Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 23 września 2012

Gorący zwolennik eutanazji

Plakat spektaklu Szyc 

Klinika dobrej śmierci

Jacek Getner


Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: 1 h 15 min.







Natrętny szmer głosów, przypominający bzyczenie pszczół, wśród których próżno nasłuchiwać języka polskiego. Chwila wyczekiwania na wygodnym fotelu z wysłużonym, zielonym, ale nadal miękkim obiciem. Kilka minut poświęconych kontemplacji ścian oklejonych klimatycznymi plakatami w stylu retro, kilka kursów kelnerów, przecinających szybko rzeczywistość wypełnioną oczekiwaniem i nareszcie wrota do piwnic Klazmer Hois, w których mieści się Teatr BARAKAH zostają odsłonięte. Przedstawienie czas zacząć!

Witamy w klinice dobrej śmierci, w której lekko i przyjemnie zdejmujemy z ludzi niepotrzebny bagaż życia. Czy jest już Pani zarejestrowana? Proszę usiąść i poczekać na swoją kolej!

Swoją kwestię w kółko i w kółko, niczym automat, którym zresztą jest, powtarza Mechaniczna Siostra. Pielęgniarka ubrana w różową sukienkę w motywy kwiatowe, nosząca na swych nogach czarne, wysokie kozaki, z rażąco różowymi włosami, posiadająca niepokojąco męskie rysy twarzy, robi na widzach-pacjentach piorunujące wrażenie.

Ordynator w konwersacji z Dziennikarzem - foto by Paweł Topolski [http://www.teatrbarakah.com]
Klinika Dobrej Śmierci to w pełni profesjonalny ośrodek, w którym fachowa obsługa w sposób lekki i przyjemny dokona na nas zabiegu, uwalniając nas tym samym od trosk doczesności, które przygniatają w końcu każdego człowieka. Szefem kliniki jest fanatyczny Ordynator, który zbawienie doczesnego świata dostrzega właśnie w eutanazji.

Pacjentami kliniki są różnoracy ludzie. Trafi się wśród nich Producent Filmowy po wylewie, któremu nie wyszło kilka filmów. To żona zdecydowała się wysłać go na zabieg. Ofiarą ośrodka padnie również obawiająca się swojej synowej Starsza Pani, zadeklarowana przeciwniczka eutanazji, która w klinice upatruje zakamuflowanej drogi prowadzącej na Wyspę Spokojnej Starości. O motywach swojego wyboru opowie nam również szpakowaty, kulejący Mężczyzna, który kilka lat wcześniej na dobre utracił kontakt ze swoją jedyną córką. Wszyscy są typowymi pacjentami, których bardzo lubi ekscentryczny Ordynator, pragnąc zapewnić im godziwe pożegnanie się z doczesną egzystencją. Problemy z doproszeniem się zabiegu będzie za to miała Młoda Kobieta, która postanowiła o wykonaniu eutanazji na swoim sparaliżowanym mężu. Ordynator w sposób dość wyraźny i zdecydowany wyjaśni, że jego ośrodek nie zajmuje się wykonywaniem wyroków śmierci, karaniem, a jedynie przeprowadza zabiegi. Kara śmierci to echa czasów dawnych, spowitych przez mroki ciemnoty umysłowej i głupoty ludzkiej, to symbol ery barbarzyństwa, którą ludzkość ma już na szczęście dawno za sobą, a do której to absolutnie nie wypada wracać naszej szlachetnej oraz rozwiniętej cywilizacji.

Spektakl to znakomita groteska, gęsto i często łatana absurdem. W rzeczywistości, do tworzenia której zostajemy zaproszeni, zabieg eutanazji jest już prawnie dozwolony, stąd właśnie legalna, ale wciąż budząca ogromne kontrowersje, działalność kliniki. Cały czas opinia publiczna próbuje poznać powody, dla których ludzie poddają się zabiegowi, stąd też wizyta Dziennikarza, gorącego zwolennika eutanazji, który na polecenie swojego Naczelnego ma przeprowadzić wywiady z pacjentami kliniki i dowiedzieć się, co kieruje ich na drugi brzeg rzeki życia. To nieco zadufany w sobie młody człowiek, szczęśliwy, jak mu się przynajmniej wydaje, mąż oraz ojciec trójki niekoniecznie do niego podobnych dzieci, wieszczący filozofię absolutnej, by nie rzec skrajnej, poprawności politycznej, w imię której każdemu człowiekowi przysługuje prawo wyboru, dotyczące również sposobu, formy oraz daty swojej śmierci. Dopiero interakcja, w którą wejdzie ze Starszą Panią pozwoli mu chociaż na chwilę popatrzyć na rzeczywistość bez klapek na oczach i przekonać się, że większość pacjentów, decydująca się na zabieg, to nie tyle ludzie schorowani fizycznie, co osoby samotne, czujące się niepotrzebne, odrzucone, pozbawione miłości, ofiary, jak to trafnie ujął Tadeusz Różewicz, znieczulicy społecznej. Na kwestię eutanazji inaczej patrzy Szalony Ordynator. Hołduje on idei, że śmierć człowieka następuje już w momencie, gdy znikają chęci do życia. Dalsza egzystencja takiego osobnika jest już tylko niepotrzebną męczarnią, smutną wegetacją, która przedłużana w nieskończoność staje się nieludzkim okrucieństwem. Wydaje się jednak, że założenia myśli przewodniej Ordynatora oparte są na błędnych przesłaniach – myli on mianowicie przyczyny ze skutkami. Co prawda trafnie diagnozuje, że ludzie zdrowi fizycznie, mogą posiadać poważnie schorowaną psychikę, ale wyciągając do nich pomocną dłoń, potrafi im jedynie zaoferować śmierć.

Obsada spektaklu - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Akcja spektaklu jest dość przewrotna, bowiem w pewnym momencie, ku zgrozie Żurnalisty, okazuje się, że został on wybrany do roli Chrystusa eutanazji. W końcu wiek 33 lat to znakomity okres to umierania za ideę. Ordynator, by w pełni przekonać świat do celowości prowadzonych przez siebie zabiegów potrzebuje męczennika, który udowodni, że eutanazja to w dzisiejszym świecie rzecz niezbędna, umożliwiająca skuteczną oraz ostateczną walkę z wszelakimi formami nieszczęścia. Dziennikarz mamiony jest wizją wielkości, którą jedna może zapewnić mu jedynie śmierć. Pozagrobowa chwała, literackie nagrody za tekst poświęcony eutanazji, mienią się jednak bardzo kusząco. Na co zdecyduje się żądny sławy Dziennikarz? O tym musicie przekonać się już sami.

Warto być może dodać, że Klinika dobrej śmierci w reżyserii Any Nowickiej została wyróżniona na XV Ogólnopolskim Konkursie na Wystawie Polskiej Sztuki Współczesnej. Ponadto tekst Jacka Getnera, na którym oparty jest spektakl okazał się najlepszy w Ogólnopolskim Konkursie TOPORNIADA, upamiętniającym twórczość pisarza Rolanda Topora. Topor to francuski surrealista, którego teksty przesycone są groteską oraz czarnym humorem  (by lepiej poznać styl artysty, zachęcam do lektury recenzji Pamiętnika starego pierdoły oraz Chimerycznego lokatora, autorstwa blogerki Miqa) – żadnej z tych cech nie można odmówić Klinice.

Reasumując, trwający nieco ponad godzinę spektakl wystawiony przez Teatr BARAKAH to znakomity sposób na spędzenie wolnego wieczoru na urokliwym Kazimierzu. Klinika dobrej śmierci, w której rzeczywistość wydaje się rzeczą dość kruchą i ulotną, pokazuje być może wcale nieodległą przyszłość, w której ludzkość, w kwestii wolności osobistej, poszła o ciut za daleko. Wykonując ten jeden dodatkowy krok, zapomniała równocześnie o tym, czego człowiek w swoim życiu potrzebuje najbardziej – ludzkich uczuć, zainteresowania bliźniego, miłości, ciepła, czy zwykłej troski oraz ciekawości o losy drugiego człowieka.

Na koniec wspomnieć można jeszcze o fantastycznej grze aktorów. Genialny oraz niezwykle ekspresywny Jan Mancewicz w roli Ordynatora, znakomicie oddająca zagubienie oraz rozterki Dziennikarza, reżyserka spektaklu oraz założycielka teatru, Ana Nowicka, Krzysztof Prystupa tworzący niezapomnianą kreację obu Mechanicznych Pielęgniarek, uzupełnieni o znaną mi z Szyca Monikę Kufel, Małgorzatę Brożonowicz-Sienkiewicz oraz Franciszka Mułę, stworzyli razem świetny i zgrany zespół, potrafiący nawiązać nić porozumienia z publicznością.

Klinika dobrej śmierci to kawał dobrej roboty, która w pędzącym świecie postępu nakazuje na chwilę przystanąć i poświęcić się chwili refleksji – być może warto rozważyć pytanie, czy człowiek rzeczywiście powinien zostać Panem Losu, mogącym w pełni decydować o cudzej i własnej śmierci.

Zdjęcia autorstwa Doroty Czarneckiej pochodzą ze strony www.teatrbarakah.com

piątek, 21 września 2012

Człowieczeństwo


Mówiąc wprost, ludzie, którzy nie potrafili odzywać się do siebie po ludzku, negowali tym samym swoją równość.

William Styron (z książki Wybór Zofii)

czwartek, 20 września 2012

Trzy boginie Kazimierza

Mojry 

Mojry

Marek Soból


Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Archipelagi
Liczba stron: 228
 
 
 
 
 
W środowisku czytelniczym żyje dość żywe przekonanie, że współczesna polska proza praktycznie nie istnieje. Wielu zżyma się i zrzędzi, że obecnie pisarze z Kraju znad Wisły nie mogą zaproponować niczego, co chociaż przez chwilę mogłoby przykuć uwagę, a na kolejnego Lema, Gombrowicza, czy choćby Bachdaja przyjdzie nam jeszcze długo poczekać. Osobiście uważam takie oraz podobne opinie za wielce krzywdzące, bowiem moim zdaniem młoda polska twórczość ma się całkiem dobrze. Wydaje mi się, że najlepszym sposobem, aby się o tym przekonać, jest sięgnięcie po jedną z lektur, które proponuje nam Wydawnictwo A.B. w swojej serii Archipelagi. Ja skusiłem się niedawno na Mojry autorstwa Marka Sobola i dziś chciałbym nieco przybliżyć tę pozycję oraz sylwetkę pisarza.

Matematyka i jednooki



Idzie sobie ślepy na jedno oko, a na chodniku leży kupa.
Pytanie: ile kup na chodniku widzi ślepy na jedno oko?
Odpowiedz: widzi dwie kupy.
Uzasadnienie: przez jedno oko widzi g.... , a przez drugie oko g.... widzi.

środa, 19 września 2012

"Stowarzyszenie Umarłych Poetów" Nancy H. Kleinbaum


Nancy H. Kleinbaum 

Stowarzyszenie umarłych poetów

(oryg. Dead Poets Society)

Tłumaczenie: Paweł LaskowiczDom Wydawniczy Rebis 2012

Seria: Salamandra



Wiele jest filmów zrobionych na podstawie książek i prawie zawsze lektura okazuje się większym przeżyciem niż seans. Książki napisane na podstawie filmów są wyjątkami od reguły i do tej właśnie kategorii należy Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Film w reżyserii Petera Weria z roku 1989 okazał się wielkim wydarzeniem, a genialna główna rola nauczyciela języka angielskiego, której odtwórcą był Robin Williams, przeszła do najlepszych w historii kina. Na podstawie scenariusza tego kultowego obrazu, którego twórcą jest Tom Schulman, Nancy Horowitz Kleinbaum napisała powieść pod tym samym tytułem.





Jeśli to możliwe, by ktoś jeszcze nie oglądał filmu, wspomnę, iż osią fabuły jest historia o inspirującym młodzież pedagogu. Całość jest osadzona w realiach amerykańskiej prywatnej szkoły tylko dla chłopców z końca lat pięćdziesiątych. Szkoły o bardzo surowej regule i skostniałych schematach nauczania, będącej symbolem ograniczeń wynikających ze stetryczałej tradycji. Co wyniknie ze zderzenia prądów wniesionych przez pełnego pasji nauczyciela wirtuoza z mieliznami konwenansów, oportunizmu i ludzkiej małości nie będę zdradzał. Na wypadek, gdyby naprawdę ktoś jeszcze nie wiedział co dalej.

Tematyka aktualna jak zawsze. Pomimo mijających dziesięcioleci wciąż musimy wybierać między ekspresją własnej indywidualności i możliwością poniesienia konsekwencji wyłamania się z tłuszczy, a zgodą na stłamszenie naszej osobowości za cenę świętego spokoju i doraźnych korzyści. Dlatego, między innymi, jest to pozycja kultowa i odkrywają ją dla siebie wciąż nowe pokolenia. Tyle o filmie. A książka? Kto oglądał film, przeczyta powieść z przyjemnością, ale bez ekscytacji. Niczego nowego nie znajdzie, choć i zarzucić wersji do czytania niczego nie można. W drugą stronę będzie lepiej, gdyż Stowarzyszenie Umarłych Poetów to jeden z nieprzemijających kamieni milowych w historii kina*. Obraz, którego nigdy się nie zapomina, o czym z pełnym przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew


* Oscar 1990 za najlepszy scenariusz oryginalny dla Toma Schulmana, liczne nominacje i inne nagrody

Stowarzyszenie Umarłych Poetów [Nancy H. Kleinbaum]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 18 września 2012

Nomenklatura


- Dlaczego huragany nazywane są imionami kobiet?
- Bo najpierw są ciepłe i wilgotne, a potem zabierają dom i samochód!

Ryba uwięziona na Cejlonie

Ryba-Skorpion 

Ryba-Skorpion

Nicolas Bouvier

Tytuł oryginału: Le poisson-scorpion
Tłumaczenie: Andrzej Frybes
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 144
 
 



Nicolas Bouvier, urodzony w 1929 roku, to szwajcarski pisarz i podróżnik. W drodze był już od najmłodszych lat, zwiedzając początkowo różne zakątki Europy. W czerwcu 1953, Bouvier wraz ze swoim przyjacielem Thierrym Vernetem wyruszył do Jugosławii. W dalszej kolejności przyszła pora na Turcję, Iran oraz Pakistan. Na Przełęczy Chajberskiej Vernet opuścił swojego przyjaciela i od tego momentu Bouvier podróżuje sam. W roku 1955, poprzez Afganistan, Pakistan oraz Indie, Szwajcar trafił na Cejlon, gdzie spędza niemal 2 lata, zanim uda mu się wyrwać z przeklętej, jak się później okaże, wyspy.

Cejlon, często określany mianem szmaragdu na szyi subkontynentu oraz Arkadią wiktoriańskich podróży poślubnych to druga największa wyspa Oceanu Indyjskiego. Panuje tu klimat zwrotnikowy monsunowy. Ze względu na bezpośrednio sąsiedztwo równika, dominuje tu nieznośny upał – Cejlon to królestwo słońca, które około szóstej rano wzbija się nad horyzont jak ognisty pocisk i rozlewa po wyblakłym, zamglonym niebie. Wszędzie widać podstępne oko tego cyklopa odbijające się w oparach i wyziewach, które wysysa z miasta. Podczas nie kończącego się dnia przygniata swoim ciężarem rośliny, ludzi, myśli, każąc im dojrzewać i gnić w szalonym tempie, i zatruwa nas jak podły absynt, zanim dymiąc zanurzy się w morzu pośród rozpasanych, winnych czerwieni, które zresztą gasi w pośpiechu i zabiera ze sobą.

Pobyt na Cejlonie oraz wszelkie związane z tym udręki, Bouvier opisał w książce Ryba-Skorpion, z której to właśnie pochodzi powyższy cytat na temat słońca. Młody podówczas podróżnik postanowił nieco wypocząć po trudach dotychczasowej podróży. Bouvier przejął pokój (sto siedemnasty odkąd wyruszył ze Szwajcarii, jak sam wyliczył) w jednym z hoteli na południu wyspy, w którym do tej pory mieszkali jego znajomi. Regeneracja nie w pełni się jednak udała – Bouvier nabawił się tyfusu, a dodatkowo problemy finansowe przesądziły o konieczności dłuższego pobytu na wyspie.

Ryba-Skorpion to bardzo swoisty i nietypowy dziennik podróżny, bo napisany z perspektywy 20 lat, które upłynęły, nim pisarz zdecydował się przelać na papier towarzyszące mu na Cejlonie uczucia. Narrator książki, zamiast, jak moglibyśmy tego oczekiwać, snucia wspomnień na temat uroków czy zabytków Cejlonu, prowadzi bardziej rejestr dnia codziennego: wspomnienia rzeczywiste przeplatają się tutaj z ułudą i magią, a wszystko podane jest w zalewie filozoficzno-dygresyjnej, ponadto wszędobylski oraz bezlitosny upał sprawiają, że atmosfera klei się wręcz od lenistwa, które wynika bardziej z niemocy, letargu.

Książka Ryba-Skorpion zapozna nas ze stanami ducha młodego podróżnika, któremu nie raz, nie dwa przychodziła do głowy natrętna myśl, pytająca, po co właściwie to wszystko. Autor wprowadzi nas w nieco depresyjne stany, przez które dane mu było przejść. Cejlon jawi się tutaj nie jako rajska wyspa, a bardziej jako więzienie codzienności i rutyny, od których nie ma ucieczki. Bouvier serwuje znakomite studium zarówno ludzkiej społeczności zamieszkującej wyspę, wśród której znajdziemy przedstawicieli Tamilów, Maurów oraz ludu Wedda jak również niezwykłe obserwacje dotyczące świata owadów. Dla pogrążonego w samotności Szwajcara, który nie był w stanie złapać bliższego kontaktu z żadnym z autochtonów, towarzyszami niedoli stały się mrówki, żuki, termity oraz inne robaczki. Autor z szacunkiem opisuje świat zwierząt, studiuje dokładnie ich zachowania oraz zwyczaje. Na szczególny szacunek zasługuje malowniczy opis bitwy, jaka rozegrała się pomiędzy mrówkami a termitami, które odbywały swoje loty godowe. Wydaje się, że jedynie człowiek skrajnie samotny mógł tak żywo i precyzyjnie przedstawić świat owadów, w którym egzystencja na co dzień toczy się w sposób niezauważalny dla zwykłego zjadacza chleba.

Narracja, przypomina momentami błądzenie w oparach obłędu. Wspomnienia mają ten charakter, być może ze względu na chorobę, która męczyła wówczas Bouviera. Smaku dodają także snute opowieści na temat czarów i magii, które są niemal powszechne na Cejlonie (doświadczył jej także sam Bouvier – w końcu pomoc ducha zmarłego zakonnika w redagowaniu artykułu z pewnością nie należy do rzeczy pospolitych). Dowiadujemy się, że praktycznie każdy mieszkaniec styka się regularnie z białą lub czarną magią, okazuje się, że porachunki, akty zemsty, itp., zdecydowanie częściej załatwia się za pomocą magicznych sił, dżinów, czy demonów niż przy użyciu słów czy przemocy fizycznej. Grozą wieje szczególnie, gdy autor raczy nas nastrojowym opisem wioski M..., która uchodzi za źródło wszelkich nieszczęśliwych wypadków.

W swojej prozie Brouvier nie skąpi również filozoficznych dygresji. Podróż na Daleki Wschód pozwala krytycznych okiem spojrzeć na dotychczasowy dorobek Cywilizacji Zachodu, z której to zresztą Szwajcar pragnął zerwać, czego definitywnym symbolem zdaje się być list od byłej ukochanej (spod znaku Skorpiona; jeśli dodamy, że Bouvier to zodiakalna Ryba to mamy przynajmniej jedno odniesienie do tytułu książki, reszty poszukajcie sami), zawiadamiający o zawartym związku małżeńskim. Zachodniej kulturze dostaje się m.in. za uzurpowanie sobie prawa do uważania się za centrum planety oraz postrzegania pozostałych regionów świata w kategoriach uboższych intelektualnie przedmieść, które wypada darzyć jedynie pogardą, ewentualnie od czasu do czasu nazwać jakoś krainy, gdzie owe zaścianki się znajdują. Bouvier redefiniuje także tradycyjnie rozumiane pojęcie postępu, które na Zachodzie mierzone jest miarą udogodnień, jakie dany wynalazek przynosi strudzonej ludzkości. Wg Bouviera przedmiotem oraz podmiotem postępu jest człowiek, a istota rozwoju winna bardziej skupiać się na dążeniu do duchowej doskonałości – mechanistyczne oraz utylitarne podejście zaślepia i zubaża Zachód począwszy od Archimedesa i Leonarda. Kontynuując jeszcze krytykę europejskich wymysłów, dodać należy, że szwajcarski podróżnik zręcznie wypunktował ideał tzw. życia w harmonii z naturą. Brouvier udowadnia, że to fanaberia filozofów, by nie rzec obraźliwiej, bajkopisarzy z Północy, gdzie przyroda jest o wiele bardziej spokojna, poddańcza, spętana. Cejlon, a ogólniej, strefa podzwrotnikowa, to zupełnie inna rzeczywistość – niezwykła bujność, obfitość, wola życia wszelkich organizmów aż przytłacza. Gdybyśmy się chociaż na chwilę zapomnieli w całej tej zielonej klatce i zbyt intensywnie poddali się kontemplacji cudów przyrody, mogłoby dojść do tego, że zostalibyśmy przez nią żywcem pożarci.

Patrząc na grubość Ryby-Skorpiona dziwić może nieco skromna objętość całej książki. Zastanawiające jest, że tyle czasu spędzonego na Cejlonie obrodziło raptem w te kilkadziesiąt stron. Śmiesznym wydaje się fakt, że napisanie tak małej liczby arkuszy kosztowało tyle wysiłku, a przy dziele tym wylało się tyle hektolitrów potu. Zaskakuje równocześnie bogactwo treści, które zawarto na tym niewielkim polu. Wydaje się, że umysł Brouviera wciąż był przygwożdżony upałem, a każde słowo było dokładnie ważone w myślach, zanim podjęto tytaniczny wysiłek by przelać je na papier.

Podsumowując, Ryba-Skorpion to kawał dobrej prozy, która pod płaszczykiem podróżnego dziennika, skrywa zdecydowanie głębsze treści. Reminiscencje dotyczące pobytu na Cejlonie stają się dla Bouviera pretekstem do wędrówki w zakamarki własnej psychiki. Szwajcar, udowadnia swoim piórem, że studiując obce kultury, badając nieznane nam obyczaje, wcielając się w rolę widza, obserwatora cudzej codzienności, jak na patelni zaczynamy dostrzegać siebie oraz swoje życie. Słowem, okazuje się, że prawdziwa podróż odbywa się w głąb nas samych.

P.S.
Na zakończenie piękna i mądra sentencja Bouviera na temat istoty włóczenia się po świecie: A journey does not need reasons. Before long, it proves to be reason enough in itself. One thinks that one is going to make a journey, yet soon it is the journey that makes or unmakes you.

P.S.2
Pozycja do nabycia w Matrasie za piątaka.

poniedziałek, 17 września 2012

"Nowy wspaniały świat" Aldous Huxley



Aldous Huxley
Nowy wspaniały świat
(oryg. Brave new world)

Przekład i posłowie Bogdan Baran

Wydawnictwo Literackie Kraków 1988

Seria: Fantastyka i Groza

Po Nowy wspaniały świat, autorstwa nieżyjącego już Aldousa Huxleya, sięgnąłem dzięki konkursowi Skody i serwisu LubimyCzytać.pl Czytam, bo wiem co dobre!. Wiele było wartościowych lektur do wyboru, lecz wybrałem tę, o której wiedziałem najmniej. I był to strzał w dziesiątkę!


Rzecz dzieje się w XXVI wieku. Ludzkość, której kolejne pokolenia są produkowane i warunkowane w wielkich fabrykach, osiągnęła stan permanentnej szczęśliwości; bez wojen i głodu, bez starości, bez strachu przed śmiercią i troski o jutro. Bez zawiedzionych miłości nawet. Każdy ma wszystko, czego pożąda i nikt nie pożąda niczego, czego mieć nie może. Jedynie w najodleglejszych, niewartych ucywilizowania zakątkach świata, rezerwatach odgrodzonych drutami pod wysokim napięciem, żyją relikty dawnego świata trapione chorobami, religią i głodem.

Elementem łączącym obie rzeczywistości i umożliwiającym ich dynamiczne zderzenie jest zakończona nieszczęśliwym wypadkiem podróż jednej z obywatelek Nowego Świata do Rezerwatu. Tam, uwięziona przez długie lata, rodzi syna, a gdy ten dorasta, oboje wracają do cywilizacji. Fabuła, wzbogacona również o kilka innych wątków, ma jednak tylko wprowadzić nas w cudowny świat przyszłości.

Od powieści Huxleya po prostu nie sposób się oderwać. Wciąga jak żadna inna, a myśli, które prowokuje, nie dają zasnąć. Czyta się ją jakby napisana została wczoraj i aż się wierzyć nie chce, że powstała w 1931 roku. Wydaje się nawet, iż z każdym mijającym dziesięcioleciem nabiera większej aktualności.

Nowy wspaniały świat, klasyfikowany jako antyutopia, w sferze przekazywanych treści i pytań przypomina cebulę. Można obierać warstwa po warstwie, by pod spodem znajdować kolejne, jeszcze świeższe. I podobnie jak cebula, może wywołać płać, lecz nie z oczu, a duszy.

Powieść absolutnie genialna i aktualna. Warta polecenia każdemu, kto nie boi się samodzielnie myśleć; podważać prawdy i wartości uznawane za niepodważalne, zastanowić się nad odwiecznymi sprzecznościami tkwiącymi w człowieku; w jego działaniach i marzeniach. W człowieku jako jednostce będącej niepowtarzalną, ale zarazem społeczną. Pragnącą wolności, a zarazem stabilności, różnorodności, a zarazem jedności. W kategorii książki zmuszającej do myślenia Nowy wspaniały świat to absolutny numer jeden ze względu na wagę, wielość i ponadczasowość poruszanych problemów, a także na styl, który sprawia, iż lektura wciąga i nie puszcza.

Miałem szczęście, iż trafiło mi się wydanie z roku 1988 opatrzone ówczesnym posłowiem, które przez swą ewidentnie widoczną dziś nieaktualność, ukazuje rzeczywistą ponadczasowość samej powieści. Kiedy uświadomimy sobie realia okresu, w którym posłowie powstało, czyli ostatnie tchnienie realnego socjalizmu, zobaczymy to, co zawsze podkreślam: większość społeczeństwa ma (oczywiście w indywidualnie zróżnicowanym stopniu) mózgi zorane indoktrynacją wszelkiego rodzaju: związków wyznaniowych, polityczną, marketingową. Widać to jako jedną z tez w Nowym świecie, a dowodem właśnie owo posłowie. Jego autor nie potrafił wyrwać się z mentalnych okowów swoich czasów i dlatego widać dziś jego nieadekwatność do naszych dzisiejszych realiów. Jednocześnie, jeśli ponownie wspomnimy szokującą datę powstania dzieła – 1931 - widzimy tchnienie geniuszu. Zauważyć należy też wielkość krytyków lat międzywojennych, którzy już wtedy powieść Huxleya zauważyli. My, bogatsi o doświadczenia faszyzmu i komunizmu, a przede wszystkim obserwujący nieustanne zmierzanie społeczeństw Zachodu w kierunku Społeczeństwa Dostatku i Szczęśliwości, tym bardziej powinniśmy docenić tą powieść i po raz kolejny odkryć wielkość Aldousa Huxleya. Choć drogi, którymi podąża nasz dzień dzisiejszy wydają się na pozór odległe od tych, które doprowadziły do powstania Nowego wspaniałego świata, to gdy patrzę na coraz większą liczbę wytworów ery totalnego marketingu, czyli ludzi, którzy mają czas tylko na pracę i reklamowane rozrywki, bez chwili na refleksję, zastanowienie, czy nawet własny sposób na wolny czas, ba - nawet bez chwili dla własnych dzieci, to myślę, że z każdym dziesięcioleciem Nowy wspaniały świat będzie książką jeszcze bardziej wartościową i niestety coraz bardziej aktualną. Chyba, że kiedyś znajdzie się na indeksie. 


Wasz Andrew

Nowy wspaniały świat [Aldous Huxley]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE