Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Kamienna małpa



Kamienna Małpa (The Stone Monkey) to kolejna powieść, której autorem jest Jeffery Deaver, twórca wielu thrillerów i dwóch zbiorów opowiadań, z wykształcenia dziennikarz i prawnik, wielokrotnie nagradzany, w tym pięciokrotnie nominowany do Edgar Awards w kategorii Mystery Writers of America oraz do Anthony Award.


Lincoln Rhyme, sparaliżowany detektyw, którego po raz pierwszy poznaliśmy w Kolekcjonerze kości znów ma przed sobą zagadkę do rozwiązania. Do wybrzeży Stanów Zjednoczonych zbliża się statek z nielegalnymi chińskimi imigrantami na pokładzie. Przemytem tych ludzi kieruje nieuchwytny Kwang Ang, poszukiwany przez policję wielu krajów. Okręt tonie niedaleko brzegu, ale części imigrantów udaje się dotrzeć do lądu. Kwang Ang znika w Nowym Jorku, a Lincoln Rhyme zostaje poproszony o pomoc w poszukiwaniach przestępcy, który nie zawaha się przed zgładzeniem każdego, kto mógłby go zidentyfikować. Wszystkim ocalałym z katastrofy Chińczykom grozi śmierć. Rhyme musi ująć mordercę, zanim ten do nich dotrze.

Tyle notka wydawcy i jak to zwykle czynię, więcej zdradzać nie będę, by czytelnik też miał radość z odkrywania tego, co przyniesie następna strona i następny rozdział. Powiem tylko, że dla mnie osobiście Kamienna Małpa jest raczej z pogranicza kryminału i sensacji niż z krainy thrillerów, czego jednak w żadnym razie nie należy rozumieć jako słowa krytyki. Książkę czyta się świetnie; akcja jest wartka, pełna napięcia i niespodziewanych zwrotów. Język jak zwykle barwny i obrazowy sprawia, iż całość jest chyba jeszcze lepsza niż znany z sukcesu filmowego Kolekcjoner kości. W dodatku, co jest dodatkowym atutem, znaczna część akcji rozgrywa się w świecie Chińczyków, zarówno nielegalnych jak i legalnych imigrantów w USA, w świecie kompletnie dla nas Polaków nieznanym, choć absolutnie wartym poznania. Jest też sporo nawiązań do Chin, ich kultury, mentalności i moralności, tak odmiennych od naszych i zadających kłam bzdurom o „uniwersalnych wartościach”. Wszystko to wraz z pewną dozą humoru wplecione w charakterystyczny dla Deavera klimat poszukiwania i interpretowania dowodów oraz wyścigu z czasem, który decyduje o zwycięstwie sprawiedliwości lub zła. Inna sprawa, że to też obraz nieco jednostronny, który wypacza racjonalizm postępowania przygotowawczego sugerując, iż samymi dowodami rzeczowymi można przygwoździć sprawcę i udowodnić mu winę, mniejszą wagę przykładając do dowodów z zeznań świadków i innych źródeł. W rzeczywistości wielu sprawców skazano bez żadnego dowodu rzeczowego, podobnie jak w wielu przypadkach było odwrotnie. Prawda jak zwykle leży pośrodku i gloryfikowanie jednej metody śledczej i wynoszenie jej ponad inne jest nieco infantylne.

Te szczegóły jednak nie są istotne dla ogółu czytelników. Powieść jest na przysłowiową piąteczkę, choć jak dla mnie jest nieco jednorazowa. Drugi raz po nią nie sięgnę, gdyż nie będzie już zaskoczenia, ciekawości ani niczego, co by to uzasadniało. Z tego też powodu lepiej pożyczyć ją z biblioteki niż kupować. Lepiej dla kieszeni i bardziej ekologicznie


Wasz Andrew

niedziela, 19 lutego 2012

Saper


Najczęściej, gdy zachodzę do biblioteki, szukam czegoś nowego. To tak jak w ciastkarni; szukanie nowych smaków. Zdarzają się jednak dni, kiedy poszukuję czegoś „w stylu”. Są takie książki, które niczym nie zaskakują, nie prowokują do wzniosłych przemyśleń ani moralnych dylematów, ale gwarantują dobrą rozrywkę. Takiej właśnie książki szukałem, gdy sięgnąłem po powieść Duncana Falconera Saper (The Operative) w tłumaczeniu Jarosława Włodarczyka.


Na początek kilka słów o tytule. Nie wiem skąd ta moda niektórych polskich tłumaczy, a może wydawców, na nadawanie dziwacznych tytułów polskim edycjom znanych powieści. Saper nie jest moim zdaniem najlepszym tłumaczeniem słowa the operative, które w tym konkretnie znaczeniu pięknie się tłumaczy na polski jako operator. Saper jest słowem znanym powszechnie i oznacza żołnierza oczywistej dla wszystkim specjalności, działającego przede wszystkim w ramach jawnych jednostek wojska, policji lub innych służb, którego umiejętności są znane i polegają raczej na specjalizacji niż na wszechstronności. Taki tytuł może od książki odrzucić wielu potencjalnych czytelników, gdyż nie o sapera w znanym nam rozumieniu tu chodzi. Tytułowy operator to człowiek najczęściej z niejawnych pionów wojska lub innych służb, lub nawet ze służb całkiem tajnych, typ zawodowca w każdym calu, przeznaczonego do działań w pojedynkę lub w bardzo małych zespołach. Jego zadania nie polegają na rozminowywaniu pól minowych, która to praca choć trudna, niebezpieczna i godna podziwu, nie jest jego domeną. Operator w znaczeniu o jakie tu chodzi to prawdziwy profesjonalista, najczęściej wszechstronnie wyszkolony, o wielkim potencjale fizycznym, psychicznym i umysłowym. Oczywiście posiada specjalizację w tej czy innej dziedzinie, ale najczęściej przewyższa zwykłych żołnierzy i policjantów nawet w tych dziedzinach, które dla nich są specjalnością a dla niego tylko elementem wyszkolenia poza osią głównego zainteresowania. To taki dzisiejszy heros.

Głównym bohaterem Sapera jest John Stratton, komandos brytyjskich służb specjalnych. W trakcie wykonywania misji w Iraku traci najlepszego przyjaciela. Wkrótce wdowa, której również jest bliskim przyjacielem, wyjeżdża do Ameryki, by wyrwać się z militarnego kręgu znajomych nieżyjacego męża i uchronić jedynego syna od pokusy wybrania tej samej drogi w życiu co jego ojciec, przyjaciele i sąsiedzi. Drogi, która tak często prowadzi granicą między życiem a śmiercią.

Niestety, jak to często bywa, w nowym świecie kobieta zamiast odnaleźć spokój, trafia w złe miejsce o złym czasie. Ginie z rąk gangsterów, ale moment przed śmiercią dzwoni do Strattona po pomoc. John pomóc nie może, bo jest na drugim brzegu Wielkiej Wody. Nie odpuszcza jednak i leci do Stanów, by wyjaśnić śmierć żony przyjaciela i zaopiekować się ich synem. Jak łatwo się domyśleć, sprawy się komplikują i Angol musi stanąć do walki z oprychami odpowiedzialnymi za zabójstwo mając jednocześnie na karku policję i FBI. W dodatku musi chronić osieroconego, przerażonego chłopca.

Książka choć nieco schematyczna w fabule, jest napisana naprawdę świetnie. Bądź co bądź autor sam był the operative, więc wie o czym pisze. Wielbiciele gatunku odnajdą w Saperze tą świetną atmosferę realizmu, którą może stworzyć tylko fachowiec. Język jest świetny, tłumacz też sprawił się na piąteczkę. Akcja szybka, pełna napięcia i książkę czyta się jednym tchem, choć do chudych nie należy. Polecam każdemu, nie tylko wielbicielom gunów, wybuchów i Rambo. Jednak jest to wybitnie książka na jeden raz i raczej nie polecam jej zakupu. Sugeruję bibliotekę. A jeśli komuś aż tak się podoba, że po przeczytaniu będzie chciał ją mieć na swej półce, to też dobrze


Wasz Andrew

sobota, 18 lutego 2012

Demony



Kiedyś, dawno, dawno temu, zaczytywałem się literaturą s-f. Potem na długi czas mi ta fascynacja przeszła, by chyba nigdy już nie powrócić w takim natężeniu i formie. Przez długie lata nie byłem w stanie z tej tematyki strawić prawie niczego, poza Diuną Franka Herberta, do której często powracałem. Nie znaczy, że niczego z s-f nie czytałem, ale mało co mi się podobało. Co prawda miałem świadomość istnienia świetnego nurtu tej literatury, który nadal od czasu do czasu poczytywałem, jak choćby prześwietne powieści Orsona Scotta Carda, jednak były to głównie rzeczy z Zachodu. Brak mi było mocnej pozycji polskiej i rosyjskiej s-f z czasów, gdy królował nurt że tak powiem hard s-f, że o Lemie już nie wspomnę. Mierził mnie zwłaszcza zalew fantasy, w zdecydowanej większości tak oryginalnej jak Niewolnica Isaura. Od jakiegoś czasu zauważam, iż sprawy zmieniają się na lepsze. Do hard s-f , jak określam epickie powieści w stylu Asimova, raczej nie będzie powrotu, przynajmniej w najbliższym czasie, gdyż ciężko się zmierzyć z uznanymi tytanami gatunku. Jednak pojawiają się piękne nowe, również polskie, wariacje gatunku; połączenie społecznej i politycznej fiction z domieszką science, fantasy i zwykłej baśni. Pisałem jakiś czas temu o zbiorku opowiadań Jacka Piekary Świat jest pełen chętnych suk, który jest tego trendu najlepszym przykładem.


Demony to zbiorek opowiadań różnych autorów na który składają się:

  • Obol dla Lilith — Jarosław Grzędowicz
  • Valca demona — Eugeniusz Dębski
  • Więzy krwi — Maja Lidia Kossakowska
  • Brzytwą kochanie brzytwą — Paweł Siedlar
  • Zoya — Eva Snihur
  • 36 pięter w dół — Jacek Komuda, Maciej Jurewicz
  • Skrzynia z Zamku Anioła — Artur Szrejter
  • Czytając w ziemi — Andrzej Pilipiuk
  • Akwizytor — Rafał A. Ziemkiewicz
  • Sierotki — Jacek Piekara

Gdybym miał wybrać jedno z nich, które mi się najbardziej podobało, byłbym w wielkim kłopocie. Wszystkie są dobre, a większość z nich to prawdziwe perełki. Ich wspólną cechą jest specyficzny humor, bystra obserwacja dzisiejszej rzeczywistości i barwny, bardzo różnorodny język. Demony są świetną rozrywką a jednocześnie zmuszają do refleksji i poważniejszych przemyśleń. To coś, czego tak brakuje w wielu dzisiejszych bestsellerach.

Opowiadania to krótkie formy, w których puenta i suspens są krytycznymi elementami, dlatego, odmiennie niż w przypadku powieści, nie będę pisał niczego bliższego o treści utworów zawartych w Demonach. Niech każdy z Was sam przeżyje tą lekturę sam na sam z autorami, bez żadnych wtrętów z mej strony. Zdecydowanie polecam.

Choć lektura jest wspaniała, sugeruję raczej udanie się do biblioteki. Demony to chyba nie jest pozycja, którą warto mieć na półce. Jeśli jednak aż tak Wam przypadnie do gustu, zawsze można ją przecież zakupić już po poznaniu treści. Pozdrawiam i życzę świetnej zabawy


Wasz Andrew

piątek, 17 lutego 2012

Przysięga otchłani



Jean-Christophe GRANGE

Przysięga otchłani
(Le Serment Des Limbes)

Przysięga otchłani to trzecia powieść autora Purpurowych rzek, którą miałem okazję przeczytać. Świadomie nie używam zwrotu „miałem przyjemność, a dlaczego, o tym za chwilę.

Paryski policjant Mathieu Durey dowiaduje się, że jego przyjaciel i kolega Luc Soubeyras, również z wydziału zabójstw, próbował popełnić samobójstwo. Otarł się o śmierć kliniczną i w stanie śpiączki leży w szpitalu. Dlaczego posiadający szczęśliwą rodzinę mężczyzna, żarliwy katolik, targnął się na swoje życie? Stres? Nierozwiązana sprawa? Mathieu postanawia pójść tropem ostatniego dochodzenia Luca. Musi sięgnąć w odległą przeszłość. Czternaście lat temu nieznany sprawca utopił w studni małą dziewczynkę. Niedawno bestialsko zabito jej matkę. Przypadek? Ciało kobiety rozłożyło się tylko w połowie, druga połowa została nietknięta. Rytualny mord? Luc odkrywa, że podobną metodą zamordowano także inne osoby. Sprawcy tych zbrodni twierdzili, że popełnili je z podszeptu diabła. A może prawda jest jeszcze bardziej przerażająca i za wszystkimi zabójstwami stoi Szatan w ludzkiej postaci? – Taką właśnie notką kusi nas okładka tej książki. Co w rzeczywistości znajdziemy w środku?

Mój pierwszy kontakt z Jeanem-Christophe GRANGE, podobnie jak wielu innych, miałem za pośrednictwem filmów. Zaczęło się oczywiście od Purpurowych rzek. Zachęcony i przeświadczony, iż powieść jest zwykle lepsza niż film na niej oparty, sięgnąłem po inne powieści tego pisarza. Purpurowe rzeki zostawiłem na później, jak się potem okazało chyba ad calendas Graecas. Na pierwszy ogień, raczej przypadkowo, poszło Imperium Wilków. Potem był Kamienny krąg, a teraz Przysięga otchłani.

Nie będę opisywał fabuły Przysięgi otchłani; musi Wam wystarczyć zacytowana notka wydawcy. Nie chcę odbierać przyjemności rozszyfrowywania tajemnicy tym, który zdecydują się przeczytać tę powieść.

Przysięga otchłani to powieść kryminalna. Można dopatrzyć się w niej też elementów innych gatunków, ale dla mnie jest to jednak kryminał; wydziwniony, wysztuczniony, ale kryminał. Język jest barwny, ale psuje to w znacznym stopniu duża ilość błędów. Nie wiem, kto za nie odpowiada: autor, tłumacz czy wydawca, ale to aż razi. Wiem, iż to bolączka wielu dzisiejszych wydawnictw, które chyba oszczędzają na ostatecznej korekcie i są żałosne w porównaniu z wydaniami z czasów komuny, niemniej jest to wielki minus. Ta powieść, podobnie jak dwie poprzednie, lepiej chyba by się prezentowała po przeniesieniu na ekran, co by ją spłaszczyło, a przede wszystkim skróciło. Jest gruba i długa, ale tak naprawdę niczego ciekawego w niej nie znajdziemy. Motywy kierujące bohaterami, ich konstrukcje psychiczne i realia w których się obracają są tak nierealne, że w trakcie lektury narastała we mnie coraz to większa obawa, jak też w zakończeniu autor to wszystko wyjaśni, rozwikła i uzasadni. Owszem, Grange umie budować nastrój, napięcie i klimat, lecz na tym daleko się nie zajedzie. Gdy się okazuje, że za tym wszystkim nie stoi żadna rzeczywista siła sprawcza, że to epatowanie cudacznymi zbrodniami jest bezsensowne, to po zakończeniu lektury stwierdzamy: - Nuda!!! Gdyby takim piórem dysponował ktoś z sensownymi pomysłami na powieść, to powstałoby arcydzieło. Niestety tak nie jest i jest to chyba ostatnia powieść tego autora, po jaką sięgnąłem – beznadzieja.

Jeśli koniecznie chcecie to przeczytać, skorzystajcie z biblioteki. Kupować Przysięgi otchłani absolutnie nie warto. Dla mnie w starej skali ocen bardzo naciągane cztery z wielkim minusem. To cztery za klimat, a baty za całą resztę. Jeśli macie jakiś wybór, to poszukajcie czegoś innego. Lektura tej powieści, choć jest pewną przyjemnością, zabiera dużo czasu, który na pewno można poświęcić na coś bardziej wartościowego.


Wasz Andrew

czwartek, 16 lutego 2012

Anioł z Missisipi



Greg Iles to pisarz dotąd mi nieznany. Po Anioła z Missisipi (Turning Angel) sięgnąłem w poszukiwaniu nowego. Nowego stylu, nowej jakości, czegoś nowego; niesztampowego, odmiennego.

Trafiło mi się wydanie popełnione „by Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2008”. Pomimo ładnej okładki to po prostu porażka! To zbrodnia popełniona na czytelnikach i języku polskim! Choć mam świadomość, iż pewnie już nigdy nie spotkam takich perfekcyjnych wydań, jak choćby niezapomniany dla mnie Potop z Wyboru Pism ze wstępem Leona Kruczkowskiego wydanego w 1954 przez PWN w Warszawie, choć mam świadomość, iż coraz powszechniejsza, również w branży wydawniczej, jest wywodząca się ze świata komputerów kultura bylejakości, to Anioł okazał się dziełem diabła wcielonego. Tylu literówek, tylu błędów idiotycznych, niejednokrotnie zmieniających sens lub przekształcających go w bezsens zgoła, w życiu jeszcze w żadnej książce nie spotkałem. Dziecko z dysleksją i totalnym wstrętem do pióra, jeśli tylko się przyłoży, to mniej byków strzeli. Masakra teksańska piłą na umyśle po prostu.

Już macie dość? Niesłusznie. Anioł jest nomen omen dziełem naprawdę natchnionym, do tego stopnia, iż owe błędy o których wspomniałem, są niczym sznyty na Jasnogórskim Obrazie – absolutnie nie utrudniają percepcji, wręcz podkreślają niezależność przekazywanej treści od niedoskonałego nośnika . Choć nie pragnę mieć tej powieści na półce i wracać do niej, przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości, to wiem, iż naprawdę warto ją było przeczytać.

Anioł z Missisipi jest pięknym okazem z gatunku przez wielu niedocenianego jakim jest powieść kryminalna. Akcja rozgrywa się w Natchez, podupadającym miasteczku w Missisipi. Taki nieco zaściankowy fragment Stanów przypominający trochę polskie społeczeństwo pośród starych europejskich demokracji. Miejscową społecznością wstrząsa zgwałcenie i zabójstwo prymuski tamtejszej szkoły prywatnej, nieco nawet elitarnej jak na możliwości Missisipi. To jednak tylko pierwsza jaskółka już nie wstrząsu, ale prawdziwego trzęsienia ziemi jakie czeka mieszkańców Natchez. Zbezczeszczony trup nastolatki jest bowiem jak koniec macki potwora wynurzającego się z głębin oceanu. Choć przerażający, prawdziwą zgrozę dopiero zapowiada. Penn Cage, przyjaciel podejrzanego o romans z nieletnią i jej zabójstwo lekarza, podejmie się dotarcia do prawdy. Czy mu się to uda i co jeszcze się zdarzy nie będę Wam zdradzał. Mogę natomiast z całym przekonaniem zapewnić, iż lektura powieści Grega Ilesa jest świetną rozrywką dla każdego, nie tylko dla miłośników kryminałów. Ponadto, co jest chyba jeszcze cenniejsze, jest to powieść o pokoleniu, które w USA już od lat pokazuje pazurki, a u nas dopiero zaczyna ujawniać swą prawdziwą twarz.

Na pewno powinien Anioła przeczytać każdy rodzic i w ogóle każdy, któremu się wydaje, iż obecne młode pokolenie jest takie samo, jak poprzednie. Mądrzejsi wiedzą, że każde pokolenie jest odmienne od poprzedniego, choć w wielu aspektach podobne. Ci powinni tę powieść przeczytać, by wiedzieć czym się to nowe pokolenie różni od innych. A różni się wolnością. Wolnością, z którą nie wie co zrobić. Wolnością, która jest dla niego jak brzytwa dla kilkulatka. Wielu wyjdzie z takiej zabawy bez szwanku, ale równie wielu odniesie rany.

Greg Iles pokazał się w tej powieści jako świetny obserwator, dociekliwy i bezpruderyjny. Pokazuje rzeczy których wielu z nas nie potrafi i nie chce widzieć. I nie pokazuje nam problemów amerykańskich. Kapitalizm przyniósł nam wszystko, co amerykańskie, a przede wszystkim TE rzeczy. Demoralizację nieletnich, seks, narkotyki i ochroniarze w szkołach, najcięższe przestępstwa popełniane przez najmłodszych. Bezsilność dorosłych i ich zagubienie w sprawach dotyczących młodzieży. Naprawdę warto to przeczytać.

Anioł z Missisipi to piękne połączenie typowo rozrywkowego gatunku literackiego z tematami ważnymi i aktualnymi, z problemami do przemyśleń i z ciekawymi okruchami wiedzy. To wszystko scalone świetnym piórem i fascynującą fabułą. Zdecydowanie polecam i zachęcam do lektury


Wasz Andrew

środa, 15 lutego 2012

Fałszywa tożsamość



Amerykański bestseller to dla mnie co najmniej określenie dwuznaczne. Gdy nie wiadomo czego dotyczy, może być zarówno pejoratywne jak i zdecydowanie pozytywne. Książka opatrzona tym epitetem może być równie dobrze sztampowym gniotem obliczonym na mało wymagającego, a więc masowego odbiorcę, co zapewni jej sukces komerycjny, jak i perfekcyjną, oryginalną pozycją, która daje czytelnikowi wartościową lekturę i prześwietną rozrywkę, a dzięki temu świetnie się sprzedała. Nie użyję więc tego określenia, choć często pada, gdy mowa o Fałszywej tożsamości.


David Morrell to pisarz, który budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Choć każdy zna Rambo, jego autor kojarzy mi się głównie z fenomenalnymi powieściami w klimacie tajnych bractw jak trylogia Bractwo Róży, Bractwo Kamienia, Bractwo Nocy i Mgły czy męskich spraw jak Piąta profesja. Jednocześnie jednak nazwisko to przywodzi mi wspomnienia o wielkim zawodzie jaki sprawił mi choćby Totem, pięknie zapowiadający się horror z beznadziejnym zakończeniem. Wiedząc o nierównym poziomie twórczości Morrela z pewną niechęcią sięgnąłem po jego powieść Fałszywa tożsamość (Assumed Identity).

Głównym bohaterem Fałszywej tożsamości jest agent amerykańskich służb działający nie tyle pod przykryciem (taka modna, ale dla mnie dziwaczna kalka z angielskiego, która świetnie brzmi w oryginale, lecz po polsku żenująco) co w cudzej skórze. Właściwie to częściej się zmienia niż kameleon i jest w tym od niego dużo lepszy. Nieraz w trakcie jednej operacji przyjmuje kilka tożsamości jednocześnie i zmienia je co chwilę niczym rękawiczki. Dla jednych jest Panem A, dla drugich Panem B a dla innych... tylko on może się w tym nie zagubić. Ma tak wiele osobowości, które tworzy dla każdego nazwiska aż do najdrobniejszych szczegółów, że zapomina kim kiedyś był, gdy był kimś naprawdę.

Niestety, w trakcie kolejnej akcji sprawy się komplikują. Zostaje rozpoznany przez gościa, którego spotkał w innym miejscu i w innym czasie, no i oczywiście jako ktoś całkiem inny. W dodatku moment jest niesłychanie niefortunny bo jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami. Musi walczyć o życie, zostaje poważnie ranny i traci zaufanie przełożonych. Jakby mało było kłopotów, gość, który go rozpoznał, nie chce się odczepić i na dokładkę zaczyna węszyć koło jego mrocznych tajemnic wspomagany przez piękną dziennikarkę.

Gdy sprawy człowieka o stu twarzach zaczynają wyglądać naprawdę nieciekawie – po sfingowaniu własnej śmierci (a raczej śmierci jednego ze swych wcieleń) musi unikać policji i mieć się na baczności przed własnymi szefami, otrzymuje zakodowaną wiadomość od jedynej kobiety, którą kiedyś kochał. Wiadomość z prośbą o pomoc.

Wiadomo, że sprawa nie będzie prosta. Jego dawna miłość jest jeszcze lepszym kameleonem niż on, prawdziwym wirtuozem w dziedzinie mimikry. Czy zdoła ją na czas odszukać samemu będąc ściganym? Sprawdźcie sami.

Fałszywa tożsamość to prawdziwy bestseller w najlepszym tego określenia znaczeniu. Błyskawiczna, pełna zwrotów akcja, wielowątkowość, wielość pytań i ciągłe napięcie sprawiają, iż czyta się ją jednym  tchem. Jest i miłość, i męskie sprawy, czyli to, co czytelniczki i czytelnicy lubią najbardziej. To prawdziwy, dobry Morrell. Absolutnie i zdecydowanie polecam. Może nawet warto ją kupić. Może nawet jeszcze kiedyś do niej wrócę


Wasz Andrew

wtorek, 14 lutego 2012

Strażnicy bezprawia



Niejako przypadkiem sięgnąłem po Strażników bezprawia (The Guards). Autorem tej powieści jest Ken Bruen; król irlandzkiego kryminału noir, jak mówią o nim krytycy.

Strażnicy bezprawia są mrocznym, bardzo mrocznym kryminałem. Mrocznym nie przez niezwykłe okrucieństwo i napięcie rodem z horroru, jak choćby w świetnej powieści Cienka mroczna linia Hoag Tami, ale mrocznym

umysłem otępiałym od alkoholu

bezcelowością istnienia

bezsilnością

brakiem wiary

i zawiedzionymi uczuciami.

Fabuła nie jest specjalnie błyskotliwa, ale wcale nie musi. Akcja nie jest szybka i porywająca jak w amerykańskim bestsellerze a napięcia, przynajmniej w zwykłym rozumieniu tego słowa, prawie wcale się nie czuje. I dzięki Bogu. Bo ta powieść jest

inna

zaskakująca

odkrywcza.

Nie będę się rozpisywał na temat fabuły, gdyż choć interesująca, nie jest tym, co w Strażnikach najlepsze. To historia, która może się zdarzyć zawsze i wszędzie, która zdarza się i dziś. On – mocno podupadły bohater, Ona – skrzywdzona i błagająca o sprawiedliwość. Schemat znany i wałkowany w milionach wariacji. Teraz jednak pokazany oczami i umysłem prawdziwego aż do bólu faceta. Przekazany niesamowitym językiem

lapidarnym i bogatym

piekielnie mrocznym i błyszczącym wisielczym humorem

leniwym jak liryczna ballada i brutalnym jak uderzenie pięścią poprawione kopem.

Zmusza do ruszenia głową, do zastanowienia się nad marnością tego świata i życia w ogóle. Zarazem jest pełna nadziei; nieśmiałej i nienazwanej.

Jak się zdążyliście zorientować polecam Strażników bezprawia, choć polski tytuł jest dla mnie beznadziejny, polecam absolutnie i bezwarunkowo. Być może jeszcze kiedyś do nich wrócę, a na następne spotkanie z Kenem Bruenem już czekam z niecierpliwością


Wasz Andrew

poniedziałek, 13 lutego 2012

Ci cholerni cudzoziemcy



Jakiś czas temu, bodajże w 2010 roku, brytyjski Chanel 4 zrealizował czteroodcinkowy* serial dokumentalny Bloody Foreigners czyli, mniej więcej, Cholerni cudzoziemcy. Wszystkie odcinki są interesujące, lecz dla nas Polaków szczególny charakter ma odcinek drugi opowiadający o Dywizjonie 303**. Zawiera on bezcenne świadectwa uczestników wydarzeń Bitwy o Anglię. Wypowiedzi niejednokrotnie bezkompromisowe, które nie do końca wpisują się w poprawność polityczną naszej nowej Zjednoczonej Europy. Poza tym tytuł serialu, który można przetłumaczyć również nieco mniej parlamentarnie, należy odczytywać , co podkreśla narrator we wstępie, w nawiązaniu do negatywnego stereotypu cudzoziemca, jaki funkcjonuje w Wielkiej Brytanii, której obywatele nie zdają sobie sprawy, jak wielką pozytywną rolę odegrali w jej historii ci, których często teraz nazywa się brudasami. Inna sprawa, że dotyczy to w równej mierze również innych nacji, także naszej, w której pogardliwy stosunek do obcych jest moim zdaniem aż nadto powszechny. Symptomatyczny jest również fakt, iż cenzura (w demokratycznym państwie!) zablokowała emisję tego filmu we własnym kraju producenta, czyli w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Chodzi prawdopodobnie o wyraźnie pokazany w końcówce sposób, w jaki Wielka Brytania potraktowała swych polskich bohaterów po wojnie. Ten zakaz emisji powinien też dać do myślenia zwolennikom ACTA, którzy mają, całkiem nieuzasadnione moim zdaniem, przekonanie, iż demokracja jest samosterowną maszynką, która sama potrafi dbać o swe kardynalne wartości i nigdy nie zmieni się w coś gorszego niż komuna.







Dla krytycznie, samodzielnie myślących Polaków zainteresowanych historią The Untold Battle of Britain (Nieopowiedziana historia Bitwy o Anglię) jest niezwykle interesującą ze względu na warsztat. Brak tutaj polskiego zadęcia i pozłacania wizerunków tych, którzy mają wyjść na bohaterów. Z jednej strony, przykładowo, pokazuje niegodne zachowanie Anglików wobec Polaków po wojnie, ale z drugiej, czego w naszych produkcjach nie zobaczymy, choćby fakt, iż jednym z największych asów Dywizjonu 303 był Czech. Jeszcze ciekawsze, a jakby ukrywane w naszej wersji historii jest to, iż w początkowym okresie w całej polskiej jednostce było dwóch (!) ludzi znających angielski. Jakie to rodziło problemy nietrudno sobie wyobrazić.

Reasumując: rzecz absolutnie godna polecenia. Oglądajcie ją dla siebie, gdyż warto, i po to, by wyszła wysoko w notowaniu You Tube. Wówczas może zainteresują się nią i Anglicy, co pozwoli zniweczyć efekt owej haniebnej, wyżej wspomnianej cenzury, a to powinno być celem każdego Polaka


Wasz Andrew



*odcinek 1 - The Untold Battle of Trafalgar, odcinek 2 - The Untold Battle of Britain, odcinek 3 - The Untold Great Fire of London, odcinek 4 - The Untold Invasion of Britain
** 303 Dywizjon Myśliwski im. Tadeusza Kościuszki – jedna z polskich jednostek lotniczych w Wielkiej Brytanii w czasie II Wojny Światowej