Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 25 kwietnia 2012

Jądro ciemności w południowoamerykańskim wydaniu


Okładka książki Marzenie Celta

Marzenie Celta

Mario V. Llosa


Tytuł oryginału: El sueno del Celta
Tłumaczenie: Marzena Chrobak
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 472
 
 
Mariano Vargas Llosa w wywiadzie dla Newsweeka z października 2011 roku wyznał, że chociaż jeszcze niedawno kandydował w wyborach prezydenckich, to jednak nie nadaje się na polityka. Wg własnej opinii brak mu bezwzględnego zacięcia w dążeniu do postawionego sobie celu. Należy dziękować Bogu, że peruwiański pisarz, laureat nagrody Nobla, doszedł do tego wniosku, dzięki czemu nie będzie zaniedbywać tego, w czym jest zdecydowanie najlepszy – w tworzeniu nowych, niesamowitych powieści.

Marzenie Celta” to przejaw fascynacją osoby irlandzkiego patrioty, pisarza, rewolucjonisty oraz nacjonalisty – Rogera Casementa. Llosa, na podstawie licznych notatek, które sporządził, poznając życie tego niezwykłego człowieka, zaserwował nam fantastyczny portret psychologiczny głównego bohatera. Poznajemy dokładnie historię jego życia. Dowiadujemy się, że jako młody chłopak stracił matkę, a w rezultacie i ojca, który nie potrafił się pogodzić z odejściem żony. Mieszkając pewien czas u wujostwa w Liverpoolu, w końcu, z głową nabitą ideałami o niesieniu cywilizacyjnego kaganka, wyrusza do Afryki. Los rzuca go do Konga, wówczas znajdującego się pod panowaniem króla Leopolda II. Idealistyczna wizja o rozwoju Afryki pod władzą kolonizatorów pryska tuż po przybyciu na Czarny Ląd. Casement przekonuje się, że życie rdzennego mieszkańca Konga jest niewiele warte i bardzo łatwo je stracić. Przerażają go ciągłe baty, które spadają na czarne plecy, nieludzki wysiłek, którego wymaga się od autochtonów, katorżnicze prace, wyzysk, gwałty, obcinanie kończyn, nieludzki sadyzm. Wydawałoby się, że to afrykańscy kanibale, czy inne dzikie plemiona, powinny budzić strach – tymczasem jest dokładnie na odwrót. Biały człowiek okazuje się prawdziwym demonem, potworem, zmorą mieszkańców Koga oraz całej Afryki.

POTSDAMER PLATZ



POTSDAMER PLATZ

Buddy Giovinazzo
tłumaczenie: Martyna Plisenko

Niedawno trafił do mnie Potsdamer Platz. Nazwisko autora niczego mi nie mówiło, ale tytuł brzmiał intrygująco, gdyż Niemcy nie tak często są miejscem, gdzie rozgrywa się akcja przetłumaczonych na polski powieści sensacyjnych lub kryminalnych. W połączeniu z intrygującą szatą graficzną okładki sprawiło to, iż czytać zacząłem z nadzieją na dobrą lekturę.

Głównym bohaterem powieści jest Tony, chłopak z przeszłością, którego życie nie rozpieszczało. Z oddaniem służy jako cyngiel jednej z amerykańskich rodzin mafijnych. Z polecenia szefa wyrusza wraz z Hardym, swym kumplem po fachu z tej samej firmy, do Niemiec, gdzie mają wykonać zwykłe dla nich zlecenie. Zwykłe, gdyby nie to, że przyjdzie im tym razem działać na całkiem obcym terenie. Co dalej nie będę zdradzał, gdyż fabuła jest ciekawa i przekonująca, choć niezbyt skomplikowana.

Styl Giovinazzo świetnie koresponduje ze środowiskiem w którym obraca się Tony, z jego konstrukcją psychiczną i doświadczeniem życiowym. Nie jest nadmiernie wulgarny, zbyt prosty, ale i nie jest zbyt „literacki”. Gdyby Tony istniał i chciał opowiedzieć nam swoją historię, być może właśnie w ten sposób by ona wyglądała. Wydawnicwto Replika, które pięknie spisało się w świetnym Nieugiętym, którego niedawno czytałem, tym razem nie do końca stanęło na wysokości zadania. Jest kilka miejsc w których chochlik drukarski tak namieszał, iż czytelnik zacina się, nie będąc w stanie z marszu przeskoczyć nad błędami. Na szczęście jest takich wpadek tylko kilka, a powieść napisana tak interesująco, że omijamy je niczym dziury w pięknej, widokowej górskiej szosie.

Przemiany ustrojowe. Bardzo ważny temat, zwłaszcza dla Polaków, stał się tłem fabuły Potsdamer Platz; motorem, który napędza całość. Większość z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, jak stabilne pod wieloma względami są społeczeństwa nie tylko starych demokracji, ale wszystkie, w których ustrój społeczno-gospodarczy nie podlegał rewolucyjnym zmianom. Prężne organizacje, a do takich zawsze należą grupy powiązane interesami przestępczymi, duszą się nie tylko w okowach stabilnego prawa i wymiaru sprawiedliwości, ale przede wszystkich w pętach granic wpływów wyznaczonych pomiędzy nimi a konkurencją z branży. Każda, choćby najmniejsza ekspansja rodzi konflikt, a wobec wielowątkowych sieci powiązań, których nikt nie jest w stanie ogarnąć, trudno ocenić z góry kto jest silniejszy; kto ma większe poparcie innych organizacji, lepsze wejścia w policji, prokuraturze czy rządzie. Póki się nie uderzy, nie wiadomo, jaki arsenał ujawni przeciwnik i skąd otrzyma wsparcie. Ryzyko duże, a potencjalne zyski nie tak wielkie, bowiem granice przebiegają w wielu płaszczyznach; finansowej, politycznej, terytorialnej, itd., przy czym nie zawsze się one pokrywają. Buddy Giovinazzo w swej fikcji (czy aby do końca na pewno?), podobnie jak Roberto Saviano w kultowym dokumencie Gomorra, pokazuje nam Eldorado przestępczości zorganizowanej świata przestępczego XX i XXI wieku – byłe demoludy. W totalnym chaosie dekomunizacji i prywatyzacji, brak stabilności kusi wszelkie dzikie kapitały niczym Złoto Inków ich antenatów sprzed wieków. Potsdamer Platz świetnie pokazuje to fascynujące zjawisko na podstawie Niemiec, ale w umyśle każdego choć w miarę bystrego czytelnika od razu włączy się alarm. A co u nas? A u nas brak chyba powieści równie celnie pokazującej atrakcyjność tego momentu dziejowego*. Wielka szkoda, gdyż mam wrażenie, iż byliśmy dla agresywnych „inwestorów” dużo bardziej łakomym kąskiem niż Niemcy. To jednak temat na osobne rozważania.

Ze względu na warsztat pisarza, podjętą tematykę, a także świetną warstwę czysto kryminalną, Potsdamer Platz byłby rewelacyjny. Byłby, gdyby nie totalnie odstające od całości zakończenie i potknięcia dotyczące kryminalnych realiów. Niemieccy policjanci używający rewolwerów to ewidentne nieporozumienie. Autorowi pomyliły się rodzinne Stany z Europą. Typowy zaś błąd to przekonanie, iż postrzelenie w najwyższym punkcie lotu kogoś, kto skacze przez jakąś przeszkodę, sprawi że cel się zatrzyma i spadnie w dół niczym kamień. Bzdura rodem z kreskówek. Wielka szkoda, gdyż autentyzm powieści mógłby być jeszcze jedną mocną stroną prozy Giovinazzo. Na szczęście nie ma tych rys na monolicie realizmu zbyt wiele. Polecam więc Potsdamer Platz wszystkim, gorąco i zdecydowanie, choć z uwzględnieniem powyższych uwag


Wasz Andrew



* Na razie jedyną dobrą pozycją na temat Polskiej wersji problematyki z Potsdamer Platz, lecz nie powieściową, a dokumentalną, jest bardzo interesująca książka Wielki przekręt. Klęska polskich reform Kazimierza Z. Poznańskiego. Rzecz napisana jakby nieco pośpiesznie, ale zawierająca materiał do wielu przemyśleń.

wtorek, 24 kwietnia 2012

Zabijcie Odkupiciela



Zabijcie odkupicielaGrzegorza Drukarczyka jest klasycznym przykładem science fiction. Niektórzy twierdzą, że fikcji naukowej w niej nie ma, gdyż sądząc ze stanu techniki, akcja dzieje się praktycznie w czasach nam współczesnych, no może w niedalekiej, bliżej nieokreślonej przyszłości. Dowodów na to ostatnie jednak w książce brak. Dlaczego więc science? A socjologia? Też nauka. Podobnie jak teologia i wiele innych logii.


Powieść Drukarczyka jest właśnie fikcją socjologiczną i religijną. Pierwszoplanową postacią powieści jest Schizo. Kiedyś człowiek sukcesu, a obecnie alkoholik i lump na własne życzenie. Nie do końca bezdomny, ale do tej właśnie ferajny należący i z nią się identyfikujący. W środowisku miłośników diety ze śmietników i jak najtańszych, a zarazem najmocniejszych, napojów wyskokowych pozostała część społeczeństwa, uczciwie biorąca udział w bojkotowanym przez naszych bohaterów wyścigu szczurów, jest nazywana „normalnymi”. Ten epitet oczywiście ma mocno specyficzne znaczenie, zabarwione po równi negacją, pogardą i ironią, jak i filozoficznym dystansem.

Schizo i jego kompania żyją od łyka do łyka, od gryza do gryza, bez planów na przyszłość, bez pragnień innych niż łyk kolejny i następny kęs. Obok nich toczy się życie wielkiego miasta. Istnieją prawie niezależnie od siebie.

Ulubionym miejscem bardziej kulturalnych popijaw naszych bohaterów jest speluna „Gott mit Uns”. Nazwa o tyle przekorna, iż jednym z jej bywalców, jednym z członków ekipy naszego dzielnego Schizo, jest Apostoł. Pijaczyna, niedoszły adept sztuki nauczania o Bogu, wywalony z seminarium, autor Najnowszego Testamentu. Najnowszy prorok, który przepowiedział ponowne nadejście Mesjasza.

I jest też On. Syn Boży znów zstąpił na ziemię. Jak, gdzie i co z tego wynikło? Przeczytajcie sami.

Książka jest krytyką naszego konsumpcyjnego świata w którym, głownie w państwach „rozwiniętych”, coraz bardziej upodabniamy się do niewolników. Zniewoleni przez reklamy, przez pożądanie coraz to nowych, nikomu do niczego nie potrzebnych rzeczy, nie mamy już czasu wolnego, czasu na lenistwo. Nawet urlopy muszą być aktywne, a laba i nieróbstwo to coś złego.

Dla mnie książka ta ma również aspekt osobisty. Spotkałem kiedyś byłego milionera, który wybrał życie na śmietniku. Mówił, że wreszcie ma czas; zapić kiedy chce i kiedy chce pomyśleć. Nie chciał być znów maszyną do zarabiania pieniędzy i z tego co wiem, nigdy nie wrócił do majątku ani do rodziny. Dlatego Schizo jest dla mnie szczególnie przekonujący i bliski.

Jak Chrystus zostałby przyjęty, gdyby znów zszedł na Ziemię? To główne pytanie, jakim krzyczy powieść Drukarczyka. Podobnie jak autor mam obawy, że niestety jeszcze gorzej niż za pierwszym razem. Przynajmniej w naszym amerykańsko- europejskim świecie. Świecie mamony i gadżetów. A nawet bym powiedział, że przede wszystkim gadżetów. W islamskim albo innym... Kto wie?

Powieść napisana jest świetnym językiem. Stonowany folklor pijackiej subkultury bezdomnych sprawia, że jest łatwo strawna dla każdego. Nieliczne błędy merytoryczne i stylistyczne nie są w stanie przesłonić plusów: dość wartkiej, interesującej akcji i ciekawego ujęcia problemu. Bardzo barwne, plastyczne postacie, nieco nawet przerysowane, są konwencją, która idealnie współgra z niesamowitym klimatem, jaki udało się osiągnąć autorowi. Wszystko to wciąga jak najlepsze dzieła gatunku. Pomimo wspomnianych defektów jest więc to książka warta przeczytania. Zapewni dobrą rozrywkę i da do myślenia o czym szczerze Was zapewniam


Wasz Andrew

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Nieugięty



Sam Millar

Nieugięty
(On The Brinks)
tłumaczenie: Krzysztof Dworak

Nieugięty trafił do mnie dzięki uprzejmości serwisu Zbrodnia w Bibliotece i było to moje pierwsze spotkanie z prozą Sama Millara. Nie czytając notek i recenzji zamieszonych na okładkach, jak zwykle zresztą, od razu przystąpiłem do lektury i bardzo dobrze zrobiłem. Przestrzegam wszystkich, którzy mają odmienne od moich zwyczaje, by tym razem wzięli przykład ze mnie. Wydawca zamieścił bowiem na okładce streszczenie zawierające nie tylko najważniejsze elementy opowieści, lecz również, co jest wręcz karygodne, nawet jej zakończenie. Może to nieco zepsuć ucztę, jaką dla umysłu i serca czytelnika jest smakowanie tej autobiograficznej powieści, którą czyta się jak najlepszy kryminał noir, tym razem Irish Noir.

Nieugięty to literatura faktu, która wciąga mocniej, niż najlepsza fikcja literacka. Kolejna po Życiu niewłaściwie urozmaiconym opowieść wspomnieniowa, która niewątpliwie uznana by została za zbyt fantastyczną i heroiczną, zalatującą wręcz stylem „zabili go i uciekł”, gdyby nie to, że oparta jest na autentycznych wydarzeniach. Jeszcze raz życie okazało się bardziej nieprzewidywalne i zaskakujące niż fantazja.

Sam Millar (ur. 1955 w Belfaście) umożliwia nam na swoim przykładzie poznanie życia katolików w Irlandii Północnej. Dorastanie nie tylko w biedzie, ale przede wszystkim w poczuciu niesprawiedliwości, bycia obywatelem drugiej kategorii, obiektem dyskryminacji. Tą część książki polecam szczególnie tym, którzy oceniają nasz PRL przez pryzmat więźniów politycznych i strzelania do protestujących robotników, uważając iż to wystarcza do jednoznacznego potępienia. Niech sobie poczytają, jak w tym samym czasie brytyjscy spadochroniarze strzelali do demonstrantów i jak wyglądała więzienna gehenna Ludzi od Koców. Ciekaw jestem ilu Ludzi od Styropianu przetrwałoby na miejscu Sama w tej uroczej brytyjskiej demokracji. Nie wspominając już o tym, że ci ze styropianu są dziś kombatantami a ich kaci potępiani, gdy tymczasem w Wielkiej Brytanii nic takiego nie nastąpiło. Nawet ci, którzy zmarli w następstwie więziennych tortur nie zostali zrehabilitowani, a ich prześladowcy nigdy nie zostali oficjalnie nazwani tak, jak na to zasługują. Jeśli uważacie, że w Europie piekła można było posmakować tylko w Oświęcimiu i gułagach, to zapraszam do więzień dumnego Albionu, do cel dla politycznych.

Pomimo trudnej młodości i piekła brytyjskiego więzienia, Millar nie tylko nie dał się złamać, nie stoczył się jak wielu innych, ani nie umarł, ale prawdziwie nieugięty wyemigrował za Wielką Wodę, za którą, tak kuszący dla Irlandczyków, jak i dla Polaków, czekał amerykański mit. Tam Sama skusiła wizja szybkich i wielkich pieniędzy. Jak się to wszystko skończyło nie będę zdradzał, gdyż dla tych, którzy nie znają postaci i biografii autora, lektura będzie przypominała prawdziwą powieść sensacyjno–kryminalną, i to bardzo dobrą, której zakończenia nikt się nie spodziewa. W Nieugiętym znajdziemy wiele rzeczy, które niejednego zaskoczą. Nie tylko w kwestii wydarzeń, ale i spojrzenia na świat okiem Irlandczyka. Choćby stosunek do kleru katolickiego. Prawdziwa niespodzianka.

Język, którym posługuje się Millar, pozornie jest nieciekawy. Pozornie, bowiem uważny czytelnik zauważy, iż jest on idealnie dobrany to tego, co w danym momencie jest przedstawiane. Nie znajdziemy w Nieugiętym perełek językowych, żonglerki słowem czy wielokrotnie złożonych zdań i dwustronicowych opisów przyrody. Całe szczęście. Nie znajdziemy niczego, co by nas odciągało od treści. Dynamicznie zmienny styl pisarza jest perfekcyjnie przezroczysty, tak by czytelnik w ogóle nie myślał jak to jest napisane, by całym sobą odczuwał i przeżywał to, co jest napisane. W tej osobliwej manierze trzeba uznać pióro Sama Millara za mistrzowskie.

Jak już się pewnie zorientowaliście, lektura nie jest wesoła ani rozrywkowa, zwłaszcza w części dotyczącej pobytu pisarza w Irlandii. Mimo okrucieństwa, do którego zwierzęta nie są zdolne, a które atakuje z każdej stronicy pierwszej części, mimo braku nadziei, jakiego niewielu z nas miało okazję doświadczyć, książkę czyta się świetnie. Zawiera sporo zdrowej, życiowej filozofii i pokazuje, podobnie jak wiele innych prawdziwych historii, iż nigdy nie należy mówić nigdy. Zawsze trzeba próbować powstać, zawsze trzeba żyć najlepiej, jak się potrafi.

Uwielbiam opowieści, obojętnie czy prawdziwe, czy też nie, ludzi, którzy z niejednego pieca chleb jedli. Zwłaszcza, jeśli są bystrymi i inteligentnymi obserwatorami, a różnorodne doświadczenia życiowe czynią ich mądrzejszymi. Ich oraz nas. I do takich właśnie lektur zaliczyłbym Nieugiętego. Nie wnikam, na ile ta opowieść wierna jest faktom. Jest przekonująca i nawet jeśli w rzeczywistości było trochę inaczej, to mogło być też dokładnie tak, jak napisano. Nie ma to żadnego znaczenia. Ta książka zmusza do pomyślenia. Dodatkowym smaczkiem są cytaty rozpoczynające każdy z króciutkich rozdziałów, na jakie podzielono całość, co dodatkowo wyrywa z miejscami gnającej na łeb, na szyję akcji, wytrąca z depresji wywołanej bezprzykładnym okrucieństwem i tym bardziej skłania do refleksji.

Prawa do ekranizacji Nieugiętego wykupiła znana wytwórnia Warner Brothers (Warner Bros. Entertainment), ale do realizacji filmu nie doszło. Podobno ze względu na naciski waszyngtońskiej administracji. Następny przyczynek do rozmyślań o wyższości tej demokracji nad innymi...

Absolutnie i zdecydowanie polecam


Wasz Andrew

Nieugięty [Sam Millar]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 22 kwietnia 2012

Wyczyny Nasreddina



Wyczyny niezrównanego hodży Nasreddina”, której autorem jest Idries Shah, to jedna z książek o tytułowym sufim, który swój ślad odcisnął w wielu kulturach. Nasredin, jego życie i czyny, były tematem zarówno uczonych rozważań, folklorystycznych opowieści, zwykłych kawałów a nawet filmów. Wiele z jego ripost, po przyswojeniu w różnych krajach, jest przypisywanych miejscowym bohaterom. A może jest odwrotnie.


Wyczyny” składają się z klikudziesięciu przypowieści opatrzonych prześwietnie z nimi zharmonizowanymi ilustracjami Bohdana Butenki. Lektura książki może być lekką rozrywką – zbiorem śmiesznych anegdot, a może być też punktem wyjścia do, mniej lub bardziej poważnych, filozoficznych przemyśleń. Wszystko zależy od czytelnika. Sugeruje to też podtytuł „Najgłupszy z mędrców, najmędrszy z głupców”. Filozofom zalecałbym lekturę od uważnego przeczytania krótkiego, ale celnego wstępu i przypowieści „Zacznij od podstaw”. W naszym kręgu kulturowym sposób podejścia do problemów stosowany przez sufich nie jest łatwy do przyswojenia. Przyzwyczajeni do objaśnień prawd i problemów z pozycji autorytetu na pewno będziemy mieli problemy ze znalezieniem sedna w historiach o Nasredinie działającym przez wystawianie siebie samego na pośmiewisko.

Niezależnie od tego, czy chcemy wraz z Nasredinem podążać śladem filozofii sufich, książka ta jest warta przeczytania, gdyż jest nade wszystko solidną porcją dobrego humoru. Właśnie dlatego, z czystym sumieniem, mogę ją polecić każdemu. W tracie tej lektury przede wszystkim można się świetnie bawić o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew

piątek, 20 kwietnia 2012

1974





David Peace
1974
tytuł oryginału: Nineteen Seventy Four
tłumaczenie: Jan Hensel

Dzięki uprzejmości serwisu Zbrodnia w bibliotece, w moje łapki trafiła książka pod nietypowym tytułem 1974. Intrygująca okładka sprawiła, iż zabrałem się do niej pełen zarówno obaw, jak i nadziei, tym bardziej, iż miało to być moje pierwsze spotkanie z prozą z prozą Davida Peace.

Akcja powieści rozgrywa się w Yorkshire, w 1974 roku, jak łatwo się domyślić. Pierwszoplanową postacią książki jest Eddie Dunford, dziennikarz działu kryminalnego okręgowej gazety usilnie starający się wyrobić sobie nazwisko i pozycję w branży. Niedawno udało mu się poczynić pierwsze kroki na tej trudnej drodze dzięki natchnionemu cyklowi artykułów o gościu zwanym Szczurołapem, który wpatrzony w siostrzyczkę, którą wcześniej powiesił w kominku rodzinnego domku, zakończył życie przy pomocy starej flinty. Przynajmniej wszystkim się wydaje, że tak się ta historia skończyła. Dzięki Bogu Edward ma szanse na pokonanie kolejnych stopni prowadzących do panteonu pismaków, gdyż w drodze ze szkoły do domu znika dziesięcioletnia dziewczynka. Wkrótce jej wykorzystane ciało z jeszcze za życia przyszytymi do pleców skrzydłami łabędzia zostaje odnalezione w podmiejskim parowie (z tymi skrzydłami, podobnie jak z kilkoma innymi elementami, autor niepotrzebnie przesadził, ale cóż, nie ma róży bez kolców, a przynajmniej nieczęsto się zdarzają). Dunford rzuca się na temat jak pies na wygłodniałą kość, próbując powiązać ten przypadek z innymi zaginięciami dzieci, które miały miejsce w przeszłości. Co z tego wyniknie nie będę ujawniać, gdyż pomysłowa zagadka kryminalna jest mocną stroną książki, choć absolutnie nie ona stanowi o jej wartości.

Nie zabierajcie się za 1974, jeśli gustujecie w optymistycznych, słonecznych kryminałkach w stylu Księdza Mateusza i wykastrowanych, posągowych postaciach a la Sherlock Holmes. Peace zafundował nam prawdziwą bombę, ale nie strzelającą sztucznymi ogniami, a walącą w łeb niby pałka w ciemnym zaułku. To naprawdę boli.

74 jest perwersyjnie mrocznym, perfekcyjnie dołującym kawałkiem prozy. Bagno. To słowo najlepiej charakteryzuje tą część brytyjskiej społeczności, którą przyjdzie nam poznać. I bynajmniej nie będziemy się obracać tylko wśród meneli czy innego marginesu. Nasze bagno wciąga wszystko co się do niego zbliży, od przedstawicieli szczytów drabiny społecznej, aż po ludzkie odpadki z rynsztoka.

Powszechna, wszechogarniająca korupcja, która sprawia, iż nikt, a przede wszystkim władze i policja, nie robi tego, co robić powinien, gdyż przeszkadzają mu w tym układy; krycie własnych i cudzych grzeszków. Pieniądze nie śmierdzą. Nawet wtedy, gdy lepkie są od krwi gwałconych i mordowanych dzieci, tępionych mniejszości narodowych, łez rodzin i wydzielin zboczeńców. Czy nasz główny bohater odważy się zmierzyć z tym syfem? Czy okaże się prawdziwym bohaterem, czy szmatą? Jeśli chcecie wiedzieć i się nie boicie, zmierzcie się z lekturą.

Nie jestem zwolennikiem wulgaryzmów ani w życiu, ani w literaturze. Są jednak czasami niezbędne w obu tych światach. Język Davida Peace idealnie koresponduje z czasem, miejscem, tematem i postaciami jego powieści. Nie jest ani zbytnio przejaskrawiony, ani wygładzony. Wciąż najebany Eddie nie kocha się, tylko rucha w dupę. Gdy dostanie wpierdol, nie woła Pana, tylko rzuca chujami, gdy ma zagwozdkę, kurwuje. Dziwi mnie, jeśli kogoś to gorszy, gdyż takie słownictwo jest na porządku dziennym, o nocnym nie wspominając, naszych polskich, katolickich elit, nawet w Sejmie i Senacie, więc tym bardziej w mrocznym, zimnym i mokrym Yorkshire, zdołowany bohater widujący na jawie rzeczy, od których można osiwieć, innego używać nie może.

Pod koniec lektury miałem wrażenie, iż może autor nieco przesadził malując nam obraz prawdziwego piekła kryjącego się pod taflą ślepej i zadowolonej z siebie codzienności. Piekła korupcji i bezwzględniej pogoni za mamoną, seksualnego wykorzystywania dzieci i obojętności wobec zła. Hańby policji, która wrabia niewinnych, by mieć wyniki, przez co daje prawdziwym sprawcom osłonę najlepszą z możliwych. Potem jednak wspomniałem Gomorrę, wspomniałem coraz to nowe, co dzień, programy w naszej TV pokazujące niewinnie aresztowanych więzionych miesiącami, a nawet latami. Programy, do których nie brakuje wciąż nowych tematów. Wspomniałem tysiące zaginionych co roku tylko w naszym kraju, którzy nigdy się nie odnajdują. Zaginionych, co maskuje inne słowa, które można by użyć, gdyby ktoś miał odwagę wyartykułować, co się mogło z nimi stać. I już, niestety, nie mam tego wrażenia.

Jak już wspomniałem, lektura tej powieści nie daje radości. Ale wciąga i zmusza, dosłownie zmusza, do zastanowienia się. Jeśli proza może być poezją, jeśli istnieje poezja gówna, tak jak istnieje poezja kwiatów, to David Peace właśnie takie dzieło nam zaserwował. Polecam absolutnie i bezkompromisowo, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, iż wielu polegnie w konfrontacji z tą opowieścią


Wasz Andrew

czwartek, 19 kwietnia 2012

Khul-khaal



Khul-khaal. Bransolety Egipcjanek”, to książka bardzo odmienna od innych. Wyróżnia się już choćby tym, iż zanim przejdziemy do meritum, czekają nas trzy przedmowy, czy jak kto woli wprowadzenia. To, co w innej publikacji mogłoby śmieszyć, w tej nie tylko nie razi, ale wręcz wydaje się potrzebną, idealnie dopasowaną częścią całości. Każdy wstęp ma innego autora i z nieco innej perspektywy odnosi się do właściwej treści oraz jej tematyki. Każdy jest na swój osób interesujący, wyważony i dopełnia dalszą część lektury.


Nayea Atiya, autorka książki, ma wiele wspólnego zarówno ze światem Zachodu (a konkretnie Francją), jak i Egiptu. Jednak nie dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami, przeżyciami ani przemyśleniami. Na zasadniczą część jej publikacji, poza wspomnianymi trzema prolegomenami, składają się opowieści pięciu kobiet, pięciu Egipcjanek. Poza przynależnością państwową i płcią nic ich nie łączy. Nie wszystkie są muzułmankami, nie wszystkie pochodzą z najuboższych warstw społeczeństwa. Nie mają tego samego koloru skóry, umiejętności ani wykształcenia. Nie znają jedna drugiej. Nie łączą ich upodobania ani pragnienia. No może poza jednym. Poza marzeniem o szczęściu w małżeństwie.

Znajdziecie w „Bransoletach Egipcjanek", poza wspomnieniowymi opisami własnych dziejów pięciu głównych bohaterek, wiele faktów obalających powszechny nie tylko w Europie pogląd, iż kobieta w świecie arabskim jest niczym; jest permanentnie bita i poniżana. Jej pozycja jest inna, ale czy słabsza niż w naszej, europejskiej rzeczywistości, to już sprawa mocno dyskusyjna.

Khul-khaal” nie jest lekturą porywającą. Nie wciąga i nie odrywa od zajęć. By ją ocenić trzeba wybrać spokojny czas, zrelaksować się i poddać rytmowi tych pięciu opowieści. Każda toczy się w innym tempie. Każda kobieta opowiada o swym życiu własnym językiem i w specyficznej, właściwej dla niej manierze. Wielka chwała Nayea Atiyi oraz tłumaczce* za to, że potrafiły oddać niepowtarzalny klimat każdej z tych gawęd i zachować prawdziwość tchnącą z każdej historii. Jedne z nich czyta się łatwiej, inne trudniej. Jedne są bardziej chronologiczne, inne to galimatias retrospekcji i refleksji. Jednak lektura wszystkich jest prawdziwą ucztą. Pozwala się nam przenieść do Egiptu i wysłuchać tych zwierzeń jakby bezpośrednio. Nie czuje się ingerencji pośredników i można dzielić radość i rozpacz, ból, strach i szczęście. Wszystko, co się wydarzyło i co zostało nam opowiedziane.

Bransolety Egipcjanek” nie są dobrą rozrywką. Jeśli chcecie się zrelaksować po ciężkim dniu, odstresować po rozmowie z podwładnymi albo z szefem, nie jest to lektura dla Was. Jeśli jednak macie nastrój na niespieszną pogawędkę o życiu, jaką można wieść z przyjacielem nie widzianym od lat, który jakiś czas temu powrócił po długiej nieobecności, to jest to właściwa opowieść.

Khul-khaal nie jest źródłem rzetelnej wiedzy o przeciętnych Egipcjankach, o ile coś takiego w ogóle istnieje. Stereotypy nie występują w przyrodzie, a zwłaszcza wśród ludzi. Książka Atiyi jest jednak źródłem wiedzy prawdziwej i konkretnej. Jednostkowej. O dziejach tych właśnie kobiet, ich rodzin i znajomych. Także o charakterystycznych dla środowiska bohaterek mechanizmów społecznych. Oczywiście to spojrzenie jak najbardziej subiektywne, wypaczone przez braki wykształcenia, a nawet ewidentne zabobony, lecz tym bardziej przez to właśnie prawdziwe. Bo te kobiety właśnie tak widzą otaczający je świat, który bez nich przecież by nie istniał. Liczby i statystyki przefiltrowane przez bezuczuciowy mózg naukowca nie budzą współczucia, nie prowadzą czytelnika do osobistych przemyśleń i refleksji na temat rzeczy być może w życiu najważniejszych; rodziny, miłości, dzieci, seksu, pieniędzy. No i celu życia oczywiście. Również braku uniwersalności praw ludzkich i Boskich; zwłaszcza moralnych.

Jeśli znajdziecie czas na tę lekturę, na pewno nie pożałujecie. Choć nie da Wam instant rozrywki, da wiele do myślenia. Pozwoli też osiągnąć pewien rodzaj pełnej harmonii kontemplacji różnorodnych aspektów naszej coraz bardziej poplątanej rzeczywistości i uspokajającej refleksji o marności naszych problemów, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



* Agnieszka Nowak

środa, 18 kwietnia 2012

Świat oczami dziwki



Jacqueline Carey

Strzała Kusziela
tytuł oryginału: Kushiel’s Dart
tłumaczenie: Maria Gębicka-Frąc

Strzała Kusziela jest pierwszą powieścią cyklu* i zarazem moim pierwszym spotkaniem z twórczością amerykańskiej pisarki fantasy Jacqueline Carey. Książka trafiła w me ręce dzięki uprzejmości serwisu LubimyCzytać.pl. Szczerze powiedziawszy sam bym po nią nie sięgnął, gdyż tytuł mało intrygujący, a grafika na okładce w ogóle nie w moich klimatach. Przejdźmy jednak do meritum.

Świat wykreowany przez Jacqueline Carey bywa porównywany do nieprzemijającego, pomnikowego dzieła Franka Herberta, czyli Diuny. Dokonałem i ja podobnej konfrontacji. Nie wypadła ona dla pretendentki korzystnie. W Diunie porywa nas między innymi wszechświat stworzony od podstaw. Nie jest to nasz kosmos, ani nawet, w pewnych szczegółach, nie jest on napędzany naszą fizyką. Nie wiemy nawet tak naprawdę, czy akcja rozgrywa się w przyszłości, czy w przeszłości. Mimo wszystko czujemy jedność jego mieszkańców z Ludzkością jakiej jesteśmy częścią. Geniusz Herberta objawia się między innymi w tym, że tak ukrył mechanizmy swego uniwersum, iż mimo upływu dziesięcioleci, jakie minęły od powstania Diuny, nadal nie kłóci się ona z naszą wiedzą naukową – fikcja przemyka się na obrzeżach naszej wiedzy, przenika przez jej luki, by rozkwitnąć w naszej wyobraźni. Carey poszła inną, moim zdaniem dużo łatwiejszą drogą. Jej świat jest odbiciem naszego świata z czasów po upadku cesarstwa rzymskiego, oczywiście odpowiednio zniekształconym, jakby rodem z równoległej rzeczywistości, w której wiele rzeczy jest podobnych, ale tylko podobnych. Diuna okazała się kanonem samym w sobie, źródłem inspiracji całych pokoleń twórców i odbiorców. Strzała Kusziela takiej mocy nie ma, ale... Diuna jest pierwszą i zarazem najlepszą powieścią cyklu. Jest to poważna wada. Czy cykl stworzony przez Carey też jest obarczony tą skazą, z oczywistych przyczyn jeszcze nie wiem. Jeśli następne powieści okazałyby się lepsze, to wtedy może się okazać, że o ile nie udało pisarce pokonać Herberta w kategorii najlepszej powieści, to może w kategorii cyklu... Kto wie?

Powiedziałbym, iż akcja Strzały Kusziela rozgrywa się na terenach odpowiednika naszej Europy Zachodniej w alternatywnej rzeczywistości. Najważniejszą postacią opowieści jest Fedra, której nazwisko wydłuża się w miarę upływu czasu przynoszącego coraz to nowe wydarzenia. Fedra urodziła się z czerwoną plamką na tęczówce lewego oka. To delikatne muśnięcie boskiego pędzla według wierzeń jej świata zdarza się w całej populacji raz na trzy pokolenia i oznacza... masochistkę i dziwkę doskonałą. Nasza bohaterka w wyniku swej unikalności i zbiegu okoliczności nabywa również wielu innych umiejętności, które bardzo się jej przydadzą w zmaganiach, w które zostanie wciągnięta.

Dziwka jako główna bohaterka... Czy to brzmi lepiej niż kurwa, a gorzej niż kurtyzana? Niektórzy uważają, że tak, ale mnie to nie przekonuje. Rozumiem, że w salonach widuje się córy Koryntu, a w podrzędnych spelunach kurwy. Przynajmniej w teorii, bo dzisiejsze salony chyba już temu prawu nie podlegają. Autorka jednak przesadziła z tą delikatnością słownictwa. Seks zajmuje w powieści znaczące miejsce i wielu docenia jej cukierkowy język. Dla mnie jest to duży minus, gdyż jest on taki niezależnie od okoliczności. Uważam, że dobry autor powinien zauważać i oddawać zmienność manier językowych zależnie od osoby, czasu i miejsca. Tego wyraźnie brak. Fedra jest mistrzynią, ale i w słownictwie, i w dynamice opisów, brak mi tego, co naprawdę jest najważniejsze u mistrzów sztuki miłości – niepowtarzalności. Świadomości, iż wszystko zależy. Zależy od tego z kim, gdzie i kiedy.

Podobnie jak sztampowy jest język i ekspresja, tak i same sceny miłosne jako takie. Mamy dwa bieguny; seks tak delikatny, że aż sztuczny, na jednym biegunie, a BDSM** na drugim. Pomiędzy przepaść. Nie chcę być złośliwy, ale jeśli autorce brakowało wiedzy z własnego doświadczenia, mogła choć trochę podbudować się z teorii. Już starożytni wiedzieli, iż fetyszyzm w tysiącu swych odmian jest dewiacją tak powszechną, iż de facto jest normą***, choć nie mówi się o tym zbyt często ze względu na poprawność polityczną. I jest on tylko jedną z dziesiątek popularnych dewiacji. U Carey tej wielości przenikających się różnorodnych pragnień absolutnie brak. Różnica w wyczuciu tematu między Strzałą Kusziela, a choćby Panienkami Madame Cleo pióra Lucianne Goldberg, jest znaczna. Kocham autorów, którzy nie tylko mają odwagę przełamać seksualne tabu i wyłamać się swą twórczością z ciągu eunuchopodobnych produkcji, ale jeszcze potrafią uchwycić tę różnicę, jaka jest między miłosnym spotkaniem kochanków smakujących swe ciała, a pośpiesznym stosunkiem napalonego gacha i femme fatale w ciasnej klatce zatrzymanej między piętrami windy, zwłaszcza jeśli są to ci sami ludzie, a tylko okoliczności inne.

Mam wrażenie, iż autorka w ogóle nie przyłożyła się do pewnych tematów, które powinna zgłębić przed napisaniem powieści. Wiedza o wyrafinowanym, czy też jak kto woli zboczonym, seksie jest tylko jedną z tych wpadek. Druga, która mnie uraziła, to elementy marynistyki. Te na szczęście zajmują nieporównanie mniej miejsca w powieści, choć niestety rażą jeszcze boleśniej. Nie uznaję za wadę tego, iż antykoncepcja i choroby weneryczne to słowa nieznane w świecie Fedry, co pisarce zarzucają niektórzy. Może to taki właśnie świat.

Ponarzekałem? I dobrze. Wiele więcej powieści zarzucić się nie da. W swoim kanonie jest bardzo dobra. Pierwsza połowa lektury biegnie nam w miarę spokojnie, gdyż spisek dopiero się zawiązuje; główna bohaterka dorasta, poznajemy budowę fabuły i próbujemy odgadnąć w jakim kierunku ruszy główny nurt akcji. Mocną stroną Strzały Kusziela są wyraziste, przekonujące sylwetki postaci i plastyczne opisy miejsc; krajobrazów, domów. Umiejętnie oddane są klimaty życia w różnych warstwach społecznych i kulturach. Choć wszystko jest odmalowane w sposób nieco bajkowy, w fantasy wcale takie podejście nie przeszkadza, a nawet stanowi zaletę.

To, co najbardziej lubią tygrysy, zaczyna się mniej więcej w połowie książki. Akcja zaczyna przyspieszać i gna z każdą chwilą coraz szybciej. Rozległe, niejednokrotnie odległe wątki nagle stają się wiodącymi, by po chwili znów stracić na znaczeniu. Wielkie bitwy, szpiedzy i podstępne dworskie knowania, wielkie miłości i bezduszna arogancja. Rewelacja! W dodatku, dzięki temu, że tomisko jest dość opasłe, kulminacja nie jest tylko jednym, wielkim wybuchem uczuć i wydarzeń, po którym następuje zbyt szybki koniec lektury, ale narastającą i wciąż potężniejszą lawiną pełną zaskakujących spiętrzeń i zawirowań. Autorka okazuje się również mistrzynią suspensu, co nie jest normą w tym gatunku, i chwała jej za to.

Strzała Kusziela jest więc piękną bajką dla dorosłych dzieci. Na pewno spodoba się wielu. Nie jest jednak aż tak świetna, by ją w ciemno polecać każdemu, a zwłaszcza odbiorcy bardziej wyrafinowanemu, nawet lubującemu się w gatunku. Doradzałbym najpierw posmakować, a potem, jeśli się spodoba, dołączyć do swej kolekcji ulubionych lektur. Do mojej jednak się nie załapała


Wasz Andrew



* Seria Trylogia Kusziel:
  • Strzała Kusziela (Wydawnictwo MAG, 2004)
  • Wybranka Kusziela (Wydawnictwo MAG, 2005)
  • Wcielenie Kusziela (Wydawnictwo MAG, 2006)
Trylogia Imriela:
  • Potomek Kusziela (Wydawnictwo MAG, 2011)
  • Kushiel's Justice (pierwsze wydanie angielskie - 25 lipca 2007 )
  • Kushiel's Mercy
** BDSM - angielski skrót pochodzący od słów "związanie" i "dyscyplina" (bondage & discipline, B&D), "dominacja" i "uległość" (domination & submission, D&s, D/s) sadyzm i masochizm (sadism & masochism, S&M)
*** altokalcifilia, czyli upodobanie do wysokich obcasów, dotyka zdecydowaną większość mężczyzn i wiele kobiet, a jest to tylko jedna z tysiąca odmian fetyszyzmu