Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 25 lutego 2012

Chińczyk



W styczniu 2006 roku w małej szwedzkiej wiosce zostaje brutalnie zamordowanych kilkanaście osób. Wybucha medialna gorączka, a dochodzenie grzęźnie w martwym punkcie. Tymczasem sędzia Birgitta Roslin, niezaangażowana w sprawę, odkrywa, że jest spokrewniona z dwiema ofiarami i rozpoczyna prywatne śledztwo. Wpada na trop Chińczyka, który może być odpowiedzialny za masakrę. Ten ślad prowadzi do Pekinu. Okaże się, że rozgrywki polityczne w Chinach wiążą się z tragedią na skandynawskiej prowincji...

Birgitta Roslin, rozwiązując zagadkę masakry, sama znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Mimo że morderca nie usłyszy wyroku na sali sądowej łańcuch zbrodni zostaje przerwany.

Taką notką kusi nas powieść Chińczyk (Kinesen), której autorem jest Henning Mankell, jeden z najpopularniejszych szwedzkich pisarzy, dziennikarzy i ludzi teatru, laureat licznych nagród i wyróżnień. W Polsce najbardziej znany jest jako twórca cyklu powieści kryminalnych o komisarzu Kurcie Wallanderze, na podstawie których nakręcono serial telewizyjny emitowany wielokrotnie w naszej telewizji.

Tomisko jest grube, ale powieść, na co szczerze mówiąc miałem nadzieję, okazała się porywająca. Dosłownie. Porwała mnie w wir wartkiej akcji i nie mogłem się już od niej oderwać. Chińczyk może być zaliczony i do powieści kryminalnych, i do thrillerów, i do sensacji. W moim odczuciu bardzo trafne jest określenie kryminał społeczny, którego najświetniejszym dotąd przykładem jest trylogia Millennium Stiega Larssona.

Fabuła, choć mniej skomplikowana i wielowątkowa niż w Millenium, jest sama w sobie interesująca. Przede wszystkim jednak jest pretekstem do ukazania wielu innych tematów, niż sama tylko płaszczyzna kryminalna i jej otoczenie. Trudno nawet powiedzieć, co jest w tej powieści Mankella najważniejsze. Kryminał czy warstwa społeczna i obyczajowa, a może komentarz do historii i teraźniejszości.

W pierwszej części lektury napędza nas głównie ciśnienie makabrycznej zbrodni niesłychanej w Szwecji, kraju postrzeganym jako bardzo spokojny i bezpieczny. Wczuwamy się w obciążenie jakim takie zdarzenie jest dla psychiki każdego, kto się z nim zetknie. Widzimy zachowania policjantów i prokuratorów oraz, co w literaturze znacznie rzadsze, mamy też okazję spojrzeć na problem przestępczości oczami sędziego.

W pewnym momencie następuje przeniesienie akcji w czasie i miejscu, zmienia się też narrator. Możemy już się domyślić motywów zbrodni i mniej więcej gdzie szukać sprawcy. Mankellowi nie udało się, w przeciwieństwie do Larssona, idealnie zbalansować i spleść w nierozerwalną całość płaszczyzny kryminalnej ze społeczną. W końcu geniusze rodzą się rzadko. Od połowy powieści dreszczyk emocji ogranicza się tylko do tego, czy ktoś jeszcze zginie i jak autor zakończy powieść. Choć napięcie związane z kryminalną zagadką spada, rzecz wcale nie staje się mniej interesująca. Końcówka to właściwie rozważania na różnorodne tematy wplecione w konwencję kryminału. Jednak te rozważania są bardzo poważne i dają świadectwo wielkiej wiedzy autora. Tutaj szwedzka szkoła kryminałów wyprzedza o całe lata świetlne choćby polską reprezentowanąchoćby przez modne ostatnio powieści Marka Krajewskiego, literaturę francuską czy amerykańską, która poza nielicznymi wyjątkami nie porusza żadnych ważnych problemów, a próbuje epatować wydumaną, sztuczną makabrą, dziwacznością i zmyślonymi tajemnicami mającymi pokryć miałkość i płytkość.

Trudno powiedzieć, który poruszony w Chińczyku problem jest najważniejszy. Może to sprawa wzrostu znaczenia Chin, z którego Europa, a Polska w szczególności, nie zdaje sobie sprawy. Chiny już są mocarstwem być może drugim po Stanach, ale z każdym dniem są groźniejsze. Bardzo intensywnie, o czym już kiedyś pisałem, przygotowują się na ekspansję i działanie w przyszłości, która będzie się charakteryzować niespotykanym dotąd brakiem surowców. Niektóre państwa zdają sobie sprawę, że niekoniecznie chodzi tu o ropę naftową i że ten czas może nadejść wcześniej niż kryzys naftowy. Chodzi bowiem o specyficzne metale, bez których nie mogą istnieć nowoczesne technologie. Źródłem wielu z nich jest zaś Afryka i tam Chiny mają, pomimo oporu USA i innych graczy, coraz większe wpływy ekonomiczne. Mankell co prawda nie pisze o surowcach, ale chodzi o coraz większe znaczenie Chin, które umyka pozostałym graczom polityki międzynarodowej, co chyba jest korzystne dla Kraju Środka.

Dużo miejsca położono też na haniebny aspekt historii ikony demokracji, czyli los tysięcy niewolników z Chin, jacy pomarli w zwierzęcych warunkach przy budowie industrialnej potęgi Stanów. To w porównaniu do niewolnictwa Murzynów mało znana, ale nie mniej bulwersująca karta dziejów państwa, które innych chce pouczać o wolności i prawach człowieka.

Interesujące są też rozważania na temat samego niewolnictwa. Niewolnictwa w różnych formach i czasach oraz roli różnych systemów wierzeń, które miały, tak jak i dzisiaj, za zadanie utrzymanie ładu społecznego, a więc powstrzymanie biednych od myślenia o tym, dlaczego inni mają wszystko, a oni nic.

Specjalna łatka przypięta jest chrześcijaństwu, które głosi równość, miłość i braterstwo, ale w praktyce wygląda to trochę inaczej. Większość kleru i wiernych traktuje niewierzących i wyznawców innych bogów nie za zagubionych braci, a za wrogów lub zgoła za gorszy gatunek. Misjonarze z reguły traktują ludy, które mają nawracać, za podludzi, jeśli nie za bydło w ogóle. Sam byłem świadkiem takiego podejścia i choć wiem, że są i świetlane wyjątki, to mam wrażenie, iż są to niestety naprawdę tylko wyjątki i dlatego robi się z nich świętych. Próby chrystianizacji z reguły przynosiły poza Europą więcej strat i cierpień niż pożytku, a i samo podejście do miłości w chrześcijaństwie jest bardzo specyficzne, co Szwedzi widzą dużo wyraźniej niż my i często dają temu wyraz.

Ciekawy jest też temat obcy chyba działaczom Amnesty International, którzy Państwo Środka postrzegają tylko przez pryzmat licznych wyroków śmierci i brutalnych represji. Nie zdają sobie być może sprawy z problemów, z jakimi boryka się władza w tak wielkim, tak gęsto zaludnionym i, w przeważającej części, tak biednym państwie. Państwie, gdzie ewentualny bunt biedoty mógłby przynieść skutki, których krwawych konsekwencji nawet nie możemy sobie wyobrazić, bo nigdy w dziejach Europy ani Stanów niczego takiego w takiej skali nie było.

Te dwa pierwsze tematy łączą się również ze sprawą nietolerancji i rasizmu, które są nadal wielkim problemem. Jak słusznie zauważa autor Chińczyka, „gdy się mało wie, wierzy się w różne rzeczy”. I dotyczy to nie tylko uprzedzeń rasowych. Wiąże się to również ze sprawą presji jaką wywiera grupa na wszystkich jej członków, na ich myśli, wierzenia i postawy.

Jeszcze inny problem, do którego wprowadzenia pretekstem jest profesja głównej bohaterki, to niedomagania systemu demokratycznego w sprawie zapewnienia przestrzegania prawa, a zwłaszcza bezkarność nieletnich, co staje się coraz większym problemem również w Polsce.

Poza świetną warstwą kryminalną i rewelacyjną społeczną, mamy w tej powieści Mankella smaczki charakterystyczne dla szwedzkiej mentalności, tak różnej od naszej. Inne podejście do świata, religii, a nawet pogody: „Minus jedenaście stopni. Na dodatek temperatura dalej spada. Zima, którą mieliśmy do tej pory, była zbyt ciepła”.

Widzimy więc, iż Chińczyk jest klasycznym przykładem udanego szwedzkiego kryminału społecznego, który w opozycji do tradycji kryminału anglosaskiego, a także polskiego daje, nie tylko rozrywkę, ale wzbogaca czytelnika o bardzo poważne wrażenia moralne i zmusza go do przemyśleń na różnorodne tematy. Do tego ich waga i ilość skumulowana w jednej powieści sprawia, że trudno w naszej rodzimej literaturze, nawet tej „poważniejszej” i „pięknej”, szukać czegoś podobnego. Nasze lektury zwykle są monotematyczne i monogatunkowe. Jak rozrywka, to bezmyślna. Jak coś do myślenia, to tylko na jeden temat i z jednego punktu widzenia. Po tym, co napisałem, nie pozostaje mi już nic innego jak tylko zachęcić do lektury tej wyjątkowo wartościowej powieści. Do kupna nie zachęcam, bo jednak chyba nie jest to książka, która równie odkrywcza będzie za drugim razem, czyli zapraszam do biblioteki


Wasz Andrew

Chińczyk [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 24 lutego 2012

"Krystyna córka Lavransa" Sigrid Undset


Seria: Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej

Krystyna córka Lavransa (Kristin Lavransdatter) pióra laureatki Nagrody Nobla Sigrid Undset jest dla mnie powieścią wyjątkową. Wyjątkową, gdyż, odkąd pamięcią sięgam, jest pierwszą, której nie doczytałem do końca. Wyjątkową, gdyż jednocześnie sprawdziło się na jej przykładzie powiedzonko „do trzech razy sztuka”; dopiero za trzecim razem ukończyłem lekturę w całości. Wyjątkową w końcu, gdyż już za pierwszym razem wiedziałem, że mam w ręku arcydzieło i choć odkładałem je dwa razy na później, to tylko i wyłącznie dlatego, iż chciałem je w pełni smakować od deski do deski, a różne życiowe terminy mi to utrudniały.

Moje szczęście, iż mój kontakt z Krystyną miał miejsce poprzez wydanie z 1973 roku z serii Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej Wydawnictwa Literackiego Kraków. Wspominam o tym nie bez kozery; w trakcie lektury tego dzieła, któremu z racji jego specyfiki trzeba poświęcić zdecydowanie więcej czasu niż innym zbliżonym objętością powieściom, solidność i poręczność wspomnianego wydania okazała się nie bez znaczenia. Wszystkim, którzy chcieliby włączyć dzieło Sigrud Undset do swej domowej biblioteczki sugeruję poszukanie na rynku wtórnym tej właśnie edycji, tym bardziej, iż cenowo może się to okazać dużo korzystniejsze od nowszych wydań.

Krystyna córka Lavransa jest sagą albo, jeśli spojrzeć na to z innego punktu widzenia, powieścią społeczno-obyczajową z silnym wątkiem psychologicznym osadzoną w realiach Norwegii wieku XIV. Ramy czasowe fabuły to zasadniczo pierwsza połowa stulecia, czyli czas życia naszej tytułowej bohaterki. Bytu przeżytego do głębi, wypełnionego uczuciami i przeżyciami. Choć nie są to heroiczne czyny w klasycznym rozumieniu, są nie mniej wielkimi rzeczami pod każdym względem. Każdy poród jest równie odważnym igraniem ze śmiercią co udział w wielkiej bitwie, a ból nie mniejszy niż od ran odniesionych w boju. Krystyna jest bowiem sagą dla kobiet.

W tym miejscu muszę opowiedzieć o skojarzeniu z Krzyżowcami Jana Guillou. Krystyna i Krzyżowcy są jak awers i rewers jednej monety, albo, może nawet bardziej, są niczym obraz i jego lustrzane odbicie. Krzyżowcy są książką o mężczyznach i dla mężczyzn, napisaną przez mężczyznę i pokazują jego widzenie świata, a Krystyna jest opowieścią z tej drugiej strony. Warto przeczytać jedno i drugie, bo wrażenia z porównania są bardzo interesujące.

Wracając do naszej powieści, od razu zastrzec się muszę, iż nie będę przybliżał fabuły. Choć akcja nie jest porywająca niczym górski strumień, ani też tak prędka, to jednak niczym wielka, rozlana wiosną rzeka pod spokojną powierzchnią kryjąca ogromną siłę, wciąga w swój powolny tok, gdzieniegdzie urozmaicony zaskakującymi, potężnymi wirami. Suspens kojarzy nam się głównie z gatunkami o wartkim tempie opowieści, jednak Sigrid Undset pokazuje mistrzostwo między innymi na tym właśnie polu. Zwroty akcji są całkowicie nieprzewidywalne, a wielość przeplatających się wielokrotnie wątków urealnia świat powieści w stopniu niespotykanym. Nigdy nie wiemy, która z nici nagle szarpnie losem Krystyny i jak się dalej potoczy życie jej i jej bliskich.

Silną stroną sagi jest klimat. Norweskie krajobrazy, piękno przyrody, trudy średniowiecznego życia codziennego, przekrój ówczesnego społeczeństwa i mechanizmy jego funkcjonowania – wszystko to na każdej stronie potwierdza, iż pisarka solidnie przygotowała się od strony merytorycznej do swej pracy. Niezwykle przekonująco oddany został również klimat tych lat, w których chrześcijaństwo dopiero umacniało się w Norwegii. Z niedoścignionym wyczuciem udało się noblistce oddać rozdźwięk między hasłami głoszonymi przez wyznawców Chrystusa, a ich czynami i myślami. Jednocześnie pokazała, jak skomplikowane są relacje między nimi i jak trudna jest ocena moralna różnych decyzji podejmowanych w konflikcie pomiędzy różnymi rodzajami miłości; własnej, do Boga, do ukochanej osoby, do rodziny.

Solidne przygotowanie historyczne, o którym już wspomniałem, widać w całej powieści. Pisarka pokazuje się jednak również jako świetna obserwatorka, gdyż postacie, które wykreowała nie mogły powstać inaczej, jak przez przeniesienie charakterów z jej własnego świata. Paradoksalnie, właśnie z tego powodu, niektórzy oceniają różnych bohaterów powieści, najczęściej Erlenda, jako mało przekonujących. Mam wrażenie, że są to głównie głosy ludzi, którzy zostali przez rzemieślników literatury przyzwyczajeni do pewnego schematu tworzenia konstrukcji psychologicznej bohaterów. To podobna reguła jak przy fałszowaniu różnych danych – większość ludzi unika odbiegania od średniej, co zresztą potrafią wyłapać programy komputerowe wiedzące, iż natura nie unika lokalnych ekstremów. Nasza autorka jest o klasę lepsza. Jak na prawdziwą mistrzynię przystało, nie boi się unikatowych sylwetek i zaludnia świat Krystyny mnóstwem postaci. Jest ich tak dużo, iż nieuważny czytelnik rychło się może pogubić wśród postaci drugoplanowych. Każda osoba z powieści, epizodyczna czy nie, ważna czy poboczna, ma swój niepowtarzalny obraz fizyczny i wewnętrzny. Poznajemy każdą postać tak jak w rzeczywistości; im dłużej z nią obcujemy, tym więcej o niej wiemy. U jednych najpierw rzuca się nam w oczy coś charakterystycznego, a u innych pierwszym obrazem jest wrażenie ogólne. Jak w rzeczywistości; żadnych schematów, żadnej sztampy. Pełna zgodność z ogólnymi regułami rządzącymi społeczeństwem i zachowaniami ludzkimi oraz pełna nieprzewidywalność w konkretnym miejscu i czasie.

Krystyna to powieść o życiu i o tym, co dla głównej bohaterki w nim najważniejsze – o miłości. I nie jest to bajeczka, która kończy się schematem wałkowanym w tysiącach odsłon przez całe stulecia – żyli długo i szczęśliwie. Sformułowanie to jest ucieczką przed tym, że mało kto wie, co to naprawdę znaczy to „szczęśliwie”. Tylko nieliczni próbują przejść tę granicę i pokazać co jest dalej po owym wspaniałym happy endzie; jak to szczęście wygląda. Sigrid Undset należy do elitarnego grona tych, którzy z tej próby wyszli obronną ręką. Powieść nie tylko przenosi nas w przeszłość, w nieznaną krainę i ukazuje to w sposób obcy naszemu współczesnemu postrzeganiu, ale zarazem stawia przewrotne pytania. Jakie? Niech każdy ich sam poszuka i odnajdzie na nie odpowiedzi.

Jakkolwiek Córka Lavransa jest zdecydowanie łatwiejsza w odbiorze dla płci pięknej, podobnie jak wspomniani Krzyżowcy są zdecydowanie strawniejsi dla facetów, jakkolwiek większość kobiet na pewno niejedną łzę uroni w trakcie lektury, to i każdemu z nas, twardzieli, zapewni mocne przeżycia. Są w niej głębie, do których warto się dokopać, choć i powierzchowne warstwy wystarczyłyby, by zapewnić świetną lekturę. Prowokuje do przemyśleń; pewnie niejednemu i niejednej otworzy oczy na to, jak różni są ludzie. Jak różne są motory ich działań, które poznać mogą tylko ci, którzy przede wszystkim patrzą na innych zamiast na siebie. Jest tylko jedna uwaga. Krystyna to nie hamburger z ulicznej budki, który wepchniemy w siebie w jak najkrótszym czasie, rozmawiając jednocześnie przez komórkę i myśląc o jeszcze czymś innym. Tak jak każde piękne danie wymaga co nieco od konsumenta i wszystkim tym, którzy są na to gotowi, zdecydowanie i absolutnie ją polecam


Wasz Andrew

czwartek, 23 lutego 2012

Zabójczy wirus



Alex (właściwie Sharon) Kava jest znaną amerykańską autorką bestsellerowych thrillerów. Powieść Zabójczy wirus (Exposed) jest szóstą powieścią z cyklu o przygodach agentki FBI Maggie O'Dell. Sięgając po nią obiecywałem sobie sporo, bo zetknąłem się już wcześniej z prozą tej pisarki i wrażenia były całkiem sympatyczne.


W najnowszym, mrożącym krew w żyłach thrillerze autorki bestsellerów Alex Kavy agentka specjalna FBI Maggie O’Dell poszukuje zabójcy, który wcale się nie ukrywa.

Pewnego dnia do Akademii FBI w Quantico trafia pudełko z pączkami, a w nim list z pogróżkami terrorysty. Maggie O’Dell i dyrektor Cunningham natychmiast przystępują do akcji... i wpadają w pułapkę zastawioną przez zbrodniarza.

Sądząc z taktyki mordercy, jest on zafascynowany zbrodnią doskonałą, pała żądzą zemsty, a jego broń to śmiertelny wirus. Choć ofiary wydają się przypadkowe, w rzeczywistości wybiera je z wielką precyzją.

Agentka O’Dell wie, jak funkcjonuje umysł zbrodniarza, bez względu na to, czy jest on perwersyjnym pedofilem, czy szalonym seryjnym mordercą. Zamknięta w izolatce wojskowego instytutu badawczego stara się znaleźć jakiś trop. Czekając na wyniki swoich badań, usiłuje pomóc agentowi Tully’emu w rozwikłaniu sprawy. Każde kolejne zakażenie grozi wybuchem epidemii. Maggie zdaje sobie sprawę, że ona i jej szef mogą nie doczekać chwili, gdy okaże się, kim jest ten najbardziej niebezpieczny zabójca...

Tyle dowiadujemy się z notki na okładce książki i przy tym pozostańmy jeśli chodzi o fabułę. Nie lubię gdy ktoś odbiera mi radość odkrywania tego, co skrywa następna strona i staram się sam też tego innym nie czynić.

Zabójczy wirus ma wartką szybką akcję i czyta się go jednym tchem. To chyba standard u Kavy. Maggie o’Dell jest sympatyczna i cała powieść wygląda jak typowy amerykański hit powieściowy, od razu gotowy do sfilmowania. Nie spotkamy tutaj zbyt wielu ani zbyt skomplikowanych wątków. Zakończenie jest nie do przewidzenia, i wyskakuje jak królik z kapelusza. Niespodziewane, zaskakujące i jakieś takie mało realne. Postacie głównych bohaterów przekonujące, zwłaszcza zasługuje na uwagę wyraźnie zaznaczony, odbijający się na psychice i życiu osobistym koszt służby w takich formacjach jak FBI czy USAMRIID*. To nie Miami Vice, gdzie postrzały leczą się szybciej niż trądzik i w dodatku bez śladów, a psychika policyjnych herosów po stu odcinkach jest zdrowsza i świeższa niż skóra na pupce niemowlaka. Jednak jeśli chodzi o samą fabułę, osobę sprawcy i jego motywy, a także sam modus operandi, jakieś to takie płytkie i niezbyt przekonywujące. Nie wyobrażam sobie, by ktoś to mógł drugi raz przeczytać mając co innego do wyboru. Niemniej za pierwszym razem czyta się świetnie i chyba o to w amerykańskich bestsellerach chodzi. W sam raz na jeden raz, ale warto. W starej skali ocen piąteczka z małym minusikiem za tą jednorazowość


Wasz Andrew


* The United States Army Medical Research Institute for infectious diseases – Instytut Medyczny Badań nad Chorobami Zakaźnymi Armii Stanów Zjednoczonych

Zabójczy wirus [Alex Kava]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 22 lutego 2012

Ślepy zaułek



Ślepy zaułek (Dead End) jest kolejną powieścią kryminalną z cyklu o Billu Sliderze, którą zafundowała nam znana londyńska pisarka Cynthia Harrod-Eagles. Bill jest detektywem londyńskiej policji i tym razem zmierzy się z zagadką zabójstwa znanego dyrygenta i szlachcica, notabene rodem z Polski.


O ile inna cześć przygód Slidera, Symfonia Śmierci, wydała mi się całkiem sympatyczna, autentycznie oryginalna i na swój specyficzny sposób wartościowa, to o Ślepym zaułku nie odważyłbym się takich rzeczy powiedzieć. Ot kryminał jakich wiele.

Może oceniłbym tę powieść wyżej, gdyby nie totalna niekompetencja. Nie wiem czyja, bo zebrały się dwie baby do kupy (autorka i tłumaczka; Joanna Grabarek). Jak ktoś nie wie, czym się różnią pocisk, kula i łuska, jak nie potrafi wyjść poza te pojęcia i sięgnąć choćby po takie jak nabój, ładunek i spłonka, gdy miesza je niczym groch z kapustą, to nie powinien pisać (lub tłumaczyć kryminałów). Nie tylko wyjaśniając techniczne aspekty identyfikacji sprawcy przestępstwa z użyciem broni palnej ośmiesza się w oczach znających temat, to na dodatek, i to jest chyba jeszcze gorsze, miesza w głowach tym, którzy o takich sprawach niewiele wiedzą, a być może chcieliby coś zrozumieć. Może nawet przełknąłbym tę wpadkę, w sumie tylko jedną taką rażącą na całą powieść, ale pamiętając wrażenia ze wspimnianej już Symfonii oczekiwałem czegoś lepszego. A może to przeczytane niedawno świetne szwedzkie powieści sprawiły, iż oczekiwałem za dużo? Jakkolwiek by nie było, nie dam Ślepemu zaułkowi więcej niż naciąganą czwórkę w starej skali ocen. Jeśli lubicie Billa Slidera to sobie to poczytajcie, ale jeśli go jeszcze nie znacie, to może sięgnijcie po coś innego


Wasz Andrew

* cykl Bill Slider:



  1. Orchestrated Death (1991) Symfonia śmierci
  2. Death Watch (1992) Ognisty anioł
  3. Necrochip (1993) aka Death to Go Martwy cel
  4. Dead End (1994) aka Grave Music Ślepy zaułek
  5. Blood Lines (1996)
  6. Killing Time (1996)
  7. Shallow Grave (1998)
  8. Blood Sinister (1999)
  9. Gone Tomorrow (2001)
  10. Dear Departed (2004)
  11. Game Over (2008)
  12. Fell Purpose (2009)
  13. Body Line (2011)
  14. Kill My Darling (2011)
  15. Blood Never Dies (2012)
  16. Hard Going (2013)
  17. Star Fall (2014)
  18. One Under (2015)
  19. Old Bones (2016)

wtorek, 21 lutego 2012

Fałszywy alarm




Sięgając po kolejną powieść Tami HoagFałszywy alarm (Wolf Cry) miałem nadzieję na kawał dobrej rozrywki z dreszczykiem, do czego przyzwyczaiły mnie poprzednie kryminały, jakie wyszły spod jej pióra. Oto czym nęciła notka na okładce:


Laurel Chandler była panią prokurator w hrabstwie Scott. Była, bo kiedy postawiła wszystko na jedną szalę w głośnej sprawie o molestowanie dzieci, przegrana przyniosła jej rozpad małżeństwa i załamanie psychiczne.

Teraz, żeby odzyskać wiarę w siebie, powraca w rodzinne strony, do Luizjany. Tu poznaje Jacka Boudreaux, który także w głuszę uciekł od swoich problemów. Jakich? Nikt w miasteczku nie wie... W tym zaciszu może dla obojga wystarczyłoby czasu i miejsca na odzyskanie spokoju ducha, gdyby nie sprawa "Dusiciela znad Rozlewisk". Właśnie czwarta kobieta stała się jego ofiarą.

Laurel nie chce tej sprawy. Żadnej sprawy. Wolałaby miłość Jacka. Chociaż dookoła mówi się, że to zwykły podrywacz. Najgorzej jednak, że rosną podejrzenia, czy to nie on jest poszukiwanym mordercą młodych kobiet...

Niby nieźle ale zarazem jakoś tak sztampowo i mało makabrycznie w porównaniu choćby do niesamowitej Cienkiej mrocznej linii. Lekturę zacząłem więc zarówno pełen nadziei, jak i obaw.

Jak w większości przypadków, tak i tym razem nie będę streszczał książki, gdyż zwłaszcza w tym dziale literatury odbiera to wiele z przyjemności, jaką powieść oferuje czytelnikowi. Nie chcę Fałszywego alarmu odzierać z suspensu, grozy i mrocznego klimatu.

Właśnie atmosfera zagrożenia złem wylęgającym się z ciemności ludzkiej duszy, która zawsze jest jedną z najmocniejszych stron książek tej autorki, jest również wielkim atutem tej powieści. Nie jest to jednak klimat skoncentrowany tylko na grozie i mroku, jak choćby we wspomnianej Cienkiej mrocznej linii. Niesamowicie mi się spodobało, że Fałszywy alarm, choć jest oczywiście pełen tej niesamowitej atmosfery, która przenika potencjalne ofiary w czasie nocy na bagnach, to jest również pełen aury piękna przyrody jakiej niepowtarzalną odsłoną są wielkie bagniste i zalewowe tereny nie tylko w USA, ale wszędzie tam, gdzie można je podziwiać. Tej miłości do regionu rozumianego jako miejsce, gdzie się żyje i umiera, tak rozpaczliwie brak w polskiej literaturze z półki z sensacją i kryminałami. I nie tylko piękna przyrody. Również piękna i bezcennego kolorytu miejscowego języka, społeczności i obyczajów. Niepowtarzalności wywodzącej się z historii i wspólnoty. W Fałszywym alarmie jednocześnie z grozą jaką napawają nas czyny seryjnego mordercy, możemy smakować klimat Akadii, mało znanego zakątka Luizjanny, gdzie ludzie mówią nie po francusku, a po kajuńsku i myślą też trochę inaczej niż inni. To sprawia, iż nie czujemy się tylko widzami kolejnego odcinka Ojca Mateusza usiłującymi dorównać przenikliwością umysłowi genialnego detektywa i odkryć przed nim kto i dlaczego, iż nie jesteśmy tylko nocnymi słuchaczami Kociego oka, którzy otoczeni ciemnością próbują w świecie swej wyobraźni zwalczyć strach i wytropić zbrodniarza. W tej powieści Tami Hoag mamy możność przenieść się w niesamowity świat Akadii i chłonąć jej kruchy koloryt, choć jak na kryminał przystało pas de bétises*.

Warto też wspomnieć, iż Fałszywy alarm skłania do przemyśleń na kilka ważkich tematów; czy bogactwo lub bieda w domu rodzinnym jednoznacznie determinują sukces lub klęskę następnego pokolenia, czy przemoc w rodzinie, z jaką styka się dziecko, uniemożliwia mu bycie szczęśliwym w przyszłości, co sprawia, że ktoś idzie w tym lub innym kierunku, czy ofiara jest sobie winna i co ma Bóg z tym wspólnego. Jest takich wątków całkiem sporo jak na powieść kryminalną, gatunek przez wielu odsądzany od jakichkolwiek wartości.

Jeśli do tego dodamy ciekawą intrygę, przekonujące konstrukcje psychiczne bohaterów, namiętny romans i wyuzdany seks, szczyptę polityki i nieco kamyczków do ogródka nawiedzonych proroków, w postaci jednego z bohaterów, który mówi wiernym za pieniądze to, co sami mogliby za darmo z Biblii wyczytać, gdyby tylko wierni ją czytać chcieli, to otrzymujemy powieść naprawdę świetną. W starej skali ocen wielka piąteczka a nawet więcej (plusik czy kwiatek, sam nie wiem). Niezależnie od tego, czy kochacie kryminały i thrillery, czy też tych gatunków raczej unikacie, po Fałszywy alarm warto sięgnąć. Nie będzie to czas stracony o czym Was zdecydowanie zapewniam


Wasz Andrew


*bez żartów

cykl Doucet:
  1. The Restless Heart, 1991
  2. Lucky's Lady, 1992
  3. Cry Wolf, 1993, (Fałszywy alarm, 2001)
  4. A Thin Dark Line, 1997 (Cienka mroczna linia, 2001)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Kamienna małpa



Kamienna Małpa (The Stone Monkey) to kolejna powieść, której autorem jest Jeffery Deaver, twórca wielu thrillerów i dwóch zbiorów opowiadań, z wykształcenia dziennikarz i prawnik, wielokrotnie nagradzany, w tym pięciokrotnie nominowany do Edgar Awards w kategorii Mystery Writers of America oraz do Anthony Award.


Lincoln Rhyme, sparaliżowany detektyw, którego po raz pierwszy poznaliśmy w Kolekcjonerze kości znów ma przed sobą zagadkę do rozwiązania. Do wybrzeży Stanów Zjednoczonych zbliża się statek z nielegalnymi chińskimi imigrantami na pokładzie. Przemytem tych ludzi kieruje nieuchwytny Kwang Ang, poszukiwany przez policję wielu krajów. Okręt tonie niedaleko brzegu, ale części imigrantów udaje się dotrzeć do lądu. Kwang Ang znika w Nowym Jorku, a Lincoln Rhyme zostaje poproszony o pomoc w poszukiwaniach przestępcy, który nie zawaha się przed zgładzeniem każdego, kto mógłby go zidentyfikować. Wszystkim ocalałym z katastrofy Chińczykom grozi śmierć. Rhyme musi ująć mordercę, zanim ten do nich dotrze.

Tyle notka wydawcy i jak to zwykle czynię, więcej zdradzać nie będę, by czytelnik też miał radość z odkrywania tego, co przyniesie następna strona i następny rozdział. Powiem tylko, że dla mnie osobiście Kamienna Małpa jest raczej z pogranicza kryminału i sensacji niż z krainy thrillerów, czego jednak w żadnym razie nie należy rozumieć jako słowa krytyki. Książkę czyta się świetnie; akcja jest wartka, pełna napięcia i niespodziewanych zwrotów. Język jak zwykle barwny i obrazowy sprawia, iż całość jest chyba jeszcze lepsza niż znany z sukcesu filmowego Kolekcjoner kości. W dodatku, co jest dodatkowym atutem, znaczna część akcji rozgrywa się w świecie Chińczyków, zarówno nielegalnych jak i legalnych imigrantów w USA, w świecie kompletnie dla nas Polaków nieznanym, choć absolutnie wartym poznania. Jest też sporo nawiązań do Chin, ich kultury, mentalności i moralności, tak odmiennych od naszych i zadających kłam bzdurom o „uniwersalnych wartościach”. Wszystko to wraz z pewną dozą humoru wplecione w charakterystyczny dla Deavera klimat poszukiwania i interpretowania dowodów oraz wyścigu z czasem, który decyduje o zwycięstwie sprawiedliwości lub zła. Inna sprawa, że to też obraz nieco jednostronny, który wypacza racjonalizm postępowania przygotowawczego sugerując, iż samymi dowodami rzeczowymi można przygwoździć sprawcę i udowodnić mu winę, mniejszą wagę przykładając do dowodów z zeznań świadków i innych źródeł. W rzeczywistości wielu sprawców skazano bez żadnego dowodu rzeczowego, podobnie jak w wielu przypadkach było odwrotnie. Prawda jak zwykle leży pośrodku i gloryfikowanie jednej metody śledczej i wynoszenie jej ponad inne jest nieco infantylne.

Te szczegóły jednak nie są istotne dla ogółu czytelników. Powieść jest na przysłowiową piąteczkę, choć jak dla mnie jest nieco jednorazowa. Drugi raz po nią nie sięgnę, gdyż nie będzie już zaskoczenia, ciekawości ani niczego, co by to uzasadniało. Z tego też powodu lepiej pożyczyć ją z biblioteki niż kupować. Lepiej dla kieszeni i bardziej ekologicznie


Wasz Andrew

niedziela, 19 lutego 2012

Saper


Najczęściej, gdy zachodzę do biblioteki, szukam czegoś nowego. To tak jak w ciastkarni; szukanie nowych smaków. Zdarzają się jednak dni, kiedy poszukuję czegoś „w stylu”. Są takie książki, które niczym nie zaskakują, nie prowokują do wzniosłych przemyśleń ani moralnych dylematów, ale gwarantują dobrą rozrywkę. Takiej właśnie książki szukałem, gdy sięgnąłem po powieść Duncana Falconera Saper (The Operative) w tłumaczeniu Jarosława Włodarczyka.


Na początek kilka słów o tytule. Nie wiem skąd ta moda niektórych polskich tłumaczy, a może wydawców, na nadawanie dziwacznych tytułów polskim edycjom znanych powieści. Saper nie jest moim zdaniem najlepszym tłumaczeniem słowa the operative, które w tym konkretnie znaczeniu pięknie się tłumaczy na polski jako operator. Saper jest słowem znanym powszechnie i oznacza żołnierza oczywistej dla wszystkim specjalności, działającego przede wszystkim w ramach jawnych jednostek wojska, policji lub innych służb, którego umiejętności są znane i polegają raczej na specjalizacji niż na wszechstronności. Taki tytuł może od książki odrzucić wielu potencjalnych czytelników, gdyż nie o sapera w znanym nam rozumieniu tu chodzi. Tytułowy operator to człowiek najczęściej z niejawnych pionów wojska lub innych służb, lub nawet ze służb całkiem tajnych, typ zawodowca w każdym calu, przeznaczonego do działań w pojedynkę lub w bardzo małych zespołach. Jego zadania nie polegają na rozminowywaniu pól minowych, która to praca choć trudna, niebezpieczna i godna podziwu, nie jest jego domeną. Operator w znaczeniu o jakie tu chodzi to prawdziwy profesjonalista, najczęściej wszechstronnie wyszkolony, o wielkim potencjale fizycznym, psychicznym i umysłowym. Oczywiście posiada specjalizację w tej czy innej dziedzinie, ale najczęściej przewyższa zwykłych żołnierzy i policjantów nawet w tych dziedzinach, które dla nich są specjalnością a dla niego tylko elementem wyszkolenia poza osią głównego zainteresowania. To taki dzisiejszy heros.

Głównym bohaterem Sapera jest John Stratton, komandos brytyjskich służb specjalnych. W trakcie wykonywania misji w Iraku traci najlepszego przyjaciela. Wkrótce wdowa, której również jest bliskim przyjacielem, wyjeżdża do Ameryki, by wyrwać się z militarnego kręgu znajomych nieżyjacego męża i uchronić jedynego syna od pokusy wybrania tej samej drogi w życiu co jego ojciec, przyjaciele i sąsiedzi. Drogi, która tak często prowadzi granicą między życiem a śmiercią.

Niestety, jak to często bywa, w nowym świecie kobieta zamiast odnaleźć spokój, trafia w złe miejsce o złym czasie. Ginie z rąk gangsterów, ale moment przed śmiercią dzwoni do Strattona po pomoc. John pomóc nie może, bo jest na drugim brzegu Wielkiej Wody. Nie odpuszcza jednak i leci do Stanów, by wyjaśnić śmierć żony przyjaciela i zaopiekować się ich synem. Jak łatwo się domyśleć, sprawy się komplikują i Angol musi stanąć do walki z oprychami odpowiedzialnymi za zabójstwo mając jednocześnie na karku policję i FBI. W dodatku musi chronić osieroconego, przerażonego chłopca.

Książka choć nieco schematyczna w fabule, jest napisana naprawdę świetnie. Bądź co bądź autor sam był the operative, więc wie o czym pisze. Wielbiciele gatunku odnajdą w Saperze tą świetną atmosferę realizmu, którą może stworzyć tylko fachowiec. Język jest świetny, tłumacz też sprawił się na piąteczkę. Akcja szybka, pełna napięcia i książkę czyta się jednym tchem, choć do chudych nie należy. Polecam każdemu, nie tylko wielbicielom gunów, wybuchów i Rambo. Jednak jest to wybitnie książka na jeden raz i raczej nie polecam jej zakupu. Sugeruję bibliotekę. A jeśli komuś aż tak się podoba, że po przeczytaniu będzie chciał ją mieć na swej półce, to też dobrze


Wasz Andrew

sobota, 18 lutego 2012

Demony



Kiedyś, dawno, dawno temu, zaczytywałem się literaturą s-f. Potem na długi czas mi ta fascynacja przeszła, by chyba nigdy już nie powrócić w takim natężeniu i formie. Przez długie lata nie byłem w stanie z tej tematyki strawić prawie niczego, poza Diuną Franka Herberta, do której często powracałem. Nie znaczy, że niczego z s-f nie czytałem, ale mało co mi się podobało. Co prawda miałem świadomość istnienia świetnego nurtu tej literatury, który nadal od czasu do czasu poczytywałem, jak choćby prześwietne powieści Orsona Scotta Carda, jednak były to głównie rzeczy z Zachodu. Brak mi było mocnej pozycji polskiej i rosyjskiej s-f z czasów, gdy królował nurt że tak powiem hard s-f, że o Lemie już nie wspomnę. Mierził mnie zwłaszcza zalew fantasy, w zdecydowanej większości tak oryginalnej jak Niewolnica Isaura. Od jakiegoś czasu zauważam, iż sprawy zmieniają się na lepsze. Do hard s-f , jak określam epickie powieści w stylu Asimova, raczej nie będzie powrotu, przynajmniej w najbliższym czasie, gdyż ciężko się zmierzyć z uznanymi tytanami gatunku. Jednak pojawiają się piękne nowe, również polskie, wariacje gatunku; połączenie społecznej i politycznej fiction z domieszką science, fantasy i zwykłej baśni. Pisałem jakiś czas temu o zbiorku opowiadań Jacka Piekary Świat jest pełen chętnych suk, który jest tego trendu najlepszym przykładem.


Demony to zbiorek opowiadań różnych autorów na który składają się:

  • Obol dla Lilith — Jarosław Grzędowicz
  • Valca demona — Eugeniusz Dębski
  • Więzy krwi — Maja Lidia Kossakowska
  • Brzytwą kochanie brzytwą — Paweł Siedlar
  • Zoya — Eva Snihur
  • 36 pięter w dół — Jacek Komuda, Maciej Jurewicz
  • Skrzynia z Zamku Anioła — Artur Szrejter
  • Czytając w ziemi — Andrzej Pilipiuk
  • Akwizytor — Rafał A. Ziemkiewicz
  • Sierotki — Jacek Piekara

Gdybym miał wybrać jedno z nich, które mi się najbardziej podobało, byłbym w wielkim kłopocie. Wszystkie są dobre, a większość z nich to prawdziwe perełki. Ich wspólną cechą jest specyficzny humor, bystra obserwacja dzisiejszej rzeczywistości i barwny, bardzo różnorodny język. Demony są świetną rozrywką a jednocześnie zmuszają do refleksji i poważniejszych przemyśleń. To coś, czego tak brakuje w wielu dzisiejszych bestsellerach.

Opowiadania to krótkie formy, w których puenta i suspens są krytycznymi elementami, dlatego, odmiennie niż w przypadku powieści, nie będę pisał niczego bliższego o treści utworów zawartych w Demonach. Niech każdy z Was sam przeżyje tą lekturę sam na sam z autorami, bez żadnych wtrętów z mej strony. Zdecydowanie polecam.

Choć lektura jest wspaniała, sugeruję raczej udanie się do biblioteki. Demony to chyba nie jest pozycja, którą warto mieć na półce. Jeśli jednak aż tak Wam przypadnie do gustu, zawsze można ją przecież zakupić już po poznaniu treści. Pozdrawiam i życzę świetnej zabawy


Wasz Andrew