Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 6 lutego 2014

"Królewski taniec" Mohammed Dib - Wirując w chłodzie pustynnego piasku

Okładka książki Królewski taniec

Królewski taniec

Mohammed Dib 

Tytuł oryginału: La danse du roi
Tłumaczenie: Barbara Durbajło
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Współczesna Proza Światowa
Liczba stron:168
 
 
 
Kolonializm to kolejny wstydliwy rozdział w historii białego człowieka, któremu, pogrążonemu w miłości własnej osoby, wydawało się, że bardziej zaawansowany poziom technologiczny (przynajmniej pozorny) automatycznie wiąże się z prawem do wykorzystywania, niszczenia, mordowania, eksterminacji, czy zniewalania innych nacji. Mocarstwa Starego Kontynentu prowadziły barbarzyńską ekspansję terenów słabo rozwiniętych, czerpiąc ze swojej działalności wymierne korzyści ekonomiczne. Obecnie większość byłych zamorskich posiadłości uzyskała niepodległość, wyrywając się spod politycznej zależności, ale echa kolonializmu słyszalne są do dnia dzisiejszego. Wystarczy przyjrzeć się sytuacji panującej w zamożnych krajach Europy Zachodniej – praktycznie wszystkie z nich muszą radzić sobie z problemem emigrantów, którzy przybywają właśnie z dawnych kolonii. Kuszące są perspektywy lepszego życia, bogata opieka socjalna oraz brak przeszkód w postaci barier językowych. Ekspiacyjne podejście w połączeniu z polityczną poprawnością sprawiają natomiast, że nowoprzybyli często nie mają żadnych bodźców do podjęcia pracy zarobkowej, zadowalając się życiem na koszt państwa. Ułomność i niemoc polityki emigracyjnej jest szczególnie widoczna w stosunku do wyznawców Islamu, wśród których nie brakuje podżegaczy do nienawiści, do walki z niewiernymi – ekstremiści (którzy pośród wyznawców Allacha nie stanowią większości, są za to najlepiej rozpoznawaną grupą) swobodnie głoszą swoje pełne agresji hasła, niemal bezkarnie terroryzując mieszkańców dzielnic, które zamieszkują [1], [2]. Z tego względu trudno dziwić się obywatelom państw europejskich, którzy w przeprowadzanych badaniach opinii publicznej coraz częściej przyznają, że boją się Islamu [3]. W końcu to co obce, nieznane, odróżniające się zawsze postrzegane jest jako niebezpieczne, jako coś z czym należy obchodzić się ostrożnie i podejrzliwie.

środa, 5 lutego 2014

O byciu kimś




Są takie miejsca i takie czasy, kiedy bycie nikim przynosi większy zaszczyt niż bycie kimś.

Carlos Ruiz Zafón Więzień Nieba

wtorek, 4 lutego 2014

Podstępny moralista




Carlos Ruiz Zafón

Więzień Nieba

tytuł oryginału: El Prisionero del Cielo
tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
seria/cykl wydawniczy: Cmentarz Zapomnianych Książek
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. 2013


Kiedy w ostatniej chwili dowiedziałem się, iż lekturą omawianą na styczniowym spotkaniu naszego oddziału DKK* będzie „Więzień nieba” Carlosa Ruiza Zafóna, byłem bliski paniki. Nazwisko dość znane, ale w moim przypadku raczej ze słyszenia, gdyż z jego twórczością nie miałem się jeszcze okazji zapoznać. Recenzje bardzo pozytywne, co może równie dobrze świadczyć o wielkości dzieła, jak o pisaniu pod publiczkę wspartym dobrym marketingiem. Do tego świadomość, iż to trzecia powieść w cyklu, co niekoniecznie jest dobrym sposobem na rozpoczęcie jego poznawania. I jakby było mało, znaczna objętość podkreślana w różnych opiniach, nawet sygnowanych przez znanych krytyków. Na szczęście już po kilku stronach stwierdziłem, że to ostatnie jest zwykłym trickiem – duża czcionka, rozrzutne formatowanie tekstu, ozdobne inicjały i inne podobne zabiegi sprawiają, iż książka wydaje się zawierać więcej tekstu, niż jest go w rzeczywistości. To, oraz podział na krótkie rozdzialiki o przemyślanie dobranej długości, wpasowane w tempo akcji oraz fabułę, sprawiło, iż powieść połyka się z łatwością, więc zdążyłem przeczytać w terminie.

No właśnie – książka łatwa do połknięcia. Podobnie jednak, jak w świecie kulinariów, nie jest to jednak synonim łatwostrawności.

Atmosfera tajemniczości i mroku oraz przytłaczająca rzeczywistość Barcelony czasów faszyzmu splecione z życiem pragnącym się toczyć w normalnym rytmie miłości i młodości. Owa klimatyczność z kolei połączona z wartką akcją i demonami przeszłości mogącymi zniszczyć radość dnia dzisiejszego. Wszystko to sprawia, że większość czytelników, przynajmniej w czasie lektury, nie zauważa, że autor jednocześnie w ich podświadomości umieszcza swój komentarz do czasów i problemów, w których i z których nakreślona jest fabuła. Moralizuje po prostu. Moralizuje skrycie i podstępnie, indoktrynuje wręcz. Większość, tak przynajmniej można sądzić po recenzjach, które z reguły są pisane raczej na gorąco, koncentruje się na wątkach i aspektach najbardziej widocznych, najpłytszych; miłość, przyjaźń, nienawiść, przygody głównych bohaterów, więzienia i ucieczki, śluby i rozstania. Pytanie tylko, czy to, co w tle, na pewno trafia do podświadomości większości czytelników, a jeśli tak, to czy kiedykolwiek z niej do świadomości powraca.

Więzień nieba” nie jest bowiem tylko opowieścią o przygodach dwóch barcelońskich przyjaciół, Daniela Sempre i Fermina Romero de Torres, których łączy między innymi miłość do książek. Powieść ta jest również pacyfistycznym przesłaniem ukazującym, że każda wojna i każda rewolucja największe krzywdy przynosi porządnym, uczciwym ludziom, którzy chcą żyć i pracować w spokoju, nie budując swego szczęścia na krzywdzie innych, tylko na pracy swych rąk oraz umysłów, zależnie od posiadanych zdolności. Inna sprawa, że pisarz sam wykazuje się niekonsekwencją, gdyż rewolucję hiszpańską, poza realistycznymi okropieństwami samej walki rewolucyjnej, ukazuje jedynie poprzez tęsknotę za jej utraconymi w następstwie klęski ideałami. Wprost, w postaci wręcz gotowych do cytowania sentencji, autor deklaruje swój pełen obrzydzenia stosunek do patriotycznych haseł, sztandarów i symboli, które kanaliom wszelkich epok od wieków służą za narzędzia zniewolenia innych; tych porządnych. To samo Zafón odnosi i do dyktatury, w tym wypadku faszystowskiej. Ukazuje, iż każda patologia stosunków społecznych dzieląca ludzi na lepszych i gorszych, w imię czegokolwiek, a najczęściej jakiegoś wyższego dobra, zawsze poprzez stworzenie tej nierówności sprawia możliwość, by jedni mieli władzę nad życiem, życiem i śmiercią, innych. I bezwzględnie podkreśla, jak infantylne jest założenie, że tymi decydentami zostaną dobrzy, którzy oddzielą ziarno od plew. W takich sytuacjach zwykle na szczyty wchodzą najgorsi, którzy potrafią uczynić innym piekło na ziemi. Swoją drogą bardzo ciekawe, że większość czytelników tego nie zauważa w „Więźniu nieba”. Czyżbyśmy potrafili zauważać to tylko w stosunku do komunizmu i nazizmu, ale już w stosunku do faszyzmu hiszpańskiego nie, choć pisarz dosłownie i bez ogródek nam to wykłada?

Może jest temu winna po trosze perfekcja warstwy przygodowej opartej w dodatku na dość egzotycznych dla nas realiach. Pod tym względem książka jest bowiem prawdziwą ucztą czytelniczą. Co istotne, autor ukazuje się jako bystry, i co nawet ważniejsze, uczciwy obserwator rzeczywistości, który w fikcję wplata realia i okruchy historii oraz pilnuje, by własne poglądy nie zaprzeczyły faktycznym sytuacjom. Choć bije od niego antyklerykalizmem i uzasadnioną niechęcią do katolicyzmu, jedną z ważniejszych postaci pozytywnych powieści, moralnie silnych, jest ksiądz. Równocześnie postacie o ludzkich twarzach umieszcza nawet wśród strażników więziennych służących reżimowi, a niektórym więźniom wręcz humanizmu odmawia. Samo życie.

Ze względu na wielopłaszczyznowość, której ledwo dotykam, gdyż nie chcę Was zanudzać, specyficzną aurę i mocną, wyrazistą fabułę oraz szybką akcję o cechach wręcz powieści sensacyjnej czy kryminalnej, oceny tej książki na pewno będą rozbieżne odpowiednio do aspektów, na których oceniający się skupią. Potwierdziła to dyskusja w naszym DKK, gdzie jedni uznali, że jest to najlepsza z trzech pozycji wydanych dotąd w serii „Cmentarz Zapomnianych Książek”, a inni, że wręcz odwrotnie. W tej materii ja oczywiście zdania nie mam, z powodów wcześniej wyłuszczonych.

Gdy delektowałem się lekturą „Więźnia nieba”, bo tak to trzeba określić, nasunęły mi się refleksje. Nie tylko te o moralności, które narzucają się chyba każdemu czytelnikowi tej powieści, więc nawet o nich nie wspominam, ale te pod tytułem „Zafón a sprawa Polska”. Choćby sprawa rozliczenia z przeszłością.

Utalentowany Hiszpan w swej powieści wyraźnie ukazuje nam, iż jego rodacy przyjęli zasadę, że nie należy rozliczać dawnych krzywd, by dać młodym pokoleniom szansę na zachowanie czystych serc i dorastanie w szczęściu, w miłości, w normalnym społeczeństwie. Bez upiorów przeszłości, teczek SB i dziadków z Wehrmachtu. Ten spokój to wartość sama w sobie, cenniejsza niż rozliczenia i zemsta. To krańcowo odmienne rozwiązanie od choćby tego, które przyjęto w Niemczech, gdzie po zjednoczeniu rozliczono kogo się da i postawiono grubą kreskę. Na tle obu tych rozwiązań, niezależnie od tego, które uznamy za słuszne, Polska jawi się jako najbardziej zadżumiona alternatywa. W każdej szafie trupy i nikt nie wie w której jaki. Ile pokoleń po wojnie można jeszcze komuś zarzucać, że jego dziadek był w Wehrmachcie? O ile w ogóle ktoś moralny może komukolwiek czynić zarzuty za czyny dziadka, jakie by one nie były. Ile pokoleń po upadku komuny będzie się nadal wykorzystywać teczki i IPN w celu manipulowania rzeczywistością? Wiele krajów ma w swej historii ciemnie karty. Starają się jednak jakoś zakończyć te rozdziały i zacząć nowe. Lektura takich powieści takich jak „Więzień nieba”zawsze mnie trochę dołuje przypominając, że dla nas te drogi wydają się zamknięte.

Na koniec muszę ponarzekać. Po wydawnictwie, o nazwie z takimi ambicjami, spodziewałbym się perfekcyjnego poziomu edytorskiego. Faktycznie – dobór fotografii stanowiących szatę graficzną jest bez zarzutu. Gustowny, współgrający z tekstem i pytanie tylko, ile w tym zasługi naszego wydawcy. Duże zastrzeżenia budzi natomiast wyraźnie zauważalna ilość błędów edytorskich, od końcówek i innych drobnych błędów, aż po ewidentne wpadki, których na chochlika drukarskiego zrzucić nie można. „Okręt wojenny” to ewidentny pleonazm , a „dziesiątki tysięcy książek” w malutkiej rodzinnej księgarence to już prawdziwa jazda po bandzie. Na szczęście te potknięcia, choć dość liczne, nie są w stanie zepsuć przyjemności z lektury, aczkolwiek jest to przyjemność z tych, które są jak myślenie – bolą. Oczywiście nasilenie tej ciemniejszej strony zależy od tego, jak głęboko się w materię powieści wgryziemy. Jeśli chcemy tylko dobrej i lekkiej rozrywki, potraktujmy ją jako powieść przygodową, romans czy sensację. Jeśli mamy ciągotki masochistyczne – zwróćmy większą uwagę na tło polityczne, historyczne i społeczne takie, jakimi widzi je pisarz. Choćby na to, że w biednej, zacofanej Hiszpanii, niezaradnego profesorka i księgarza, którego nie stać nawet na opłacenie czynszu i światła, stać jednak na to, by się stołować w knajpie, a takiego, który zarobi na czynsz i energię, stać od razu i na to, by w restauracji jadać codziennie. Ile razy w tym roku nie byliście, ale stołowaliście się, w restauracji?

Zachęcam wszystkich do lektury, ale do lektury bez powziętych z góry oczekiwań. Odkryjcie tą powieść samą dla niej samej, a wtedy odpłaci ona wam wrażeniami, jakie tylko naprawdę nietuzinkowe książki dać mogą. Może to rzecz trochę na jeden raz, ale za to ten jeden raz naprawdę warto


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki

Więzień nieba [Carlos Ruiz Zafon]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE




poniedziałek, 3 lutego 2014

Czym się różni Polska?



W normalnym kraju, gdy ginie policjant albo agent, wszyscy się spinają, żeby złapać mordercę. Nie ma szans. A u nas? Jak zamordowali szefa policji, wszyscy walili ściemę, żeby tylko trzymać się z daleka.

Formacja trójkąta Mariusz Zielke




sobota, 1 lutego 2014

"Tysiąc żurawi. Śpiące piękności" Yasunari Kawabata - Turpizm w ujęciu dalekowschodnim

Okładka książki Tysiąc żurawi. Śpiące piękności 

Tysiąc żurawi. Śpiące piękności

Yasunari Kawabata

Tytuł oryginału: Sembazuru. Nemureru bijo
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Współczesna Proza Światowa
Liczba stron: 265
 
 
 
Turpizm to w bezwstydnym uproszczeniu umiłowanie brzydoty. Posługując się natomiast bardziej wyczerpującą definicją należy rzec, że to termin ukuty przez Juliana Przybosia w celu określenia nurtu poetyckiego, rozwijającego się w Polsce po 1956 roku. Turpizm zwany również antyestetyzmem charakteryzował się wprowadzeniem do utworu elementów brzydoty, których zadaniem było wzbudzenie u odbiorcy estetycznego szoku. Ernest Bryll, Stanisław Grochowiak, Tadeusz Różewicz czy Miron Białoszewski w swoich dziełach nie stronili zatem od choroby, kalectwa, zepsucia, rozkładu, degradacji, dysharmonii, słowem wszystkiego co kojarzone jest jako swoista antyteza piękna, godzi w wartości estetyczne. Funkcją owego zabiegu była afirmacja rzeczywistości, dość przewrotna na pierwszy rzut oka, jej pełna akceptacja, ze wszystkimi odcieniami, z całą paletą barw, z całą różnorodnością, w skład której nie wchodzi przecież wyłącznie harmonia, ład, symetria form, a więc szeroko rozumiana doskonałość. Analizując cały problem z nieco innej perspektywy można stwierdzić, że ponieważ zarówno piękno jak i brzydota to wartości w pełni subiektywne, ich separacja oraz samodzielna egzystencja jest niemożliwa. Obie kategorie estetyczne istnieją, połączone ze sobą głęboką więzią niczym awers i rewers. Gdyby świat składał się z istot wyłącznie doskonałych, nikt nie byłby w stanie dostrzec ich uroku, ponieważ brakowałoby niezbędna wzorca, czy raczej punktu odniesienia. Podobnie sytuacja przedstawiałaby się w przypadku świata, zamieszkałego wyłącznie przez stworzenia szpetne. Oczywiście w miarę coraz dłuższego obcowania z tymi abstrakcyjnymi pojęciami, jakimi są piękno oraz brzydota, coraz lepiej uświadamiamy sobie ich arbitralność, umowność, przekonując się, że bardzo trudno jest nimi operować. W końcu wraz z epokami zmieniają się kanony piękna (co automatycznie pociąga za sobą konieczność korekty kanonów brzydoty), inaczej prezentują się one również u różnych narodów, społeczności, czy wreszcie pojedynczych osobników. Wielopoziomowość zagadnienia estetyzmu jest zatem zarówno wymagająca jak i prowokująca, kusi by się z tym tematem zmierzyć. Subtelnemu wdziękowi tej kwestii nie oparł się japoński mistrz pióra, laureat Nagrody Nobla z 1968 roku Yasunari Kawabata*.

Urodzony w 1899 roku Yasunari Kawabata zaliczany jest do najwybitniejszych przedstawicieli prozy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Co ciekawe, świat mógł poznać Kawabatę z zupełnie innej strony, bowiem artysta w młodości poważnie interesował się malarstwem. Na szczęście, przynajmniej z czytelniczego punktu widzenia, japoński twórca stosunkowo szybko przerzucił swoją pasję na literaturę. Kawabata pierwsze dzieła tworzył już w szkole średniej. W okresie studiów przyszła pora na współpracę z kilkoma liczącymi się czasopismami literackimi, a w roku 1925, tuż po opuszczeniu murów Cesarskiego Uniwersytetu w Tokio, Kawabata odniósł pierwszy sukces literacki dzięki opowiadaniu opartym na motywach autobiograficznych, zatytułowanym Tancerka z Izu. Za sprawą niezrównanego Państwowego Instytutu Czytelniczego, polski czytelnik może zapoznać się ze znacznie późniejszymi dziełami Kawabaty – powieść Tysiąc żurawi (1949 r.) oraz rozbudowane opowiadanie Śpiące piękności (1961 r.) wchodzą w skład wydanego w 1987 roku zbioru japońskiego twórcy.

Powieść Tysiąc żurawi to niezwykła historia mężczyzny, którego żywot kształtowany jest przez 4 kobiety, wszystkie w pewien sposób powiązane z jego zmarłym ojcem. Osią centralną, wokół której obraca się fabuła utworu jest ceremonia picia herbaty. Sztuka podawania oraz spożywania tego napoju kultywowana jest w Japonii od czasów epoki Muromachi (XIV – XVI w.). Tradycyjnie rytuał odbywa się w osobnym pomieszczeniu – pawilonie herbacianym, położonym za domem, pośród ogrodowej zieleni. Swoista izolacja altanki symbolizuje odcięcie się na czas ceremonii od codziennych spraw otaczającego świata. Pawilon na krótki moment staje się centrum rzeczywistości, w której znaczenie odgrywają przeszłość, tradycja oraz kultura przodków. Egzystencja głównego bohatera, Kikujiego, na co dzień osobnika raczej nieśmiałego, w dodatku niezdecydowanego, który przez życie brnie samotnie oraz bez wyraźnego pomysłu, ulega diametralnej zmianie, kiedy poddaje się prośbom Kurimoto Chikako, by wziąć udział w ceremonii herbacianej na cześć jego zmarłego ojca. Rzeczywistość wywraca się do góry nogami, kiedy Kikujiego zaczynają wołać głosy odległej przeszłości. Kawabata serwuje czytelnikowi szalenie skomplikowaną relację, która zdaje się rozlewać i plątać w swoje sidła kolejne ofiary – czasy, które odeszły dają o sobie znać i w ten sposób Kikuji staje się wizerunkiem własnego ojca, krystalizacją miłosnych wspomnień dla długoletniej kochanki, wdowy Ōty. W sidła oszalałej miłości trafi jeszcze córka pani Ōty, młoda Fumiko oraz piękna dziewczyna z chustą z wizerunkiem tysiąca żurawi, Yukiko Inamura.

Powieść Kawabaty to misternie plecione arcydzieło, które znakomicie uwypukla dualistyczną naturę kobiety. Za sprawą japońskiego mistrza czytelnik postrzega ją jako istotę delikatną i bezbronną, a przy tym zaborczą i stanowczą, uparcie dążącą do określonego celu, uległą i kuszącą, zdolną do manipulacji, odurzającą swoim ciepłem i zapachem, której czar i piękno chłonie się wszystkimi zmysłami. Każda z bohaterek to swego rodzaju boginie, którym Yasunari Kabata wystawia cudowny pomnik. Najniezwyklejszą osobą z tego damskiego kwartetu jest z pewnością Kurimoto Chikako, która za sprawą znamienia, pokrywającego jej pierś przywdziewa szaty, które w europejskiej tradycji nakazywałyby kojarzyć ją z czarownicą. Piętnu fizycznemu, a więc brzydocie towarzyszy odstręczający charakter, w którym dominuje wścibstwo, ciekawość oraz złośliwość. Chikako z podziwu godnym uporem stara się prząść nici losu Kukijego, troszcząc się o jego szczęście, pojmowane na swój własny sposób, czego jednak nie potrafi docenić sam zainteresowany.

Ciekawa rola przypada również Yukiko, która jako dziewczyna z chustą z tysiącem żurawi staje się symbolem niedostępnego piękna. Jej doskonałość, przejawiająca się zarówno w harmonii szlachetnych rysów jak i czystości duchowej nie pozwalają zbliżyć się do niej Kikujiemu. Młody mężczyzna wedle własnego mniemania jest zbyt splugawiony grzechem, by zasłużyć na obcowanie na każdej płaszczyźnie z istotą tak wspaniałą, tak wytworną, a przez to efemeryczną, wrażliwą na każdy mrok, skalanie, nieczystość. Własna moralna skaza nakazuje wyczerpującą, masochistyczną wręcz ekspiację, która okazuje się rujnująca dla normalnych relacji międzyludzkich.

Kawabata po raz kolejny w stosunkowo krótkim utworze porusza całą mnogość zagadnień. Grzech jako stręczyciel sumienia, który najmocniej przeżywany jest w samotności serca, gdy sam wykraczający poza przykazania wyznacza sobie karę. Piętno postrzegane przez pryzmat brzydoty, jako fizyczna niedoskonałość, dysproporcja, defekt, a tuż obok tego kolejny stygmat, który może stanowić także piękno. Uroda, idealne proporcje ciała, czystość, nieskazitelność mogą być traktowane jako kontrast, opozycja wobec drugiej osoby, która na tle absolutu zostaje bezwzględnie obnażona, wystawiając na widok publiczny własną ułomność oraz kruchość. Dojmujące piękno autor zdaje się także łączyć z samotnością, która wynika ze strachu skalania go. Ponadto godny uwagi jest ambiwalentny stosunek do śmierci, która jako agonia zdaje się być przerażająca, zatrważająca, bowiem nieunikniona, przed którą nie ma ucieczki. Ale równocześnie świadomość jej nieuchronności jest w pewnym sensie uspokajająca – ona jedna nie zawiedzie, przyjdzie i zabierze nas z tego świata, ofiarując wieczne ukojenie, należny spoczynek po znojach ludzkiej egzystencji. Pisarz serwuje również oryginalne spojrzenie na bezpłciowość. Obojnactwo, świadomie wybrany rodzaj nijaki charakteryzowany jest jako nośnik zdrowego rozsądku. Poprzez okiełznanie męskości bądź kobiecości, czyli poskromienie fizycznych żądz, możliwe jest lepsze poznanie psychiki zarówno kobiety jak i mężczyzny.

Równie intrygujące co Tysiąc żurawi prezentuje się drugie dzieło zawarte w zbiorze, opowiadanie Śpiące piękności. Główny bohater, 67-letni Eguchi za namową przyjaciela postanawia odwiedzić tajemniczy hotel, w którym gość spędza noc w towarzystwie pięknej i młodej dziewczyny. Wbrew pierwszym skojarzeniom wcale nie chodzi o dom uciech, a przynajmniej nie o burdel w klasycznym tego słowa znaczeniu. Klientelę nietypowego pensjonatu stanowią wyłącznie starsi panowie, których możliwości seksualne są już tylko echem odległej przeszłości. Miejsce do którego przybywają oferuje im nocleg u boku uroczej, ale głęboko uśpionej kobiety. Sztucznie wywołany sen, w który wprowadza się lokatorki jeszcze przed przybyciem delikwenta sprawia, że kobiety nigdy nie obcują na jawie ze swoim „kochankiem”.

Eguchi, mimo sędziwego wieku różni się zdecydowanie od pozostałych zaufanych, którym dane było zakosztować tajemnicy tego niezwykłego miejsca. Bohater ciągle zdolny jest do zaspokojenia odczuwanego popędu płciowego. Z tego względu Eguchi sytuuje się gdzieś po środku dwóch światów, które ścierają się na jego oczach. Z jednej strony potrafi on zrozumieć jak upokarzające jest doświadczenie, któremu oddają się jego rówieśnicy. Bliskość młodego, nagiego, pięknego ciała wywołuje silne napięcie seksualne, które jednak z powodu dysfunkcji, zaburzeń nie może zostać rozładowane w praktycznie żaden sposób – naczelną zasadą hotelu jest nie wyrządzanie krzywdy uśpionej piękności. Z drugiej strony, sprawny pod każdym względem Eguchi podbudowuje się, dowartościowuje, łechce swoją męskość oraz skłonność do dominacji. Fakt, że może on zgwałcić niczego nie świadomą dziewczynę działa na staruszka niezwykle stymulująco, dając mu przewagę psychologiczną zarówno nad pozostałymi klientami jak i uśpionymi kobietami. Ten brak przynależności do jakiejkolwiek ze stron staje się również bodźcem do snucia bogatych refleksji, poświęconych głównie starości oraz przemijaniu.

Śpiące piękności podobnie jak utwór Tysiąc żurawi to znakomita melodia, w której wybijają się dwa przeciwstawne motywy. Piękno, reprezentowane przez pogrążone w farmakologicznym śnie kobiety zestawione zostaje z brzydotą, której uosobieniem jest starość. Obie wartości zdają się ze sobą rywalizować, konfrontować, ale nie brakuje momentów, w którym harmonijnie ze sobą współgrają. Milcząca towarzyszka okazuje się cierpliwym słuchaczem starczego gderania, powiernikiem, któremu można ofiarować swoją przeszłość wraz z jej ambicjami, marzeniami, ale także klęskami i niepowodzeniami. Młode ciała stanowią również rodzaj ofiary, która przynajmniej dla części starczego grona jest pocieszeniem, ukojeniem. Zatem dobrowolne oddanie się w stanie kompletnej nieprzytomności, która równoznaczna jest z absolutną bezbronnością na łaskę drugiego człowieka można postrzegać jako działanie godne samego bodhisattwy, czyli istoty świadomie rezygnującej z osiągnięcia stanu nirwany na rzecz pomocy innym (podobny motyw pojawia się w Dwóch opowieściach o miłości okrutnej autorstwa Tanizakiego – jeden z narratorów opowiada, że prostytutki są niekiedy traktowane jako bodhisattwy). W końcu postępowanie dziewcząt może jawić się jako zupełne poświęcenie samego siebie dla krótkotrwałego szczęścia innych, czyli heroiczny akt dobroci.

Krótkie opowiadanie stanowiące rodzaj erotycznej baśni to także wspaniały poemat, sławiący kobiecie piękno, które zostało jednak zredukowane wyłącznie do fizycznych atrybutów. Ukazanie dziewcząt tylko przez pryzmat ich cielesności, seksualności wiąże się z dehumanizacją oraz uprzedmiotowieniem rodzaju żeńskiego. Kobiety, jako, że nie reagują ani na słowa głównego bohatera, ani na jego gesty sprawiają wrażenie lalek, pozbawionych uczuć. Ale czy rzeczywiście śpiąca dziewczyna to wyłącznie bezduszna zabawka, z którą nie można porozumieć się żadną miarą?

W Śpiących pięknościach ogromnie spodobało mi się ujęcie sposobu, w jaki funkcjonuje ludzka pamięć. Kawabata umiejętnie odmalował jej skomplikowane działanie, nieodgadnione ścieżki, którymi prowadzi nas do przeszłości, natrafiając po drodze na oazy wspomnień. Ciekawe są także rozważania na temat zła – Kawabata nie pyta o jego istotę, czy źródło, bardziej interesuje go sama definicja, czy sposób jego pojmowania. Zgodnie z retoryką znaną choćby z Głosu góry, egzystencja postrzegana jest jako rzecz, która w końcu człowieka zmęczy, wycieńczy, zgnębi, przyprawi o utrapienie. Czy w świetle tak postawionego problemu wydanie na świat potomstwa, a następnie wychowanie go (a więc w sporej mierze podporządkowanie sobie, niekiedy uzależnianie od siebie, trzymanie na uwięzi) według restrykcyjnych zasad, które mogą okazać się rażąco nieskuteczne w drodze do szczęścia (pojmowanego przez każdego na indywidualną modłę) jest czymś gorszym, bardziej odrażającym niż na przykład niemoralne stosunki z nieletnimi?

Yasunari Kawabata po raz drugi dał się poznać jako autor nietuzinkowy, wręcz groźny, szczególnie z perspektywy myślenia uporządkowanego, zgodnie z którym wszystko ma ściśle określone miejsce oraz funkcje, a świat można sprowadzić do kilku prostych równań. Japończyk udowadnia, że rzeczywistość to niezwykła mieszanina, na którą składa się m.in. przeszłość, bagaż doświadczeń nie tylko nasz, ale również naszych bliskich, a wiele rzeczy dzieje się na skutek naszej bierności, zaniechania wysiłku związanego z podejmowaniem decyzji, wyborów, czy ogólniej rzecz ujmując – myśleniem. Kawabata pokazuje również, że nasze tu i teraz to często suma wielu pozornie błahych wydarzeń, które działając wspólnie, poprzez silną synergię kreują teraźniejszość, z którą wielu boi się skonfrontować.

——————
* W moim prywatnym odczuciu Kawabata, podobnie jak Jun'ichirō Tanizaki (Dwie opowieści o miłości okrutnej, Dziennik szalonego starca. Niektórzy wolą pokrzywy) oraz Kenzaburo Ōe (Sprawa osobista, Futbol ery Man'en) z niezwykłym kunsztem meandrowali pośród starości, cielesnej niedoskonałości, niepełnosprawności – mniemam, że ich biegłość na tyle przeraziłby Przybosia, że ten również zaliczyłby ich do grona turpistów.

piątek, 31 stycznia 2014

O Spółkach Skarbu Państwa



Państwu spółki służą tylko do korupcji politycznej, wyciągania kasy i przewałów. Naprawdę całe to pierdolenie o strategicznym znaczeniu można o kant dupy potłuc. (…) Nie jest dobrze, że władzę przejmują cwaniacy i handlarze. Inżynierowie, badacze, twórcy, producenci, ludzie o znacznie wyższym poziomie intelektualnym i większej wiedzy przestają się liczyć, bo na świeczniku są cwaniacy od miraży. Sprzedają nam kłamstwa, kompletnie nie interesując się tym, co będzie dalej, efektami swoich pokrętnych kontraktów. To droga prosto w przepaść. Skończy się tragedią i obecny kryzys jest tylko tego przedsmakiem.

Mariusz Zielke Formacja trójkąta

czwartek, 30 stycznia 2014

O naszych elitach



Polska to kraj, w którym z kelnerem można pogadać po francusku, z mechanikiem po angielsku, a z ministrem tylko po polsku.

Mariusz Zielke Formacja trójkąta

środa, 29 stycznia 2014

Refleksje włocławskie



Miałem już szczery zamiar nie pisać przez jakiś czas na aktualne, a w szczególności aktualne polskie tematy, by się nie denerwować. To jednak, co się ostatnio dzieje w naszej rzeczywistości sprawia, że literatura przy tym wysiada. Nikt by nie uwierzył, że to możliwe, gdyby to była fikcja.

Włocławek. Śmierć bliźniaków na pierwszych stronach gazet, w czołówkach informacyjnych programów TV i na głównych miejscach największych portali internetowych. Jakiekolwiek by to nie było zaniedbanie, które doprowadziło do owej śmierci, to można by powiedzieć, że to się mogło zdarzyć wszędzie. W każdym kraju na świecie. Ale cała reszta nie! Urzędnik NFZ przychodzi na kontrolę feralnego szpitala po kilku dniach od rozpoczęcia afery i ujawnia, iż ktoś skasował kluczowe dla sprawy dane z aparatury medycznej. Nie policja, nie prokurator, tylko zwykły urzędnik NFZ! I ani raz nie pada pytanie, co to za kraj, w którym nikt z prokuratury ani policji dupy nie ruszył, by po zabezpieczyć dowody, choć newsy z tej sprawy rozpoczynają wszystkie wiadomości we wszelkich mediach! Jeśli szpital we Włocławku jest hańbą polskiej służby zdrowia, choć moim zdaniem nie jest nią, tylko reprezentatywnym przykładem kondycji polskiej rzeczywistości, to czym jest Włocławek dla policji i prokuratury? Wszystkich prokuratorów i policjantów, którzy mieli związek z tą sprawą, przede wszystkich w trybie nadzoru, powinno się na zbity pysk wywalić, a ja jestem przekonany, że nie tylko nic takiego się nie stanie, ale wręcz, że w ciągu najbliższych lat większość z nich awansuje.

Problem nie tylko w tej jednej manifestacji opieszałości oraz lekceważenia ze strony organów ścigania i sprawiedliwości. Szpital we Włocławku, jak podają media, ma w tej chwili na biegu, czyli nie licząc zakończonych, prawie czterdzieści postępowań o błąd w sztuce. Czemu ich aż tyle, pomijając oczywiście poziom usług medycznych tej placówki? Ano może właśnie powodów należy szukać w stylu działań prokuratury i policji? Może wynika to wszystko z poczucia bezkarności lekarzy wypływającego z dziesiątków wpadek, za którymi nie poszła kara? Z powodu spraw umorzonych, zamiecionych pod dywan i nawet tych zakończonych wyrokami, ale tak mało dolegliwymi, że praktycznie wzmacniającymi jeszcze poczucie stania poza prawem? Bo sądy też mają w tej patologii swój znaczący udział.

Media podniecają się tym, iż nie wiadomo co robił ordynator feralnego włocławskiego oddziału ginekologicznego w czasie, gdy rozgrywał się dramat bliźniaków i ich rodziców. Ale już nie pamiętają, że jakiś czas temu ujawniono, iż lekarz rekordzista pracował jednocześnie na 25 (sic!) pełnych etatach. W normalnym kraju już dawno by siedział, choćby za wyłudzenie, gdyż brał pieniądze za coś, czego nie robił. Wszak nawet gdyby był jeden w trzech osobach, gdyby nie spał, nie odpoczywał i nic innego nie robił przez dni siedem, tylko pracował, i tak by nie wydolił. Ale nie u nas. Żadnej dolegliwej kary się nie doczekał. I dziwić się, że tragedii spowodowanych radosną działalnością zreformowanej i wciąż reformowanej służby zdrowia jest coraz więcej?

Czytałem jakiś czas temu, że w samym Londynie, tylko za naganne zachowania, czyli za brak należytego szacunku, głównie werbalnego, w stosunku do pacjenta, pozbawia się prawa do wykonywania zawodu większą liczbę lekarzy, niż u nas w następstwie wszelkich możliwych przyczyn, łącznie z zawinionym spowodowanie śmierci. Nie to mnie jednak najbardziej przeraża. Jak daleko nam do normalności - pokazał i przeraził mnie tekst, który do niedawna słyszałem tylko w gabinetach „państwowych” – „Nie mam czasu dociekać, wnikać i dokładnie badać, gdyż mam mnóstwo pacjentów”, a teraz zdarza się go usłyszeć już nawet w czasie wizyty w prywatnym gabinecie. To tak, jakby mechanik albo szewc powiedział, że nie ma czasu porządnie wykonywać swych obowiązków, za które bierze od nas pieniądze, bo ma za dużo pracy. Takie rzeczy, to tylko w Polsce!

Osobnym tematem jest nasza akcyjność. Przez 25 lat nie było komu się zająć jednym zabójcą, a teraz trzeba na gwałt łamać podstawowe zasady prawa, by społeczeństwu wmówić, że władza cokolwiek robi. Nie inaczej z bezpieczeństwem na drogach i tysiącem innych spraw.

Można ciągnąć takie przykłady i różne wątki w nieskończoność. Problem w tym, że ryba psuje się od głowy.

Art. 286. § 1. KK - Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

ZUS przysyła do domów wszystkich, którzy opłacają składki emerytalne, wyliczenia wysokości kapitału, jaki zgromadzili na swoją emeryturę. I kiedy słyszymy polityków, od prezydenta i premiera poczynając, a na liderach opozycji kończąc, mówiących, że zbieramy na nasze emerytury, i że tak ważne jest, by nasze składki na siebie pracowały, to jeszcze się w tym utwierdzamy, że na coś zbieramy, że mamy na coś wpływ w tym kraju. A w chwilę później, niejednokrotnie dosłownie chwilę, z tych samych ust słyszymy, że nie będzie godziwych emerytur, gdyż idzie niż demograficzny i nie będzie w przyszłości komu na nas pracować. I nikogo nie dziwi nic. Zwłaszcza IV władzy, która w normalnych krajach jest jednym z fundamentów demokracji i kontroli pozostałych trzech filarów państwa! Skoro emerytura ma być ze składek, to co nas obchodzi liczność przyszłych pokoleń? A jeśli emerytury będą wypłacane ze składek przyszłych pokoleń, a nie z zebranego przez nas kapitału, to czym są te wyliczenia przesyłane przez ZUS i wypowiedzi polityków?
Gdybym zaczął zbierać od ludzi pieniądze obiecując im, że za każdego pożyczonego mi dolara oddam dwa, a w chwilę później, po zainkasowaniu kasy, zaczął twierdzić, że dam im tyle, ile zdołam w przyszłości pożyczyć od następnych jeleni, bo to, co od nich dostałem, już przejadłem, to szybko dostałbym wyroczek na podstawie wyżej przytoczonego artykułu. Prezydenta, premiera, rządu i opozycji, całego państwa w rzeczy samej, nikt nie posadzi. Ale dlaczego nikt nie śmie nawet zapytać o tą oczywistą sprzeczność i nazwać rzeczy po imieniu?

Oczywiście, sprawa kary to jedno, ale sprawa skutków, to drugie. Widząc taką ewidentną bzdurę leżącą u podstaw całego systemu służby zdrowia, a przez to i u podstaw państwa, bo państwo bez żywego społeczeństwa i bez kasy istnieć nie może, każdy może sobie zadać pytanie, czy może by tak spróbować jak państwo? Mówić, że się ma dyżur na oddziale, i iść spać. Mówić, że się człowiek stara, a w chwilę później wprost przyznać, że się nie ma czasu dokładnie zajmować pacjentem, bo czekają następne. Nie, nie osoby w kolejce, a etaty, fuchy i biznesy.

Obym się mylił, ale mam wrażenie, że ten kraj i ten naród sam się już z tego nie wyplącze. To taka masa krytyczna, która została przekroczona. A czemu o tym piszę? Sam nie wiem. Chyba mnie poniosło i znów nie wytrzymałem. A może dlatego, że oglądając wiadomości z Włocławka przypomniałem sobie, iż weterynarz, który usypiał mojego chorego, starego psa, miał łzy w oczach, choć wiedział, że to nie tylko najlepsze, ale i jedyne wyjście. I skojarzyłem, że nigdy nie widziałem łez w oczach lekarza.


Wasz Andrew