Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 20 listopada 2013

Rzeczy trudne i niewygodne

Okładka książki Cienie i ślady 

Cienie i ślady

Bogdan Białek

Wydawnictwo: Charaktery
Liczba stron: 260
 
 
 
 


Są w naszym kraju kwestie, w przypadku których zabieraniu głosu na ich temat wymaga od zainteresowanego ogromnego wyczucia, porównywalnego wręcz do wyostrzonego zmysłu równowagi, umożliwiającego balansowanie na cieniutkiej linie, zawieszonej nad bezdenną przepaścią. Aby nie być gołosłownym, jako przykład można przytoczyć próby otwartej dyskusji na temat polskiego antysemityzmu, które mogą zakończyć się masową histerią. Wystarczy spojrzeć na podejście współczesnych Polaków do zbrodni popełnionej w Jedwabnem, żeby dobitnie przekonać się jak czarną breją, lepką od kłamstw i pokrętnych tłumaczeń jest nasz stosunek do Żydów. W przepastnych trzewiach Internetu można nawet doszukać się publikacji, które wyjaśniają, że Polacy nie mogli spalić żywcem w stodole ponad 300 Żydów, ponieważ w okresie wojennym nie posiadali niezbędnych zapasów benzyny. Mimo, że wina i udział polskich obywateli została udowodniona, cały czas próbuje się zaprzeczać rzeczywistości, traktując fakty jako kalumnie, prowokacje, oszczerstwa siane i propagowane przez wrogie siły, mające na celu rozbicie dumnego i szlachetnego narodu polskiego. Obraz Polaka w czasie II wojny światowej to wciąż schemat Polak-ofiara. Jako naród nie jesteśmy jeszcze dostatecznie dojrzali, żeby z pokorą przyjąć do wiadomości, że oprócz bohaterów, którzy dzielnie walczyli z niemieckim okupantem, czy z narażeniem życia starali się ocalić Żydów, istnieli także Polacy-oprawcy, którzy m.in. dopuszczali się zbrodni na Narodzie wybranym oraz rodakach, podejrzanych o pomoc Żydom. W powszechnej świadomości, od zawsze oprawcami byli Niemcy, naziści, hitlerowcy, czyli ludzie z drugiej strony barykady. Jakież zdziwienie moglibyśmy zatem przeżyć, goszcząc w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu, w którym ekspozycja dotycząca męczeństwa Żydów zakończona jest wspomnieniem Kielc i datą 4 lipca 1946 roku. To właśnie tego dnia w Rzeczypospolitej Polskiej, przemianowanej później na Polską Rzeczpospolitą Ludową, a więc kraju niepodległym, chociaż na pewno nie wolnym doszło do ostatniego zbrodniczego aktu na społeczności żydowskiej. Niedługo po wojnie do Kielc powróciło około 200 Żydów (przed wojną stanowili oni ok. 30 % mieszkańców, Niemcy wymordowali niemal wszystkich) z zamiarem wyemigrowania do Palestyny. Feralnego dnia 4 lipca 1946 roku zaginął chrześcijański chłopiec. W mieście natychmiast rozsiano plotkę, że został on porwany przez Żydów, którzy zamierzali użyć jego krwi do zrobienia macy. Na tę wieść wzburzony, rozszalały motłoch, żądny krwi i ofiar wybiegł na ulicę w poszukiwaniu Żydów. Bilans ofiar to 42 żydowskich istnień. Chłopiec odnalazł się kilka dni później w jednej z pobliskich wsi.

Właśnie temu straszliwemu wydarzeniu jest poświęcona pierwsza część książki Cienie i ślady, zawierająca wybrane przez Piotra Żaka teksty, publikacje oraz wystąpienia Bogdana Białka, polskiego dziennikarza, psychologa, redaktora czasopisma Charaktery oraz aktywisty społecznego. Pan Białek od wielu lat działa na rzecz pojednania polsko-żydowskiego oraz chrześcijańsko-żydowskiego. Można pokusić się o stwierdzenie, że jego misja rozpoczęła się właśnie od Kielc, od przypomnienia, co wydarzyło się w tym mieście tuż po wojnie, jak okrutnie zostali potraktowani Żydzi, ofiary Holocaustu przez Polaków, również ofiary niemieckich oprawców. Białek notorycznie przypomina nam Polakom bardzo trudną prawdę – że niektórzy z nas mordowali, a myśmy zwyczajnie milczeli. Na powierzchnię zostają wyłowione bardzo niewygodne fakty, dotyczące przede wszystkim solidarnego milczenia na temat kieleckiego pogromu. Nie wspominała o nim ani komunistyczna władza, ani kościół katolicki, ani szarzy obywatele. Do roku 1981, kiedy to w trakcie festiwalu Solidarności Białek zorganizował upamiętnienie krwawej masakry, sprawa mordu dokonanego na 42 Żydach praktycznie nie istniała w świadomości społecznej ani kielczan, ani Polaków. Teksty, które rozciągają się na przestrzeni kilkunastu lat pozwalają śledzić zmianę stosunku kielczan oraz Polaków do tego tragicznego wydarzenia. W latach ’80 żywe było przekonanie, że za mord na Żydach odpowiedzialna była komunistyczna władza, która podjudziła tłum do popełnienia tak niegodziwych czynów. Hołd złożony żydowskim ofiarom był bardziej antykomunistyczną manifestacją niż wynikiem zadumy i refleksji nad dokonaną przez Polaków zbrodnią. Tak naprawdę dopiero na przełomie XX i XXI wieku w wyniku długotrwałych, sukcesywnych oraz mozolnych wysiłków Bogdana Białka pogrom kielecki zaczął mienić się pełną paletą barw, wywołując całą gamę uczuć. Zdarzenie to stało się przedmiotem żywych dyskusji, a jego coroczne wspomnienie okazją do przemyśleń, choćby na temat skomplikowanej i nieodgadnionej natury ludzkiej.

W swoich tekstach Bogdan Białek uświadamia nam, że głośne, zdecydowane i otwarte mówienie o sprawach trudnych jest kluczem do budowy rzetelnego i wiarygodnego obrazu przeszłości, w którym nie będzie polskich obozów koncentracyjnych. Ale obok niemieckich obozów zagłady współistnieć muszą także polscy kolaboranci, czy polscy antysemici, pomagający w unicestwieniu Żydów. Białek przekonuje, że nie da się malować czarno-białego obrazu historii, w którym dokonuje się prostego podziału na ofiarę oraz oprawcę. Nie można ukrywać ciemnych plam, tj. przewinień oraz grzechów, których dopuszczali się także polscy obywatele. Oczywiście odgrzebywanie o tego typu spraw jest trudne i niewygodne, ale rany muszą być rozdrapywane, by w ich miejsce nie pojawiły się blizny niepamięci. Równie istotne jest uzmysłowienie sobie faktu, że my, tj. współcześni obywatele nie jesteśmy odpowiedzialni za zbrodnie dokonane przez naszych przodków, ale winniśmy za to strzec pamięci o tych tragicznych wydarzeniach, tak by nigdy się one nie powtórzyły.

Książka Bogdana Białka to także piękna lekcja na temat szeroko rozumianej różnorodności, m.in. kulturowej. Autor wspomina o konieczności uzmysłowienia sobie faktu, że każda kultura jest po prostu inna, ani lepsza, ani gorsza od naszej. Akceptacja tego faktu pozwala uniknąć wartościowania, od którego niedaleko jest do rywalizacji, od której już tylko o krok znajduje się walka. Pozwalając innym ludziom wyrażać siebie, nie próbując wtłoczyć ich w gotowe wzorce, wciskać w ciasne ramy norm, możemy stać się o wiele bogatsi w doświadczenie, czy życiową mądrość, oferowane przez różne kultury.

Białek serwuje także ciekawe uwagi na temat dość popularnych ostatnimi czasy festiwali kultury żydowskiej. Autor podkreśla, że często mamy do czynienia z pamięcią odrębności. Część inicjatyw tego typu zamiast zbliżać, pogłębia jedynie dystans pomiędzy oboma narodami, ukazując Żydów jako zupełnie obcą nację, z własną, odrębną tradycją, pomijając wzajemne przenikanie się historii Polaków oraz Żydów. Nie wspomina się, że Żydzi byli częścią społecznego krajobrazu przedwojennej Polski, panuje także zaskakujące milczenie na temat Holocaustu.  Budowany jest więc niepełny, a przez to fałszywy obraz, na którym Żydzi mienią się bardziej jako ciekawostka folklorystyczna niż żywy naród, ludzie z krwi i kości, którzy przez tyle lat zamieszkiwali nasze ziemie.

Książka Cienie i ślady zawiera także interesujące rozmowy, przeprowadzone przez Bogdana Białka z różnymi, niezwykłymi osobistościami polskiej kultury oraz nauki. Dzięki nim możemy bliżej poznać sylwetkę Marka Edelmana i przekonać się, co miał na myśli legendarny przywódca powstania z getcie warszawskim, mówiąc, że ludzie pozbawieni chęci czynienia zła, to jednostki zmutowane. Pani Barbara Engelking-Boni przybliży czytelnikowi wciąż niewyjaśniony i nie do końca poznany obraz wsi polskiej w okresie II wojny światowej. Buddysta Andrzej B. Krajewski obedrze zło z boskich szat, zdradzi także receptę na odnalezienie wyciszenia na oświęcimskiej ziemi. Duchowny Michael Lapsley, działający w RPA poruszy kwestie apartheidu, który tak tragicznie podzielił południowoafrykańskie społeczeństwo, którego skutki odczuwalne są do dziś. Czytelnicy będą mogli także spotkać się z legendą polskiego oraz światowego reportażu, tłumaczem kultur, Ryszardem Kapuścińskim. Moją uwagę zwrócił również wywiad przeprowadzony z profesorem Aleksym Awdiejewem, z którego dowiedziałem się, dlaczego rodziny nic nie jest w stanie zastąpić. Michał Płoski w pięknych słowach przypomniał, że ludzie wiary powinni wskazywać i wyszukiwać grzechu przede wszystkim w sobie samym, a nasz katolicyzm nie powinien być ostentacyjnym szyldem, zadaniem którego byłaby reklama nas samym, jako jednostek zdecydowanie lepszych od innych.

Reasumując, książka Cienie i ślady to bardzo różnorodna lektura, którą cechuje przede wszystkim ogromna dojrzałość autora. Bogdan Białek jawi się na jej podstawie jako pełnoprawny człowiek, świadomy faktu, że jego egzystencja podporządkowana jest przede wszystkim służbie drugiemu człowiekowi, walce o jego godność, o okazywanie mu należytego szacunku. Jako działacz na rzecz pojednania polsko-żydowskiego Białek jest osobnikiem, który w kontakcie z innym, a więc kimś obcym i nieznanym, nie stara się wyszukiwać dzielących ich różnic. Zamiast tego w każdym stara się dostrzec pobratymca, który oczekuje zrozumienia, pokojowego współżycia. Autor zdaje się być żywym symbolem i uosobieniem dialogu. Natomiast poprzez swoją pracę reporterską, Bogdan Białek prezentuje się jako dziennikarz rzetelny i dociekliwy, który swoim rozmówcom lubi stawiać pytania o rzeczy fundamentalne – czym jest mądrość, na czym polega miłość, co to jest zło i na podstawie jakich mechanizmów funkcjonuje, jak żyć. Wydaje mi się, że Białek ma czelność poruszać tego typu kwestie, bo doskonale wie, że jego interlokutorzy to osoby inteligentne, które będą wzbraniać się przed podaniem ścisłych, gotowych i hermetycznych definicji. W ten sposób wybitni intelektualiści, znawcy kultury, czy psychiki ludzkiej, mimo sukcesów osiąganych na wielu polach prowadzonej przez siebie działalności, pozostają ludźmi skromnymi, świadomymi własnych ograniczeń i niewiedzy, z pokorą podchodzącymi do zjawisk, które starają się zbadać, poznać, czy opisać. Odnoszę wrażenie, że w ten sposób Bogdan Białek uczy swoich czytelników, na czym polega istota człowieczeństwa. Ludzie prawdziwie wielcy, wybitni nigdy nie pozwolą traktować siebie jako mistrzów, czy nauczycieli. To jednostki, które chętnie dzielą się zdobytą wiedzą, doświadczeniem, ale które równie skore są do dalszej nauki, czy czerpania mądrości od innych. To także ludzie, którzy nie lubią pouczać, wskazywać na gotowe rozwiązania, którzy źle się czują w roli przewodników, prowadzących innych utartymi i dobrze znanymi szlakami.  Jestem przekonany, że jednym z takich osobników jest także Bogdan Białek.

Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości portalu:

Czytanie nie szkodzi

oraz wydawnictwa:

Wydawnictwo Charaktery




O Solidarności



…przecież to fundament naszego nowego ustroju. Wydrzyj innym, ile dasz radę i ani grosza mniej. Do tego się sprowadza kapitalizm. Aż wierzyć się nie chce, że ci, co nas w to wpakowali, nazwali się Solidarność i nikt ze śmiechu nie umarł. Chcesz, bym się poświęcał dla narodu, który był tak durny, że się na to nabrał?

Dobry powód, by zabijać Artur Baniewicz

wtorek, 19 listopada 2013

O Ojczyźnie




W szkołach uczą, że nie ma niczego ważniejszego od ojczyzny. To znaczy: za naszych czasów uczyli. Bo teraz to już nawet nie wiem… A potem dorastasz i widzisz, że to jednokierunkowy układ. Że matka-ojczyzna ani nie kocha, ani się nawet nie interesuje. Że sprzeda takiego frajera za parę dolców pierwszemu z brzegu cudzoziemcowi.

Dobry powód, by zabijać Artur Baniewicz

poniedziałek, 18 listopada 2013

M jak miłość w bewupie*





Artur Baniewicz

Dobry powód, by zabijać

wydawnictwo: W.A.B. 2005

W październiku lekturą „obowiązkową”, w oddziale DKK do którego przynależę, była powieść Artura Baniewicza Dobry powód, by zabijać. Dotąd nie miałem do czynienia z prozą tego autora, lecz pozytywne opinie, jakie zebrały jego wcześniejsze powieści fantasy, dawały nadzieję na dobrą lekturę.

Pierwszym zgrzytem jest sama okładka, w moim odczuciu wyraźnie kiczowata i odwołująca się do niskich instynktów. Widzimy na niej zlepek dwóch lub trzech zdjęć ukazujących dwa elementy, które zawsze kojarzą się z dobrą sprzedażą, czyli broń palną symbolizującą przemoc oraz popiersie obnażonej kobiety w czymś w rodzaju ekstazy. Niestety, pani grafik (Magdalena Podgórska-Bartkiewicz) nie wykazała się odwagą i konsekwencją, i nie pokazała tego, co naprawdę kusi większość facetów, co sprawia, iż kalendarze wiszące we wszystkich warsztatach mechanicznych naszej sfery kulturowej wyglądają tak podobnie. Nie wspominam o wrażeniach, jakie taka grafika wywiera na potencjalnej czytelniczce.

Nico zniesmaczony okładką, przypominającą pierwszą stronę brukowca, rozpocząłem lekturę mając nadzieję, iż front to chwyt marketingowy, tani bo tani, ale niekoniecznie mający przełożenie na treść książki. W pierwszej chwili, gdy tylko zacząłem czytać, miałem wrażenie, iż trafiłem na prawdziwą perełkę. Polska baza wojskowa sił pokojowych w Turkmenii. Terroryści w okolicy. Grupa spiskowców wewnątrz bazy planująca kradzież amunicji i sprzedanie jej wrogowi. Ciekawy pomysł na powieść wypełniającą pustkę, jaką mamy w naszej literaturze. Brak bowiem dotąd dobrej prozy z pogranicza sensacji i wojny, której fabuła umiejscowiona byłaby w poperelowskiej polskiej rzeczywistości. Jak dotąd nie mamy wciąż w ogóle polskiej powieści wojennej, która mogłaby przebić fenomen Czterech Pancernych, choć od zmiany ustroju minęły już pokolenia.

Był taki moment, gdy myślałem, iż to jest to! Lecz to była tylko chwila. Fabuła okazała się mocno naciągana, wręcz nierealna. A styl…

No właśnie. Z tym to już naprawdę ciekawa sprawa. Gdyby losowo wyciąć niezbyt długie fragmenty z książki i rozdać ludziom do przeczytania, w co drugim pewnie przypadku wrażenia byłyby całkiem pozytywne. Kończą się jednak po złożeniu tych kawałków w całość. Chwile świetnie zapowiadającej się akcji są przerywane niekończącymi się refleksjami głównego bohatera, który jest zarazem narratorem. Ba, nie tylko rozmyślaniami, ale nawet dialogami. Mielenie jęzorem i tasiemcowe rozważania w czasie, gdy toczy się walka o życie, kojarzą mi się tylko z jednym – z brazilianą i innymi telenowelami. Nie wiem, czy autor kiedykolwiek był w prawdziwym wojsku, czy kiedykolwiek stoczył choćby zwykłą podwórkową walkę na serio. Ważne jest to, że wygląda z jego powieści, jakby takie doświadczenia były mu najzupełniej obce, a w dodatku, co jest jeszcze gorsze, jakby takie przejścia przekraczały możliwości jego wyobraźni. Tego się nawet nie da opisać, to trzeba samemu przeczytać.

Niestety, jak ukazał nasz (czyli klubowiczów DKK) przykład, tylko niewielu jest w stanie ukończyć tę lekturę. W naszym klubie sztuki tej dokonało trzydzieści procent śmiałków. Padały nawet propozycje, by recenzję z tego dzieła nazwać "Baniewicz do bani", lecz uważam, iż nie można oceniać pisarza po jednej powieści. Każdą książkę należy wartościować niezależnie od dotychczasowego dorobku autora. Z podpowiedzi tych więc nie skorzystałem.

O błędach merytorycznych, takich jak nierealne skutki użycia broni czy nieodróżnianie karabinu od karabinku, co jest tym samym dla powieści wojennej i sensacyjnej, czym nieodróżnianie marchewki od pietruszki dla literatury kulinarnej, nawet nie będę wspominał. Jakby tego wszystkiego było mało, autor czasami pisze w taki sposób, że trafia tylko do tych, co wiedzą, a i oni momentami się zastanawiają, co też artysta ma na myśli. Przykładem choćby bagnet, który w połączeniu z pochwą do niego tworzy swego rodzaju nożyce do cięcia drutu. Autor opisuje to w taki sposób, że każdy wiedzący zastanawia się, o czym on przynudza, a każdy, kto nie zna tego rozwiązania technicznego i tak nie zrozumie, gdyż zabrakło kluczowego zwrotu – tworzy nożyce. Jestem przekonany, a potwierdziłem to kilkoma testami na ludziach, iż na podstawie lektury tej powieści nikt nie dowie się, o co chodzi z tym bagnetem, drutami i pochwą. Kto wie, ten wie, a reszta niczego nie zrozumie. Takich kwiatków niestety jest kilka. Dalszych uchybień nie będę już wyłuszczał. To by nawet nie wyglądało na kopanie leżącego, a na bezczeszczenie zwłok.

Wielka szkoda, że wyszło jak wyszło. Był i dobry temat wojskowo-sensacyjny, i wątki erotyczno-miłosne, i niezły pomysł na fabułę, i sądząc po króciutkich fragmentach być może całkiem niezłe pióro. Nawet ocena realiów armii naszej obecnej (której to już) Rzeczpospolitej wydaje się dość celna i przekonująca. I wszystko na nic.

Ja osobiście nie odczuwam tej lektury jako straconego czasu, ale tylko dlatego, że uciekając od niej uruchamiałem wyobraźnię i zastanawiałem się, jak by to mogło wyglądać. Jakbym tworzył alternatywną powieść w głowie. Nie każdy jednak tak ma, co potwierdziły zdecydowanie negatywne wypowiedzi innych członków klubu.

Gdybym miał porównywać tę książkę Baniewicza do innej o podobnej tematyce, napisanej zresztą też przez polskiego fantastę, czyli do Żmii Sapkowskiego, musiałbym powiedzieć, że ta druga jest zdecydowanie lepsza, pomimo wszystkich tych krytycznych uwag, które wobec niej miałem, i które nadal podtrzymuję. Niech to posłuży za końcową ocenę


Wasz Andrew


* BWP - Bojowy Wóz Piechoty; pojazd bojowy stanowiący boczną gałąź drzewa ewolucyjnego opancerzonych transporterów piechoty, w którym, odwrotnie niż w klasycznym transporterze, większy nacisk położono na możliwości prowadzenia walki i wspierania piechoty ogniem, niż na transport piechoty . Dysponuje z reguły lepszym niż transporter opancerzeniem, cięższym uzbrojeniem i większą manewrowością, a także umożliwia prowadzenie ognia przez desant z wnętrza pojazdu.

W Polsce skrót używany również w znaczeniu zawężonym do polskiej wersji pochodzącego z ZSRR БМП (seria rozwojowa BWP produkcji radzieckiej), czyli do konkretnej konstrukcji. Oczywiście rozwinięcie nazwy sowieckiej brzmi Боевая машина пехоты , więc i w Polsce, i w Rosji, znaczenie skrótu można odczytać tylko z kontekstu – bez niego nie wiadomo, czy chodzi o typ (konkretną konstrukcję), czy o klasę pojazdów. W praktyce wystarczającym kontekstem jest pełna nazwa typu, np. BWP-1 czy БМП-2 to konkretne modele bojowych wozów piechoty. (przyp. A.V.)

niedziela, 17 listopada 2013

Marzenie dochodzeniowca




W powszechnym mniemaniu robota gliniarza opierała się na pościgach i rzucaniu podejrzanych na maskę. Ludzie nie rozumieli, że podstawą pracy funkcjonariusza była zwykła cierpliwość. Patterson zaś doskonale rozumiał i był to jeden z powodów, dla których Ambrose tak bardzo cenił swojego przełożonego. Jego szef nie wywierał na swoim zespole zbytniej presji, choćby góra żądała od niego natychmiastowych wyników. Dla Pattersona nawet zwłoki nie były najpilniejszą sprawą pod słońcem, bo uważał, że czasem warto poczekać – niektóre rzeczy po prostu dzieją się w swoim własnym rytmie.

Gorączka kości Val McDermid

sobota, 16 listopada 2013

Szkocja górą




Val McDermid

Gorączka kości

tytuł oryginału: Fever of the Bone
tłumaczenie: Kamil Lesiew
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2010

Nie pamiętam już nawet, jak się u mnie znalazła ta książka, tak długo leżała oczekując na moje zmiłowanie. Chyba nie byłem do niej specjalnie uprzedzony, choć z drugiej strony o wydawnictwie nie mam dobrego zdania, więc może podświadomie… Jak było, tak było, ale w końcu nadszedł ten dzień.


Val McDermid (ur. 4 czerwca 1955) jest szkocką pisarką specjalizującą się w powieściach kryminalnych. Napisała ich jak dotąd całkiem sporą liczbę, w tym trzy cykle powieściowe (z Lindsay Gordon, z Kate Brannigan oraz z parą głównych bohaterów Tonym Hillem i Carol Jordan). Gorączka kości jest szóstą powieścią tej ostatniej, uznawanej za najlepszą serii*.

Główne postacie cyklu to profiler Tony Hill i policjantka Carol Jordan z Bradfield, fikcyjnego miasta położonego gdzieś w Yorkshire, w północno-wschodniej Anglii. Niniejsza odsłona ich perypetii rozpoczyna się od odnalezienia w Worcester brutalnie okaleczonych zwłok czternastoletniej dziewczynki porzuconych na jednym z przydrożnych parkingów. Co i jak z tego wyniknie, nie będę Wam zdradzał, gdyż wyjątkowo nietuzinkowa fabuła jest jedną z wielkich zalet powieści. W rzeczy samej, już to wystarczyłoby, aby Gorączka kości stała się gratką dla miłośników gatunku.


No właśnie. Niewątpliwie mamy do czynienia z kryminałem. Wyspy okazały się bardzo urodzajnym miejscem i wydały nazwiska znane i uznane w tym kanonie, porównywalne nawet ze Skandynawią. I Irlandia, i Wyspy Brytyjskie mają swoje sławy, że wspomnę choćby takie nazwiska jak Ken Bruen, Denise Mina, Stuart MacBride czy David Peace. Val McDermid, choć jej proza nie jest aż tak noir, jak niektórych szkockich czy irlandzkich mistrzów, ma w sobie to coś, ten niepowtarzalny klimat, który można odczuć tylko w trakcie lektury powieści z Wysp.

Gorączka kości jest kryminałem prześwietnym, wręcz smakowitym, jeśli komuś nie przeszkadza zapach nieco skruszałego surowego mięsa, posmak krwi i kolor martwego ludzkiego ciała. Poza tworzeniem genialnej fabuły autorka w Gorączce kości pokazuje bowiem zdolność niezwykle plastycznego, obrazowego malowania słowem pejzaży i klimatu, scen i postaci, nastrojów i myśli, no i oczywiście miejsc zbrodni oraz zwłok. Czytelnik obdarzony wyobraźnią widzi i czuje to, co główne postacie powieści tak, jakby stał tuż obok albo wręcz siedział w ich głowach odbierając bodźce dostarczane przez ich zmysły. A to nie dla każdego może być miłe. Dla miłośników kryminału to jednak prawdziwa uczta.

Muszę również wspomnieć, co wydatnie podnosi moją ocenę, iż nie rzuciły mi się w oczy w trakcie lektury żadne błędy merytoryczne, które są plagą masowej produkcji powieściowej. Tutaj mamy profesjonalizm, piękny, potoczysty styl i wciągającą akcję sprawiającą, iż od książki odrywałem się z największą niechęcią. Do tego jeszcze bardzo przekonujące, skomplikowane konstrukcje psychiczne głównych postaci, na których widać dynamiczne oddziaływanie wydarzeń i czasu.

Jakby było mało tych peanów, muszę dodać, iż pisarka ukazała również głębokie tło społeczne swego kraju, w którego realiach, choć w fikcyjnym mieście, osadziła świat książki i rozgrywające się dramaty. Widzimy poważne problemy, z którymi zmagają się Anglosasi, jak choćby moda na ekonomiczne priorytety w działalności policji. Inna sprawa, że dla nas, Polaków, w porównaniu do naszej rzeczywistości, wydają się one nie problemami, a takimi tycimi, tycimi problemikami.

Wszystko powyżej brzmi jak ideał i Gorączka kości byłaby ideałem, w ramach swego gatunku oczywiście, gdyby nie jedno małe ale. Te okaleczone zwłoki. Właśnie dlatego, że autorka tak się przyłożyła do tła psychologicznego, drażni mnie to okaleczanie zwłok będące niczym innym jak tanim chwytem pod publiczkę. Wiadomo, że powieść, która zaczyna się znalezieniem „brutalnie okaleczonych zwłok nastolatki” w dzisiejszych czasach lepiej się wypromuje, niż powieść zaczynająca się ”tylko” znalezieniem zwłok nastolatki. Tak przy okazji – czy zwłoki mogą być okaleczone inaczej, niż brutalnie? Czy zabójstwo samo może nie być brutalne? To jednak tylko takie moje dygresje językowo – marketingowe. Wracając do meritum; sprawca metodyczny, o umyśle jak najwyraźniej ścisłym, ponadprzeciętnie pragmatyczny i inteligentny, działający według planu zoptymalizowanego na osiągnięcie celu, na pewno nie będzie podejmował wysiłków zwiększających ryzyko wpadki grożącej nie tylko odsiadką, ale co gorsze niewykonaniem priorytetowego zadania. A niestety właśnie owe okaleczenia, przytaczane we wszystkich reklamach i wszystkich recenzjach, okazują się absolutnie irracjonalne, gdy już poznamy rozwiązanie. Irracjonalne i zaskakująco sprzeczne z pozostałymi elementami modus operandi wynikającym konsekwentnie z celów i motywów sprawcy, oraz z jego charakteru i poziomu umysłowego. Wypływający z zemsty cel sprawcy nie ma bowiem w sobie niczego z symbolizmu, jest jak najbardziej konkretny, konsekwentnie realizowany i bezpośrednio z pragnienia zemsty wynikający, a okaleczenia nie mają z tym priorytetem niczego wspólnego. Ba, nawet profil psychologiczny seryjnego zabójcy sporządzony przez Tony’ego Hilla jest przekonujący tylko do momentu, gdy poznajemy rzeczywistego zbrodniarza; jego osobowość, cel i motywację. Potem okaleczanie zwłok jest niczym kolejny element układanki trzymany w ręce i absolutnie nie pasujący do leżącego na stole i ułożonego już w całości puzzla. Element, którego już nie ma gdzie dołożyć i widać, iż jest rodem z innego pudełka.

Na szczęście ta wpadka jest jedynym minusikiem powieści. Nie jest nawet łyżką dziegciu, gdyż nie zdołała zepsuć beczki dobrej rozrywki, jaką miłośnikom kryminału zafundowała Val McDermid. Czy książka będzie równie atrakcyjna dla wszystkich czytelników, również tych od kryminału stroniących? Nie potrafię powiedzieć. Myślę jednak, że dla zdecydowanej większości tak, więc polecam ją wszystkim, a miłośnikom psychologii, kryminalistyki i wszelkich pokrewnych dziedzin szczególnie gorąco


Wasz Andrew


* seria Tony Hill & Carol Jordan

  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn

piątek, 15 listopada 2013

The Incredible Power Of Concentration - Miyoko Shida

Dziś miała być recenzja z Gorączki kości, ale z powodu pisaniny związanej z plagiatami nic z tego nie wyszło. Dziś więc coś innego.

Zwykle nie wrzucam na swój blog filmików z YouTube. Pierwszy raz zdarzył się, gdy trafiłem na niesamowity wręcz pokaz, który w pełni oddawał znaczenie wyrażenia Showtime (zapraszam do obejrzenia). Dziś kolejny filmik. Trafił do mnie wczoraj niczym na zamówienie. Warto obejrzeć do samiutkiego końca. Puenta jest powalająca. No i zważcie na wiek tej mistrzyni...


czwartek, 14 listopada 2013

O plagiatach, ściąganiu i złodziejstwie



czyli o walce z wiatrakami

Zdając sobie sprawę, iż moje pióro jest dość oryginalne, miałem nadzieję, że dzięki temu, nawet jeśli z powodu tej cechy trudniej mi będzie zdobyć czytelników, uniknę przynajmniej plagiatów moich tekstów. Niedawno jednak złudzenia prysły i po raz kolejny dołączyłem do grona osób, których prawa autorskie zostały naruszone. W dniu 31 października jedna z czytelniczek mojego bloga, posiadająca konto w serwisie internetowym Miejskiej Biblioteki Publicznej (MBP) w Kielcach, powiadomiła mnie, iż użytkownik tej witryny ukrywający się pod pseudonimem Marafi dokonał plagiatu wielu recenzji z serwisu LubimyCzytać.pl, w tym dwóch mojego autorstwa, a dotyczących powieści Odwet i Niech się to nigdy nie kończy, które były publikowane nie tylko na tym blogu, ale w LC.

Dość długo zastanawiałem się, czy podejmować kroki na drodze karnej w tej sprawie i w międzyczasie zwróciłem się do MBP w Kielcach o dane osobowe Marafiego, bym mógł zawrzeć z nim ugodę, oraz o usunięcie naruszających prawo treści lub oznaczenie ich w sposób wskazujący na moje autorstwo. Pracowniczka MBP reprezentująca dyrektora tej instytucji ograniczyła się do poinformowania mnie, iż „badają i analizują” wpisy użytkownika Marafi. Odmówiła również podania rzeczywistych danych sprawcy plagiatu zasłaniając się obowiązkiem ochrony danych osobowych użytkowników biblioteki. Szkoda, że jako osoba tak obeznana z prawem nie wspomniała ani słowem o tym, iż właściciel serwisu odpowiada za zgodność z prawem treści umieszczanych w nim przez użytkowników. Szkoda, że zapomniała o tym, iż zgodnie z art. 302&2 KPK ma obowiązek niezwłocznie powiadomić policję lub prokuraturę o przestępstwie ściganym z urzędu, a nie „badać i analizować”. Szkoda, że zapomniała, iż od momentu, gdy zażądałem usunięcia sprzecznych z prawem treści na tej stronie, co było zgodne z art. 78 ust. 1 pr.aut., działała świadomie i bezprawnie, na moją szkodę, nie wykonując tego żądania.

Mimo wszystko, mając smutne doświadczenia (dwa razy umorzono sprawy bezprawnego wykorzystania zdjęć mojego autorstwa, a raz ciągano mnie, długo choć bezskutecznie, za bezprawne użycie cudzej własności intelektualnej, choć od początku okazywałem dowody na to, iż prawa takie posiadam), wciąż zwlekałem z zawiadomieniem organów ścigania. W międzyczasie jednak zajrzałem dogłębniej na stronę MBP w Kielcach i okazało się, iż instytucja ta już co najmniej od 18 października wiedziała o kradzieży cudzych tekstów przez użytkownika Marafi, gdyż już wtedy czytelniczka, która później się do mnie odezwała, dawała wyraz swemu oburzeniu w Księdze Gości MBP w Kielcach. Ponieważ do chwili obecnej, od 18 października, minęło już sporo czasu, które MBP mogła przeznaczyć na „badania i analizy”, a nadal łamie prawo upubliczniając moje teksty, w dniu dzisiejszym powiadomiłem o powyższym prokuraturę. Doszedłem do wniosku, iż nie mogę pozostać biernym wobec tak powszechnej i nagminnej patologii. Tym bardziej, iż jej sprawcy czują się jak widać absolutnie bezkarni a instytucje, które mają obowiązek podjąć wyraźnie określone przez prawo działania, zamiast tego „badają i analizują”. Jak uczy Zimbardo i psychologia społeczna ci, którzy są bierni wobec zła, nie są niewinni; są jego wspólnikami równie niezbędnymi do jego sukcesu jak bezpośredni sprawcy. Po wzięciu tego wszystkiego postanowiłem więc nie odpuszczać.

Jakie będą dalsze dzieje tej sprawy oczywiście na bieżąco opiszę. Realna jest groźba, i biorę to pod uwagę, że po raz kolejny przekonam się, iż prawa autorskie w Polsce są po to, być chronić bogatych, a nie mają takich praw zwykli ludzie. Mam jednak nadzieję, choć słabą i jakoś tak irracjonalną, gdyż sprzeczną z moim doświadczeniem osobistym i ogólnospołecznym, że jednak tym razem sprawcy zostaną ukarani, poszkodowani otrzymają zadośćuczynienie, a Polska będzie rosła w siłę i ludziom będzie się żyło dostatniej.


Wasz Andrew