wtorek, 21 lutego 2012

Fałszywy alarm




Sięgając po kolejną powieść Tami HoagFałszywy alarm (Wolf Cry) miałem nadzieję na kawał dobrej rozrywki z dreszczykiem, do czego przyzwyczaiły mnie poprzednie kryminały, jakie wyszły spod jej pióra. Oto czym nęciła notka na okładce:


Laurel Chandler była panią prokurator w hrabstwie Scott. Była, bo kiedy postawiła wszystko na jedną szalę w głośnej sprawie o molestowanie dzieci, przegrana przyniosła jej rozpad małżeństwa i załamanie psychiczne.

Teraz, żeby odzyskać wiarę w siebie, powraca w rodzinne strony, do Luizjany. Tu poznaje Jacka Boudreaux, który także w głuszę uciekł od swoich problemów. Jakich? Nikt w miasteczku nie wie... W tym zaciszu może dla obojga wystarczyłoby czasu i miejsca na odzyskanie spokoju ducha, gdyby nie sprawa "Dusiciela znad Rozlewisk". Właśnie czwarta kobieta stała się jego ofiarą.

Laurel nie chce tej sprawy. Żadnej sprawy. Wolałaby miłość Jacka. Chociaż dookoła mówi się, że to zwykły podrywacz. Najgorzej jednak, że rosną podejrzenia, czy to nie on jest poszukiwanym mordercą młodych kobiet...

Niby nieźle ale zarazem jakoś tak sztampowo i mało makabrycznie w porównaniu choćby do niesamowitej Cienkiej mrocznej linii. Lekturę zacząłem więc zarówno pełen nadziei, jak i obaw.

Jak w większości przypadków, tak i tym razem nie będę streszczał książki, gdyż zwłaszcza w tym dziale literatury odbiera to wiele z przyjemności, jaką powieść oferuje czytelnikowi. Nie chcę Fałszywego alarmu odzierać z suspensu, grozy i mrocznego klimatu.

Właśnie atmosfera zagrożenia złem wylęgającym się z ciemności ludzkiej duszy, która zawsze jest jedną z najmocniejszych stron książek tej autorki, jest również wielkim atutem tej powieści. Nie jest to jednak klimat skoncentrowany tylko na grozie i mroku, jak choćby we wspomnianej Cienkiej mrocznej linii. Niesamowicie mi się spodobało, że Fałszywy alarm, choć jest oczywiście pełen tej niesamowitej atmosfery, która przenika potencjalne ofiary w czasie nocy na bagnach, to jest również pełen aury piękna przyrody jakiej niepowtarzalną odsłoną są wielkie bagniste i zalewowe tereny nie tylko w USA, ale wszędzie tam, gdzie można je podziwiać. Tej miłości do regionu rozumianego jako miejsce, gdzie się żyje i umiera, tak rozpaczliwie brak w polskiej literaturze z półki z sensacją i kryminałami. I nie tylko piękna przyrody. Również piękna i bezcennego kolorytu miejscowego języka, społeczności i obyczajów. Niepowtarzalności wywodzącej się z historii i wspólnoty. W Fałszywym alarmie jednocześnie z grozą jaką napawają nas czyny seryjnego mordercy, możemy smakować klimat Akadii, mało znanego zakątka Luizjanny, gdzie ludzie mówią nie po francusku, a po kajuńsku i myślą też trochę inaczej niż inni. To sprawia, iż nie czujemy się tylko widzami kolejnego odcinka Ojca Mateusza usiłującymi dorównać przenikliwością umysłowi genialnego detektywa i odkryć przed nim kto i dlaczego, iż nie jesteśmy tylko nocnymi słuchaczami Kociego oka, którzy otoczeni ciemnością próbują w świecie swej wyobraźni zwalczyć strach i wytropić zbrodniarza. W tej powieści Tami Hoag mamy możność przenieść się w niesamowity świat Akadii i chłonąć jej kruchy koloryt, choć jak na kryminał przystało pas de bétises*.

Warto też wspomnieć, iż Fałszywy alarm skłania do przemyśleń na kilka ważkich tematów; czy bogactwo lub bieda w domu rodzinnym jednoznacznie determinują sukces lub klęskę następnego pokolenia, czy przemoc w rodzinie, z jaką styka się dziecko, uniemożliwia mu bycie szczęśliwym w przyszłości, co sprawia, że ktoś idzie w tym lub innym kierunku, czy ofiara jest sobie winna i co ma Bóg z tym wspólnego. Jest takich wątków całkiem sporo jak na powieść kryminalną, gatunek przez wielu odsądzany od jakichkolwiek wartości.

Jeśli do tego dodamy ciekawą intrygę, przekonujące konstrukcje psychiczne bohaterów, namiętny romans i wyuzdany seks, szczyptę polityki i nieco kamyczków do ogródka nawiedzonych proroków, w postaci jednego z bohaterów, który mówi wiernym za pieniądze to, co sami mogliby za darmo z Biblii wyczytać, gdyby tylko wierni ją czytać chcieli, to otrzymujemy powieść naprawdę świetną. W starej skali ocen wielka piąteczka a nawet więcej (plusik czy kwiatek, sam nie wiem). Niezależnie od tego, czy kochacie kryminały i thrillery, czy też tych gatunków raczej unikacie, po Fałszywy alarm warto sięgnąć. Nie będzie to czas stracony o czym Was zdecydowanie zapewniam


Wasz Andrew


*bez żartów

cykl Doucet:
  1. The Restless Heart, 1991
  2. Lucky's Lady, 1992
  3. Cry Wolf, 1993, (Fałszywy alarm, 2001)
  4. A Thin Dark Line, 1997 (Cienka mroczna linia, 2001)

2 komentarze:

  1. No, to już tak całkiem pas de bétises mówiąc ;) chętnie przeczytam, bo styl pani Hoag mi się na tyle spodobał, że mam ochotę na jeszcze. A takiej rekomendacji - cóż... trudno się oprzeć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jeszcze bardziej rekomenduję Cienką mroczną linię :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)