające z nabytej dysfunkcji, pozwalając lepiej zrozumieć osobisty dramat chorego.
Warto przy tym podkreślić, że na podstawie lektury, autor, utytułowany oraz doświadczony neurolog, w żadnym razie nie zaczyna uchodzić za cudotwórcę. Zaskakuje wręcz fakt, że większa część książki to bardziej obserwacje znakomitego badacza niż efektowne próby przywrócenia utraconych zdolności, umiejętności, etc. Sacks jedynie w niewielkim stopniu inicjuje a następnie bacznie śledzi uczenie się mózgu, by skompensować utracone funkcje. W większości przypadków czytelnik jest zatem świadkiem odbudowy normalnego życia poprzez opracowanie innych metod wykonywania różnych czynności, edukację chorego z zakresu wykorzystania posiadanych zasobów umysłowych do zrównoważenia braków, wywołanych uszkodzeniem określonych ośrodków. Problemy nie znikają, ale Sacks pomaga sobie lepiej z nimi radzić. Ponadto, poprzez konkretne przykłady autor uzmysławia i udowadnia jak ogromne zdolności regeneracyjne i naprawcze posiada ludzki mózg, którego jeszcze kilkanaście lat temu nie posądzano o taką elastyczność – nie spodziewano się, że aż w tak dużym stopniu możliwe jest przejęcie funkcji zdefektowanego ośrodka poprzez te, które z nim sąsiadują.
Z pewnością godny podkreślenia jest również styl literacki Olivera Sacksa. Należy zaznaczyć, że autor jest wspaniałym erudytą, który w sposób jasny i klarowny potrafi opowiadać o rzeczach tak skomplikowanych, jak działanie czy zaburzenia w funkcjonowaniu ludzkiego mózgu. Książka pozbawiona jest medycznego żargonu, a wszystkie niezbędne terminy (jak wspomniana agnozja, afazja, aleksja, itd.) są bardzo dobrze wyjaśnione, a dodatkowo zobrazowane konkretnym przykładem. Ponadto Sacks bardzo często sięga do historii leczenia ludzkich schorzeń, przytaczając postacie znakomitych naukowców, których odkrycia wywarły znaczący wpływ na opisanie, czy odkrycie danej dysfunkcji neurologicznej. Autor równie chętnie odwołuje się do prac swoich kolegów po fachu, których wielu traktuje jako uznany autorytet. Łatwo dostrzegalna jest skromność tego intrygującego człowieka, który sam uchodzi za wybitnego uczonego. Bez cienia zażenowania wspomina on o udzielonej mu pomocy, bez wahania zwraca się z prośbą o wsparcie, by dany przypadek medyczny zbadać na wszystkich, możliwych płaszczyznach. Przyznaję szczerze, że taka bezpośredniość w uznawaniu cudzych kompetencji, mimo, że jest czymś absolutnie normalnym, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Sacks momentami przypomina mi krystalicznie szczere w swej ciekawości dziecko, które z bezgraniczną ufnością prosi swojego nauczyciela o wyjaśnienie trapiącej go kwestii. To naprawdę zachwycające, że człowiek o takim stanie wiedzy, cały czas pragnie dowiadywać się czegoś nowego, będąc przy tym tak pokornym.
Tak jak wspominałem, autor często przywołuje prace wybitnych naukowców o bardzo rozległych zainteresowaniach, przywodzących na myśl sławetnego człowieka Renesansu. W mojej opinii Olivera Sacksa również można uznać za tego typu polimata. Wszechstronnie wykształcony, uzbrojony w ogromne zasoby wiedzy, eksploruje wciąż jeszcze nie poznane i niezbadane meandry ludzkiej psychiki, czyniąc przy tym znakomite relacje ze swoich arcyciekawych wypraw. Fachowość oraz naukowe podejście zostały wybornie splecione z literacką lekkością pióra. W efekcie czytelnik otrzymuje książkę, którą można traktować również jako zbiór opowiadań, poświęconych ludziom z niecodziennymi schorzeniami neurologicznymi. Utwór nie ma nic wspólnego z suchymi danymi na temat schorzenia, wyszczególnionymi w punktach objawami, czy zawężeniem pacjenta wyłącznie do noszonej przez niego choroby. Książka to pełnokrwista proza, którą, mimo braku zaskakujących zwrotów akcji, czy nafaszerowanej adrenaliną fabuły, śledzi się z ogromnym zainteresowaniem. Szczególnie wartościowy wydaje się rozdział, na który składają się zapiski z prywatnego dziennika Olivera Sacksa, pisanego w czasie walki z czerniakiem, który zaatakował jedną z gałek ocznych autora. Badacz i lekarz, który nagle zaczyna występować w roli pacjenta prowadzi dokładną autoanalizę własnego przypadku, tworząc ciekawe studium emocjonalne człowieka pogrążonego w poważnej chorobie. Sacks podobnie jak większość ludzi odczuwa bezsilność, niemoc oraz strach, a ponadto ujawnia dyskomfort oraz wahania, związane z faktem, że całą swoją nadzieję musi pokładać w zajmującym się nim fachowcu. Można powiedzieć, że jest to utwór napisany na dwa głosy, które wzajemnie się przeplatają – z jednej strony odzywa się zdesperowany człowiek, walczący z zagrażającym mu schorzeniem, z drugiej wtóruje mu naukowiec, który do wszystkiego próbuje podchodzić racjonalnie i rzeczowo. Ten dwuton stanowi bardzo ciekawą mieszaninę. Wisienką na torcie, które wieńczy całą książkę jest ostatni rozdział, tytułowe Oko umysłu, ukazujący na przykładzie kilku pacjentów, w jak różny sposób zachowują się mózgi osób, które utraciły zdolność widzenia.
Reasumując krótko, moje pierwsze spotkanie z Oliverem Sacksem okazało się bardzo przyjemnym doświadczeniem. Autor dał się poznać zarówno jako znakomity uczony, posiadający erudycyjne inklinacje, dobry pisarz, przed którym pióro pokornie się korzy, wyginając się tak, że potrafi oddać wszelkie intrygujące przemyślenia i refleksje autora oraz lekarz z krwi i kości, traktujący swoich pacjentów po ludzku, jako przyjaciół, którym należy pomóc na wszelkie możliwe sposoby. Spodobało mi się również podejście Sacksa względem własnej osoby, który choćby poprzez podkreślanie własnej niezdarności czy omawianie chorób, jakimi jest dotknięty w dość przewrotny sposób przekonuje o tym, że każda jednostka ludzka jest na swój sposób wyjątkowa oraz wartościowa.

P.S. Pozycję udało mi się nabyć w sieci taniej książek Dedalus w cenie 18 zł (cena okładkowa: 44,90 zł). 


Wasz Ambrose