Wspomnienia niemieckiego snajpera
(oryg. Grandfather’s Tale – The tale of a German Sniper)
by Timothy Erenberger
Kiedy dorwałem tę publikację byłem zachwycony... Przez moment. Przez jedną chwilę trwającą tyle, ile potrzeba na obrócenie książki i rzucenie okiem na notkę wydawcy.
Znacie to uczucie, gdy już na początku bójki zaliczacie cios, który nie miał prawa dotrzeć do celu? Tym było zdanie z okładki nazywające snajperów „żołnierzami-zabójcami”. Tak jakby nie byli nimi strzelcy obsługujący karabiny maszynowe, zwiadowcy, saperzy lub piloci bombowców, myśliwców i przedstawiciele wielu innych wojskowych specjalności. Już wtedy miałem przeczucie, że chyba nie będzie tak wspaniale, jak miałem nadzieję. Pocieszyłem się jednak, że to tylko notka reklamowa i rozpocząłem lekturę.
O czym książka opowiada nie będę wyłuszczał, gdyż tytuł mówi sam za siebie. Ważniejsze jednak, kto wręcz zgnoił świetnie zapowiadający się temat. Zacznę od wydawcy i tłumacza. W dawnych czasach takich wyrobników taczano by w smole i pierzu tudzież batogami gnano nagich po śniegu na rynku ku uciesze czytelników tudzież innej gawiedzi. Byłaby to zasłużona nagroda dla twórców wydania*, z którym miałem okazję się zapoznać. Rzadko zdarza się zobaczyć w naturze tak modelowy przykład brakoróbstwa. Mało powiedziane, iż książka roi się od błędów wszelkiej maści, od literówek począwszy, przez koszmarne wręcz błędy stylistyczne i na ortograficznych bykach skończywszy. Szokuje wręcz radosna twórczość w sferze odmianów i końcówków. Polszczyzna rodem z powiedzenia „moja twoja urwać ręka”. Gdyby uczeń w podstawówce, że o dalszych etapach edukacji nie wspomnę, w ten sposób przelewał myśli na papier, marny byłby jego koniec, nawet gdyby legitymował się żółtymi papierami, dysleksją i ADHD jednocześnie. Błędy są tak uciążliwe, iż czytelnikowi wyżej wspomniany styl bardzo poważnie uważnie utrudnia percepcję i skupienie się na treści. A jest się na czym skupiać.
Od pierwszych stron wspomnień, które podobno są autentyczne, widać masę błędów merytorycznych równie przytłaczającą, co ilość błędów edytorskich. Od początku mamy do czynienia choćby z teleskopami(!) snajperskimi zamiast lunet. Gdyby chcieć wszystkie te wpadki wypunktować zabrakłoby mi miejsca. Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy to wszystko jest winą przekładu, czy pisarza. Niemniej jednak poddaje w wątpliwość kompetencje obu** i podważa autentyczność opowieści. Podważa, ale nie pozwala o niej rozstrzygnąć.
Tutaj dochodzimy do najważniejszego: prawda to, czy fikcja?
Pomijając nieścisłości dotyczące realiów wojennego życia snajperów, które najprawdopodobniej niejednokrotnie jednak można zwalić na tłumacza, widzimy tutaj charakterystyczny błąd perspektywy. Szeregowy żołnierz, nawet wybitnie uzdolniony i należący do elitarnej formacji, ma określony horyzont wiedzy o działaniach, w których uczestniczy; dużo węższy od możliwości swego przełożonego, który z kolei wie mniej od tego, który jest wyżej w hierarchii służbowej i tak dalej, aż do Sztabu Generalnego, Naczelnego Dowództwa, czy co tam w danym kraju jest na szczycie. Im mniej się ma na pagonach, tym mniej się wie. Widać te zależności prześwietnie choćby w ociekających krwią wspomnieniach z frontu wschodniego Przez wojenną zawieruchę. Tego autentyzmu punktu widzenia we Wspomnieniach niemieckiego snajpera brak. Działając jako szeregowy żołnierz, a potem odpowiednik dowódcy drużyny, ma on wiedzę o wszystkim, co działo się na frontach Drugiej Wojny; co robiły dywizje i armie. Jest świadomy wszystkiego, o czym niekoniecznie powinien mieć jakiekolwiek pojęcie, a jednocześnie nie wie, że jednostka, w ramach której podobno brał udział w ataku na Eben-Emael, nie używała wówczas spadochronów tylko szybowców. Wylądował, tylko nie na tym, co mu się zdawało! Sam opis belgijskiej twierdzy i okolicy, w której jest położona, również nie przystaje do rzeczywistości. Podobne błędy można mnożyć długo na różnym poziomie wiedzy historycznej, szczegółów uzbrojenia, umundurowania, itd. Początkowo notowałem wpadki, ale po zapisaniu już na początku lektury całej stronicy, zniechęciłem się. To było jak bezczeszczenie zwłok. Podejrzewam, iż gdyby chcieć wszystkie sprostowania i erratę dołączyć do książki, podwoiłaby objętość.
Być może u podstaw naszej opowieści leżały jakieś rzeczywiste wspomnienia, gdyż pewne momenty mają posmak prawdziwości. Nie ma to jednak już żadnego znaczenia, skoro większość stanowi totalna fikcja, w dodatku niedbała; rozmijająca się nie tylko z autentyzmem, ale momentami nawet ze zdrowym rozsądkiem. Cztery karabiny może ze sobą targać po polu walki bohater gry komputerowej, i to raczej gry pośledniejszego sortu, a nie człowiek z krwi i kości! Mimo wszystko, gdyby nie błędy stylistyczne, dałoby się książkę przeczytać, choć i wtedy pod względem wierności realiom nawet Czterej pancerni i pies wypadliby chyba lepiej. Tak, jak jest, książka jest prawie bezwartościowa, o czym z żalem muszę Was poinformować. Na szczęście w tym kanonie jest w czym wybierać i tym pocieszającym stwierdzeniem zakończę
Wasz Andrew
* Wydawnictwo XXL, przekład Marek Skierkowski, ISBN 978-83-62381-00-5
** Dobry tłumacz powinien poprawiać ewidentne błędy autora, a jeśli z jakichś względów tego nie czyni, przynajmniej powinien być konsekwentny. W omawianym wydaniu ten sam typ broni bywa nazywany to pistoletem, to karabinem, tak jakby nie było nimi zasadniczej różnicy.







