Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Czarne






Christopher Whitcomb

Czarne

(oryg. Black)

Wydawnictwo Wołoszański 2006

Jakoś tak przypadkiem, podczas wizyty w bibliotece, przykolegowała się do mnie powieść Czarne Christophera Whitcomba. Już po kilku, może kilkunastu stronach zacząłem odczuwać coraz silniejsze wrażenie, iż albo ją czytałem, albo oglądałem film na jej podstawie nakręcony. Spojrzałem na notkę wydawcy, dalej niczego nie byłem pewny. Nie chciało mi się dociekać, więc przeczytałem powieść do końca i prawie do ostatniej chwili nie mogłem sobie przypomnieć jej epilogu. Po skończeniu lektury byłem już pewny, iż książkę musiałem przeczytać dawno temu, jeszcze przed tym, jak wpadłem na pomysł, by o każdej pisać recenzję. Zajrzałem do listy sprzed lat, którą przez pewien czas kiedyś prowadziłem i w której zapisywałem; co czytałem i jaką ocenę wystawiłem w tradycyjnej skali od 2 do 5. Wszystko mi się przypomniało.

Christopher Whitcomb, amerykański pisarz, spędził ponad 15 lat w FBI, gdzie brał udział w sprawach takich jak Waco Siege, LA Riots, i Ruby Ridge, które odbiły się głośnym echem nie tylko w USA. Zadebiutował książką Zimy strzał (Cold Zero: Inside the Hostage Rescue Team), w której wykorzystał swe wspomnienia ze służby w HRT. Lektura spodobała mi się na tyle, iż przeczytałem również jego następne produkcje Czarne (Black) i Białe (White). Z żadnej z nich nic już dziś nie pamiętam, co w pewnym sensie też jest jakąś oceną, choć przy wszystkich kiedyś, na gorąco, napisałem bdb. Dodam jeszcze, iż przypomniałem sobie, że debiut, może dlatego, że oparty na faktach, wypadł zdecydowane lepiej niż powieściowy tandem B&W.

Cóż dodać o samej powieści Czarne? Nie sugerujcie się absolutnie notkami, które znajdziecie na jej okładce lub na stronach dystrybutorów. Z niektórych nawet domniemywam, iż ich autorzy w ogóle nie czytali tej książki. Jest to pozornie wielowątkowa historia, której główne postacie to snajper HRT, kandydatka na fotel prezydencki USA, pewien ekscentryczny megabogacz i tajemnicza piękna kobieta. Pozornie, gdyż potem wszystko się ze sobą łączy. Od początku czujemy, iż mamy w ręku jak najbardziej klasyczną sensację, ale na czym polega intryga i jak się rozwinie nie będę Wam zdradzał. Byłoby to nie fair wobec przyszłych czytelników. Pióro Whitcomba nie jest złe, ale żadnego wkładu w rozwój literatury na pewno nie wniesie. Daleko mu pod tym względem nawet do takich klasyków gatunku, jak Ludlum z jego Bourne’m czy Morrell z jego bractwami, choć i oni raczej do literatury prawdziwie pięknej zaliczani nie są. Mocną stroną powieści jest to wszystko, co wiąże się z wątkiem snajpera i FBI HRT. Widać od razu, że facet wie o czym pisze. Niestety, pozostałe elementy nie są już tak przekonujące, podobnie jak całość fabuły. Bardzo ważki, realny i warty popularyzacji jest motyw wiodący na którym opiera się intryga, czyli spostrzeżenie, iż obecnie coraz więcej prywatnych dysponentów kapitału ma środki większe niż wszystkie państwa świata razem wzięte za wyjątkiem kilku największych. Jakie to rodzi reperkusje, gdy państwo stanie do walki z wielką firmą, nietrudno sobie wyobrazić i aż dziw, że politycy nadal bezkarnie szermują hasłami narodowymi i państwowymi, a ludzie w to wszystko wierzą. Niestety, niezbyt przekonująca intryga i naciągany epilog odbierają tej prawdziwej przecież tezie wiarygodność. Jakby tego było mało, aspekt namacalności realiów militarnych, który tygrysy lubią najbardziej, i który mógłby przyćmić inne niedostatki, jest osłabiany przez ewidentne błędy. Dotyczy to zresztą nie tylko warstwy sprzętowo-zbrojeniowej. Czy są te potknięcia winą tłumacza, czy autora, nie ma znaczenia, ale jak się czyta o karabinie UZI, o rzucaniu sobie wiecznych piór, o wyważaniu drzwi za pomocą granatów, to się można załamać. Kto choć trochę wie o obroni, ten komentując "karabin UZI" najpewniej użyje słów powszechnie uznawanych za wulgarne i obelżywe. Kto choć raz rzucił koledze wieczne pióro, ten wie, czym się taki eksperyment kończy i dlaczego lepiej robić to z długopisem. Kto miał do czynienia z granatem, lub choćby oglądał jakiś film dokumentalny na ten temat, ten nie będzie próbował go używać do wyważania drzwi. Szkoda, gdyż błędy te, wprost trywialne, niepotrzebnie ujmują wiele z punktów, które by książce można przyznać. Czytelnik mający dużą wiedzę o broni doceni miejsca, gdzie błędów nie ma, ale jak ma autorowi wierzyć ktoś, kto obycia w temacie nie ma, a i tak wyłapie błędy nawet dla niego zauważalne?

Pomimo tych wszystkich wad, można po tę książkę sięgnąć. Nie namawiam, by jej specjalnie szukać, ale pewnie jest w większości bibliotek, więc jeśli ją spotkacie, możecie spróbować. Nie ma żadnego ryzyka. Czy się Wam spodoba, czy nie, i tak ją pewnie doczytacie do końca, gdyż wciąga, zwłaszcza na początku, a potem pewnie i tak zapomnicie

Wasz Andrew

niedziela, 7 kwietnia 2013

Prawdziwy ból






"…wspomnienie bólu, obawa przed nim; zarówno pamięć o nim, jak i strach są tak żywe, że prawie niemożliwe do odróżnienia od prawdziwego bólu…"


Michael Cunningham Godziny 

Jeszcze nigdy nie spotkałem  w literaturze tak celnego sformułowania odczuć z prawdziwego bólu. Nie mogłem się powstrzymać przed zapisaniem...

sobota, 6 kwietnia 2013

Dwa światy






"Mężczyźni mogą składać sobie gratulacje z tego powodu, że z zaangażowaniem opisują prawdę o dziejach narodów, mogą uważać wojnę i poszukiwanie Boga za jedyne tematy, dla których jest miejsce w wielkiej literaturze, lecz gdyby nagle pozycja mężczyzn w świecie miała legnąć w gruzach z powodu nieodpowiedniego kapelusza, cała literatura angielska uległaby diametralnej zmianie."


Michael Cunningham Godziny 

piątek, 5 kwietnia 2013

Émile Zola "Rzym" - Spróchniała stolica katolicyzmu

Rzym

Émile Zola

Tytuł oryginału: Rome
Tłumaczenie: Hanna Szumańska - Grossowa, Irena Wieczorkiewicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 488



Niewiele jest krajów na świecie takich jak Francja, które zrodziły tak ogromną ilość wybitnych nazwisk, dokonujących tylu wiekopomnych działań w dziedzinie literatury. Spośród całej plejady gwiazd na firmamencie sławy, niejedno nazwisko błyszczy nadal zuchwale w swej wielkości, mimo, że czas płodzenia największych dzieł, czy w ogóle okres pobytu na ziemskim padole, dawno już przeminął. Do takowych klasyków, których twórczość zdaje się nigdy nie rdzewieć z całą pewnością zaliczyć można urodzonego w 1860 roku Émile’a Zolę. Ten syn włoskiego inżyniera, czołowy przedstawiciel francuskiego naturalizmu, wywarł ogromny wpływ na wielu XX-wiecznych pisarzy, zarówno europejskich jak i amerykańskich. Jego książki cieszyły się i nadal cieszą ogromną popularnością, chociaż miał z nimi niemało problemów – publikacji wielu jego dzieł towarzyszyły mniejsze lub większe skandale, a kilka tytułów trafiło nawet na Indeks Ksiąg Zakazanych. Zola znalazł się zatem w wielce znakomitym towarzystwie, m.in. Kopernika, Keplera, Galileusza, Kanta czy Woltera.
 

Sturmgeschütz III in action





Sturmgeschütz III in action


Bruce Culver
squadron/signal publications 1976
seria ARMOR No. 14


Jakiś czas temu pisałem o broszurze nr 20 z cyklu Armor wydawnictwa Squadron/Signal poświęconej z pozoru nieciekawemu tematowi radzieckiego czołgu T-34, która jednak okazała się bardzo interesującą i wartościową. Dziś dla odmiany numer 14 tej samej serii wydawniczej tratujący o sprzęcie pochodzącym z przeciwnej strony frontu – dziale pancernym (właściwie dziale szturmowym) Sturmgeschütz III.

Działa pancerne były typem uzbrojenia charakterystycznym dla II Wojny Światowej. Sturmgeschütz III (zwane także StuG III, Sd.Kfz 142) były produkowane i używane przez całą wojnę, przy czym oczywiście podlegały ciągłej ewolucji, przede wszystkim ze względu na konieczność montowania coraz silniejszego uzbrojenia i opancerzenia, które mogłoby sprostać gwałtownie rosnącym wymaganiom ówczesnego pola walki. Miały wiele zalet, z których głównymi były niższy koszt produkcji, niż czołgu na tym samym podwoziu, możliwość montażu potężniejszych dział oraz niska sylwetka. Oczywiście ceną za to był brak ruchomej wieży, przez co zmiana kierunku prowadzenia ognia wykraczająca poza niewielki kąt wymagała manewrowania całym pojazdem. Choć w dzisiejszej powszechnej świadomości dominującym pojazdem pola walki II Wojny był czołg, to jednak dla niemieckiej piechoty to właśnie działa szturmowe były gwarantem zwycięstwa. Doszło do tego, że piechurzy uważali, iż dopóki towarzyszą im Stugi, dopóty sytuacja nigdy nie będzie naprawdę zła. W obawie przed załamaniem morale nie można było wycofywać jednocześnie z linii frontu zbyt wielu dział szturmowych i takie czynności jak naprawy, obsługa techniczna czy uzupełnianie amunicji musiano organizować nie dla całych jednostek, ale partiami, tak by zawsze pewna widoczna dla piechoty ilość dział pancernych znajdowała się na pierwszej linii. Choć mit asów niemieckiej broni pancernej kojarzy się głównie z czołgiem Tygrys, jednak w rzeczywistości często to właśnie Stugi służyły do łatania dziur i posyłano je na najbardziej zagrożone odcinki frontu, po czym załogi dział szturmowych były odznaczane za bohaterstwo w walce i osiągnięcia.

W tej edycji In Action znajdziemy zwięzłe, ale treściwe omówienie rozwoju konstrukcji StuG III wraz z informacjami pozwalającymi odróżniać pojazdy pochodzące z kolejnych serii produkcyjnych. Bardzo mocną stroną wydania jest bogaty, jak na 50 stron, zestaw zdjęć i ilustracji. Co należy podkreślić, dobranych w sposób niosący jak najwięcej pojęcia o rzeczywistym duchu tej konstrukcji. Niestety, nie za wiele jest zdjęć dosłownie in action, więcej before lub post. Książeczkę z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, zwłaszcza modelarzom, miłośnikom broni pancernej i historii, choć nie tylko. Oczywiście dyskusyjna jest cena, za którą warto ją nabyć, a w bibliotece raczej się jej nie uświadczy. Niemniej, jeśli ktoś ma możliwość sięgnąć po tę lekturę, choćby dzięki znajomym lub rynkowi wtórnemu, naprawdę warto


Wasz Andrew




Zwróćcie uwagę na oryginalną wersję opowieści o Czterech pancernych i psie (kliknij aby powiększyć).

czwartek, 4 kwietnia 2013

Koniec śmierci






"Gdy wszyscy wreszcie umrzemy, zostanie tylko śmierć, a wtedy jej dni też będą policzone. Stanie na środku drogi, nie mając nic do roboty, nie mając nikogo do zabrania."


Cormac McCarthy Droga 

środa, 3 kwietnia 2013

wtorek, 2 kwietnia 2013

Godziny




Michael Cunningham

Godziny

(oryg. The Hours)
tłumaczenie: Maja Charkiewicz, Beata Gontar
Dom Wydawniczy REBIS 2003

Kiedy sięgałem po Godziny Michaela Cunninghama, znaną książkę znanego amerykańskiego pisarza, nie wiedziałem absolutnie, czego mam się spodziewać. Nie miałem dotąd styku z jego twórczością, a filmu nakręconego na podstawie tej powieści, również głośnego i uznanego, także nie oglądałem. Wiedziałem, że Godziny przyniosły autorowi sławę, Pulitzera i inne nagrody, ale to dalej niczego nie wkazywało. O ile literacki Nobel zawsze zdaje się gwarantować wysoki poziom, o tyle Pulitzer nie do końca zapewnia o genialności dzieła we wszystkich aspektach. Mam wrażenie, iż niejednokrotnie, jak w przypadku Drogi, pewne niedoróbki mogą być przemycone, jeśli na innych płaszczyznach rzecz jest wyjątkowo udana. To jednak tylko taka dygresja, mająca jakoś uzasadnić brak szczególnych, sprecyzowanych oczekiwań z mej strony, gdy siadałem do tej lektury.

Powieść Cunninghama jest wariacją na temat życia Wirginii Woolf, feministki oraz pisarki, której twórczość na stałe weszła do kanonu angielskiej literatury, a także jej powieści Pani Dalloway. Głównymi bohaterkami książki są trzy kobiety i tutaj kolejna refleksja. Jak możemy mieć w tym kraju nadzieję na rząd fachowców, na to, iż będzie lepiej, skoro redagowanie notek na okładki książek zleca się ludziom, którzy piszą, jakby powieści na oczy nie widzieli? W dodatku są te wymysły powielane bezkrytycznie nawet w tak znanych serwisach książkolubnych, jak LubimyCzytac.pl, gdzie również się dowiemy, iż… główne bohaterki są dwie. No ale wróćmy do samej książki.

Kim są główne postacie powieści i co je łączy, nie będę Wam zdradzał. Uprzedzam jednak, że trzeba Godziny czytać uważnie, by nie przegapić ważnych elementów układanki, jaką tworzą bohaterki oraz postacie mniej lub bardziej drugoplanowe i cała sieć niuansów w ich wzajemnych relacjach. Choć akcja prawie nie biegnie, są to tytułowe godziny, a nie dnie ani miesiące, to nawet przez chwilę nieuwagi, przez opuszczenie jednej strony, możemy stracić wiele.

Godziny to, jak się okazało, absolutnie nie moje klimaty. Nie moi bohaterowie, nie moje dylematy, nie mój świat. Te trzy panie, wokół których powieść głównie się kręci, tak dużo myślą o tym, co przeżywają, albo nawet tylko co przeżyć mogą, iż nie mają czasu na to, by żyć. Można śnić na jawie, być marzycielem i fantastą, chodzić po świecie z głową w chmurach, ale one nawet tym nie są, gdyż kiszą swe mózgi w kapuśniaku własnych, przyziemnych, przeżutych po sto razy pragnień i odczuć, byłych, teraźniejszych i tych, których nigdy nie będzie. Wybór kapelusza urasta do być albo nie być, a decyzja w sprawie dekoracji tortu, to prawdziwa grecka tragedia. To całkowicie mi obce, a jednak czytałem powieść z każdą stroną utwierdzając się w tym, iż tym razem Pulitzer był zasłużony.

Jakby tego było mało, tych babskich rozterek, jeszcze prawie wszystkie liczące się postacie powieści obdarzone są mniej lub bardziej homoseksualnymi preferencjami, a hetero są tylko tłem, jeśli nie wręcz wyjątkami. Mimo tego, muszę przyznać, iż Cunningham pokazał klasę. Wykreowanym przez niego indywidualnościom nie można zarzucić niczego, poza tym, iż mi się nie podobają. Są spójne, przekonujące i konsekwentne. Prawdziwa klasa. Autor pokazał się również jako świetny wszechstronny obserwator, począwszy od detali historycznych, materialnych, przez oddanie klimatu społecznego odmiennych sfer, czasów i krajów, aż po celne rysy psychologiczne kategorii, które przypisał swym postaciom. Pięknie ukazane są symbiotyczne wręcz korelacje między niektórymi z nich, a fizyczne wręcz odpychanie pomiędzy innymi, jak choćby nieuleczalny antagonizm między Mary i Clarissą (kto będzie czytał, zobaczy o co chodzi). Nawet autentycznie beznadziejną wstawkę z teoriami o bezpańskich psach ze strony 168, w świetle powyższego jestem gotów z góry uznać nie za wpadkę autora, a za celowy zabieg zbieżny z mentalnością bohaterek i sposobem widzenia przez nie świata. Nawet jeśli tak nie było, wyszło świetnie.

Mistrzowskie są przemyślenia i spostrzeżenia Cunninghama na temat bólu, choroby i umierania. Na temat tego, jak mogą zmienić człowieka i jego widzenie rzeczywistości. Szkoda co prawda, że pisarz pokazał tylko jedną z możliwych reakcji, iż nie ukazał również dla równowagi tych, którzy reagują odwrotnie, którzy pięknieją, stają się szlachetniejsi, radują każdym dniem i godziną, które im jeszcze pozostały. No, ale widocznie nie można mieć wszystkiego.

Ciekawe i pouczające są refleksje na temat różnic między kobietami a mężczyznami, sensu istnienia i priorytetów w życiu oraz literaturze. To naprawdę trzeba samemu przeczytać, gdyż każdy odbierze je nieco inaczej, zależnie od udziału męskich lub żeńskich, racjonalnych lub intuicyjnych, takich lub innych, pierwiastków w jego naturze.

Reasumując mogę powiedzieć, iż choć nie dla każdego będzie to książka łatwa, na pewno warta jest poznania. Nie da nam wiedzy o świecie, polityce, władzy czy miłości, ani też lekkiej rozrywki, ale pozwoli nam spojrzeć na świat oczami innych, bardzo różnych od większości z nas, którzy jednak również wśród nas się zdarzają, i zrozumieć dlaczego czasami ludzie żyją i myślą inaczej niż my sami

Wasz Andrew