Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 5 stycznia 2012

Comedia infantil



Comedia infantil
Henning Mankell

Sięgając po tą książkę kierowałem się tylko nazwiskiem autora* znanym mi już z innych powieści**. Będąc pewnym jego klasy nie rzuciłem nawet okiem na notkę wydawcy umieszczoną na okładce. Nie wiem czemu oczekiwałem na kolejną opowieść o Wallanderze. Omyliłem się.
Comedia infantil to powieść społeczna, obyczajowa. To rachunek życia chłopca umierającego na dachu jednego z budynków w Maputo w Mozambiku. Podobnie jak w innych powieściach Mankella, mamy tutaj zagadkę. Nie wiemy kto go postrzelił umierającego właśnie chłopca, którego wyznania są osią całej opowieści przekazywanej nam ustami jego jedynego słuchacza. To piekarz Jose Maria Waz został wybrany przez śmiertelnie rannego Nelio na towarzysza agonii i dziewięciodniowej spowiedzi. Rachunku z  całego, kończącego się życia, które trwało tylko, i aż, dziesięć lat. Tylko, gdyż nie zdążyło, poza wczesnym dzieciństwem, przynieść niczego dobrego. I aż, gdyż przyniosło więcej cierpień i okrucieństwa aniżeli życie wielu innych osób razem wziętych.
Opowieść nie jest jednak skargą przegranego. Choć Nelio mówi: „Nigdy nie mamy szansy przyszykować sobie radości, polerować wspomnień tak, żeby zabłysły, uniknąć strachu przed jutrem.”, jednocześnie bardziej kocha życie, niż wielu uprzywilejowanych przez los. Chłopiec opowiada po prostu jak było, jak walczył o każdy dzień. Choć to opowieść budząca grozę, to wcale nie jest czymś dla nas abstrakcyjnym i bez znaczenia. Może afrykańskie realia wydają się na pierwszy rzut oka odległe od Europy jak gwiazdy od ziemi, wystarczy sobie jednak przypomnieć byłą Jugosławię, Gruzję czy Czeczenię, by zrozumieć, iż wojna może się zdarzyć już jutro i Tobie. Wystarczy spojrzeć na bezdomnych i żebraków, bezrobotnych i załamanych poniewierających się na społecznych śmietnikach każdego „cywilizowanego” państwa, również obok nas, by wiedzieć, że totalnie przegrani są również w naszym świecie, że nie jest to bajeczka o Afryce. Fakt, że tam dzisiaj wszystko wygląda drastyczniej, ale bestie w ludziach łatwo zbudzić pod każdym równoleżnikiem, o czym Europejczycy powinni pamiętać w sposób szczególny. Powinni też pamiętać, że zło tryumfuje, gdy poprzedza je bieda i beznadzieja.
Nie jest to jednak tylko książka o wojnie, biedzie i śmierci. Są w niej głębie, których analiza wymagałaby tekstu dużo dłuższego niż niniejsza recenzja. Znajdziemy tam rozważania nawet na tematy aktualne i w naszej, postkomunistycznej Polsce. Choćby na temat wolności***Choćby na temat buntu jaki rodzi się, gdy przegrani nie mają żadnej szansy by wejść wyżej w drabinie społecznej. Mamy też sporą dawkę zdrowej filozofii, która przydałaby się naszej młodzieży cierpiącej z coraz głupszych przyczyn i gotowej popełniać samobójstwa z coraz bardziej błahych powodów. Lektura Comedii to pretekst, by pomyśleć o cenie życia, jego celu i innych równie doniosłych problemach, a także zastanowić się nad wagą drobiazgów, które się na to życie składają. Wszystko to okraszone zdrową dozą relatywizmu, gdyż jak celnie stwierdza Nelio: „Człowiek może tęsknić do śmietnika albo do życia wiecznego. Wszystko zależy.” W dodatku całość czyta się z zainteresowaniem, gdyż akcja, choć poznawana niejako  z drugiej ręki, jest wciągająca i dynamiczna. Opisy barwne a postacie bohaterów, nawet jak na Mankella, wyjątkowo realistyczne i prawdziwe aż do bólu.
Polecam lekturę każdemu, zdecydowanie i bez żadnych zastrzeżeń. Szczególnie zaś tym, którzy mają problemy ze sobą i uważają, że ich życie jest nie takie, jakie być powinno.

Wasz Andrew



* Henning Mankell ur. W 1948 jest jednym z najpopularniejszych pisarzy szwedzkich, a także wybitnym dziennikarzem i człowiekiem teatru.
** Chińczyk, Biała lwica z serii o Wallanderze
*** Choćby cytat „...wolność oznacza, iż muszą pracować nie tylko równie ciężko jak do tej pory, ale na dodatek także zacząć myśleć samodzielnie, planować, co jest do zrobienia – wielu zupełnie się pogubiło.” brzmi jak wyjęty choćby z rozważań o polskiej wsi popegeerowskiej, a nie z realiów rodem z Mozambiku.

środa, 4 stycznia 2012

Świat jest pełen chętnych suk



Już dość dawno, za wyjątkiem Rasy drapieżców Lema, nie czytałem książki polskiego autora. Teraz widzę, że to był chyba błąd. Właśnie skończyłem lekturę zbioru opowiadań Jacka Piekary Świat jest pełen chętnych suk i muszę przyznać, że doznałem miłego zaskoczenia.
Na książkę składa się 13 opowiadań bardzo odmiennych tematycznie i poziomem niestety też odstających od siebie nawzajem. Nie będę ich streszczał nawet w jednym zdaniu, bo zepsułoby to czytelnikowi przyjemność jaką daje zaskoczenie, zdziwienie, niespodziewany uśmiech i refleksja, czyli to, co w dobrym opowiadaniu najcenniejsze. Najbardziej całość zbiorku psuje Piękna i Bestia z działu Miłość, seks, nienawiść, w którym to opowiadanku brak jakiegokolwiek suspensu, napięcia czy puenty. Na szczęście tak słabe opowiadanie jest tylko jedno. Poza tym mamy kilka utworów, które spokojnie można zaliczyć do średnich i dobrych. Wśród ludzi to religious-fiction na raczej średnim poziomie, ale w lepszym tego słowa znaczeniu, podobnie jak Zawsze pan Dawn i Taniec na falach, które jednak zaliczyłbym do klasycznego nurtu s-f w stylu wczesnego Lema.
Dalej jest już tylko lepiej. Wszystkie opowiadania są napisane ładnym, bardzo żywym językiem, dynamicznym i szybkim, gdzie trzeba filozoficznym i mistycznym, a gdzie trzeba trochę wulgarnym i prostym. Zielone pola Avalonu i tytułowy Świat jest pełen chętnych suk to całkiem fajne opowiadanka z działu Miłość, seks, nienawiść, łatwe i przyjemne w odbiorze, okraszone iskierkami humoru i mocnym zakończeniem. Arachnofobia to już prawdziwa perełka. Wizja (na szczęście dość lekko potraktowana) dzisiejszego świata ale takiego, który jest następstwem nie wojny polsko-niemieckiej z 1939, lecz sojuszu tych dwóch „bratnich narodów”. Już choćby dla Arachnofobii warto sięgnąć po Piekarę i bez zwłoki rozpocząć lekturę. Na tym jednak nie koniec.
Mamy jeszcze diamencik w postaci Domu na Krawędzi Ciemności z działu Bóg i historia oraz z tej samej mańki Życie to śmierć, śmierć to życie. Za tym dziwacznym nieco tytułem czai się jedno z najbardziej zaskakujących i najciekawszych opowiadań, jakie ostatnio czytałem. Podobnie rewelacyjna jest Mądrość głupców z działu Obce światy.
Na koniec zostało to co najlepsze. Dział Planeta masek będący w istocie cyklem opowiadań o dziejach agenta O’reilly’ego – mistrza miecza i intelektu, który zadomowił się na bardzo dziwnej planecie. Planecie, która niejednemu z nas wydaje się dziwnie bliska... Szkoda tylko, że w zbiorze są tylko trzy opowiadania: Ponury Milczek, Pięć Płonących Wzgórz i Czas Tańczącego Smoka. Na szczęście tworzą taką jakby mini powieść, co jest dodatkowym atutem.
Jak się zapewne zorientowaliście, ostatni cykl podobał mi się najbardziej. Jednak wszystkie opowiadania ze zbioru warte są przeczytania, o czym Was gorąco zapewniam. To wreszcie coś nowego i świeżego, odmiennego od sztampy zachodnich „bestsellerów” tchnących na kilometr sztampą i kiczem....

Wasz Andrew

Świat jest pełen chętnych suk [Jacek Piekara]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 3 stycznia 2012

Erotyka i seks w sztuce


We współczesnej sztuce wszelkie tabu zanika. Sceny erotyczne, które niegdyś szokowały i których nie puszczała cenzura, w porównaniu z obecnymi "momentami" w literaturze czy filmie, wydają się obecnie bardzo grzeczne i coraz trudniej rozumiemy ich ówczesną śmiałość.
Co sądzicie o erotyce i seksie w literaturze? Czy "śmiałe momenty" robią na Was wrażenie? Czy zdarza Wam się być zniesmaczonymi opisami aktów seksualnych? Czy uważacie, że śmiałość seksualna w literaturze jest dużym krokiem naprzód w jej rozwoju, czy też może kontrowersyjnym dodatkiem, który często pozwala nagłośnić powieść?
Seks i erotyka są obecne w sztuce od zawsze, że wspomnieć choćby dzieła czasów antycznych, a nawet prehistoryczne naskalne bohomazy. W różnych okresach forma ujęcia i jawność tej tematyki miewały się odmiennie. Obecnie wydaje się, iż w kręgu naszej amerykańsko-europejskiej kultury śmiałość seksualna sięga bardzo daleko, co powoduje oczywiste pytania o granice między sztuką i pornografią. Pytania, moim zdaniem, nieco infantylne. Jak można rozmawiać o granicach między rzeczami, których się nie potrafi zdefiniować? Konia z rzędem temu, kto powie, czym jest to zwierzę zwane pornografią. Z tego też powodu śmieszą mnie akcje typu STOP PORNOGRAFII i ludzie, którzy się w nie angażują. Nikt przecież nie zmusza nikogo do oglądania czegoś, co już wydaje mu się niesmaczne. Inną rzeczą są naganne praktyki związane głównie z produkcjami filmowymi o tematyce porno, jednak podobnie wątpliwe aspekty ma choćby świat mody oraz modelek i jest to osobny i bardzo osobliwy temat rzeka.



Trzy gracje - Peter Paul Rubens
W świecie literatury, analogicznie jak w filmie i fotografii, mamy podobne tendencje wolnościowe w sferze ukazywania ludzkiej seksualności i związanych z nią zachowań społecznych. Niech wymienię choćby związane mocno z tematem, prześwietne Panienki Madame Cleo, a z rodzimej produkcji niektóre opowiadanka ze zbiorku Świat jest pełen chętnych suk. Mnie bardziej od dylematu „sztuka czy porno” interesuje promowanie chorych zachowań o kontekście seksualnym; współżycia z dziećmi, gwałtu, przemocy, zabójstw. O tym mówi się dużo mniej, a tymczasem nawet twórczość uznana za sztukę, jeśli upowszechnia takie modele zaspokajania popędu płciowego, powinna być piętnowana. Czytanie tekstów, nawet uznanych za pornograficzne, nie przynosi nikomu większej szkody, jeśli ukazuje kontakty dorosłych ludzi mające miejsce za ich obopólną zgodą. Nie ma znaczenia czy robią to w skórach i kajdankach, grupowo czy po bożemu. Jak się komuś nie podoba, nie musi czytać, co najwyżej się trochę zniesmaczy. To samo dotyczy filmów. Każdy ma prawo samemu wyznaczyć granice. Kwestia gustu, wrażliwości i, o czym nikt nie śmie głośno powiedzieć, indywidualnych, niejednokrotnie skrywanych, preferencji seksualnych i temperamentu. Wiadomo, że inaczej będzie reagował na te same obrazy, również literackie, stuprocentowy heteroseksualny samiec, odmiennie ukryty impotent, a inaczej biseksualista ze skłonnością do oryginalnego fetyszyzmu. Niech każdy sam ocenia, wszystko jest kwestią gustu, a o tym podobno się nie dyskutuje. Nie wspominam już o takiej oczywistości, że nawet porno może mieć klasę, albo jej nie mieć.
O ile jednak dużo się mówi o zagrożeniu pornografią w filmie i literaturze, to o zagrożeniu przemocą seksualną dużo mniej. W normalnej telewizji w zwykłym czasie antenowym nie uświadczysz pięknych nagich ciał, tym bardziej w trakcie stosunku. Pokazywanie gwałtów, nawet tych zakończonych zabójstwem ze szczególnym okrucieństwem, jest na porządku dziennym, zarówno w filmie, jak i w literaturze. Tego typu dewiacji ile kto zapragnie, że przypomnę choćby osławioną powieść American Psycho, chwaloną przez krytyków, ale dla mnie po prostu złą. Ludziom, którym przeszkadzają roznegliżowane panienki i scenki nawet tak delikatne, jak te z Playboya, nie przeszkadzają wcale chore zachowania seksualne. Ba, nawet promują je jako wielką sztukę! Do akcji STOP PRZEMOCY SEKSUALNEJ chętnie bym się przyłączył, ale na razie o takiej nie słyszałem. I póki nie zauważę, iż walczący z pornografią walczą z przemocą o podłożu seksualnym, póty w ich szczere intencje lub inteligencję nie uwierzę.
Śmiałość seksualna, zarówno w doborze tematu jak i ukazywanego obrazu, może, nie tylko w literaturze, być świetnym narzędziem pozwalającym osiągnąć wspaniałe cele, ale może być też środkiem do bezwstydnego zarabiania pieniędzy, a wręcz nawet do promowania i czynienia zła. Tak samo jak religia czy nawet młotek. Wszystko zależy od tego, do czego posłuży.
A Wy co o tym sądzicie?

Wasz Andrew

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Przyjaciółka diabła



Powieść Przyjaciółka diabła (oryg. Friend of the Devil), której autorem jest Peter Robinson, była moim pierwszym kontaktem z jego twórczością. Zachęcony entuzjastycznymi recenzjami niezwłocznie przystąpiłem do lektury.
Rzecz cała dzieje się we współczesnej Wielkiej Brytanii. Zaczyna się od dwóch niepowiązanych ze sobą zabójstw. Jedną ofiarą jest kobieta na wózku inwalidzkim, której podcięto gardło na nadmorskim klifie. Drugą młoda, ładna dziewczyna zgwałcona i uduszona w labiryncie wąskich uliczek starówki Eastvale. Pierwszą sprawę prowadzi inspektor Anna Cabot, a drugą Alan Banks. Nawiasem mówiąc, to już siedemnasta odsłona przygód detektywa Banksa. Jak Alanowi i jego koleżance pójdzie tym razem, tradycyjnie nie będę zdradzał.
Powieść napisana jest bardzo dobrze. Robinsonowi udało się oddać klimat pracy w policji borykającej się z wieloma, również finansowymi, problemami. Fabuła jest dość rozbudowana, akcja wartka i miejscami zaskakująca. Postacie przekonujące. Solidny, klasyczny kryminał. Bez dodatkowych wartości i nie zasługujący na miano wybitnego, jednak na tyle dobry, by nie sprawić zawodu miłośnikom gatunku. Im właśnie mogę śmiało polecić tę lekturę. Tym, którzy jeszcze nie polubili kryminałów i thrillerów, radziłbym jednak na początek sięgnąć po coś innego, bardziej oryginalnego, choćby po moją poprzednią lekturę, czyli Sąsiada

sobota, 31 grudnia 2011

Do Siego Roku!



Wszystkim Wam życzę, byśmy w tym Nowym Roku 2012, który nastanie za kilkanaście godzin, potrafili być szczęśliwi i uśmiechnięci. A poza tym, tradycyjnie; Zdrówka życzę!

piątek, 30 grudnia 2011

Sąsiad



Ostatnio wiele książek, głównie powieści, trafia w me ręce w ogóle bez udziału mojej woli. Sąsiad (oryg. The Neighbor) przywędrował w środku sporego stosika innych książek. Tytuł mnie nie przyciągnął, podobnie jak nieznane mi dotąd nazwisko autorki – Lisa Gardner. W dodatku na okładce znów ujrzałem te entuzjastyczne oceny krytyków z anglosaskiego kręgu kulturowego, na których tyle razy już się zawiodłem... W konsekwencji ów dość gruby tomik powędrował na przedostatnie miejsce w kolejce. Tam cierpliwie czekał na swój czas, niby bomba z opóźnionym zapłonem...
W Bostonie, mieście będącym często miejscem akcji zarówno w literaturze, jak i licznych filmach oraz serialach telewizyjnych, w dzielnicy ani zbyt dobrej, ani złej, mieszka z czteroletnią córeczką Ree i kotem Panem Smithem małżeństwo, któremu nie można niczego zarzucić. Jason Jones, mąż, pracuje jako dziennikarz w lokalnej gazecie. Sandra Jones, żona, młodsza od niego, jest nauczycielką i, co nigdy nie jest bez znaczenia, piękną kobietą. Sami troszczą się o wychowanie swego dziecka, nie zatrudniają niani ani innej służby, więc praktycznie mijają się w drzwiach swego niewielkiego domu, by zawsze któreś z nich było z córką. Ona pracuje w dzień, on na drugą zmianę. Żyją skromnie, nie udzielają się towarzysko, ale nie dają też nikomu powodu do skarg. Dzień mija za dniem, aż do momentu, gdy w pewien szary, zimny marcowy poranek pan Jones informuje policję, iż około drugiej nad ranem, po powrocie do domu, nie zastał w nim żony. Dom był pozamykany. W jej pokoju leżała potłuczona lampka nocna i brak było niebieskiego koca, ale córeczka spała spokojnie w swym pokoiku.
Śledztwo obejmuje sympatyczna sierż. D.D. Warren  wspierana przez detektywa Millera z bostońskiej policji. Pierwszym, automatycznym podejrzewanym* jest oczywiście Jason. Jak się sprawy dalej potoczą nie będę zdradzał, gdyż byłoby to prawdziwe świństwo wobec czytelników. Ujawnienie zakończenia to zawsze niegodziwość, ale w przypadku Sąsiada byłaby to prawdziwa nikczemność, gdyż zniszczenie czegoś unikalnego jest sto razy gorsze niż zepsucie rzeczy zwyczajnej.
Sąsiad został uznany przez National Thriller Writers za książkę roku. Całkowicie zasłużenie. Już dawno nie czytałem niczego tak udanego. I mam na myśli nie tylko thrillery, kryminały i pokrewne gatunki, ale powieść w ogóle.
Od pierwszych stron książka Lisy Gardner wciąga niczym bagno; najpierw delikatnie, a potem z każdą chwilą z większą siłą. Fabuła mistrzowsko spleciona w misterny wzór, który poraża nie trywialną wielością wątków, ale prawdziwie wielowymiarową siecią powiązań, które pod głównymi żyłami skrywają następne, na pierwszy rzut oka niewidoczne i całkowicie zaskakujące. Akcja niby mało dynamiczna, a jednak czujemy, że czas, który pozostał głównym bohaterom na podjęcie kolejnych decyzji pędzi na złamanie karku. Możemy wręcz namacalnie odczuć relatywizm czasu, ale nie ten, który fascynował Einsteina, lecz ten, którego doświadczają ludzie w krytycznych sytuacjach; przyparci do muru, osaczeni, w ostatecznym zagrożeniu. To udziela się czytelnikowi, który może autentycznie poznać uczucia towarzyszące domniemanemu zabójcy, wokół którego zaciska się pętla policyjnych podejrzeń. Główne postacie, choć ekstremalnie nietuzinkowe, są w niespotykanym stopniu przekonujące. Sąsiad to mistrzowskie studium umysłu w zagrożeniu. Umysłu człowieka, który przeszedł piekło i odbudował swój świat, który kiedyś się zawalił, a potem znów musi stanąć do walki z bezlitosnym zagrożeniem. To zarazem powieść o tajemnicach i prawdzie, o zaufaniu, o bliznach przeszłości i ranach, które nigdy się nie zabliźnią. A przede wszystkim o miłości. W bardzo prawdziwy i wyważony sposób Lisa Gardner ugryzła trudny temat przestępstw seksualnych i problem możliwości przywrócenia ich sprawców, a jeszcze bardziej ofiar, normalnemu życiu społecznemu. Jest też zarazem wołaniem, nie tylko do młodzieży, by zadbać o swoją prywatność w cyfrowym świecie. Jest przestrogą, by pamiętać, iż ślady z komputera i z sieci trudniej usunąć niż z tradycyjnie rozumianej rzeczywistości i łatwiej niż w realu odszukać rzeczy tam ukryte, jeśli tylko ktoś wie jak.
W miarę lektury poznajemy coraz to nowe fakty z przeszłości nie tylko rodziny Jonesów, ale i innych postaci, które okazują się powiązane ze sprawą. Autorka okazuje się mistrzynią suspensu w pełnym znaczeniu tego słowa. Pod koniec wszystko tak się komplikuje i nabiera takiego szaleńczego tempa, iż miałem obawy co do zakończenia. Ku memu całkowitemu zaskoczeniu okazało się najwyższej klasy. Absolutnie nieprzewidywalne i całkowicie umocowane we wszystkim, co było wcześniej. Żadnego deus ex machina rodem z tandetnej sztampy reklamowanej jako amerykańskie bestsellery; po prostu mocne.
Okazało się, iż Sąsiad to rewelacyjna powieść, nie tylko dla miłośników gatunku, ale dla każdego lubiącego dobrą beletrystykę. Z wyjątkiem dzieci i wrażliwych nastolatków absolutnie polecam ją każdemu. Może zarwiecie noc albo dwie, może się gdzieś spóźnicie, ale na pewno ją przeżyjecie do głębi i jeśli dotąd nie siedzieliście w temacie, nieco inaczej spojrzycie na sieć, komputery, komórki i inne gadżety. Tego bądźcie pewni

Wasz Andrew



[1] W literaturze polskiej, zarówno tłumacze, jak i pisarze, nagminnie używają określenia podejrzany. Moim zdaniem niesłusznie, gdyż według polskiej terminologii podejrzany to osoba, której ogłoszono postanowienie o przedstawieniu zarzutów. Do tego momentu jest się osobą podejrzewaną, podejrzewanym. Po to istnieją dwa odmienne słowa, by ich zgodnie z przeznaczeniem używać


Cykl: Detektyw D.D. Warren:

  1. Samotna (Alone,2005)
  2. W ukryciu (Hide, 2007)
  3. Sąsiad (The Neighbor, 2009)
  4. Dziecięce koszmary (Live to Tell, 2010)
  5. Kochać mocniej (Love You More, 2011)
  6. Złap mnie (Catch Me, 2012)
  7. Nie bój się (Fear Nothing, 2014)
  8. Find Her (2016)


Sąsiad [Lisa Gardner]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


środa, 28 grudnia 2011

Symfonia śmierci



Jakiś czas temu sięgnąłem, w celu złapania oddechu od wszechobecnej w mediach polityki i wiary, po powieść Symfonia śmierci (tytuł oryginału Orchestrated Death), której autorką jest Cynthia Harrod Eagles. Trochę się obawiałem, że znów będzie to jakiś sensacyjny bestseller, w złym znaczeniu tego słowa, które kojarzy mi się ze sztampową, kiczowatą i bezsensowną taśmową produkcją skierowaną do nieuważnego, niewymagającego, ale za to masowego czytelnika, który tak się ma do prawdziwego miłośnika wiedzy, myślenia i książek, jak wielbiciel mp3 do melomana. Nie żebym nie widział zalet formatu mp3, albo z nich nie korzystał, ale muzę wolę w klasycznym audio jeśli mnie tylko na to stać. Podobnie z książkami. Czytuję różne rzeczy niskich lotów, sensację w której nie odróżnia się rewolweru od pistoletu, fantasy, gdzie nie odróżnia się szabli od rapiera, ale tylko dlatego, że za każdym razem mam nadzieję na coś dobrego, a dopiero w trakcie lektury objawia się mierność wiedzy autora.
Symfonia śmierci to typowy kryminał, którego bohaterem jest Bill Slider, stary glina z dochodzeniówki. Akcja może nie jest niesamowicie porywająca, może nie ma takiego napięcia jak u Alexa Kavy, może klimat nie jest tak mroczny jak u Tami Hoag, a ciąg myślowy prowadzący do rozwiązania może nie wymaga takich fajerwerkowych ciekawostek jak u Dana Browna, ale powieść ta ma jedną wielką zaletę, którą dziś naprawdę ciężko spotkać – jest prawdziwa. Nie – nie jest pewnie oparta na faktach. Jest prawdziwa w tym sensie, że wszystko mogło się wydarzyć i dokładnie tak by wyglądało, gdyby się zdarzyło. Prawdziwi bohaterowie, którzy przeszliby nawet konfrontację z cybernetyczną oceną charakteru profesora Mazura, którzy są tak realni, że aż coś człowieka w środku ściska. Prawdziwe realia, gdzie policja łapie tylko głupich, brzydkich albo biednych, bo tych bogatych, ustawionych i mądrych złapać nie może. Nie dlatego nawet, że jest nieudolna, niedouczona, przepracowana i skorumpowana. Po prostu od takich spraw są inni. Główny bohater jest jak stary kumpel z policji, którego myśli znamy od podszewki. Pięknie odmalowana osobowość, jej problemy i jej siła będąca zarazem słabością. Rewelacyjne odmalowane studium rozpadu związku małżeńskiego człowieka kierującego się w życiu własnymi przekonaniami, wartościami i uczciwością z kobietą przeciętną, jakich w świecie jest większość, marzących o majątku i wysokiej pozycji społecznej. Idealnie pokazana katastrofa, jaką kończy się zawsze związek indywidualności, choćby tylko wewnętrznie odmiennej a na zewnątrz utajonej za szarością i brakiem ambicji, z miernotą aspirującą do zewnętrznych oznak indywidualności. Czyta się to świetnie, język ładny i dynamiczny, czujemy się, jakbyśmy byli w skórze głównego bohatera i w jego głowie. Pomimo braku typowych wodotrysków  jak pościgi, strzelaniny, okaleczone w dziwaczny sposób zwłoki czy tajemnicze technologie przyszłości, akcja jest szybka, wciągająca i idealnie się łączy w jedną całość z wewnętrznym życiem detektywa Slidera.
No no no. Ale się rozpędziłem w tych pochwałach. Niestety, jak zwykle, trafiłem i na łyżkę dziegciu. Największa wpadka, nie wiem czy autora, czy tłumaczki (Joanna Grabarek), to następujący cytat:
Slider przypomniał sobie, jak uczono go, że fala dźwiękowa nigdy nie zanika, lecz wędruje w nieskończoność w eterze.
No comments... Mimo jednak tej wpadki jest to książka, którą absolutnie polecam każdemu, kto lubi dobre kryminały, indywidualistów za bohaterów, prawdziwe charaktery, prawdziwe zbrodnie i prawdziwe, czyli realistyczne zakończenia. Tutaj nie ma infantylnego happy endu, choć zakończenie jest szczęśliwe (dla niektórych). To wszystko mogło albo może się zdarzyć, tutaj albo tam, albo nigdzie, albo gdziekolwiek. Czas ani kraj nie ma znaczenia. Zdecydowanie polecam tę lekturę, nie tylko miłośnikom kryminałów ale i kobietom, które nie mogą zrozumieć jak porządny, do bólu uczciwy i całkiem nie rozrywkowy facet może zdradzić. Jak taki ktoś może rzucić i nigdy więcej nie wrócić. Dlaczego mówi, że mu żal, ale to robi. Bye bye...

Wasz Andrew


* cykl Bill Slider:


  1. Orchestrated Death (1991) Symfonia śmierci
  2. Death Watch (1992) Ognisty anioł
  3. Necrochip (1993) aka Death to Go Martwy cel
  4. Dead End (1994) aka Grave Music Ślepy zaułek
  5. Blood Lines (1996)
  6. Killing Time (1996)
  7. Shallow Grave (1998)
  8. Blood Sinister (1999)
  9. Gone Tomorrow (2001)
  10. Dear Departed (2004)
  11. Game Over (2008)
  12. Fell Purpose (2009)
  13. Body Line (2011)
  14. Kill My Darling (2011)
  15. Blood Never Dies (2012)
  16. Hard Going (2013)
  17. Star Fall (2014)
  18. One Under (2015)
  19. Old Bones (2016)

wtorek, 27 grudnia 2011

Kompleks winy



Kiedy w moje ręce, trochę przypadkowo, wpadł Kompleks winy* (oryg. Extreme Denial), którego autorem jest David Morrell, miałem bardzo ambiwalentne uczucia, jak zawsze w przypadku kolejnej, nowej powieści tego autora.
Są pisarze, który prezentują równy poziom w swojej twórczości, są gwiazdy wschodzące (które o ile nie umrą młodo, wcześniej czy później zaczną loty obniżać) i są supernowe strzelające arcydziełem, by później świecić już tylko słabnącym wciąż blaskiem pierwszego objawu geniuszu. Są też narowiste konie, które w nieprzewidywalnym rytmie płodzą rzeczy przeciętne, gnioty i prawdziwe cuda. Nigdy nie wiadomo, co akurat wyjdzie spod ich pióra. Do tej ostatniej kategorii należy David Morrell. Jest on autorem zarówno całkowicie dennych powieści, że wspomnę choćby Totem, jak i perełek powieści w klimatach tajnych służb i bractw, takich jak Trylogia Bractwa.
W świetle powyższego jest zrozumiałe, iż sięgając po książkę byłem pewien po równo obaw i nadziei. Tylko przez kilka sekund jednak. Powieść jest napisana, jak to zwykle u tego autora, językiem dynamicznym, obrazowym i łatwym w odbiorze. Wciąga od pierwszych stron i nie odpuszcza do samego końca. Szybkości czytania sprzyja też podział na rozdziały i podrozdziały o małej objętości; często nawet jednostronicowe. Schemat jest bardzo ograny, ale zawsze gwarantujący sukces; on – mężczyzna po przejściach, ona – kobieta z przeszłością. Spotkanie, gorący wybuch wielkiego uczucia, niespodziewane i potężne przeciwności z którymi trzeba stanąć do walki. Oczywiście wszystko w typowych dla Morrella realiach; głównym bohaterem jest Steve Decker, jeden z super agentów amerykańskich, który postanowił się wycofać po wpadce spowodowanej przez kogo innego, za którą jego obciążono i w której zginęło 23 cywilów amerykańskich. Nasz heros przenosi się do Santa Fe, kupuje dom i rozpoczyna pracę jako agent biura nieruchomości. Poznaje piękną kobietę z sąsiedztwa, zakochuje się i, jak łatwo się domyśleć, nagle sprawy się komplikują. Oczywiście im dalej tym lepiej; trup pada gęsto, a zapach spalonego kordytu** i świeżej krwi przenika wszystko. Jest to dość schematyczna wariacja o damie w opałach wyglądającej swego rycerza w srebrnej zbroi. Na ile schematyczna nie będę zdradzał, podobnie jak nie przybliżę Wam fabuły. Nie lubię psuć nikomu zabawy. A lektura Kompleksu jest naprawdę niezłą frajdą. Mimo wspomnianej sztampowości, która jednak mieści się w ramach kanonu, powieść jest pierwszej klasy. Błyskawiczne zwroty akcji, wielka miłość, walka na śmierć i życie, przyjaźń i nienawiść aż po grób, jednym słowem; wszystko to, co miłośnicy gatunku lubią najbardziej. Dodatkowym walorem są piękne opisy niesamowitych dla nas okolic Nowego Meksyku, tak odmiennych od wszystkiego, co znamy.
Książka nie jest może tak powalająca jak moja ulubiona, wspomniana już, Trylogia Bractwa i po przeczytaniu nie zapałałem chęcią natychmiastowego nabycia Kompleksu Winy, niemniej gustującym w sensacji, i nie tylko, mogę ją z pełnym przekonaniem polecić. Kawał prześwietnej rozrywki, z odpowiednią dozą napięcia, bez żadnych głębszych przemyśleń, ale za to wciągającej i pozwalającej całkowicie oderwać się od świata. James Bond wymięka, o czym Was z pełnym przekonaniem zapewniam

Wasz Andrew



* Moim zdaniem tłumaczenie tytułu jest dość niefortunne; nie oddaje ani tytułu oryginalnego, ani zawartości książki, podobnie jak tytuł innego polskiego wydania, czyli Ostre cięcie. Radosna twórczość naszych tłumaczy, zwłaszcza w sferze tytułów powieści, to jednak temat rzeka i nie będę go tutaj rozwijał.
** Słowo kordyt (rodzaj prochu nitroglierynowego) używane jest w omawianym polskim wydaniu. W rzeczywistości kordytu od dawna już się w broni strzeleckiej nie używa.