środa, 21 lutego 2018

Kanibalizm przemysłowy, czyli Dom Krwi Stuarta MacBride



Stuart MacBride

Dom krwi

tytuł oryginału: Flesh House
tłumaczenie: Maciej Pintara
cykl: Logan McRae (tom 4)
wydawnictwo: Amber 2008liczba stron: 320



W porcie w Aberdeen przypadkowo dokonano makabrycznego odkrycia – w kontenerze do przewozu mięsa będącego zaopatrzeniem dla platform wiertniczych znaleziono wśród normalnej zawartości pochodzenia zwierzęcego również ludzkie szczątki. Sprawa rychło zostaje skojarzona ze zbrodniami Rzeźnika, którego przed laty posłał do więzienia inspektor Insch. Co dalej, oczywiście nie zdradzę, choć muszę z pewnym niesmakiem zdradzić, że notka od wydawcy ujawnia więcej, w dodatku trochę zbyt wiele i dlatego jej nie przytaczam.

Seria o sierżancie Loganie McRae zapewniła swemu autorowi, szkockiemu pisarzowi Stuartowi MacBride godne miejsce w literaturze z pogranicza klasycznego mrocznego kryminału i thrillera kryminalnego. Miałem zabrać się chronologicznie za nieprzeczytane jeszcze powieści cyklu, który już czterokrotnie wzbudził może nie mój totalny zachwyt, ale na pewno wielkie zadowolenie z lektury, lecz coś mi się pozajączkowało i zamiast sięgnąć po część drugą serii, złapałem za czwartą, czyli Dom Krwi. Co z tego wynikło?





Jak widać ze wstępu, w tej powieści pisarz już na pierwszych stronach wytacza ciężką artylerię, a po kilku rozdziałach widzimy, że ta książka rozmachem zbrodni zostawia w tyle Milczenie owiec i inne podobne do Hannibala Lectera pomysły. To już nie zbrodnia i kanibalizm seryjny, a wręcz przemysłowy! Czy ta eskalacja, to na pewno dobry pomysł?


W Domu krwi MacBride konsekwentnie trzyma się charakterystycznego dla całego cyklu schematu – protagonista nie jest szefem wydziału ani samodzielnie prowadzącym postępowanie detektywem czy innym niezależnym badaczem zbrodni, a jedynie sierżantem, popychadłem, które musi nie tylko spełniać wszystkie, aż za często idiotyczne polecenia przełożonych (w tym wspomnianeg inspektora Inscha), ale na którym równocześnie spoczywa większość ciężaru prowadzonej sprawy. Szkoda, że ta perspektywa jest bardzo rzadko spotykana u innych autorów, gdyż jest niezwykle przydatnym narzędziem ukazania policyjnej rzeczywistości, w której ścieżka szybkiej kariery nieczęsto jest zbieżna z takimi rzeczami jak sprawiedliwość, rzetelność, czy nawet elementarna uczciwość, że o faktycznym obciążeniu pracą nie wspomnę. To, podobnie jak charakterystyczny, prawdziwie noir, klimat powieści, jest wielkim atutem warsztatu szkockiego autora. Niestety, inne elementy, które tak mi się podobały we wcześniej przeczytanych powieściach cyklu, jak błyskotliwe i spójne psychologicznie sylwetki postaci idealnie korespondujące z podejmowanymi przez nie działaniami i wyborami, niezwykle sugestywne opisy policyjnej nocnej rzeczywistości tworzące unikalną jakość w połączeniu z dynamiczną psychiką głównej postaci czy naturalistycznymi wręcz obrazami, giną niejako w przytłaczającym wszystko dążeniu do eskalacji kanibalistycznej makabry do rozmiarów przemysłowych, która ma przerazić, zszokować czytelnika i zapędzić w kozi róg takich detalistów zbrodni jak choćby wspomniany już, najbardziej chyba rozpoznawalny spośród literackich konkurentów, Hannibal Lecter. I w moim odczuciu wylało się dziecko z kąpielą. Choć widać, że MacBride przygotował się z tematu i opisy rzeźni oraz innych elementów łańcucha, które musi przejść żywy organizm nim stanie się jedzeniem, na pewno mogą zachęcić do wegetarianizmu, to czy takie coś może w dzisiejszych czasach naprawdę przerazić? Czym jest przemysłowy nawet kanibalizm, ale nie idący przecież w tysiące ani nawet setki, przy wspomnieniach z Rwandy, Oświęcimia, że o Hołodomorze nie wspomnę? Prawdziwa groza nie rodzi się z ilości, ale z jakości – z atmosfery zagrożenia, strachu, przerażenia, z wyobrażenia bardziej niż z rzeczywistości. Szkoda, że tym razem autor o tym zapomniał.

Jakby tego było mało, intryga idzie, jak to się mówi, po bandzie, na granicy rozsądku, prawdopodobieństwa, a prawdę mówiąc znacznie ją przekracza. O podstawach, takich jak mocno osadzony w psychice sprawcy motyw ściśle powiązany z modus operandi, to już nawet lepiej nie mówić. Chęć epatowania czytelnika makabrą ponad miarę i tą drogą ponownego wejścia na listy bestsellerów nie wyszła książce na dobre, a MacBride tak się zagalopował, że i nawet poważnych braków występujących w pewnych momentach uważny czytelnik się dopatrzy.

Na szczęście, z tego wszystkiego, z płytkości i w gruncie rzeczy tandetności intrygi, zdajemy sobie sprawę dopiero na sam koniec. Książka trzyma w napięciu od pierwszej do niemal ostatniej strony, trudno się od niej oderwać, a Polacy mają dodatkowy bonus – obraz naszych rodaków w Szkocji nie malowany rządowo-telewizyjną propagandą, a okiem zwykłego pisarza kryminałów. Warto też podkreślić z pozoru drobiazg, ale znamienny – Polacy są najczęściej ukazywaną nacją spośród imigrantów na Wyspach występującą w tamtejszych powieściach kryminalnych, a w tej książce chyba jedyną. To może dawać do myślenia...

Jak już wspomniałem, wcześniejsze i następne powieści cyklu niezwykle mi się spodobały, dlatego wciąż mam w planie doczytanie brakujących tomów serii... A końcowa ocena? No cóż, trudna sprawa – z jednej strony frajda z lektury niemal do ostatniej strony, z drugiej niedosyt, a nawet pewien niesmak po jej zakończeniu. Niech będzie, że cenzurka jest dobra w opisowej skali LC**, choć do bardzo dobrej jej daleko. Inna sprawa, że gdyby nie to, że mogłoby to zniechęcić do całej, prześwietnej jak dotąd serii o Loganie McRae, to i przeciętna mogłoby się okazać oceną na wyrost.


Wasz Andrew

cykl: Logan McRae:
  1. Chłód Granitu (Cold Granite, 2005)
  2. Zamierające Światło (Dying Light, 2006)
  3. Otwarte Rany (Broken Skin, 2007)
  4. Dom krwi (Flesh House, 2008)
  5. Ślepy zaułek (Blinde Eye, 2009)
  6. Zimny pokój (Dark Blood, 2010)
  7. Połamać kości (Shatter the Bones, 2011)
  8. Close to the Bone (2013)

Słowna skala ocen:
  1. beznadziejna
  2. bardzo słaba
  3. słaba
  4. może być
  5. przeciętna
  6. dobra
  7. bardzo dobra
  8. rewelacyjna
  9. wybitna
  10. arcydzieło

4 komentarze:

  1. Początek brzmiał b. zachęcająco, szkoda, że autor postawił na epatowanie makabrycznością.

    A co do popychadeł i ludzie od czarnej roboty, to niestety, ale podobne zależności można dostrzec w niemal każdych dziedzinach naszego życia. Wielu osobników pławiących się w blasku sukcesów i osiągnięć, zawdzięcza swoją pozycję innym, którzy nie tylko wspierają, wspomagają, ale niekiedy wręcz trzymają wszystko w ryzach - najgorzej jest wtedy, kiedy ta mrówcza robota, kluczowa dla funkcjonowania całego mechanizmu, nie jest ani zauważana, ani doceniana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha - myślę, że gdyby takiego anglosaskiego malkontenta przenieść na jakiś czas do Polski, to od razu by mniej narzekał. Ale fakt, to zjawisko powszechne i tylko w różnych miejscach ma różne natężenie :)

      Usuń
  2. Warto zaczynać od pierwszego tomu czy można swobodnie się poruszać po serii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że jednak lepiej po kolei. Poza aspektem kryminalnym, mamy romansowe i inne; zdecydowanie widać chronologię.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)